Andrzej Szarmach – anioł, który strzelał jak diabeł

Jako młody człowiek koniecznie chciał pływać na statkach, jednak jego rodziców nie było stać na opłacenie nauki w Morskiej Obsłudze Radiowej Statków w Gdyni. Kto wie, czy zamiast strzelać bramki na mistrzostwach świata, nie pływałby na jakimś statku? Albo gdyby nóż napastnika powędrował nieco wyżej, nie pożegnałby się z życiem w bardzo młodym wieku? I wreszcie, czy gdyby Włodzimierz Lubański nie odniósł paskudnej kontuzji w meczu z Anglią, to czy Andrzej Szarmach miałby jakiekolwiek szanse na wyjazd na mundial w 1974 roku? Ale od początku…

Wielka rodzina Andrzej Szarmach

Andrzej Szarmach pochodził z licznej rodziny. Miał aż siedmiu braci, z których dwóch urodziło się jeszcze przed II Wojną Światową. Rodzeństwo nie należało do grona aniołków, więc sąsiedzi i najbliższa okolica domu Szarmachów miała z chłopakami sporo problemów. Do każdej bójki czy meczu piłkarskiego bracia zawsze stawali razem. Tego zresztą wymagał od nich ojciec Jan. Chłopcy mieli zawsze stać ramię w ramię i dbać wzajemnie jeden o drugiego.

W każdym pokoju stały dwa dwuosobowe półko-tapczany. Miejsc do spania było więc osiem, a nas dziesięcioro. Jak się mieściliśmy? – Jeden z was zawsze był w wojsku – odpowiedziała mi kiedyś mama. – Kiedy kończył służbę, to w kamasze od razu brali drugiego. Poza tym różnica między wami była na tyle duże, że kiedy urodził się najmłodszy Czesio, to najstarszy Henryk zdążył się już wyprowadzić – wspominał w książce „Andrzej Szarmach. Diabeł nie anioł” napisanej wspólnie z Jackiem Kurowskim.

Także swoim braciom Szarmach zawdzięcza charakterystyczny nos. Podczas jednej z dziecięcych zabaw, kiedy dzieciaki strzelały z katapulty, młody Andrzej został pociskiem. Przeleciałem wtedy przez trzy ogródki mówił. Choć sport był w jego życiu wszechobecny (tańczył w zespole ludowym, grał w siatkówkę), to na pierwszym miejscu zawsze stawiał futbol. Zawsze grał jako napastnik. Rodzice nie podzielali tej pasji, naciskając na syna, aby przede wszystkim skończył szkołę. Pewien szantaż pchnął  go w kierunku Polonii Gdańsk. Trener tamtego zespołu, Ludwik Arnold, widząc jak wielkim talentem dysponuje młody Szarmach, zmusił go do wstąpienia w szeregi  juniorów Polonii. Powiedział chłopakowi, że jeżeli tego nie zrobi, to ten nie skończy szkoły. Czy był to blef? Tego już się nigdy nie dowiemy.

O włos od śmierci

Polonia Gdańsk była klubem stoczniowym, usadowionym w centrum politycznej zawieruchy. Podczas rozruchów na Politechnice Gdańskiej w 1968 roku, szczęście i szybkie nogi uchroniły Szarmacha przed spotkaniem z ormowcami. Udało mu się zbiec i uniknąć „ścieżki zdrowia”. Mniej szczęścia miał jego klubowy kolega Włodzimierz Żejmotel, którego milicjanci złapali. Jak nietrudno się domyślić, na jednym siniaku się nie skończyło. Dwa lata później, kiedy w Gdańsku strzelano do robotników, nasz bohater był na zgrupowaniu w Szklarskiej Porębie. Jak wspominał później, miał farta. Zawsze lubił być w centrum wydarzeń, więc pewnie i tym razem biegałby pośród kul. Niewiele zabrakło, a mógłby stracić życie z rąk kibica Lechii Gdańsk. Po jednym z derbowych spotkań, kiedy Polonia pokonała walczącą o awans Lechię, wracającego na rowerze do domu Szarmacha spotkał pijany kibic Biało- zielonych.

Z daleka zwracał na siebie uwagę, bo bardzo się „bujał”. Zdążyłem go minąć, kiedy poczułem ukłucie i ciepło na plecach – wspominał po latach.  

Na szczęście skończyło się na szyciu, dwunastu szwach i gipsie. Chwilę później „Diabeł” trafił do Arki Gdynia, walczącej o awans do pierwszej ligi. Choć reprezentował ją tylko przez jeden sezon, spotkał się tam z wymyślną technologią opracowaną przez klubowego szewca. W butach kolarskich przybijał gwoździami skórzane stożki. Pozwalało to utrzymywać niezłą przyczepność nawet w kiepskich warunkach atmosferycznych.

W podobny sposób rywala przechytrzyli piłkarze Stali Mielec, którzy w 1975 roku rozgrywali mecz z Carl Zeiss Jena w ramach rozgrywek o Puchar UEFA. Mecz rozgrywano późną jesienią, na skutym lodem boisku. W pierwszej chwili sędziemu obuwie Polaków nie wydało się dziwne, więc dopuścił do rozegrania spotkania. Kiedy jednak po chwili zdarła się pierwsza warstwa podeszwy, na wierzch wyszły gwoździe. Stal odrobiła stratę z pierwszego meczu i po rzutach karnych wyeliminowała faworyzowanych Niemców z NRD.

Wracając do Szarmacha, to w swoim jedynym sezonie w Gdyni został królem strzelców rozgrywek z 15 golami na koncie. Nie przeszkodziła mu w tym nawet kontuzja obojczyka, która na pięć tygodni wyłączyła go z gry. Po świetnym sezonie prasa rozpisywała się o wielkim talencie znad morza. Gra 21-letniego piłkarza nie uszła też uwadze dziesięciokrotnemu mistrzowi Polski z Zabrza, który koniecznie chciał go mieć w swoich szeregach. Do tego stopnia, że wysłannik klubu Paweł Piecha zapukał do drzwi państwa Szarmachów bez żadnej zapowiedzi. Rozpoczęło to lawinę, która ostatecznie miała wpływ na przeprowadzkę na Górny Śląsk.

Andrzej tańczy z gwiazdami

Kiedy działacze Arki dowiedzieli się o zakusach Górnika, podstępem i powołaniem do wojska chcieli zmusić Szarmacha do pozostania. Miał przez trzy lata służyć na okrętach podwodnych w jednostce w Ustce. „Służyć” to oczywiście nieprecyzyjne słowo. Miał po prostu grać w piłkę w Arce, w ramach wojska. W ten sam sposób pozyskać go chciała warszawska Legia. Do domu Szarmachów przyszło dwóch wojskowych, którzy mieli wręczyć Andrzejowi powołanie do wojska do Warszawy. Traf chciał, że w tym samym czasie był on na zgrupowaniu Arki w NRD. Legia nie chciała dać młodemu piłkarzowi czasu na reakcję, więc żołnierze czekali na jego przyjazd w pobliżu domu rodzinnego. Uprzedził ich brat piłkarza, Marian, który przez dwa dni wyczekiwał go na przystanku tramwajowym. To tak naprawdę on postanowił, że piłkarz zagra w Górniku Zabrze. Mężczyźni pojechali na dworzec kolejowy, skąd pełni obaw co do swojej przyszłości, udali się do Katowic. O piątej rano zapukali do drzwi Pawła Piechy.

Tygodnia potrzebował Górnik na załatwienie wszelkich formalności. Po tym czasie w książeczce wojskowej pojawił się napis: „odroczony z tytułu wykonywanej pracy”. Chociaż Arka Gdynia domagała się rocznej dyskwalifikacji, to nic nie mogła zrobić. Szarmach rozpoczął fikcyjną pracę w kopalni Knurów i treningi z dwunastoma reprezentantami Polski grającymi w Zabrzu.

