Wywiad: Adam Kotleszka

Skąd się wzięła u niego pasja do MLS? Jak te rozgrywki wyglądają od środka? Czy poziom kibicowania w Stanach jest porównywalny do tego w Polsce? O tym wszystkim, specjalnie dla nas opowiada komentator MLS w Eurosporcie – Adam Kotleszka. 

Dzięki telewizyjnym transmisjom stałeś się najbardziej znanym ekspertem od MLS. Powiedz skąd Twoja fascynacja tą ligą? Od dawna ją śledzisz?

Pierwszą styczność z amerykańską piłką miałem podczas MŚ 1998. Stany Zjednoczone grały wtedy w jednej grupie z Iranem, ja miałem wtedy swoje 9 lat i generalnie nie ogarniałem, dlaczego ta rywalizacja ma jakieś podteksty. Jak pamiętasz Amerykanie przerżnęli wtedy z „kolegami” z Europy, odpadając z turnieju i nie można powiedzieć, żeby to był turniej, po którym ktoś zakochałby się w ich grze. Ja wtedy też kibicowałem Brazylii – Ronaldo do dziś uznaję za najlepszego piłkarza, jaki był i będzie. Mimo to ta cała „amerykańskość” i kreowanie sportowców na herosów przemawiała do młodego chłopaka. Prawdziwa fascynacja amerykańską piłką zaczęła się u mnie przed mundialem 2002, wtedy już obok plakatu Ronaldo wisiał u mnie wielki Landon Donovan z jakiegoś Bravo Sport czy innej Giga Sportu.

Przeczytaj także: „Retro Wywiad #4: Bartosz Tarachulski”

Czemu akurat on? Nie mam pojęcia. Może dlatego, że lubiłem język angielski, chłonąłem to jak tylko mogłem, chodziłem na jakieś dodatkowe zajęcia, nauczycielka widziała, że lgnę do piłki i przez piłkę, pokazywała mi nowe słówka, zwroty. A tak się złożyło, że dopiero co wróciła ze Stanów, więc była na czasie z „soccerem”. Przywiozła mi jakieś książki, tam byli amerykańscy piłkarze, no generalnie wiedziała jak mnie kupić. Bo musisz wiedzieć, że jako dzieciak to ja naprawdę byłem kujon. To znaczy może nie siedziałem całe dnie w książkach, ale uczenie przychodziło mi niezwykle łatwo. Amerykanie w 2002 zagrali super, nawet się trochę denerwowałem, jak przegrali z Polską. Donovana uznali za najlepszego młodego piłkarza turnieju i to mi wystarczyło, żeby obok, Ronaldo oczywiście, jego podawać za mój wzór z młodzieńczych lat. Tuż po tamtym mundialu zacząłem przeczesywać internet w poszukiwaniu informacji o amerykańskiej lidze, a, że sam nie miałem w domu nawet komputera, to siedziałem godzinami w kawiarence internetowej. Kumple grali w jakieś gry, a ja siedziałem wpatrzony w monitor ze słownikiem i tłumaczyłem jakieś amerykańskie teksty. I jakoś to później poszło.

W USA zupełnie inaczej podchodzą do organizacji samej ligi, tworząc konstrukcje niezrozumiałe dla przeciętnego kibica piłki europejskiej. Czy mógłbyś powiedzieć coś więcej o podziale na konferencje, systemie rozgrywek i tzw. „Salary cap”?

Przede wszystkim próbując poznać MLS, odrzuć wszelkie wyobrażenie o lidze piłkarskiej, jakie znasz z Europy. Kiedy wydaje ci się, że coś jest oczywiste, dla Amerykanów prawdopodobnie jest jakąś błahostką. Ale z drugiej strony – dlaczego wszystko ma kręcić się wokół europejskiej piłki? Z tego mi się zawsze chce śmiać – jak „typowy europejski kibic piłki nożnej” słyszy o jakiejś lidze azjatyckiej, australijskiej czy właśnie MLS, to od razu oburza się – „Jak to, dlaczego tam nie ma spadków, awansów, jakieś konferencje… To musi być jakaś niepoważna liga” itd. Trzeba pojąć, że ludzie żyjący na innym kontynencie mają nieco inne spojrzenie na życie, a co dopiero na taką błahostkę, jaką jest futbol.

