O, Kapitanie, mój Kapitanie! – historia Bobby’ego Moore’a

Wspaniała legenda nie tylko West Hamu i reprezentacji Anglii, lecz także całej piłki nożnej. Jedyny kapitan drużyny Synów Albionu, który podniósł do góry Puchar Świata. Według Pelego, to najtrudniejszy rywal z jakim kiedykolwiek przyszło mu się zmierzyć, a w powszechnej opinii – jeden z najlepszych obrońców w historii futbolu. W czasie sportowej kariery był najprawdziwszą ikoną Wielkiej Brytanii, dlatego przerażać musi fakt, że w wieku pięćdziesięciu jeden lat umierał tragicznie, niemal w zapomnieniu. Oto Bobby Moore i jego słodko-gorzka opowieść.

Jedną z lepszych anegdot na temat Moore’a przybliżył czytelnikom Harry Redknapp w swojej autobiografii „Zawsze pod kontrolą”. Obaj panowie przez kilka lat wspólnie reprezentowali barwy stołecznego West Hamu, a ich trenerem był legendarny Ron Greenwood. Bobby’ego już wtedy ceniono. Po jakimś meczu, w którym jak zwykle spisał się bardzo dobrze, Redknapp długo go komplementował i chwalił za występ. Zdziwiła go jednak reakcja kolegi, ponieważ Moore wyglądał, jakby pierwszy raz w swoim życiu usłyszał pochlebną opinię na swój temat:

–  Harry – odezwał się – przez cały ten czas, od kiedy tu trafiłem, Ron Greenwood nigdy nie powiedział: >>Dobra robota<<. Ani razu. Każdy z nas potrzebuje czasem to usłyszeć.

Taki właśnie był Bobby Moore – tak dobry, że każdy uważał udany mecz w jego wykonaniu za coś normalnego. Dla samego Redknappa była to niesamowicie ważna rozmowa, o której zawsze pamiętał podczas swojej trenerskiej przygody.

Uczeń przerasta mistrza

Bobby przyszedł na świat 12 kwietnia 1941 roku i był jedynym synem państwa Moore, wywodzących się z klasy robotniczej. Urodził się i dorastał w Barking, niemal na przedmieściach Londynu, gdzie godzinami grał w piłkę na pozbawionych samochodów ulicach. Zanim jednak zaczął przejawiać swoje futbolowe umiejętności, uprawiał krykiet i był w tym całkiem niezły. Reprezentował w tej dyscyplinie sportu nawet swoją szkołę, Tom Hood Grammar School.

W 1956 roku trafił do szkółki West Hamu. Trenował w juniorach, aż w końcu doszło do momentu, w którym sztab szkoleniowy Młotów musiał zaproponować swoim młodym graczom zawodowe kontrakty. Nie mogli zatrudnić wszystkich, dlatego trenerzy musieli wybierać między Moore’em a jego kolegą. Bohater tego tekstu stał niemal na straconej pozycji, ponieważ dostał od nich druzgocące opinie – ich zdaniem był za słaby, za wolny i nie potrafił grać głową. Wówczas wstawił się za nim Malcolm Allison, były piłkarz West Hamu, który dopiero co przedwcześnie zawiesił buty na kołku z powodu gruźlicy. W ten sposób Bobby został graczem Młotów, a Allison stał się jego mentorem i opiekunem. Historia angielskiego futbolu mogła  jednak wyglądać zupełnie inaczej.

Młodziutki Bobby Moore

W 1958 roku doszło na Boleyn Ground do zmiany warty, nie tylko symbolicznej. We wrześniu w starciu z Manchesterem United zadebiutował Moore, zakładając na siebie koszulkę z numerem sześć – ta wcześniej należała do Allisona. Wkrótce po tym uczeń przerósł mistrza.

Bobby w ogóle nie pasował do obrazu typowego środkowego obrońcy tamtych czasów (dlatego też chciano z niego zrezygnować). Fizyczne braki nadrabiał boiskową inteligencją, ustawianiem się, timingiem oraz czytaniem gry. Świetnie radził sobie z piłką przy nodze i nie miał najmniejszych problemów z wyprowadzaniem jej spod własnej bramki – to jeszcze w juniorach West Hamu wpajał mu właśnie Allison. Obrońca wyprzedzający epokę.