Moimi kolegami stali się ludzie z pierwszych stron gazet. Erwin Wilczek – najbardziej utytułowany piłkarz w historii polskiego futbolu. Człowiek, który mistrzostwo Polski zdobywał aż dziewięć razy, sześć razy sięgał po Puchar. Niewiele mniej sukcesów mieli na koncie Stanisław Oślizło, czy Stefan Florenski. No i reprezentanci kraju: Hubert Kostka, Zyga Anczok, Jurek Gorgoń, Zyga Szołtysik i oczywiście Włodek Lubański – wtedy i dziś największa gwiazda klubu z Zabrza.

Strzelanie w nowym klubie zaczął bardzo szybko, bo już w 1/16 finału Pucharu Europy Mistrzów Krajowych. Górnik podejmował na własnym boisku maltańską Sliemę Wanderers, a od przebiegu meczu ciekawsze było to, co wydarzyło się przed spotkaniem. Na granicy austriacko-czechosłowackiej straż graniczna miała spory problem, żeby porównać twarze Maltańczyków ze zdjęciami w paszportach. Piłkarze zapuścili długie brody, wąsy czy włosy. Nakazano więc im… pójść do fryzjera. Ogolona drużyna Sliemy przyjechała do Polski, gdzie przegrała o:5, a dwie bramki zdobył właśnie Andrzej Szarmach.

Kilka tygodni po przyjeździe na Śląsk Andrzej poznał swoją przyszłą żonę Małgosię. Przez długi czas nie wiedziała ona jednak, że spotyka się z piłkarzem. Sprytnie to przed nią ukrywał. Dopiero po jakimś czasie, będąc razem z ojcem, zobaczyła Szarmacha z piłkarzami Górnika. Jako, że ojciec był wielkim kibicem, uświadomił córkę co to za Andrzej, z którym się spotyka. Ślub wzięli w maju 1974 roku, a dzień później (delikatnie mówiąc) „zmęczony” po imprezie Szarmach rozegrał mecz z Wisłą Kraków i strzelił zwycięską bramkę na 3:2.

Mundial ich marzeń

Kiedy reprezentacja Polski awansowała na mistrzostwa świata po 36 latach nieobecności, wszyscy spodziewali się, że podopieczni Kazimierza Górskiego do RFN jadą po naukę. Trzy mecze i koniec. W grupie przecież czekali na nich wicemistrzowie świata Włosi, faworyzowani Argentyńczycy i Haiti. Nie ma co opowiadać. Doskonale wiemy jak to się skończyło. Andrzej Szarmach do Niemiec pojechał przekonany, że większość turnieju obejrzy z ławki rezerwowych. Gdyby nie poważna kontuzja Włodzimierza Lubańskiego, przez którą nie doszedł do pełni dyspozycji, niewykluczone, że „Diabeł” mundial obejrzałby w telewizji. Wyszedł jednak w pierwszym składzie na Argentynę, chociaż większość była przekonana, że zagra strzelec złotego gola z Wembley – Jan Domarski. Szarmach zrobił swoje, strzelając Argentyńczykom na 2:0. Albiceleste nie pomógł 19-letni Mario Kempes, który dopiero wchodził w świat wielkiej piłki. Później przyszedł hat-trick w meczu z Haiti, a świat powoli zaczął wariować na punkcie drużyny Kazimierza Górskiego.

Wtedy przyszedł ten słynny mecz z Włochami. Nasza drużyna, aby przedłużyć nadzieję Argentyny na awans do drugiej rundy, musiała pokonać Włochów, w których składzie grali między innymi: Fabio Capello, Giacinto Facchetti czy Dino Zoff. Każdy inny wynik dawał awans naszym kadrze Italii. Kiedy do przerwy Polacy prowadzili już 2:0, włoska strona chciała kupić sobie remis. Proponowała 22 tysiące dolarów. Nawet schodzącym do szatni piłkarzom walizkę z pieniędzmi pokazywał włoski działacz.

Gdy wydawało się, że ten mecz fazy grupowej rozegrany został bez udziału pieniędzy, wyszła na jaw sprawa Roberta Gadochy, którego żona przyjęła ponoć 18 tysięcy dolarów od… Argentyńczyków w zamian za pokonanie Włochów. Polska ograła rywala 2:1. Małżonka Gadochy pieniądze miała otrzymać na trybunach. Czy rzeczywiście tak było? Sprawę nagłośnił w 2005 roku Grzegorz Lato, który powoływał się na rozmowę z klubowym kolegą z meksykańskiego Atlante. To właśnie wtedy Arturro Ayala przyznał się, że piłkarze i trenerzy złożyli się po tysiąc dolarów na premię dla naszych zawodników. W sumie miało być 24 tysiące dolarów, jednak rezolutny Argentyńczyk pomyślał też o sobie, „odpalając” zaledwie 18.

Było to sporo pieniędzy. Jeśli zwykły pracownik zarabiał 25 dolarów za miesiąc, a dolar był wtedy po 120 złotych, to łatwo sobie policzyć. Prawda zawsze wypływa, a obecnie nikt z nas nie ma kontaktu z Robertem Gadochą. Wszyscy spotykamy się od czasu do czasu, a z Robertem od ponad dziesięciu lat nie mamy żadnej styczności – mówił w wywiadzie dla naszej strony Grzegorz Lato.

Jakby nie patrzeć na całą tę historię, piłkarze na boisku przecież o tym nie wiedzieli. Wygrali, a fantastycznego gola głową strzelił Andrzej Szarmach. W nagrodę za ten wynik każdy piłkarz dostał po złotym zegarku, które ufundował miejscowy złotnik. Otrzymali też pięć skrzynek jabłek jako prezent od Argentyńczyków.

Zarzuty Grzegorza Laty odrzucił w fantastycznej książce Karoliny Apiecionek „Mundial ’74. Dogrywka” Henryk Loska, ówczesny działacz PZPN-u:

Uważam, że to mało wiarygodne, co po trzydziestu latach jeden piłkarz z Argentyny mówi drugiemu piłkarzowi z Polski. Mam żal do Grzesia Laty, że takie rzeczy rozpowszechnia, bo to jest bardzo mocne oskarżenie. Z drugiej strony zastanawiające jest to, że Gadocha nie podjął żadnej reakcji obronnej.

W drugiej fazie grupowej, po wyszarpaniu zwycięstwa Szwedom, przyszedł pechowy mecz dla Szarmacha z Jugosławią. Po starciu z Stanislavem Karasim nabawił się kontuzji, która wyeliminowała go z decydującego meczu z gospodarzami turnieju. Na jego udzie pojawił się krwiak i uniemożliwiał mu jakiekolwiek czynności z piłką. Wyścigu z czasem nie udało się wygrać. Fakt, że odsunięty od treningów Szarmach ma nieco więcej czasu, chcieli wykorzystać działacze Eintrachtu Frankfurt, próbując namówić go do pozostania w kraju i gry w tamtejszej drużynie. Proponowali za to dom jednorodzinny i całkiem pokaźną wypłatę. Po konsultacjach z żoną, która przyjechała do Niemiec, propozycję odrzucił, po części w obawie przed represjami ze strony władz.

Po przegranym „meczu na wodzie”, przed którym gospodarze dbali, aby nie stała się im krzywda ze strony naszej reprezentacji (między innymi osuszali tylko jedną połowę boiska), przyszedł mecz o trzecie miejsce z obrońcami mistrzowskiego tytułu – Brazylią. Po bramce Grzegorza Laty nasza drużyna osiągnęła historyczny sukces. Andrzej Szarmach, wspólnie z Johanem Neeskensem, został wicekrólem strzelców z pięcioma golami na koncie.

Kolega za 100 tysięcy złotych

Po wielkim sukcesie na mistrzostwach świata, przyszedł dla Szarmacha czas rozczarowań. Wraz z Górnikiem zajął dopiero ósme miejsce w rozgrywkach I ligi, ale to nic w porównaniu do rozczarowania, jakie przyszło na Igrzyskach Olimpijskich w Montrealu. Po sukcesie w Monachium, gdzie nasza reprezentacja wygrała i trzeciej pozycji na mundialu, drużyna Kazimierza Górskiego do Kanady jechała w jasnym celu – obronić złoto olimpijskie. Już po fazie grupowej, gdzie nas zremisowali z Kubą i pokonali Iran, widać było, że to może nie być ich turniej. Co prawda później łatwo awansowali do finału, jednak porażki z NRD nie spodziewał się nikt.