[sociallocker]

MLS to najwyższy stopień rozgrywkowy w USA i Kanadzie. Obecnie gra w niej 20 drużyn podzielonych ze względów geograficznych na dwie konferencje (Wschodnia i Zachodnia) po 10 ekip. Sezon trwa od marca do grudnia i dzieli się na sezon zasadniczy (marzec-październik) i play-offy (listopad-grudzień). W ciągu sezonu zasadniczego każda drużyna rozgrywa 34 spotkania. Drużyna z najlepszym rekordem zostaje mistrzem sezonu zasadniczego, czyli wygrywa „Supporters Shield” i jest to drugi najważniejszy tytuł w ciągu sezonu. Mistrzem całego sezonu zostaje bowiem zdobywca „MLS Cup” – zwycięzca play-offów. Do tych kwalifikuje się po 6 najlepszych drużyn z obu konferencji. Play-offy zaczynają się meczami drużyn z miejsc 3-6. Trzecia drużyna gra dwumecz z szóstą, a czwarta z piątą. Zwycięzcy tych dwumeczów awansują do Półfinałów Konferencji, gdzie czekają rozstawione zespoły z miejsc 1. i 2. po sezonie zasadniczym. Zespół z pierwszego miejsca podejmuje w dwumeczu najniższe miejsce, które awansowało do półfinałów, a zespół z drugiego miejsca gra z tym, z wyższego. Półfinały obu konferencji wyłaniają finalistów Zachodu i Wschodu. Te drużyny grają ze sobą Finał Konferencji (dwumecz) i dopiero Mistrzowie Wschodu i Zachodu mierzą się ze sobą w wielkim finale o Mistrzostwo, czyli „MLS Cup” (jeden mecz). Proste i nieskomplikowane.

Każdy zespół w MLS ma limit wynagrodzeń na całą kadrę. Obecnie wynosi on 3,49 miliona dolarów. W tym musisz się zamknąć z kontraktami dla całej swojej kadry, ale… są oczywiście wyjątki dla największy gwiazd. Gwiazdy otrzymują kontrakt tzw. „Designated Player” i ich kontrakty nie wliczają się do „salary cap”.

Jak oceniasz styl kibicowania w Stanach? Bicie dzwonu, drwale i maskotki, to nie jest codzienność w Europie.

Tak, trybuny w USA różnią się od tych w Europie i to bardzo. W skrócie – w Stanach kibice skupiają się przede wszystkim na swojej drużynie, a nie ubliżaniu rywalowi. W Europie ta proporcja wygląda mniej więcej 60-40% , a w USA 90% śpiewasz o swojej drużynie, 10% dajesz jakieś przytyki do rywala, a to i tak głównie wtedy, gdy grasz ze swoim „odwiecznym rywalem”, typu Seattle – Portland, Portland – Vancouver, DC United – New York Red Bulls czy LA Galaxy – San Jose. W pełni rozumiem to, że komuś może podobać się styl kibicowania typu racowisko, ogień i generalnie petarda na trybunach. Sam zawsze byłem pod wrażeniem derbów Belgradu. W USA masz flary, które dymią się w barwach twojej ekipy, ale nikt rac na murawę nie rzuca. Jeżeli kibice w USA wywieszają flagę dotyczącą rywala, to nie jest napis „Legia k…”, tylko coś kreatywnego, typu zgnieciona puszka Red Bulla jeżeli grasz przeciwko NY Red Bulls albo obrazek Franka Lamparda i Andrei Pirlo ucharakteryzowanych na dziadków i podpartych laskami z napisem „Dom Spokojnej Starości”, jeżeli grasz przeciwko New York City FC. Generalnie coś, z czego się uśmiechniesz, nawet jeżeli kibicujesz ekipie, której to dotyczy.

Kibic w MLS na mecz nie przychodzi wyładować frustracji zgromadzonej przez cały tydzień w pracy czy w domu, bo żona mu zupę przesoliła. Kibic w MLS na mecz przychodzi, żeby się dobrze bawić – to ma być fajnie spędzony czas, najczęściej w rodzinnym gronie. Tam nie ma sztywnych podziałów na sektor rodzinny , bo ultrasami są właśnie często ojciec, matka i syn. I wszyscy krzyczą, śpiewają albo po golu biją w dzwon jak w Montrealu.

Czy Twoim zdaniem w USA budzi się miłość do piłki nożnej? Jakie widzisz perspektywy dla tej ligi?

Ja tę miłość widzę gołym okiem. Widzę, ile powstało przez ostatnie lata amerykańskich dużych portali o piłce nożnej, zajmujących się głównie MLS, ale nie tylko – także tą piłką europejską. Ile komentarzy pojawia się pod każdym newsem, ile filmów z MLS wrzucanych jest na YouTube – to wszystko są niby małe rzeczy, ale jeżeli występują razem, dają już szerszy obraz, jak rośnie zainteresowanie piłką w USA i Kanadzie. Zresztą liczby też mówią same za siebie. W ostatnim sezonie (2015) MLS miała najwyższą średnią frekwencję – 21,5 tysiąca widzów na mecz. I wiesz co? To trzecia najlepsza średnia spośród wszystkich sportów w USA – tylko futbol amerykański i baseball mają wyższą.

Te ponad 21,5 tysiąca widzów to i tak słaby obraz frekwencji, bo na mecze Seattle Sounders przychodzi średnio (!) 40-kilka tysięcy osób, 30-kilka tysięcy chodzi na mecze Orlando City, a na Yankee Stadium na mecze NYCFC w 2015 przychodziło prawie 30 tysięcy. Generalnie najniższa średnia widzów to jest 15 tysięcy na meczach takich drużyn jak DC United, Colorado Rapids czy Dallas. A przypominam, że w USA piłka nożna to sport może nr 5. W Polsce? Sport narodowy. Jaką mamy średnią frekwencję na trybunach? Jak raz czy dwa w sezonie na mecz Legia – Lech przyjdzie 40 tysięcy, to się podniecamy i jesteśmy dumni. Amerykanie mają to co tydzień, ale w Europie i tak wielu powie, że „nikt się piłką w USA nie interesuje”.

Gdybyś miał polecić jakiegoś piłkarza z Polski do MLS, kogo byś rekomendował?

Pewnie, że marzeniem byłby Robert Lewandowski, ale to dlatego, że za tym poszłoby też większe zainteresowanie Polaków tą ligą. Lewy to taki napastnik, że pewnie w każdej lidze świata by sobie poradził, więc i w MLS powalczyłby o Golden Boot, ale to jest tak oczywiste, jak to, że na Saharze jest piasek.

No a poza Lewym czy Krychowiakiem?

Hm Artura Wichniarka! (śmiech) Serio, to zawsze był mój ulubiony polski napastnik, jeszcze od czasów Widzewa, jak byłem dzieciakiem. Kiedyś w Łodzi grał z ręką w temblaku, bo miał złamaną czy zwichniętą, to jak mi któregoś razu coś lekko w palcu przeskoczyło, to mamie kazałem obwiązać rękę bandażem, bo to fajnie wyglądało! Pierwszą koszulkę reprezentacji Polski dostałem właśnie z nazwiskiem Wichniarek, zresztą mam do dzisiaj.

Większość osób kojarzy Cię jako komentatora. Opowiedz, jak w ogóle trafiłeś do Eurosportu?

Na początku 2015 razem z moim serdecznym kumplem Tomkiem Moczerniukiem, stworzyliśmy podcast „MLS Po Polsku”. Godzina rozmowy o amerykańskiej piłce – okiem kogoś, kto mieszka w USA i mnie, jako pasjonata z Polski. Podsumowywaliśmy kolejkę w MLS, omawialiśmy mecze reprezentacji, organizowaliśmy nawet konkursy z autentycznymi gadżetami z MLS, bo Tomek ma swoje dojścia. Tak się złożyło, że za jakiś czas poszła informacja, że Eurosport będzie pokazywał MLS w Polsce. Mnie to jakoś specjalnie nie wzruszyło, bo i tak nie miałem problemów z oglądaniem meczów w internecie, ale dla naszego podcastu to było dobre info. W końcu to zawsze większe zainteresowanie ze strony słuchaczy, więc postanowiliśmy z Tomkiem pójść w tę stronę i zaczęliśmy pisać coś w rodzaju „skryptów” dla komentatorów MLS – do konkretnych spotkań, jakie mieli komentować. Wiesz – informacje o drużynach, na kogo warto zwrócić uwagę, jak grają itd.

Jak w końcu Rafał Sak na antenie podziękował mi z imienia i nazwiska za informacje i zaprosił do słuchania „MLS Po Polsku”, to cieszyłem się jak małe dziecko. Czułem, że to, co robimy, naprawdę ma już jakiś sens! Potem chciałem zrobić wywiad z Tomkiem Lachem – pojechać do Warszawy z kamerą i nagrać kilkanaście minut materiału o tym, co sądzi o MLS, jak odbiera tę przecież nową dla Eurosportu ligę itd. No byłaby fajna sprawa do „MLS Po Polsku”. Zdobyłem numer, nagrałem mu się na pocztę i czekałem na odp. Oddzwonił chyba na drugi dzień i nie dość, że się zgodził, co dla mnie już było świetne, to… zaproponował mi skomentowanie razem z nim meczu Montreal – Portland. Zatkało mnie, bo właśnie dotarło do mnie, że zaproponował mi spełnienie mojego marzenia – ja w Eurosporcie mógłbym nawet bierki skomentować, a MLS? No kompletny odlot. Coś tam wyjąkałem, że się zgadzam i potem dopiero dostałem info od Tomka Moczerniuka, że Tomasz Lach też regularnie słucha „MLS Po Polsku” i czerpie od nas informacje do komentarza. Przyjechałem, zrobiłem wywiad do MLS Po Polsku, skomentowałem mecz i dostałem kolejne zaproszenia. Chyba nie było źle, bo już zostałem.

A jest ktoś, kogo chciałbyś zaprosić do współkomentowania?

Landona Donovana albo Alexiego Lalasa! A tak realnie, to myślę też o Polakach, którzy w MLS grali kiedyś: Kosecki, Podbrożny, Nowak… Tyle, że nie zawsze jest to wykonalne. Ale takie znane nazwisko na pewno podkręciłoby jeszcze oglądalność MLS w Eurosporcie, a ja mam misję – przekonać polskiego fana kopanej, do Major League Soccer. Będziemy próbować.

Lalas by się dobrze sprzedał na plakatach, o ile nie zmienił image’u…

Lalas wygląda już bardziej, jak cywilizowany człowiek, ale poglądy nadal ma kontrowersyjne, nawet jeszcze bardziej, niż kiedyś, więc byłby świetny. Mógłby być taki MLSowy Tomek Hajto.

Śledzisz też takie ligi jak australijska czy izraelska. Skąd zainteresowanie takimi „egzotycznymi” rozgrywkami?

Co do egzotyki – izraelską śledzę z doskoku, nie nazwałbym się ekspertem, za mało jeszcze wiem i widziałem, ale regularnie podglądam mecze. Co innego Australia. Z A-League miałem łatwiej, bo pierwsze spotkania widziałem tuż po tym, jak ta liga wystartowała (2004), bo wszystko było w internecie. Wszystko stąd, że mam marzenie, żeby kiedyś tam polecieć. I nie na wycieczkę z biura podróży na tydzień czy dwa – polecieć tam na kilka miesięcy i zwiedzić maksymalnie dużo. Australia mnie fascynuje i nakręca od dziecka. Dostałem kiedyś książkę właśnie o Australii i Nowej Zelandii. Jak zobaczyłem te obrazki z rafy koralowej, z Uluru czy australijskiego outbacku, to się zakochałem – nie wierzyłem, że gdzieś może być tak pięknie. Nie potrafię wytłumaczyć tej fascynacji, ale pielęgnuję ją już z 20 lat i wiem, że kiedyś odłożę pieniądze i tam polecę.

Uważasz się za piłkarskiego hipstera?

Hipster kojarzy mi się negatywnie. Wiem, że w założeniu to określenie takie wcale nie miało być, ale ludzie tak je uprościli – hipster to ktoś, kto na siłę chce być inny, fajny i pokazywać to ludziom, wręcz narzucać. Ja tak nie mam – nigdy nie przekonywałem ludzi, że MLS czy A-League są LEPSZE, niż ligi w Europie. Zawsze mówiłem, że są po prostu mega CIEKAWE, czyli mają w sobie to, czego z czasem zaczęło mi brakować w tych „oklepanych” ligach, jak Primera Division czy Serie A. Jak słyszę o kolejnych „Gran Derbi” to mam odruchy wymiotne. Kompletnie mnie to nie jara i wtedy naprawdę wolę włączyć ligę izraelską.

Jesteś bardzo aktywny w social mediach, czy uważasz, że to jest przyszłość dziennikarstwa sportowego?

Przyszłość tak, ale nie uważam, że to wyprze „tradycyjne” dziennikarstwo. Od lat mówi się o tym, że prasa umiera, że internet jest taki fajny i, że wkrótce nie będzie gazet. Słyszę to od kiedy pamiętam – nawet na studiach z dziennikarstwa sportowego też mi tak ciągle wmawiali i wiesz co? Nie mieli racji! Gdy skończy się np. Euro, gwarantuję, że wszystkich będzie interesowała okładka Przeglądu Sportowego itd.. Człowiek jest taką istotą, że lubi dotknąć, powąchać, poczuć. W internecie niby liżesz tego loda, ale trochę przez jednak przez szybę. Inna sprawa, że też uważam, że poziom prasy pisanej mocno poszedł w dół na przestrzeni ostatnich 5-8 lat. Przegląd Sportowy kupowałem od zawsze, od kiedy skończyłem 8-9 lat. Towarzyszył mi przy Mundialach 98, 2002, czyli dla mnie najważniejszych. Nie wiem, czy to jest powód, ale do dziś pamiętam niektóre teksty publikowane w tamtym czasie. A z Mundialu w RPA? Nic, kompletnie, chociaż też kupowałem i czytałem równie regularnie. I Przegląd Sportowy to tylko przykład, możesz tu podłożyć nazwę innych tytułów: Piłka Nożna itd. Ale może to właśnie ich siła – że mimo iż mają „spadek formy”, wciąż istnieją!

Jakie masz poza piłkarskie pasje?

Australia. Interesuje mnie wszystko, co z tym krajem związane – od tego, jak się tam żyje, przez ludzi, geografie, po faunę i florę. Podobnie mam ze Stanami i Kanadą – też mnie cholernie fascynują, ale jakby ktoś zaproponował mi bilet do któregokolwiek miejsca na świecie, wybrałbym Australię albo Nową Zelandię. Poza tym muzyka – punk rock i hardcore. Kiedyś najwięcej słuchałem polskiego rapu, ale jednak miłość do cięższego grania wygrała. Jak byłem mały miałem dwa marzenia – albo zostać piłkarzem, a potem komentatorem piłkarskim albo mieć zespół i jeździć z nim w trasy po całym świecie. W piłkę grałem w klubach przez 10 lat życia, doszedłem do poziomu IV ligi, więc kariera Ronaldo albo Donovana mi nie groziła. A, że moi kumple nie słuchali punka, to nie miałem z kim tego zespołu założyć! Została mi więc piłka do komentowania.

Na koniec Liga Mistrzów czy derby Nowego Jorku?

Derby Melbourne albo derby Sydney, co to są za mecze! A jeżeli o MLS chodzi, to obecnie najlepsze derby to Portland – Seattle i derby Nowego Jorku jeszcze długo będą musiały pracować na to, żeby je przebić.

ROZMAWIAŁ: KUBA KĘDZIOR

 

OBSERWUJ NAS NA INSTAGRAMIE! POLUB NAS NA FACEBOOKU!

[/sociallocker]
Kuba Kędzior
O Kuba Kędzior 22 artykuły
Fan futbolu i sportów wszelakich, ekscytuje się zarówno derbami Belgradu jak i Pucharem Świata w bobslejach. Kiedy już nie śledzi sportowych zmagań, chętnie sięga po dobrą książkę albo płytę z ambitną muzyką.