Zygmunt Anczok – prawy łącznik na lewej obronie

Kiedy przed mistrzostwami świata w 1974 r., cała piłkarska Polska żyła kontuzją Włodzimierza Lubańskiego, nieco z dala od mediów swoją walkę o powrót na boisko toczył inny wybitny zawodnik. Zygmunt Anczok był jedynym piłkarzem, który grał przez pełne 90 minut w każdym meczu eliminacji do igrzysk w Monachium, jak i w samym turnieju. Był jednym z najlepszych lewych obrońców swoich czasów. Wielu uważa, że lepszego na tej pozycji nad Wisłą nie było. Grał w pożegnalnym meczu Jaszyna. Potrafił zatrzymać genialnego Garrinchę. Kiedy razem z Lubańskim leczyli kontuzję, omal nie spłonęli żywcem. Wyjechał do USA, gdzie miał grać w piłkę, ale musiał pracować w warsztacie samochodowym. W latach osiemdziesiątych był taksówkarzem w rodzinnym Lublińcu. Dzisiaj jeździ na mecze Górnika i jak tylko może wspiera lubliniecką Spartę.

Był 27 maja 1971 r. Na stadionie im. Lenina w Moskwie zgromadziło się 100 tys. kibiców. Przyszli oklaskiwać jednego z największych piłkarzy w dziejach radzieckiej piłki. Swoją przygodę z piłką postanowił zakończyć Lew Jaszyn. W jego pożegnalnym meczu zmierzyły się drużyny Dynamo (którą tworzyli piłkarze z kilku sowieckich klubów o tej nazwie) i reszty świata. W zespole gwiazd światowej piłki znalazło się miejsce dla dwóch Polaków. Włodzimierz Lubański i Zygmunt Anczok pojawili się na boisku od początku drugiej połowy. Dla drugiego z nich było to spełnienie młodzieńczych marzeń. Zmieniając Jeana Djorkaeffa, zagrał w jednej drużynie ze swoim piłkarskim wzorem Giacinto Facchettim. Żeby oglądać Włocha w akcji, Anczok za młodu przestawiał w domu antenę na czechosłowacką telewizję.

Moim wzorem i idolem zawsze był Giacinto Facchetti, wtedy najlepszy obrońca świata. Zagraliśmy w Moskwie razem 45 minut. On na lewej obronie, ja na prawej. Dla takich chwil warto grać w piłkę. Powiedziałem mu, że właśnie spełniło się moje marzenie – wspominał w wywiadzie z Dariuszem Czernikiem z 23 marca 2016 na stronach katowickiego Sportu.

Sztućce i plakietka

Obaj Polscy piłkarze zaprezentowali się z bardzo dobrej strony. Anczok wkrótce otrzymał nawet list gratulacyjny od trenera Helmuta Schöna. Niemiec był pod wrażeniem występu Polaka i stwierdził, że bardzo chętnie zobaczyłby go w którymś z klubów Bundesligi. Po meczu i pierwszych podziękowaniach dla Jaszyna przyszedł czas na bankiet. Każdy z uczestników miał dla radzieckiego golkipera prezent. Tutaj po raz kolejny możemy się przekonać, że nasi działacze zawsze musieli coś wywinąć. Węgier Kálmán Mészöly podarował miniaturę węgierskiego parlamentu wykonaną z kości słoniowej, Fachetti miał ze sobą piękny sygnet, Bobby Charlton przekazał bramkarzowi złotą monetę. Nasi działacze natomiast zdobyli się na wspaniały komplet sztućców w czarnej walizce, który zawinięto w szary papier…

Dali go nam przed wylotem jakoś tak na szybko. Takie zestawy były wtedy popularnymi prezentami weselnymi. Czasami na jednym przyjęciu para młoda dostawała takie cztery. Zawinęli go w szary papier. Był niezły wstyd, więc przynajmniej zerwaliśmy papier i nie przyznawaliśmy się za bardzo do prezentu – opowiadał Anczok.

Lubański wspominał jeszcze o plakietce z warszawską Syrenką. Tak. O plakietce. W Moskwie znaleźli się przedstawiciele niemal wszystkich europejskich federacji. Niecodziennie przecież żegna się takiego zawodnika jak Jaszyn. Niestety obaj nasi reprezentanci pojechali do ZSRR bez oficjalnego przedstawiciela z ramienia PZPN. Taka była wtedy mentalność…

Szampany i piłka

Za udział w pożegnalnym meczu wszyscy zawodnicy otrzymali pieniądze. Ci z zachodniej Europy dostali po 500 dolarów, a tym zza żelaznej kurtyny dano też po 500, ale rubli. Dla Polaków różnica była ogromna. 500 dolarów to był wtedy niemal majątek. Jeśli nie pamiętacie, zapytajcie rodziców albo dziadków jak to wtedy wyglądało. Za otrzymane ruble Polacy kupili sobie transformatory do telewizorów, dzięki którym nie musieli się już martwić spadkami napięcia i zakłóceniami obrazu. Zostało im po 200 rubli, więc stwierdzili, że skoro prezent był, jaki był, to pokażą się z innej strony.

W pewnym momencie uznaliśmy z Włodkiem, że trzeba się zachować i zamówiliśmy chyba 20 szampanów dla wszystkich. Kelner powiedział, że to od tych panów z Polski – mówił Anczok.

Szczególne miejsce w jego domowej kolekcji zajmuje piłka z tamtego spotkania. Po końcowym gwizdku zarówno on, jak i sędzia Tofik Bachramow chcieli ją zagarnąć dla siebie, ale to Polak był szybszy.

