Retro Wywiad #4: Bartosz Tarachulski

Jak trenuje się na zachodzie? Dlaczego nie pojechał na San Siro? Co go spotkało w Izraelu? I dlaczego jest bardziej rozpoznawalny za granicą niż w Polsce? O tym wszystkim rozmawiamy z byłym piłkarzem Polonii Warszawa czy Dunfermline – Bartoszem Tarachulskim. 

Jak zaczęła się Pana „przygoda” z piłką?

Muszę powiedzieć, że poprzez tradycje rodzinne. Ojciec najpierw był piłkarzem, a później trenerem. To właśnie on był moim pierwszym trenerem, uczył mnie rzemiosła piłkarskiego. Pamiętam, że od małego wychowywałem się na boisku.  Jeszcze jako pięcio- czy sześcioletni chłopiec, kiedy tata prowadził treningi, miałem okazję przebywać z piłkarzami w szatni, czy w Piaście Gliwice, ROWie Rybnik czy w Sparcie Zabrze. Byłem więc skazany na grę w piłkę. Z kolei pierwsze kroki  w klubie stawiałem  pod okiem brata mojej mamy – Leszka Dunajczyka, wieloletniego kapitana i legendy  Piasta Gliwice. To właśnie wujek ukształtował mnie jako piłkarza

 Jednak nie poszedł Pan do końca śladami wujka, bo odszedł Pan do Górnika Zabrze.

W Górniku Zabrze były większe perspektywy w tym czasie. Gdy po szkole podstawowej szedłem do technikum, formowano tam klasę sportową. Przez kolejne pięć lat nauka była podporządkowana futbolowi. O 7:30 rano mieliśmy pierwszy trening, później o 9:20 zaczynaliśmy szkołę, po powrocie trenowaliśmy o 16 po raz drugi. Było mi ciężko. Cały dzień poświęcałem piłce.

W Górniku jednak rozegrał Pan ledwie osiem meczów.

Dokładnie. Początek w profesjonalnej piłce miałem naprawdę niezły. W pierwszych spotkaniach pokazałem się z dobrej strony. Pamiętam, że w drugim meczu zdobyłem dwie bramki i byłem bliski hat-tricka. Później, w czwartym, derbach z GKSem Katowice kolejny gol i asysta. Zaczęły się wtedy interesować mną inne kluby.

Wówczas pojawiła się Polonia Warszawa.

Pan Romanowski, ówczesny prezes, złożył mi ofertę przejścia do Warszawy. Po długim namyśle zdecydowałem się odejść z Górnika.

Kibice Górnika nie mieli żadnych obiekcji po tym odejściu?

Zagrałem zaledwie w ośmiu spotkaniach. Na pewno były z tym spore perypetie. Górnik nie chciał mnie puścić, jako młodego utalentowanego zawodnika. Zabrzanie nie mogli się pogodzić z tym, że już chciał mnie podkupić inny zespół. W efekcie przez pierwsze kilka miesięcy kluby walczyły ze sobą. Tak straciłem pół roku, kiedy nie mogłem występować. Trzy lata występowałem w Polonii.

Jaki był następny krok w Pana karierze?

Po sezonie 1998/99 nadarzyła się propozycja transferu do belgijskiego KSK Beveren, które chciało mnie wypożyczyć. W tamtych czasach nie było łatwo o wyjazd za granicę. Jeszcze nie byliśmy wtedy w Unii Europejskiej. Dla polskiego zawodnika wyjazd do klubu zachodniego to było „coś”. Klub z Beveren był skłonny mnie wypożyczyć na jeden sezon. Bez zastanowienia przystałem na tę propozycję i przez jeden rok  występowałem na boiskach belgijskich.

Czy w ogóle był temat podpisania dłuższej umowy?

Byłem tam podstawowym zawodnikiem. Sprowadzono mnie jako napastnika, ale zostałem przesunięty do drugiej linii i grałem w środku pomocy. Beveren,  w tym czasie  nie był wielką drużyną. Walczyliśmy prawie do ostatnich kolejek o utrzymanie. Udało nam się. Klub starał się mnie wykupić.