Polacy stawili się kilka godzin przed pierwszym gwizdkiem, ponieważ dotarła do nich informacja, że spotkanie odbędzie się wcześniej niż planowano. Boisko nie było najlepszej jakości, co oczywiście nie jest żadnym wytłumaczeniem dla „Orłów”. Dzień wcześniej na stadionie w Montrealu odbywał się finał konkursu ujeżdżania, a zawodnicy zostawili po sobie olbrzymie dziury. Później zostały one zasypane piaskiem i pomalowane na zielono, jednak nie przypominało to już boiska piłkarskiego z prawdziwego zdarzenia. Po drugiej bramce dla NRD boisko opuścił Jan Tomaszewski, a zastąpił go Piotr Mowlik. Kontaktowa bramka, którą strzelił Grzegorz Lato, nic nie dała. Polacy przegrali 1:3 i musieli przełknąć gorycz rozczarowania.

W powrotnym samolocie do kraju Szarmach zaczął układać w głowie wizję dalszej kariery. Potrzebował zmian i walki o wyższe cele. To proponowała mu Stal Mielec, gdzie grał jego kolega Grzegorz Lato. Zmiany na stanowisku trenera Górnika także przyczyniły się do tego, że Zabrze opuścił. Nowym szkoleniowcem został Hubert Kostka, a tym dwóm panom, delikatnie mówiąc, nigdy nie było ze sobą po drodze. Stal szukała zastępstwa za Jana Domarskiego, który przeniósł się do Francji. Wielkim zwolennikiem transferu Szarmacha był także Grzegorz Lato, który namawiał go do przenosin. Mówi się, że te namowy kosztowały działaczy Stali 100 tysięcy złotych.

Podobnie jak w przypadku przenosin do Zabrza, tak i teraz trwała swego rodzaju wojna o napastnika, którego Górnik nie chciał puścić. Stało się to dopiero po decyzji PZPN-u. Działacze z Zabrza i tak skutecznie utrudnili przenosiny „Diabła” na Podkarpacie. Dokumenty potwierdzające transfer przesłali dopiero w szóstej kolejce sezonu, przez co nie mógł on zostać zarejestrowany do gry w europejskich pucharach i ominął go mecz z wielkim Realem Madryt. Stal, prowadzona przez Edmunda Zientarę, była mistrzem Polski, więc sportowo był to awans dla Szarmacha. Tytułu nie udało się obronić, a Zientara został zwolniony po pół roku od przybycia  tam bohatera tekstu. Stal przez dwa lata nie awansowała nawet do europejskich pucharów. Czarę goryczy Szarmacha przelał fatalny turniej o mistrzostwo świata w Argentynie.

Ten fatalny turniej

Wszystko zaczęło się od zmiany na stanowisku selekcjonera reprezentacji Polski. Kazimierza Górskiego zastąpił Jacek Gmoch, który wprowadził do kadry nowe standardy. Piłkarze przechodzili kompleksowe badania, według których chociażby Kazimierz Deyna nie nadawał się w ogóle do uprawiania profesjonalnego sportu. Ostatecznie nasza drużyna sklasyfikowana została na miejscach 5-8. Wtedy taki wynik uznawano za porażkę. Atmosfera w szatni była fatalna. Piłkarze myśleli o tym, jak rozdzielić finanse. Większość z nich myślami uciekała za granicę. Do wyjazdu przymierzali się także Szarmach i Lato. Słynna sprawa to historia z torbami marki Interminex. Piłkarze dostali zalecenie, że w trakcie spotkań mają one leżeć przed ławką rezerwowych w taki sposób, żeby widać było logo sponsora. Oczywiście mało kto się do tych zaleceń przychylił.