W 1961 roku na Boleyn Ground zameldował się Ron Greenwood. Rok później mianował zaledwie dwudziestojednoletniego Moore’a klubowym kapitanem. Obok młodego defensora o sile Młotów stanowili również Geoff Hurst oraz Martin Peters – cała trójka do dorosłego zespołu trafiła z drużyn juniorskich West Hamu.

Powinno być przeciwko niemu jakieś prawo. On wie, co się wydarzy dwadzieścia minut przed innymi – Jock Stein

Londyńskiej ekipie udało się w sezonie 1963/64 dojść do finału FA Cup, w którym zmierzyli się z Preston North End. Był to mecz godny wypełnionego po brzegi stadionu Wembley. Podopieczni Greenwooda dwukrotnie odrabiali straty, aby zadać cios w ostatniej minucie spotkania. West Ham zwyciężył 3:2, a Moore odebrał swoje pierwsze, ale nie ostatnie trofeum na tym obiekcie.

Rok później zespół Moore’a zaszedł do finału Pucharu Zdobywców Pucharów. Ich przeciwnikiem było TSV 1860 Monachium, a spotkanie rozgrywano… na Wembley. Alan Sealy trafił dwukrotnie do siatki Niemców w odstępie zaledwie dwóch minut, dzięki czemu londyńczycy wygrali 2:0. Moore ponownie mógł wznieść puchar nad głową.

Królewski aksamit

Koszulkę reprezentacji Anglii Bobby założył po raz pierwszy w 1960 roku. W tamtym czasie był już podstawowym graczem West Hamu, ale powołanie dostał do narodowej drużyny U-23. W dorosłym zespole zadebiutował dwa lata później w towarzyskim spotkaniu z Peru (4:0). Wypadł na tyle dobrze, że znalazł się w kadrze na mistrzostwa świata, które w 1962 roku rozgegrano w Chile. Synowie Albionu doszli tam do ćwierćfinału, gdzie musieli uznać wyższość Brazylijczyków, późniejszych zwycięzców turnieju.

Zanim dojdziemy do angielskiego mundialu z 1966 roku, trzeba wspomnieć o dwóch istotnych wydarzeniach. Trzy lata przed czempionatem Moore po raz pierwszy wyprowadził swoich kolegów na boisko jako kapitan. Miał wówczas dwadzieścia dwa lata i zaledwie dwanaście rozegranych spotkań w narodowych barwach. Początkowo miał to być tylko pojedynczy mecz, ponieważ nie mógł w nim akurat zagrać Jimmy Armfield, etatowy kapitan. Po serii towarzyskich pojedynków, trener Alf Ramsey postanowił jednak dać opaskę Bobby’emu już na stałe. Moore stał się najmłodszym kapitanem w historii reprezentacji Anglii. A najlepsze chwile miały dla niego dopiero nadejść.

Drugim ważnym wydarzeniem był jego premierowy gol w barwach Synów Albionu. Strzelił go na Goodison Park w Liverpoolu, w towarzyskim starciu z… Polską.

Michael Caine i Bobby Moore. Źródło: bbc.co.uk

Wielkimi krokami zbliżały się mistrzostwa świata w 1966 roku rozgrywane na angielskich boiskach. Gra Moore’a stała jednak pod znakiem zapytania. W prasie rozeszły się plotki, że chce opuścić West Ham. Jego kontrakt wygasał i dopiero przytomna interwencja Alfa Ramseya sprawiła, że Bobby podpisał nowy – zmusił jego oraz Rona Greenwooda do wspólnych rozmów i załagodzenia sporów, które między nimi powstały.

Gospodarze zremisowali bezbramkowo pierwszy mecz w grupie z Urugwajem, a potem pokonali Meksyk i Francję w obu spotkaniach nie tracąc żadnego gola. Następnie wygrali 1:0 z Argentyną. W półfinale czekała na nich Portugalia z niesamowitym Eusebio na czele, który do tamtego momentu siedmiokrotnie na turnieju wpisywał się na listę strzelców. Trafił także w starciu z Anglikami, ale wcześniej dwa razy celnie uderzał Bobby Chartlon. Na podopiecznych Alfa Ramseya w finale czekała Republika Federalna Niemiec.

Podobno sztab szkoleniowy gospodarzy rozważał posadzenie na ławce Moore’a w najważniejszym spotkaniu w historii angielskiego futbolu. Bobby w czasie turnieju spisywał się bez zarzutów, ale Ramsey myślał nad posłaniem do gry Normana Huntera – lepiej czującego się w fizycznych starciach z silnymi Niemcami. Jego dodatkowym atutem miała być gra w jednym klubie z innym środkowym obrońcą, Jackiem Charltonem. Do zmian w składzie ostatecznie nie doszło – najwyraźniej występ w kolejnym finale na Wembley był dla Moore’a przeznaczeniem.

Moore oraz jego kolega klubowy, Peters, zawsze byli ostatnimi zawodnikami w szatni, którzy przed meczem zakładali spodenki. Często dochodziło między nimi do małej rywalizacji na tym polu. Harry Redknapp wspomina, że zdarzało się Bobby’emu czekać na gwizdek sędziego, trzymając w rękach spodenki… wyprasowane w kant. W końcu był dżentelmenem nie tylko na boisku. Przed meczem z RFN to właśnie on ubrał się jako ostatni… dopiero w tunelu prowadzącym na murawę.

Uwe Seeler i Bobby Moore wymieniają się proporczykami przed pierwszym gwizdkiem finału

Samego finału chyba nie trzeba przypominać szczegółowo. W końcu jest to najważniejsze wydarzenie w piłkarskiej historii Synów Albionu – legenda, wokół której Anglicy do tej pory budują swoje marzenia o potędze. Niemcy szybko objęli prowadzenie, ale spryt Moore’a pozwolił gospodarzom doprowadzić do wyrównania. Został sfaulowany na połowie rywali i zamiast zostawić wykonanie rzutu wolnego swojemu koledze, szybko wznowił grę, dzięki czemu Hurst trafił głową do siatki. Dwanaście minut przed końcem Anglicy wyszli na prowadzenie, ale w samej końcówce rywale doprowadzili do remisu.

Potem nastała dogrywka, sto pierwsza minuta i słynny gol Hursta. Może w końcu tej bramki nie było? Lata mijają i dalej nikt nie jest w stanie w stu procentach tego stwierdzić. Tamtego dnia na Wembley znajdowała się jedyna w całej Wielkiej Brytanii kamera slow-motion, ale nawet ona nie pomogła. Piłka po strzale Hursta trafiła w poprzeczkę, odbiła się od linii bramkowej i wróciła do gry. Sędzia Gottfried Dienst uznał gola po niewerbalnej konsultacji z swoim asystentem, Tofiqiem Bahramovem. Dlaczego nie porozumiewali się wtedy za pomocą słów? To proste, jeden pochodził ze Szwajcarii, a drugi – z Azerbejdżanu. Chciałoby się napisać: nieznajomość języków szkodzi…

Nie nam teraz oceniać, czy bramka została zaliczona prawidłowo. Niezłomni Niemcy podjęli w końcówce dogrywki ostateczną próbę wyrównania stanu meczu. W sto dwudziestej minucie ich atak został przerwany przez Moore’a, który, zamiast wybić piłkę w trybuny, długim podaniem uruchomił Hursta. Napastnik Anglików gnał na bramkę rywali niemal już w towarzystwie kibiców, którzy szykowali się do wtargnięcia na murawę. Zawodnik West Hamu nie dał szans Hansowi Tilkowskiemu, za jednym zamachem przypieczętowując swojego hat-tricka i mistrzostwo świata dla Anglików. Hurst jest oczywistym bohaterem finału, ale nie można nie docenić roli Moore’a w tym triumfie.