Nie starczyło pieniędzy?

Nie wiem o co dokładnie poszło, ale pewnie tak. W tym czasie, z racji dosyć młodego wieku, nie byłem tani. Wróciłem więc do Polonii, ale wypożyczono mnie do Ruchu Chorzów, ponieważ „Niebiescy” wywalczyli akurat miejsce w pucharach i chcieli wzmocnić drużynę. Natomiast  w Chorzowie konkurencja była mocna. Występowało w linii atak dwóch reprezentantów Polski – Mariusz Śrutwa i Krzysztof Bizacki.  Rywalizacja z nimi była naprawdę trudna. Dlatego też pobyt w Chorzowie wspominam tak sobie.  Ale miałem okazję rywalizować z Interem Mediolan na Stadionie Śląskim. Po 3:0 w pierwszym meczu szans na awans nie było. Podszedł do mnie trener i powiedział: „Słuchaj Bartek, nie gniewaj się, ale Ty jesteś tylko wypożyczony, losy dwumeczu są rozstrzygnięte. Chcielibyśmy wziąć młodego zawodnika, by zobaczył San Siro”.

I kto pojechał w Pana miejsce?

Wydaje mi się, że Damian Gorawski. Byłem mocno rozczarowany, ale szanowałem tę decyzję. Zdałem sobie sprawę, że mój czas w Chorzowie minął. Po tej sytuacji wolałem wrócić do Polonii.

W Polonii traktowano Pana lepiej?

Był sezon, kiedy zdobyliśmy wicemistrzostwo Polski. Konkurencja była ogromna: Olisadebe, Marcin Żewłakow, Tomasz Moskal i Mikulenas. W pierwszej linii mogli grać też Igor Gołaszewski wraz z Arkadiuszem Bąkiem. Duża rywalizacja spowodowała, że nie mieliśmy pewności siebie, jakiej potrzeba napastnikowi. Nie było łatwo o grę. W tym momencie zgłosił się po mnie Widzew Łódź. Miałem dla nich zagrać rundę wiosenną. Zmieniłem więc barwy. Grając w pierwszej jedenastce  trafiłem czterokrotnie do siatki rywali w  10 meczach. Bardzo mile wspominam pobyt w Łodzi.

Latem 2001 wrócił Pan do Polonii.

Ona zawsze była mi najbliższa. Drzwi do „Czarnych Koszul” były dla mnie otwarte.

Jak doszło do tego, że chłopak ze Śląska stał się przede wszystkim znany na Mazowszu?

W Polonii grałem w sumie siedem lat na szczeblu ekstraklasy. Zawsze mnie tam szanowano. Do dziś, gdy odwiedzam Konwiktorską, starsi kibice mnie wspominają. Najwięcej bramek w ekstraklasie strzeliłem dla Polonii. Bardzo mnie smuci, że losy tak zasłużonego klubu zaprowadziły go do trzeciej ligi, gdzie obecnie musi walczyć. Życzę im jak najlepiej.

 W Polonii znów udało się Panu zagrać w europejskich pucharach…

W kilku meczach zagrałem. Na początek zmierzyliśmy się z Walijczykami, kiedy strzeliłem dwie bramki oraz zaliczyłem asystę, zwyciężyliśmy 4:0. Pamiętam, że mecz rozgrywano na stadionie Widzewa z powodu prac remontowych na Konwiktorskiej. W kolejnej rundzie naszym rywalem było Twente Enschede. Po spotkaniu byłem zły na siebie, ponieważ nie wykorzystałem sytuacji sam na sam w obu meczach z Holendrami. Odpadliśmy z pucharów.  Być może gdybym wykorzystał którąś z sytuacji, losy dwumeczu potoczyłyby się inaczej. Mecz z Wisłą Kraków z trybun oglądał przedstawiciel izraelskiego klubu Hapoel Beer Sheva, którego piłkarzem wcześniej był Marek Citko. Złożył mi on propozycję nie do odrzucenia. Był to czas, gdy nasilał się konflikt izraelsko-palestyński.