Widziałem, że i sędzia pobiegł w jej stronę, ale byłem szybszy. Piłkarze mnie obstąpili i uznali, że jest moja. Po meczu wyczyściłem ją i zebrałem autografy od wszystkich – wspominał w rozmowie z Markiem Wawrzynowskim.

Anczok i Lubański po przylocie z Moskwy
Zygmunt Anczok z Włodzimierzem Lubańskim po powrocie z Moskwy z dumą prezentują „zdobytą” piłkę;
źródło: Moja historia futbolu. Tom 2. Polska

15:10 do Yumy

Bankiet skończył się między trzecią a czwartą nad ranem. O ósmej byli już w siedzibie PZPN. Rozliczyli delegację i zostało im jeszcze kilka godzin do pociągu na Śląsk. Nazywali go pociągiem do Yumy, bo odjeżdżał zawsze o 15:10. Piłkarze często wracali nim ze zgrupowań kadry. Zmęczeni podróżą i całonocnym pożegnaniem, chcieli odpocząć w warszawskich Łazienkach. Przysiedli pod drzewem i zasnęli.

Nagle obudził ich starszy pan wymachujący laską. A co Wy tu pijaczki śpicie na trawniku? – krzyczał na piłkarzy, biorąc ich za meneli. Swoją drogą strasznie smutne życie musiał mieć ów jegomość, skoro nie rozpoznał dwóch podstawowych zawodników kadry. Wyobraźcie sobie, że dzisiaj Lewandowski i Piszczek zostają pogonieni z parku, bo przysiedli pod drzewem i się zdrzemnęli.

To podczas powrotu z Moskwy pojawił się temat przejścia Anczoka z bytomskiej Polonii do Górnika. Czołowy polski napastnik zaczął namawiać kolegę z reprezentacji na zmianę klubu, ale to nie było wtedy takie proste.

W lublinieckiej Sparcie

Jego pierwszym nauczycielem był starzy brat Eryk. To z nim Anczok uczył się podbijania piłki, celnych podań czy uderzeń. Wkrótce obaj trafili pod opiekę Helmuta Cichonia, który miał za sobą występy w reprezentacji. Pod jego okiem robili coraz większe postępy. Z drużyn trampkarzy awansowali do juniorów, a niedługo potem byli już piłkarzami pierwszego zespołu Sparty Lubliniec. Klub grał wtedy w A-klasie. Trenerzy doskonale zdawali sobie sprawę, jaki potencjał drzemie w młodym chłopaku i dali mu szansę debiutu w wieku zaledwie 13 lat. Dzisiaj na każdym kroku Anczok podkreśla to, jak wiele zawdzięcza swojemu pierwszemu klubowi. Również brat potwierdził swój talent, grając później w GKS-ie Katowice.

Polscy juniorzy z 1962 r. - Lubański, Maszczyk i Anczok
Anczok (pierwszy z prawej) razem z Maszczykiem i Lubańskim w reprezentacji juniorów w 1962 r.;
źródło: Ja, Lubański/Eugeniusz Warmiński

W 1962 r. pojechał do Warszawy na obóz dla najzdolniejszych zawodników w kraju. Zajęcia odbywały się na Bielanach, na AWF. To tam jego uwagę zwrócił młodszy o dwa lata Lubański, który już wtedy się wyróżniał. Anczok zrobił na trenerach duże wrażenie swoją sprawnością. Od najmłodszych lat był bardzo zwinny i szybki. W podstawówce świetnie radził sobie jako szczypiornista. Nie miał też problemów z gimnastyką. Najlepiej jednak spisywał się w lekkoatletyce.

W szkołach było coś takiego jak „czwórbój”. Skok w dal, bieg na 60 metrów, skok wzwyż i rzut piłeczką palantową. Przez dwa lata w każdej z tych dyscyplin miałem najlepszy wynik w szkole. Wystąpiłem nawet w zawodach na stadionie Górnika Zabrze, ale nie na trawie, tylko na bieżni. Wygrał jednak futbol – opowiadał Dariuszowi Czernikowi.

Stało się jasne, że żeby dalej się rozwijać, Anczok musi zrobić krok naprzód i opuścić rodzinne gniazdo. Wybór padł na opolską Odrę. Klub, który wtedy mocno dobijał się do ścisłej krajowej czołówki, gwarantował młodemu zawodnikowi mieszkanie na stadionie, a dodatkowym atutem miała być bliskość domu. Anczok był już praktycznie spakowany, ale w ostatniej chwili do akcji wkroczył Helmut Cichoń. Trener Zygmunta ze Sparty w przeszłości grał w bytomskiej Polonii i przekonał go, że śląski klub będzie lepszym wyborem. Za transfer chłopak otrzymał radziecki zegarek Poliot.

Z Polonią do Ameryki

Polonia była wtedy czołowym klubem w kraju, świętowała mistrzostwo Polski, jako pierwsza polska drużyna awansowała do kolejnej rundy Pucharu Europy Mistrzów Krajowych. Wydawało się, że lepiej Anczok trafić nie mógł. Zamieszkał w internacie, a szkoła i treningi wypełniały cały jego czas. Początkowo grał w drużynie juniorów. W 1963 r. poprowadził drużynę do mistrzostwa kraju. W finałach, które rozgrywano w Zielonej Górze. Młodzi bytomianie pokonali Zagłębie Sosnowiec z Andrzejem Jarosikiem w składzie. Anczok uznany został jednym z najlepszych zawodników rozgrywek. Grał wtedy jeszcze jako prawy łącznik, często pełnił rolę reżysera gry. O tym, że stał się obrońcą, zadecydowała kontuzja kolegi z zespołu.