Historyczne zdjęcie. Kapitan na barkach swoich kolegów wznosi Puchar Świata.                       Źródło: knowthescore.org.uk

Jednym z najsłynniejszych obrazków z tamtego dnia jest ten, gdy zmęczony i spocony Bobby Moore odbiera Puchar Świata od Królowej Elżbiety II, wcześniej wycierając ubłocone ręce w aksamitny obrus. Kapitan Synów Albionu śmiało po kolejnym wygranym finale mógł przedstawiać się jak Mr. Wembley.

1966 rok. Anglicy nareszcie triumfowali na mistrzostwach świata. Futbol w końcu wrócił do domu. Niedługo po tym wydarzeniu Alf Ramsey otrzymał tytuł szlachecki, a Moore już na zawsze zapisał się w historii futbolu, zwłaszcza brytyjskiego.

Mój kapitan, mój lider, moja prawa ręka. Był duszą i sercem drużyny. Opanowany piłkarz, któremu mogłem powierzyć własne życie. Był doskonałym profesjonalistą, najlepszym z jakim pracowałem. Bez niego Anglia nigdy nie wygrałaby Pucharu Świata – sir Alf Ramsey.

Sława, imprezy i najtrudniejszy rywal

Sukces na mundialu sprawił, że Bobby stał się prawdziwym celebrytą. Był gwiazdą nie tylko na boisku, lecz także poza nim. Młody dżentelmen o kręconych włosach w kolorze blond. Czy ktoś lepiej nadawał się do roli idola niż on? W pewnym momencie wylądował nawet na okładce Vogue. Może David Beckham wiele lat później lepiej prezentował się na czerwonym dywanie, ale nigdy nie wygrał dla swojego kraju Pucharu Świata. Mając dwadzieścia cztery lata, Moore osiągnął piłkarski szczyt – podobnie jak cała futbolowa Anglia, która do tej pory nie może nawet zbliżyć się do tego osiągnięcia. W 1966 roku jako pierwszy piłkarz w historii dostał nagrodę Sportowej Osobowości Roku od BBC. Niedługo po tym został odznaczony Orderem Imperium Brytyjskiego.

Bobby i Tina. Źródło: dailymail.co.uk

Jego żona, Tina, była pierwszą przedstawicielką WAGs, zanim w ogóle w Wielkiej Brytanii ktoś pomyślał o takim określeniu. Poznali się, gdy miała piętnaście lat, a szesnastoletni Bobby trenował w juniorach West Hamu. Kobiety go kochały, a mimo to nigdy kobieciarzem nie był. Zostawił  jednak Tinę dla Stephanie Parlane-Moore, stewardessy. Ożenił się z nią niedługo przed swoją śmiercią.

Rzadko się słyszy, aby o mężczyźnie mówić, że jest piękny. Ale właśnie taki był Bobby – wyglądał jak młody bóg, któremu po prostu zdarza się grać w piłkę – w taki sposób byłego męża opisywała w swojej autobiografii Tina Moore.

Bobby miał też jednak swoją drugą stronę, trochę mniej nadającą się dla młodzieży. Lata 60. w Anglii to czas nie tylko twardych bojów na piłkarskim boisku, lecz także jeszcze cięższych w miejscowych barach. Ze wspomnień jego kolegów wynika, że Bobby za kołnierz nie wylewał.

„Wygrasz czy zawalisz, i tak się nawalisz” – takie miał motto, przynajmniej według Redknappa, który towarzyszył Moore’owi na kilkudziesięciu imprezach. Jedną z nich angielski obrońca musiał zakończyć przedwcześnie, ponieważ został z baru wyciągnięty niczym niegrzeczny uczeń przez… własną matkę. Pani Moore była wściekła, gdy od Tiny usłyszała, że jej syn bardzo długo nie wracał do domu. Wsadziła pijanego Bobby’ego do samochodu i odjechała. Nie obchodziło jej to, że ma dwadzieścia dziewięć lat.

No to zdrówko! Na zdjęciu między innymi Frank Lampard Senior, George Best, Rodney Marsh, Kenny Lynch i właśnie Bobby Moore

Moore, Redknapp i kilku zawodników West Hamu tworzyło grupkę, która regularnie chodziła pić po treningach czy meczach. Czasami zdarzało się, że ktoś musiał prowadzić samochód po spożyciu alkoholu. Pewnego razu Bobby spostrzegł, że policja zatrzymuje auto prowadzone przez szoferów. Wpadł na genialny pomysł i kupił sobie… czapkę szofera. Zakładał ją, wyganiał kolegów na tylne siedzenia i sam siadał za kierownicą.

Pił bardzo dużo, ale jednocześnie dbał o formę. Zawsze, gdy przychodził na trening po ciężkiej nocy, biegał kilkanaście kółek przed zajęciami, aby wypocić cały alkohol. Inni jeszcze spali lub dopiero trzeźwieli, a Bobby już był gotowy do gry. Niezależnie, czy świeciło słońce, czy lał deszcz. Nigdy się nie spóźniał, nigdy nie odpuścił treningu. Z imprez wszyscy wychodzili niemal na czworaka, ale on zawsze wyglądał elegancko, jakby właśnie opuszczał uroczystą kolację z królową.

Rozegrał wiele spotkań, w których toczył zacięte boje z najlepszymi zawodnikami świata. Swoją najcięższą walkę stoczył jednak poza boiskiem. Miał dwadzieścia trzy lata, gdy dowiedział się, że ma raka jądra. W jednej chwili na włosku zawisła nie tylko jego piłkarska kariera, lecz także całe życie.

To niesamowite, ale chorobę Bobby’ego utrzymano w tajemnicy. Jeszcze bardziej niesamowite jest to, że do gry wrócił po trzech miesiącach! Przez ten czas żaden dziennikarz nie dociekał, dlaczego tak naprawdę nie było go w składzie. Nieco ponad rok później wygrał z Anglią mistrzostwa. Przez kolejne lata regularnie poddawał się badaniom. Rak mógł powrócić w każdej chwili.

Moore than a football club (?)

Bobby Moore reprezentował barwy West Hamu aż do 1974 roku. W tym czasie rozegrał dla tego klubu 544 mecze ligowe, w których zdobył 24 bramki. Odszedł do Fulham, czyli rywala zza miedzy. Londyńczycy grali wówczas w Second Division, a obrońca kosztował ich 250 tysięcy funtów. W swoim pierwszym sezonie na Craven Cottage dwukrotnie mierzył się ze swoim ukochanym klubem. Najpierw Fulham wygrało z Młotami w Pucharze Ligi, a potem spotkali się w finale Pucharu Anglii. Tym razem jednak to West Ham triumfował. To był ostatni występ Moore’a na Wembley w roli profesjonalnego piłkarza.

Dla Wieśniaków grał przez trzy lata, aż postanowił przenieść się do USA, gdzie tamtejszy soccer dopiero raczkował. Występował tam dla San Antonio Thunder oraz Seattle Sounders. Kilka meczów zaliczył także dla duńskiego Herning Fremad oraz amerykańskiego Carolina Lightnin’. Karierę zakończył ostatecznie w 1978 roku. Potem zaliczył parę bardzo nieudanych epizodów w roli menedżera, głównie trenując drużyny z niższych lig.

Dla reprezentacji skończył grać wcześniej, bo w 1973 roku. Zaledwie trzy lata wcześniej zajął jeszcze drugie miejsce w wyścigu o Złotą Piłkę (wyprzedził go tylko Gerd Müller). Jego licznik gier dla narodowej kadry zatrzymał się na 109 (90 jako kapitan), co przez długi czas było angielskim rekordem. Przebił go dopiero Peter Shilton 125 występami. Pierwszym zawodnikiem z pola z większą liczbą spotkań został dopiero David Beckham. Dziś na tej liście Bobby Moore zajmuje piąte miejsce – poza wspomnianą dwójką wyprzedzają go jeszcze Frank Lampard oraz Steven Gerrard.

Słynne ujęcie opisane w tekście. Moore odbiera Puchar Świata z rąk królowej. Źródło: diamondjubileemagazine.com

W lutym 1993 roku Bobby ogłosił publicznie, że cierpi na raka jelita grubego i raka wątroby. Zdążył jeszcze skomentować na Wembley mecz Anglii z San Marino. Zmarł 24 lutego, mając zaledwie 51 lat. Odeszła prawdziwa legenda.

Mimo że Moore jest symbolem lat świetności West Hamu i narodowej kadry, to działacze jednych i drugich nie zrobili nic, aby jakoś uhonorować go po zakończeniu kariery. Kiedy przestał grać w piłkę, wszyscy nagle jakby o nim zapomnieli. Raz został nawet wyproszony z meczu Młotów, ponieważ nie miał biletu. Wiele osób ma żal do angielskiej federacji, że nie dała mu żadnego stanowiska, choćby symbolicznego. Jemu – jedynemu kapitanowi, który wzniósł do góry Puchar Świata.

Na Upton Park są dziś dwa okazałe portrety w rogach trybun. Jeden przedstawia sir Trevora Brookinga, drugi Bobby’ego Moore’a. Pomyślcie tylko. Sir Trevor Brooking i po prostu Bobby Moore. Z całym szacunkiem dla Trevora, który był wspaniałym piłkarzem i pozostaje odpowiednim ambasadorem futbolu, to nie jest w porządku. Dlaczego Trevorowi nadano tytuł szlachecki, a Bobby’ego zignorowano? Jak to możliwe, że najlepszy piłkarz i jeden z najlepszych sportowców, jakich wydał ten kraj, spędził ostatnie lata życia jako komentator Capital Radio i felietonista tandetnej gazety Sunday Sport, odrzucony przez klub, państwo i wszystkich, którzy powinni go umieścić w samym sercu futbolu? Niedobrze mi na samą myśl o hipokryzji, która zapanowała po jego przedwczesnej śmierci – Harry Redknapp w swojej autobiografii.

Oczywiście dziś już zrobiono wiele, aby uczcić jego pamięć, ale wcześniej nikt o nim nie pamiętał. Przed nowym Wembley stanął jego pomnik. W sierpniu 2008 roku West Ham zastrzegł koszulkę z numerem 6. Młoty używają sloganu „Moore than a football club”, który niesamowicie irytuje Redknappa. Gdzie byli, kiedy Bobby potrzebował pomocy? Sam nigdy o nic nie prosił, nawet nie protestował, gdy był wyrzucany ze stadionu. Trudno nie zgodzić się ze słowami angielskiego trenera – to straszne, że został potraktowany po karierze jak przeciętny zawodnik. Być może brak sukcesów Anglii na arenie międzynarodowej jest karą za takie zachowanie wobec swojego wybitnego kapitana.

Był moim przyjacielem i jednocześnie najlepszym obrońcą, przeciwko któremu grałem. Świat stracił jednego z największych piłkarzy w historii i wspaniałego dżentelmena – Pele.

*      *      *

Co jeszcze można powiedzieć o Bobbym Moorze? W genialny sposób jego osobę ujął Chris Lightbown, piłkarski pisarz:

Jego śmierć sprawiła, że poczułeś się, jakbyś stracił kontakt z lepszymi czasami. Bardziej pewnym czasem. Czasem, gdy dobro pokonywało zło. Czasem, gdy przeważały lepsze wartości. Czasem, który był bardziej szczery, czystszy. Bo on to wszystko miał. Był uosobieniem tego wszystkiego. Połączył różne klasy w sposób, w jaki udało się niewielu osobom w tym kraju.

Drugiego Bobby’ego Moore’a już niestety nie będzie.

KUBA GODLEWSKI

* Tytuł zapożyczyłem z wiersza Walta Whitmana „O, Kapitanie, mój Kapitanie!”.
** Użyte przeze mnie fragmenty książki Harry’ego Redknappa były tłumaczone w polskim wydaniu przez Tomasza Ćwiąkałę.

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE i INSTAGRAMIE.

Kuba Godlewski
O Kuba Godlewski 15 artykułów
Licencjat filologii polskiej. Początkujący trener. Kibic Manchesteru United i cichy wielbiciel czarnych koszul Diego Simeone.