Doświadczył Pan bezpośrednio owego konfliktu, był świadkiem walk?

Zdarzało się podczas mojego pobytu. Generalnie niezbyt byłem skłonny przenieść się do Izraela. Bałem się choćby potencjalnych eksplozji bomb. Zresztą w tym czasie Lech Poznań złożył  ofertę wysłał mi już proponowany kontrakt. Jedynie mój podpis dzielił mnie od gry w Lechu.

Co więc zadecydowało o wyjeździe?

Chciałem spróbować. Rozmawiałem przed transferem z Andrzejem Kubicą, który namawiał mnie do podpisania umowy. Postanowiłem więc zaryzykować. Fajnie się złożyło, bo kontrakt z klubem z Beer Shevy podpisał też Remigiusz Jezierski, z którym przyjaźnię się do dziś. Razem tworzyliśmy świetnie uzupełniający się i rozumiejący na boisku duet napastników. Nasza współpraca dawała  dobre efekty. Zajęliśmy czwarte miejsce w lidze zdobywając ponad 50 punktów.

W Izraelu prym wiodą kluby z Tel Awiwu?

My wówczas walczyliśmy z najmocniejszymi drużynami – Hapoelem I Maccabi Tel Awiw jak równy z równym. Nawet doszliśmy do finału Pucharu Izraela, po drodze eliminując te kluby. Gdy wydawało się, że na pewno podniesiemy puchar nadeszło rozczarowanie. W finale przegraliśmy z drugoligowym zespołem po rzutach karnych. Wywarło to decydujący wpływ na moje późniejsze losy. Na kilka kolejek przed zakończeniem sezonu zaoferowano mi przedłużenie kontraktu.

Po pucharze się rozmyślili?

Prezydent się zdenerwował i przekazał wszystkim obcokrajowcom, by wracali do swoich krajów.  Takie są losy piłkarza. Kto podpisał wcześniej to został. Wszyscy liczyli, że Beer Sheva zdobędzie puchar. W konkursie rzutów karnych zakończonym wynikiem 5:4 bramki nie zdobył zawodnik, który na przestrzeni rozgrywek ligowych wykorzystał wszystkie jedenastki. W najważniejszym momencie niestety zawiódł. Musiałem wrócić, ale jak zwykle Polonia przyjęła mnie z otwartymi ramionami. W kilku meczach byłem kapitanem Czarnych Koszul. W sezonie 2003/04 nie walczyliśmy już o najwyższe cele. Osiągnęliśmy cel w postaci utrzymania.

Niedługo potem odszedł pan do Anglii.

Byłem pod wrażeniem ligi angielskiej, pomimo, że grałem w niższej klasie rozgrywkowej. Występowało tam wielu bardzo dobrych zawodników.

Poziom był porównywalny do polskiej ekstraklasy?

Trudno powiedzieć, ale zespoły miały świetną organizację. Tam się nauczyłem podejścia do piłki. Celem każdego młodego zawodnika jest przebicie się do Premier League. Wiadomo jakie są w niej zarobki, niewyobrażalne dla większości ludzi. Widziałem tę pracę. Nikt nie patrzył na innych. Kiedy przychodziłem w pierwszych tygodniach na treningi, inni od godziny harowali na siłowni.

W Polsce czegoś takiego Pan nie zauważył?

Nie, człowiek przychodził na pięć minut przed treningiem, robił swoje i wracał do domu. A w Anglii nawet w dzień wolny wszyscy byli w klubie i pracowali nad swoimi słabymi punktami. Taki tryb pracy to cenne doświadczenie. Stadiony również były wypełnione. Awansowaliśmy na wyższy szczebel rozgrywkowy, czternastokrotnie trafiłem do siatki. Jedyny mankament to gra praktycznie co dwa-trzy dni, do czego nie byłem przyzwyczajony. W Anglii ludzie kochają piłkę. Zawsze w dni wolne od pracy musi być mecz piłkarski. Szczególnie widać to w okresie świątecznym, gdy spotkania rozgrywa się dosłownie co drugi dzień. Udało się awansować, byłem ważną częścią zespołu.  Spędziłem tam rok i zainteresował się mną klub ze szkockiej Premier League – Dunfermline Athletic. Miałem przyjemność występować na ogromnych stadionach i rywalizować z takimi drużynami jak Celtic czy Rangers

Kluby te walczyły wtedy na równi o dominację ligową.