W Lublińcu i w juniorach Polonii (…)  grałem jako prawy łącznik. Wtedy była na boisku taka pozycja. Józef Wieczorek, nominalny obrońca pierwszego składu Polonii, złamał jednak nogę, więc trener Hubert Skolik powiedział, że mam go zmienić. I tak już zostało – mówił.

Jak się później okazało, to w Bytomiu spędził większość swojej kariery. W 1965 r., już jako podstawowy zawodnik drużyny, zdobył Puchar Karla Rappana. Polonia po bardzo emocjonującym dwumeczu pokonała SC Lipsk z NRD. Po tym sukcesie została zaproszona do udziału w amerykańskiej Interlidze. Tam Anczok, obok takich uznanych piłkarzy jak Jan Liberda czy Edward Szymkowiak był jednym z najlepszych na boisku. Dla młodego ledwie 19-letniego wtedy chłopaka wyjazd za ocean był prawdziwym szokiem.

Wszystko było pierwsze, największe, kosmiczne. (…) Byliśmy w Stanach miesiąc, na każdy dzień dostając 2 dolary diety. Bankiet gonił bankiet, ale obiady musieliśmy sobie kupować sami. Najtańszy był kurczak z frytkami. Kosztował nieco ponad dolar. Jadłem ten zestaw niemal codziennie. Trochę pieniędzy i rzeczy na handel jednak udało się do Polski przywieźć – wspominał na stornach katowickiego Sportu.

Uradowany Zygmunt Anczok po powrocie z Ameryki
Po powrocie z Ameryki Anczok miał się z czego cieszyć;
źródło: poloniabytom.com.pl

Mistrzostwa Polski jednak nie udało mu się zdobyć. Trafił na okres, w którym bytomski klub zaczynał coraz więcej tracić do krajowej czołówki. Złożyło się na to kilka czynników. Piłkarzom łatwiej było się zmobilizować na mecze w Europie czy w Ameryce, kilku starszych zawodników zbliżało się do końca swoich karier. Anczok dodaje jeszcze jeden fakt:

Przełomowy był jednak czerwiec 1966 roku, kiedy przed meczem ze szwedzkim Norrköping– w ramach rozgrywek Pucharu Intertoto – trzech naszych piłkarzy zdecydowało się pozostać na Zachodzie. Bajger, Pogrzeba i Janek Banaś, z którym potem grałem w Zabrzu. Miał do nas przyjść Joachim Marx, ale wybrał Ruch Chorzów, więc w ofensywie w zasadzie przestaliśmy się liczyć. Poza tym rosła potęga Górnika, silny był Ruch, bardzo mocna Legia. Polonia nie wytrzymywała tej konkurencji – oceniał piłkarz.

Dwóch kolegów z reprezentacji - Anczok i Szołtysik w walce o piłkę
Pojedynki Anczoka i Szołtysika były ozdobą ligowych meczów Polonii i Górnika;
źródło: Jerzy Bydliński/Piłka jest okrągła. 50 lat piłkarstwa w województwie katowickim

Anczok, ty ch…

Tymi słowami przez ponad miesiąc budzili Anczoka kibice bytomskiej Polonii. W 1971 zamienił Polonię na Górnika, ale nie zamienił Bytomia na Zabrze. Dobrze wiedział, że jak będzie grał w jednej drużynie z Lubańskim, Szołtysikiem i Kostką, to będzie miał większe szanse na mistrzostwo kraju niż w Bytomiu. Z Górnika bliżej też było do reprezentacji, choć w tej akurat Anczok miał raczej pewne miejsce. Uległ więc namowom Lubańskiego i poprosił w klubie o zgodę na przejście do zabrzańskiego zespołu.

Z Włodkiem Lubańskim znaliśmy się od czasów wspólnych występów w reprezentacji juniorów. A ten wspólny pobyt w Moskwie bardzo nas zbliżył. To pod wpływem rozmów z Lubańskim doszedłem do wniosku, że powinienem zmienić klub – wspominał.

Kiedy po powrocie z Moskwy Górnik grał z Polonią w Bytomiu, obu piłkarzy uhonorowano kwiatami. Anczok był trochę zakłopotany, bo nosił się już z zamiarem odejścia. Wkrótce kluby się dogadały i Ana był już zawodnikiem Górnika. Za transfer nowy klub dopłacił mu 60 procent do nowego wartburga. Zadebiutował 14 sierpnia w spotkaniu z Legią. W Polonii długo jednak mu tego nie zapomniano. Obwołano go zdrajcą i jak tylko się dało, starano się uprzykrzać mu życie.

Kiedy zacząłem grać w Górniku, nie przeprowadziłem się do Zabrza, nadal mieszkałem w Bytomiu. Brygada, która rozwoziła towar o piątej-szóstej rano po sklepach, złożona z kibiców Polonii, codziennie zatrzymywała się pod moim domem i rozpoczynała koncert wyzwisk. Budziła się wtedy cała okolica, ale wytrzymałem to. Jestem dumny, że dostałem się wtedy do Górnika – opowiadał w książce Pawła Czado „Górnik Zabrze. Opowieść o złotych latach”.

W swoim pierwszym sezonie w Zabrzu Anczok świętował razem z kolegami dziesiąty tytuł mistrzowski w historii klubu. Dorzucił do tego Puchar Polski, który zdobyli po znakomitym meczu z warszawską Legią, wygranym 5:2. Lewy obrońca był podstawowym zawodnikiem drużyny i opuścił tylko trzy spotkania. Prowadzący narodową drużynę Kazimierz Górski kadrę opierał na graczach Legii i Górnika, zrozumiałe więc było, że lewą obronę zabezpieczać będzie właśnie Anczok.

Czułem się wtedy wielki, dobry, silny i doceniony. Wszystko mi wychodziło. Gdybym został w Polonii, nie wiem, czy byłoby dla mnie miejsce w kadrze na igrzyska w Monachium. Obecność w Górniku sprawiała, że brama do reprezentacji była dla mnie szeroko otwarta – wspomniał.

Zdobywcy Pucharu Polski z 1972 r. Anczok drugi od prawej w górnym rzędzie;
źródło: Ja, Lubański/archiwum Krzysztofa Wyrzykowskiego

W narodowych barwach

W eliminacjach do turnieju olimpijskiego w Monachium zagrał we wszystkich meczach. Każdy w pełnym wymiarze czasowym. W wygranym 3:0 rewanżowym pojedynku z Bułgarami grało aż siedmiu zawodników zabrzańskiego klubu. Awans jednak zapewniliśmy sobie w ostatniej chwili, a ściślej zapewnili nam go Hiszpanie.

Pamiętam doskonale ten moment, gdy się dowiedziałem, że awansowaliśmy. (…) Jechałem swoim wartburgiem, słuchałem radia, gdy nagle spiker poinformował, że piłkarska drużyna uzyskała awans. Nie mogłem w to uwierzyć! Przypomnę jednak, że przez całe kwalifikacje spisywaliśmy się bardzo dobrze, w zasadzie nie wyszedł nam tylko jeden mecz – w Starej Zagorze graliśmy z Bułgarią, przegraliśmy 1-3. (…)  To spotkanie sędziował Rumun Pădureanu i decydował sobie po swojemu. (…) Nie mieliśmy szans tam wygrać. Ale znów szczęście mi dopisało – Bułgarzy nie wygrali z Hiszpanami i miałem zagrać na Igrzyskach Olimpijskich! – wspominał w rozmowie z Nikodemem Chinowskim dla portalu Łączy nas piłka w maju 2016 r.

Reprezentacyjną koszulkę zakładał już od sześciu lat. Można więc powiedzieć, że był jednym z bardziej doświadczonych w zespole. Debiutował w meczu ze Szkocją na Hampden Park, w ramach eliminacji do mistrzostw świata w Anglii. Trener Koncewicz dał mu zagrać od pierwszych minut, mimo że Anczok miał zaledwie 19 lat i 213 dni. Po porażce z Finami w Helsinkach, którą z kadrą pożegnał się Edward Szymkowiak, Polacy praktycznie przekreślili swoje szanse na awans. Anczok twierdzi, że trener, raczej przekonany o tym, że przegramy, chciał wprowadzić do zespołu nowe twarze. Ze Szkotami jednak potrafiliśmy wygrać 2:1 po golach Pohla i debiutującego Sadka w ostatnich dziesięciu minutach. Prawie 108 tys. szkockich kibiców było pod wrażeniem skutecznej gry przybyszów znad Wisły.

O tym, że wystąpi od pierwszych minut, Anczok dowiedział się na odprawie. Dopiero kiedy trener wypisywał na tablicy skład i pochodzący z Lublińca piłkarz zobaczył swoje nazwisko, serce zaczęło mu szybciej bić.

Tremę miałem ogromną. Mecz na wielkim stadionie, do tego przy sztucznym świetle, co wtedy nie było częste. Padał deszcz, na trybunach komplet kibiców. Atmosfera niezwykła, ale ja taką otoczkę doskonale znałem z meczów w Chorzowie. Gdy graliśmy derby z Ruchem czy Górnikiem, to często graliśmy na Śląskim. To nie robiło na mnie dodatkowego wrażenia.  Do dziś pamiętam, że na mnie grał wtedy Johnston i Love – taki krępy, niski, szybki zawodnik. Postanowiłem sobie, że zagram tak, by maksymalnie utrudnić mu grę. Przykleiłem się do niego. W tamtych czasach, a były to jeszcze lata 60., grało się tak, że zostawiało się rywalowi dużo miejsca. Kontakt był dopiero wtedy, gdy napastnik nabiegał z piłką na obrońcę. Ja zagrałem inaczej – jak tylko szedł przerzut do mojego zawodnika, to ja od razu przy nim byłem. Jak plaster. Czuł każdy mój oddech. Byłem na tyle szybki, że nie mogli mu rzucić dalekiej piłki za moje plecy. Dawałem sobie z nim świetnie radę – opisywał swój debiut w wywiadzie dla portalu Łączy nas piłka.

W starciu z mistrzami świata

W pamięci kibiców zapisał się szczególnie spotkaniami z 1966 r. Wtedy to reprezentacja Polski wyjechała na tournée do Ameryki Południowej. Nasi reprezentanci mieli okazję sprawdzić się w potyczce z wielką Brazylią. Z ówczesnymi mistrzami świata graliśmy dwukrotnie. W pierwszym mierzyliśmy się z piłkarzami z bezpośredniego zaplecza pierwszej drużyny, szalenie zmotywowanymi, żeby udowodnić swoją przydatność dla zespołu. Byliśmy świeżo po przylocie i gracze jeszcze się nie zaaklimatyzowali. Przegrana 1:4 była jednak dość pechowa. Najmłodszy w zespole Anczok zagrał jednak bardzo dobrze. Po latach wspominał, że to grający przeciwko niemu Jairzinho był najtrudniejszym przeciwnikiem, z jakim przyszło mu się zmierzyć.

To była klasa! Niezwykle szybki, doskonały technicznie, obunożny – słowem zmora dla obrońcy. Oj, namęczyłem się z nim, ale chyba z tego pojedynku nie wyszedłem jako przegrany – wspominał starcie z Brazylijczykiem w rozmowie z Markiem Dziechciarzem na stronach gornikzabrze.pl.

Trzy dni później na wielkiej Maracanie naprzeciw Anczoka i kolegów wybiegła już najsilniejsza reprezentacja Brazylii. Polacy rywali znali tylko z prasy i radia, byli dla nich ludźmi z innego wymiaru. Maracanã robiła na naszych zawodnikach ogromne wrażenie. Na trybunach zgromadziło się 120 tys. ludzi. Nigdy wcześniej ani nigdy później polska reprezentacja nie grała przy takiej publice. Anczok miał za zadanie pilnować Garrinchę. Po latach przyznał się, że zwyczajnie bał się tego pojedynku. Nie tego, że Brazylijczyk go wyprzedzi, czy minie dryblingiem, a tego, że może go zwyczajnie ośmieszyć.

Garrincha nie grał. On czarował i bawił się piłką. Dla niego minąć rywala to było mało. Chciał go ośmieszyć, stworzyć show. Miałem 20 lat, a po drugiej stronie stanął piłkarz z innego wymiaru. Starałem się grać blisko niego, agresywnie… Oczywiście kilka razy mnie minął, ale nie ośmieszył. Pomagał mi Walter Winkler, który debiutował w kadrze. Asekurował, podpowiadał. Garrincha dał mi wtedy swoją koszulkę, ale już jej nie mam. Chyba komuś podarowałem… – mówił Dariuszowi Czernikowi.

Młody obrońca rozegrał znakomite zawody. Nie pozwolił brazylijskiemu gwiazdorowi na zbyt wiele. Mało tego, pod koniec drugiej połowy coraz odważniej ruszał do przodu, przejmując rolę skrzydłowego, a Brazylijczyk nie mógł za nim nadążyć. Również w spotkaniu z Argentyną w Buenos Aires zaprezentował się z bardzo dobrej strony. Warto przypomnieć, że parę miesięcy wcześniej skończył dopiero 20 lat. Za swój najlepszy mecz w karierze uważa jednak spotkanie z Anglią. 5 lipca 1966 r. Synowie Albionu przyjechali do Polski, ledwie na kilka dni przed meczem otwarcia zbliżających się mistrzostw. Wygrali 1:0, ale Polacy zaprezentowali się co najmniej solidnie. Stracona w 14 minucie bramka, którą strzelił Roger Hunt, ustawiła nieco mecz. Anczok znowu spisał się znakomicie. Pilnował Alana Balla i nie pozwolił Anglikowi na zbyt wiele.

To był mój wybitny mecz, dzięki niemu potem zostałem Piłkarzem Roku w 1966. To był mecz, który pozwolił mi wejść na absolutnie najwyższy poziom, uwierzyć w siebie, zaprezentować wszystko, co miałem najlepszego. Czasem tak jest, że grasz poniżej potencjału, że brakuje tego jednego impulsu, by wejść na właściwe tory. Takim meczem dla mnie była właśnie Anglia w ’66 – wspominał w rozmowie z Nikodemem Chinowskim.

Po latach przyznał się, że miał też wystąpić w drugim meczu z Anglikami, który był rozgrywany w styczniu tamtego roku:

Przed tym meczem przechodziłem kontuzję, miałem nogę w gipsie. Po zaleczeniu tego urazu wszystko było już OK, mogłem grać. Dostałem powołanie na ten mecz, miałem stawić się w PZPN w Warszawie, by powiedzieć co z nogą. Byłem pewny swojej pozycji, wiedziałem, że nikt mnie na stałe w kadrze nie zastąpi, więc zdecydowałem się ten mecz odpuścić. Powiedziałem, że nie dam rady, że noga nie jest jeszcze sprawna. Gdybym musiał, to dałbym radę, ale zabrakło motywacji. Przeważyły sprawy świąteczne – mecz był tuż po świętach i po Sylwestrze. Musiałbym w tym czasie mocno trenować, zmieniać plany… Za mało mi zależało na tym meczu, odpuściłem go – przyznawał.

Niewielkie ukłucie i powrót w glorii mistrza

Jeszcze przed igrzyskami olimpijskim na zgrupowaniu w Zakopanem zdał sobie sprawę, że z jego stopą coś jest nie tak. Poczuł niewielkie ukłucie, ale nie zgłosił tego lekarzom, licząc, że to coś drobnego. Później okazało się, że miał pękniętą kość śródstopia. Gdyby zrobiono mu prześwietlenie, to o występie na igrzyskach mógłby zapomnieć. Pojechał do Monachium i zagrał świetne zawody. Był podstawowym zawodnikiem kadry Górskiego. Tylko on zagrał wszystkie mecze turnieju i poprzedzających go eliminacji w pełnym wymiarze czasu. To po jego akcji z Maszczykiem w świetną okazję wykorzystał Deyna, strzelając na 2:1. Anczok miał wtedy 26 lat i był w świetnej formie.

To była wielka przygoda. Wszystko to, co działo się na stadionach, w wiosce olimpijskiej i wokół samych Igrzysk było niesamowitym przeżyciem. (…) Chodziliśmy po wiosce olimpijskiej, cieszyliśmy się luzem i przygodą. Sam awans był sukcesem, nie było presji na dobry wynik. Nikt z nas nie myślał o tym, jak daleko możemy zajść, podchodziliśmy do turnieju na luzie. (…) Z każdym kolejnym wygranym meczem dochodziło do nas, że możemy dojść wysoko. Byliśmy mocni, ale do tego okazało się, że również fortuna nam sprzyjała. (…) Dla nas sam finał i tak był wielkim sukcesem, cieszyliśmy się ze srebra. Pamiętam tę radość po awansie do finału w budynku, gdzie mieszkaliśmy. Nikt nie myślał, że można to jeszcze poprawić na złoto.  Podeszliśmy do finału na dużym luzie, nie było już tej presji – opisywał udział w igrzyskach w Monachium.

Reprezentacja Polski przed finałem z Węgrami. Anczok pierwszy od lewej w górnym rzędzie;
źródło: PAP/EPA/Peter Robinson

Po powrocie z igrzysk piłkarze nagle stali się sławni i dużo więcej mogli załatwić. Anczok chciał kupić działkę w rodzinnym Lublińcu, ale ta, którą wybrał, nie miała prawa zabudowy. Nie potrafił poradzić sobie z biurokracją i w końcu zadzwonił do Urzędu Wojewódzkiego w Katowicach. Urzędnicy postawili jeden warunek – chcieli zobaczyć jego olimpijski medal.

Zeszli się ludzie z całego urzędu, każdy chciał zobaczyć. Działkę zyskałem, ale na tym wszystkim ucierpiał mój medal. On był srebrny, a jedynie powłoka była złota, a ponieważ każdy go dotykał to i szybko się starł – mówił.

Walka z kontuzją i pożar

Ukłucie na obozie w Zakopanem było początkiem poważnych problemów ze zdrowiem. Na igrzyskach stopa mu nie dokuczała, ale kiedy zaczął się nowy sezon, to ból stawał się coraz bardziej dokuczliwy. Zbliżał się mecz z Polonią, w którym Anczok wolał nie grać. Poszedł do włodarzy klubu, chciał ich przekonać, żeby dali mu wolne na ten mecz, ale oczywiście się nie zgodzili. Swoje kroki skierował więc do lekarza, szukał trochę alibi, ale okazało się, że ma pękniętą kość śródstopia. Niby nic poważnego, dostał wstawkę do buta. Pauzował 20 dni. Wrócił na pucharowy pojedynek z Dynamem Kijów.

Miałem nie jechać, ale kontuzję odniósł Stasiu Oślizło. Nie miał kto go zastąpić, więc prezes poprosił lekarza, żeby zrobić zdjęcie rentgenowskie. Nie zrosło mi się jeszcze, ale było „zalane”. Zagrałem więc raz. A potem jeszcze w lidze i rewanż na Stadionie Śląskim z Dynamem. I kość się złamała – opowiadał Markowi Wawrzynowskiemu.

Tym razem przerwa była dłuższa. Anczok leczył się przez całą zimę. Wrócił na boisko wiosną 1973 r. Zagrał w trzech meczach ligowych, ale w tym trzecim z Wisłą stopa znowu nie wytrzymała. Trzy dni wcześniej wystąpił w otwierającym eliminacje do niemieckiego mundialu meczu z Walią w Cardiff. Polska przegrała 0:2. Nikt nawet nie przypuszczał, że Anczok po raz ostatni reprezentował wtedy kraj. Na murawę wrócił niemal rok później. Znowu rozegrał kilka spotkań, ale kiedy w trakcie meczu z Odrą Opole chciał się pokazać siedzącemu na trybunach Kazimierzowi Górskiemu, który kompletował szeroką kadrę na mistrzostwa, w nodze znowu strzeliło. To był dla niego koniec marzeń o wyjeździe na mundial.

Gdyby nie ta paskudna kontuzja, miałby pewne miejsce na bocznej obronie na tych mistrzostwach – twierdził Hubert Kostka na łamach książki „Górnik Zabrze. Opowieść o złotych latach”.

Trudno powiedzieć, dlaczego tak potoczyły się jego losy. Zrobiono mu przeszczep struktury kostnej z biodra do stopy. Niby się przyjął, ale po jakimś czasie jednak się okazało, że coś jest nie tak. Dzisiaj pewnie po kilku tygodniach wznowiłby treningi, ale lata siedemdziesiąte to inna bajka. Inne metody leczenia, inny poziom wiedzy medycznej. Do nikogo jednak nie ma żalu. Sam przyznawał, że być może za szybko chciał wrócić.

Nie mam żalu do nikogo. To niepowodzenie to był efekt ówczesnego poziomu medycyny. Procesu rehabilitacji, o jakim słyszymy obecnie, to w ogóle nie było! Żadnych kontroli, rozpisek, zajęć na siłowni… Nic. Po zabiegu wróciłem do Lublińca, biegałem po lesie, bo chciałem rozruszać tę nogę. Gdy mi zdjęli gips, to ja się od nowa uczyłem chodzić. Może właśnie takiej wiedzy wtedy zabrakło? – zastanawiał się w rozmowie dla Łączy nas piłka.

W trakcie leczenia los znowu zetknął go z Włodzimierzem Lubańskim. Reprezentacyjny napastnik również dochodził do siebie do kontuzji. Razem jeździli na obozy juniorskie, razem grali z Brazylią, razem pojechali żegnać Jaszyna, a teraz razem przebywali w ośrodku w Lądku-Zdroju. To tam omal nie doszło do tragedii. Obaj piłkarze dosłownie o włos uniknęli śmierci.

Drzemaliśmy po zabiegach, kiedy poczułem spaleniznę. Myślałem, że to zwarcie. Poszedłem sprawdzić, co się dzieje do pokoju obok. Tam wszystko było już w płomieniach, a ściany były z dykty. Alarm, akcja ratunkowa, straż… Tylko dlatego udało się uratować ośrodek. Potem organizatorzy turnusu posadzili nas przy stoliku na środku sali, przedstawiając jako bohaterów – mówił w rozmowie dla katowickiego Sportu.

Ameryka po raz kolejny

Jesienią 1974 r. zorganizowano mu pożegnalny mecz w Górniku. Wcześniej w trakcie rekonwalescencji pomagał w szkółce piłkarskiej Gwarka Zabrze. Był asystentem Huberta Kostki, a później Stefana Florenskiego. Cały czas pozostawał na liście płac Górnika. Kiedy wrócił do pełni sił, poprosił Zygfryda Szołtysika, żeby ten znalazł mu jakiś klub na zachodzie. Miał trafić do PSG, ale wprowadzono wtedy zakaz wyjazdów dla sportowców. Wkrótce zawodnik wyczuł, że klub chce na nim zarobić. To był powolny zmierzch wielkiego Górnika. Po cichu udało się uzyskać obrońcy zgodę na paszport i Anczok wyjechał do USA. Nie obyło się jednak bez komplikacji.

Dostałem wizę do USA, ale w Zabrzu nagle uznano, że może jednak wróciłbym na boisko. Trzy dni przed planowanym odlotem, bo bilet miałem w jedną stronę. Wtedy szybko załatwiłem wszystkie formalności, nikomu się nie przyznałem i poleciałem – opisywał okoliczności wyjazdu w wywiadzie z Dariuszem Czernikiem.

Wyjazd załatwiał Edward Mazur. Ten sam, który założył Bakomę i który miał mieć związek z zabójstwem Marka Papały. Anczok liczył, że będzie grał w Wiśle Chicago. Rzeczywistość jednak była inna. Biznesmen kazał zabrać mu ze sobą fartuch. Okazało się, że miał być mu potrzebny do pracy. Mistrz olimpijski pracował w warsztacie samochodowym, przygotowując auta do lakierowania. Dorabiał też na budowie. W piłkę grywał tylko na poziomie półamatorskim, w zespole Katz Chicago. Zamiast prawdziwej ligi brał udział w jakichś amatorskich rozgrywkach, w których wokół boiska gromadziło się po kilkanaście, czasem kilkadziesiąt osób. Nie tak miał wyglądać jego amerykański sen.

Norwegia i powrót na stare śmieci

Ta nieciekawa sytuacja trwała przez półtora roku. Pewnego dnia los znowu się do niego uśmiechnął. Razem z innymi Polakami przeczytał ogłoszenie w prasie. Norweski klub szukał zawodników i oferował 1200 dolarów pensji. Dodatkowo zapewniał mieszkanie i samochód. Anczok nie zastanawiał się długo.

Wysłaliśmy na skrzynkę pocztową nasze CV, ale odpowiedzieli tylko na mój list. Mistrz olimpijski, mecz Jaszyna… To chyba zrobiło wrażenie. (…)  Gdy w Chicago wsiadałem do samolotu, było 35 stopni, a gdy wysiadałem w Oslo – w krótkim rękawku – było -10 i śnieżyca. Ale to był fajny czas. Praca bez stresu, dobre wypłaty, auto, możliwość przekraczania granicy, częste odwiedziny w Polsce… – wspominał.

Po dwóch latach mógł wreszcie zobaczyć się z rodziną. Norweski futbol dopiero raczkował, a Ana był pierwszym Polakiem, grającym w Norwegii. W drużynie Skeid Oslo grał na środku pomocy. Zawsze był bardzo wszechstronny. W 1972 r. tygodnik Sportowiec zorganizował głosowanie na polskiego piłkarza wszech czasów. Jak można się było spodziewać, Anczok nie miał konkurencji na lewej obronie i wygrał z ogromną przewagą. Zajął jednak też piąte miejsce wśród prawych i jedenaste wśród stoperów. W ciągu 2,5 roku gry w Oslo udało mu się poprowadzić zespół do awansu do I ligi. W maju 1977 opuścił Norwegię i wrócił do ojczyzny.

Taxi Driver

W rodzinnym Lublińcu przez jakiś czas pracował jako taksówkarz. Klienci często woleli wybrać właśnie jego niż innych, licząc na jakieś ciekawe anegdoty z czasów gry w piłkę. Dzięki dość elastycznemu czasowi pracy, mógł spróbować swoich sił jako trener w swojej ukochanej Sparcie. Wiele nie brakowało, a jego zespół awansowałby do III ligi. Łączył przyjemne z pożytecznym. Później prowadził mały sklepik spożywczy. Coraz bardziej zaczynało mu doskwierać biodro. W końcu musiał zrezygnować z fizycznej pracy. Dzięki Stefanowi Paszczykowi przeprowadzono mu operację i wszczepiono endoprotezę. Sytuacja materialna stawała się jednak coraz trudniejsza. Dopiero kiedy prezydent Aleksander Kwaśniewski wprowadził olimpijskie emerytury, odzyskał spokój i bezpieczeństwo finansowe.

Niektórym dobrze się wiodło, więc wzruszali ramionami: „Co to za pieniądze, oddamy na domy dziecka”. Ale dla starszych olimpijczyków, którzy sobie nie poradzili, to było cudo. Dla mnie też – przyznawał.

Dzisiaj stara się być na każdym meczu Górnika i narodowej reprezentacji. Ciągle żyje piłką;
źródło: gornikzabrze.pl

Dzisiaj jeździ na mecze Górnika i reprezentacji. W Lublińcu organizowane są zawody o puchar jego imienia. Na przełomie lat 60. i 70. był czołowym bocznym obrońcą świata. Nie przypadkowo znalazł w miejsce w drużynie gwiazd. Grał bardzo nowocześnie. Często podłączał się do akcji ofensywnych. Jego umiejętności bardzo cenił Kazimierz Górski.

Był doskonały na lewej obronie – nie tylko w grze defensywnej, ale dał zaczątki grze ofensywnej. Często włączał się do napadu. On nie tylko przeszkadzał jako obrońca, ale także potrafił budować akcje napadu. Bardzo spokojny – lubiany nie tylko przez kolegów z kadry, ale szczególnie w środowisku bytomskiej Polonii, bo tam miał swoje początki – wspominał trener w „Alfabecie Pana Kazimierza” Macieja Polkowskiego.

W jego czasach tak bardzo ofensywna gra bocznego obrońcy była novum. Dzisiejsi komentatorzy powiedzieliby, że miał znakomitą zdolność antycypowania i ustawiania się. Bardzo dobrze współpracował z drużyną. Był niesamowicie ambitny i zacięty. Dysponował znakomitym przyśpieszeniem i był bardzo szybki, ale jednocześnie wydolny i wytrzymały. Grał ostro, ale nigdy brutalnie. Dzięki swojej zwinności i dużej szybkości mógł sobie pozwolić na grę z przeciwnikiem jeden na jednego i nie potrzebował przy tym asekuracji drugiego obrońcy. To dawało jego drużynom przewagę. Grał na lewej stronie, ale był prawonożny, więc kiedy ruszał do przodu, to często schodził do środka, albo nawijał przeciwnika i centrował prawą nogą.

Na mistrzostwach świata w RFN zastąpił go Adam Musiał. Zrobił to poprawnie, dał bardzo dużo drużynie. Czy gdyby Anczok był zdrowy i utrzymał miejsce w zespole, to osiągnęlibyśmy więcej? Pewnie nie, ale przez to, że nie mógł uczestniczyć w mundialu, wielu kibiców o nim zapomina. Zresztą złoci medaliści z Monachium, którzy później nie zagrali na mistrzostwach świata, nie cieszą się taką popularnością jak ekipa z 1974 r. Zupełnie niesłusznie, bo bez takich graczy jak Anczok, Kraska, Ostafiński, Szołtysik czy Marx nie byłoby sukcesu z 1972 r., a co za tym idzie dużo trudniej byłoby o dobry wynik w RFN.

BARTOSZ DWERNICKI

Przy pisaniu tekstu posiłkowałem się następującymi publikacjami:

  • Paweł Czado – Górnik Zabrze. Opowieść o złotych latach
  • Stefan Grzegorczyk, Jerzy Lechowski, Mieczysław Szymkowiak – Piłka nożna 1919-1989. Ludzie. Drużyny. Mecze
  • Włodzimierz Lubański, Przemysław Sowiński – Włodek Lubański. Legenda polskiego futbolu
  • Maciej Polkowski – Alfabet Pana Kazimierza
  • Stefan Szczepłek – Moja historia futbolu. Tom 2. Polska
  • Krzysztof Wyrzykowski – Ja, Lubański
  • Piłka jest okrągła. 50 lat piłkarstwa w województwie katowickim – praca zbiorowa
  • Wielki finał – praca zbiorowa
  • Kolekcja klubów. Tom 6. Górnik Zabrze
  • Encyklopedia Piłkarska FUJI. Biało-czerwoni. Tom 14
  • Encyklopedia Piłkarska FUJI. Biało-czerwoni. Tom 16
  • 75 lat OZPN Katowice – księga pamiątkowa
  • wywiad z Zygmuntem Anczokiem z 23 marca 2016 r. dla katowickiego Sportu, który przeprowadził Dariusz Czernik
  • wywiad z Zygmuntem Anczokiem z 8 maja 2016 r. dla Łączy nas piłka, który przeprowadził Nikodem Chinowski
  • Najlepszy lewy obrońca w historii polskiej piłki – artykuł Marka Wawrzynowskiego dla Przeglądu Sportowego
  • Zygmunt Anczok skończył 71 lat – artykuł Marka Dziechciarza dla oficjalnej strony Górnika Zabrze

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE

Bartosz Dwernicki
O Bartosz Dwernicki 33 artykuły
Pasjonat podróży i gór. Wielbiciel futbolu latynoskiego i afrykańskiego. Lubi zagłębiać się w piłkarskie historie zza żelaznej kurtyny. Od 20 lat kibic Borussi Dortmund i Realu Madryt