Po dość pewnym awansie z pierwszego miejsca, nasi gracze trafili w drugiej fazie do grupy śmierci, gdzie musieli się zmierzyć z Argentyną, Peru i Brazylią. Zdobyliśmy tylko dwa punkty przyznane za zwycięstwo z Peru. W wygranym spotkaniu z Peru jedyną bramkę w turnieju strzelił Andrzej Szarmach. W meczu z Argentyną trener posadził na trybunach Jerzego Gorgonia, który uznawany był za ostoję naszej defensywy. Dodatkowo rzutu karnego nie wykorzystał Kazimierz Deyna. Porażka 0:2 postawiła nasz zespół w trudnej sytuacji, choć zwycięstwo z Peru dawało jeszcze szansę.

Z Brazylią nasi piłkarze zagrali już bez wiary na jakikolwiek sukces i zasłużenie przegrali 1:3.

Kiedy zaczęli walić po tych słupkach, to myślałem, że w kościele jestem – mówił po meczu bramkarz Zygmunt Kukla.

Niepowodzenie na mistrzostwach w Argentynie to zdaniem wielu „zasługa” trenera Gmocha, który zniszczył chemię w zespole i podejmował nietrafione decyzje personalne. Zastąpił go Ryszard Kulesza. Andrzej Szarmach wspólnie ze Stalą w końcu zagrał w europejskich pucharach po zajęciu trzeciego miejsce w sezonie 1978/1979, poprawiając sobie nieco humor po argentyńskiej wpadce i przygodach z trenerem Konstantym Pawlikańcem, który za „brak ambicji” przesunął go do zespołu rezerw.

(Pawlikaniec) Nigdy wcześniej nie prowadził żadnego klubu, ale znał się na wszystkim najlepiej. Tak przynajmniej uważał. Przyszedł do Stali w 1977 roku i zaczęły się kłopoty. Nie wiadomo dlaczego Pawlikaniec był uczulony na reprezentantów. Twierdził, że ich nie potrzebuje i zaczął jednego po drugim odstawiać na boczny tor. Najpierw Witka Karasia, potem Ryśka Pera. Generalnie do wszystkich kadrowiczów coś miał. No i w pewnym momencie przyszła pora na mnie. 

Prawdą jest, że Szarmach nie miał wtedy najlepszej prasy. Nawet sam wiceprezes klub Edward Kazimierski przyznał w jednym z wywiadów, że „Diabeł” nie spełnia oczekiwanych w nim nadziei. Wicekról strzelców mistrzostw świata spadł na samo dno. Doszło nawet do tak absurdalnej sytuacji, że przez dwa miesiące nie grał on w żadnej drużynie. Kiedy zgłosił się do zespołu rezerw, usłyszał od trenera Zenona Książka, że miejsce medalisty olimpijskiego jest w pierwszym składzie, nie w rezerwach i nie przyjął piłkarza do ekipy. Przygoda Konstantego Pawlikańca ze Stalą zakończyła się, kiedy chciał tak samo jak z innymi reprezentantami postąpić z Grzegorzem Lato. Miarka się przebrała i został on zwolniony, co umożliwiło Szarmachowi powrót do pierwszej drużyny. Od tej pory Szarmach w 22 meczach strzelił 15 goli.

Francja wzywa!

„Diabeł” nieuchronnie zbliżał się do trzydziestych urodzin, po których piłkarz dostawał zgodę na wyjazd za granicę. Co prawda nie planował on opuszczenia Mielca, jednak zainteresował się nim wielki Guy Roux – trener Auxerre. Stal wtedy była na dnie. Zajmowała 13. miejsce w rozgrywkach I ligi. Szarmach kontrakt podpisał już w czerwcu 1980 roku. Na wyjazd musiał jednak poczekać do skończenia 30. roku życia. Francuzi zapłacili za niego 100 tysięcy dolarów. Do Francji jechał jako gwiazda naszego futbolu. Na miejscu bardzo pomagali mu Józef Klose (ojciec Mirosława) i Henryk Wieczorek, którzy już wcześniej grali u trenera Rouxa. Uczyli go języka, pomagali zaaklimatyzować się w klubie. W Auxerre wcześniej przez kilka lat grali bramkarz Marian Szeja i napastnik Zbigniew Szłykowicz, więc w mieście bardzo ceniono talenty Polaków.

Andrzej Szarmach barwach Auxerre

Chociaż życie w słonecznej Francji wydawało się dużo przyjemniejsze, zdarzały się też przykre momenty. Jak chociażby ten, kiedy Andrzej otrzymał informację o przedłużeniu kontraktu z klubem, chociaż sam… niczego nie podpisywał. Wywiązała się olbrzymia awantura, której efektem był nowy czteroletni kontrakt z podwyżką i samochód dla żony. Wszystko po to, żeby sprawę zatuszować. Także w Auxerre „Diabeł” spotkał Erica Cantonę, któremu po mistrzostwach świata w 1982 roku Paweł Janas podarował koszulkę Paolo Rossiego. Młody Cantona był wielkim fanem Włocha do tego stopnia, że ponoć spał w jego koszulce. Dochodzimy do największej traumy w karierze wicekróla strzelców mundialu w RFN, czyli mistrzostw w Hiszpanii…

Ach, ten Piechniczek 

– Wiesz Andrzej grasz za granicą, dolary zarabiasz, a ja buduję dom i nie mam nawet na dachówkę – powiedział do Szarmacha Antoni Piechniczek.

„Diabeł” już przed pierwszym meczem wiedział, że u selekcjonera grać nie będzie. Trener wyjaśnił mu to na początku czempionatu w Hiszpanii. Na wszelkie prośby o wytłumaczenie był głuchy. – To był największy koszmar w mojej karierze – mówił po latach Szarmach, wspominając tamte mistrzostwa.W pierwszym meczu z Włochami nie zagrał ani minuty. Później przeciwko Kamerunowi wszedł na ostatnie pół godziny, zastępując kontuzjowanego Andrzeja Iwana. Problemy boiskowe nie były jedynymi, które zaprzątały myśli napastnika.

Grzegorz Lato wraz z Andrzejem Szarmachem wpadli na pomysł, że nie będą nosić obuwia Adidasa, sponsora reprezentacji. Szarmach miał wtedy umowę z firmą Noel i nie mógł grać w innych korkach. Dopiero koperta z 10 tysiącami dolarów rozwiązała problem. Choć z całej sumy, decyzją rady drużyny, Andrzej dostał niewiele. Pieniądze dzielone były na podstawie minut spędzonych na boisku… Tych za wiele „Diabeł” nie uzbierał. Chociaż wyniki sportowe przemawiały za racją selekcjonera, to Szarmach od początku twierdził, że ten jest do niego uprzedzony:

– Podczas, gdy wszyscy zawodnicy moczyli się w basenie, my z Piotrkiem Mowlikiem biegaliśmy po 20 kilometrów – żalił się.

Jestem sam ze swoimi myślami, odcięty od reszty drużyny, dziennikarzy, całego świata. Podejmuje desperackie próby wyrzucenia z siebie złych emocji. Bezskutecznie. Łażę z kąta w kąt. Z miejsca na miejsce. Zatruwam się. 

Nadzieja na występ pojawiła się przed półfinałowym meczem z Włochami. Z powodu zawieszenia za kartki nie mógł grać Zbigniew Boniek, a kontuzjowany był Andrzej Iwan. Nadzieje prysły jednak szybko jak bańka mydlana. Selekcjoner Piechniczek zdecydował się wystawić Włodzimierza Ciołka, a Szarmacha odesłać na trybuny. To był kolejny wielki cios dla napastnika, który liczył, że dostanie swoją szansę, choćby w drugiej połowie.

Piechniczek wiedział, że mam patent na Włochów i dlatego w tym meczu byłem tylko kibicem, aby nie miał problemu z ustalaniem składu w razie awansu do finału – mówił Jackowi Kurowskiemu.

Napastnik w końcu otrzymał swoją szansę w meczu o trzecie miejsce przeciwko Francji. Zdobył wtedy bramkę, a nasza reprezentacja wygrała 3:2. To był jego ostatni mecz w reprezentacji Polski. Polacy po raz drugi w historii osiągnęli wielki sukces, jednak tym razem nie cieszył on tak bardzo jak wcześniej. Kolejnym poniżeniem był sposób, w jaki nasi piłkarze otrzymali srebrne medale. Prezydent FIFA Joao Havelange wręczył tacę z medalami kapitanowi zespołu Władysławowi Żmudzie, a ten podchodził do każdego z graczy, żeby go odebrał. Plotka głosi, że prezydent federacji piłkarskiej zrobił tak, ponieważ chciał zaprotestować przeciwko reżimowi w naszym kraju. Prawda jest nieco inna. Medale miał wręczać prezes PZPN-u Włodzimierz Reczek. Ten jednak dzień przed meczem tak intensywnie zwiedzał Alicante, że na spotkanie musiał pojechać w klapkach. A w takim obuwiu nie mógł się pokazać całemu światu… Ten turniej to początek końca piłkarskiej kariery Szarmacha. A co o decyzjach personalnych związanych z „Diabłem” mówi Antoni Piechniczek?

Szarmacha miałem posadzić na ławce rezerwowych w meczu z Włochami i być może wpuścić na boisko, ale nie sadzać na trybunach. To jedyny kardynalny błąd, który popełniłem – mówił w książce napisanej przez Pawła Czado i Beatę Żurek ” Piechniczek. Tego nie wie nikt”.

Zesłanie

Chociaż „Diabeł” fantastycznie radził sobie w barwach Auxerre (wybrano go najlepszym cudzoziemcem I ligi francuskiej, a także trzykrotnie został królem strzelców ligi), gdzie imponował skutecznością i atomowymi strzałami głową, przyszedł czas na opuszczenie klubu. Miał 35 lat i coraz rzadziej otrzymywał szanse na grę. Wtedy zgłosił się do niego prezes Guingamp, który występował wtedy w II lidze. Zaproponowano mu takie same warunki finansowe. A najciekawsze było to, że grał tam bez ważnego kontraktu!

Nie chciałem być kulą u nogi. Zależało mi by móc odejść, gdy prezes Le Graet albo trener Raymond Keruzore stwierdzą, że nie nadaję się do gry – mówił

W Bretanii „Diabeł” spędził dwa lata, które jak sam twierdził, były najlepszymi w jego pobycie we Francji. Zegara biologicznego nie dało się jednak oszukać i szczególnie pod koniec swojego pobytu w Guingamp zaczęło mu brakować szybkości i świeżości. Po sezonie odszedł do trzecioligowego Clermont Foot, gdzie został grającym trenerem. Poprowadził wtedy drużynę do awansu i zmiany ku lepszemu, ponieważ promocja przyniosła ze sobą uzyskanie statusu zawodowego klubu. Niestety ta hossa trwała tylko pół roku, ponieważ po tym czasie skończyły się pieniądze na pensje… Klub splajtował, a wszyscy piłkarze i sztab szkoleniowy zostali zwolnieni. To był koniec piłkarza Andrzeja Szarmacha. Później zajął się na szkoleniem drużyn, pracował między innymi w Zagłębiu Lubin. Dziś jest menedżerem piłkarskim. Ma syna Tomasza i córkę Tamarę.

DAMIAN BEDNARZ

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE.

Cytaty pochodzą z książek:

  • „Andrzej Szarmach. Diabeł nie anioł” – Jacek Kurowski i Andrzej Szarmach
  • „Mundial 74′. Dogrywka” – Karolina Apiecionek
  • „Piechniczek. Tego nie wie nikt” – Paweł Czado i Beata Żurek
Damian Bednarz
O Damian Bednarz 80 artykułów
Redaktor naczelny Retro Futbol. Jeden z ostatnich przedstawicieli gatunku romantyków futbolowych. Wyznawca kultu Erica Cantony.