U pierwszych zwyciężyliśmy, z drugimi wywalczyliśmy remis. Trafiliśmy do finału Pucharu Ligi. Mierzyliśmy się z naszpikowanym gwiazdami Celtikiem. W barwach „The Bhoys” grali Maciej Żurawski i Artur Boruc. Ponieśliśmy porażkę 3:0. Kolejny puchar zagraniczny przeszedł mi obok nosa. Coś nie miałem szczęścia do tych pucharów. Ale tak bywa. Wcześniej, gdy Polonia zdobyła puchar, akurat byłem w Izraelu. Po roku w Szkocji nadeszła propozycja z Grecji. Pojechałem do klubu z Verii, gdzie obecnie występuje Radek Majewski. Podobny kierunek, z Wysp Brytyjskich do Grecji. Mój nowy klub, mimo gry na zapleczu ekstraklasy, oparto na klasowych piłkarzach. Moim kolegą klubowym był Maciek Bykowski. Osiągnęliśmy cel w postaci awansu, a ja zostałem najlepszym strzelcem ekipy. Kiedy wydawało się, że pozostanę w dotychczasowym klubie, otrzymałem intratną propozycję z Kavali, której zawodnikami niegdyś byli Leszek Pisz czy Igor Sypniewski. Zdecydowałem się podpisać dwuletni kontrakt. Taki sam okres grałem na wyspie Rodos, w Diagorasie.

Jak się układało z właścicielami?

Na początku bez problemów, natomiast nie ukrywam, że do dzisiaj Diagoras nie zapłacił mi wszystkich należnych pieniędzy. Klub teraz występuje poza ekstraklasą, trudno więc odzyskać pieniądze. Prawdopodobnie to się już nigdy nie uda.  Kryzys objął Grecję.

Już wtedy widać było symptomy kryzysu gospodarczego?

To był początek kryzysu. Wszystko zaczęło się walić we wszystkich strukturach i piłkę też objęło. Kiedy chciałem kończyć karierę, wróciłem do Polski odezwał się klub z wyspy Lesbos, Kalloni. Za wszelką cenę chciano mnie ściągnąć. Dałem się namówić, chociaż mój starszy syn, wtedy siedmioletni zaczynał naukę w szkole w Polsce. Rodzina nie mogła mi towarzyszyć, jak do tej pory. Dałem się jednak skusić. To był rok 2012. Walczyliśmy o awans, ale zaprzepaściliśmy szansę w ostatnim meczu play-offów.

Z kim rywalizowaliście?

Pokonało nas Platani. Pamiętam, że sędzia w pierwszych minutach wyrzucił naszego stopera. W tym meczu było sporo kontrowersji. Liczyliśmy się z tym, że sędzia może sprzyjać gospodarzom. Podyktował problematyczny rzut karny. Wróciłem do Polski, pomimo propozycji przedłużenia kontraktu, przynajmniej o rok. Skończyłem karierę, poszedłem na kurs trenerski, skończyłem go.

Jaką obecnie posiada Pan licencję?

UEFA A. W tym roku złożyłem papiery na UEFA Pro, lecz nie zostałem zakwalifikowany. Może w przyszłym roku się uda.

Z jakich powodów odrzucono Pana kandydaturę?

Kandydatów było wielu, a miejsc wyłącznie 24. Nie mogę samodzielnie prowadzić zespołu od drugiej ligi wzwyż włącznie.

Przychodząc do Pogoni liczył się Pan z tym że wróci na boisko?

Niezupełnie, miałem pełnić funkcje drugiego trenera. Zobaczyłem jednak w Siedlcach tą cała infrastrukturę ,tyle boisk treningowych, że postanowiłem jeszcze pograć. W sezonie, gdy wywalczyliśmy awans do I ligi pełniłem rolę „strażaka”. Wchodziłem tylko wtedy, gdy drużyna potrzebowała pomocy, by zmienić losy meczów. Niekiedy udawało się w końcówce strzelić zwycięskiego gola. W ubiegłym sezonie jeszcze na pierwszoligowych boiskach dwukrotnie pokonałem bramkarzy rywali, w tym mojego byłego klubu, Widzewa. Trenerem był Rafał Pawlak, mój kolega z boiska.

Na boisku grał wtedy jakiś były Pana kolega z drużyny?

Jeżeli chodzi o ten mecz, to nie. Natomiast w całej lidze zdarzało się, że spotykałem się ponownie z jakimś kolegą z dawnych czasów.

Potem objął Pan samodzielne stanowisko trenera?

Byłem trenerem tymczasowym, bo nie mam wspomnianej licencji. W myśl przepisów mogłem trenować klub tylko przez 10 dni, dopóki nie znajdzie się następca.

Na pewien czas opuścił Pan Pogoń.

Kiedy wszyscy skazywali Pogoń na spadek był to nerwowy okres. Ja na pewne rzeczy nie mogłem sobie pozwolić, byłem zdania, że muszą grać najlepsi.

Ówczesny prezes ingerował w skład?

Nie chcę do tych spraw wracać. W każdym razie ja postawiłem na swoim i odszedłem. Zawodnicy byli za mną, więc po telefonie od działaczy wróciłem dla dobra klubu.

Jaką obecnie pełni Pan funkcję?

Drugiego trenera. Pracuję też z utalentowanymi zawodnikami z grup młodzieżowych.

Niedawno zarejestrowano Pana do rozgrywek I ligi.

Nie mamy szerokiej kadry. Różnie może być, w tej rundzie wskutek kartek i kontuzji może się okazać, że nie da się sklecić szesnastu zawodników na najważniejsze mecze. Dmuchamy na zimne. Nie chciałbym jednak ponownie zdejmować garnituru i ściągać butów z kołka.

I tak Pańska kariera trwała długo jak na napastnika.

Przede wszystkim dzięki sportowemu trybowi życia. Starałem się unikać używek w początkach mojej kariery. Nie byłem typem imprezowicza, dbałem o zdrowe odżywianie. Omijały mnie też kontuzje. Dopiero w ostatnim roku w Grecji zrobiono mi artroskopię kolana i usunięto część łąkotki.

Czy gdyby dziś podejmował Pan decyzję, zrezygnowałby z jakiegoś transferu?

Trudno powiedzieć. Miałem kilka wyborów. Uważam, ze mogę być dość zadowolony z kariery. Nie udało mi się zadebiutować w pierwszej reprezentacji. Kiedy przyjeżdżałem na kadrę do lat 21 wydawało się, że stoi przede mną duża kariera. Czegoś zabrakło. Ale co ważne nie mam sobie nic do zarzucenia. Dawałem z siebie wszystko, nigdy nie przeszedłem obok meczu bez walki. Serce zostawiałem na boisku. W większości klubach w których grałem byłem szanowany.

Co zadecydowało według Pana o braku debiutu w seniorskiej kadrze?

Byli lepsi w tym czasie. Teraz młodzi piłkarze mają większe perspektywy, więcej szans. Trudno było rywalizować z Kowalczykiem, Juskowiakiem, Koseckim…

Czy może gdyby Pan został w Polsce zadebiutowałby Pan w reprezentacji?

Być może tak, byłem bardziej ceniony za granicą niż w Polsce. Spędziłem lata za granicą w klubach z mniej medialnych lig. Po kilku latach w Grecji czułem, że to apogeum mojej formy. Zmężniałem, miałem więcej doświadczenia, wiedziałem gdzie znaleźć się na boisku. Jednak brakowało zainteresowania ze strony polskich klubów. Nie traktowano poważnie ewentualnego mojego angażu, a wiem, że poradziłbym sobie.

ROZMAWIAŁ: JAKUB BARANKIEWICZ

 

OBSERWUJ NAS NA INSTAGRAMIE! POLUB NAS NA FACEBOOKU!

Redakcja
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: kontakt@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl