Bora Milutinović – mundialowy cudotwórca

Źródło zdjęcia: Getty Images/FIFA.com

Bohater tego tekstu nie zagrał na mundialu choćby minuty. Jako selekcjoner nigdy przywiózł ze światowego czempionatu żadnego medalu. Bora Milutinović jednak mimo to zasługuje na miano niezapomnianej postaci w historii mistrzostw. Aż pięć razy z rzędu zasiadał na trenerskiej ławce, za każdym razem prowadząc na mundialu inną reprezentację. Charyzmatyczny Serb to prawdziwa definicja obywatela świata. Meksyk, Kostaryka, USA, Nigeria, Chiny – wszędzie tam nie bał się wyzwań, a często wręcz osiągał wyniki ponad stan. Jeśli na wzór Teleexpressu istniałaby „mundialowa galeria ludzi pozytywnie zakręconych”, to z pewnością wiecznie uśmiechnięty i ekscentryczny Bora miałby w niej miejsce.

Wojenna sierota

Velibor, bo takie właściwie imię posiada Milutinović, przyszedł na świat w 1944 roku. Jugosławia w tym czasie była ogarnięta wojną z niemieckim okupantem a także bratobójczymi walkami pomiędzy komunistyczną partyzantką Josepa Tity oraz promonarchistycznymi czekistami. Narodziny w takim miejscu i czasie odcisnęły piętno na małym chłopcu. Ojciec Velibora zginął na polu bitwy, a matka zmarła wkrótce po wojnie z powodu choroby. Bora nigdy nie zdążył zapamiętać swoich rodziców. Wraz z rodzeństwem został przygarnięty i wychowany przez ciotkę. Chłopiec posiadał talent do futbolu, podobnie jak jego dwaj starsi bracia – Miloš oraz Milorad. Został zauważony przez belgradzkie kluby. W stołecznym mieście występował najpierw w zespole OFK, później trafił do Partizana. Tym samym dołączył do swoich braci, którzy już wcześniej zakładali koszulkę w biało-czarne pasy. Z całego rodzeństwa Milutinoviców najwięcej osiągnął Miloš. Dwukrotnie (w 1954 oraz 1958 roku) reprezentował Jugosławię na mundialach. Velibor nigdy nie zrobił tak zawrotnej kariery na boisku. Grał dla kraju tylko na Igrzyskach Śródziemnomorskich, choć został zapamiętany raczej jako solidny ligowiec.

Bracia Milutinović. Od lewej: Milorad, Miloš i Bora.

Meksykanin z wyboru

Bora już jako piłkarz rozpoczął swoją życiową przygodę globetrottera. Po wyjeździe z Belgradu trafił najpierw do Szwajcarii (gdzie grał w Winthertur), a następnie do Francji (Monaco, Nice, Rouen). Największe piętno na jego życiu odcisnęła jednak decyzja o wyjeździe do Meksyku. Ten kraj stał się dla niego nowym domem, w którym zapuścił korzenie. Krótka przygoda, która miała trwać ledwie dwa lata, przemieniła się wieloletni związek pomiędzy Borą i krajem potomków Azteków. W Meksyku przez cztery lata występował w stołecznym klubie Club Universidad Nacional AC (znanym jako Pumas UNAM). Następnych siedem spędził jako szkoleniowiec tej drużyny. Na ławce trenerskiej odniósł kilka sukcesów. W 1980 roku wygrał Ligę Mistrzów CONCACAF, a rok później zdobył mistrzostwo Meksyku oraz Copa Interamericana.

Milutinović w barwach stołecznych Pumas. Mexico City stało się dla Bory domem na wiele długich lat. Źródło zdjęcia: record.com.mx

Wyniki charyzmatycznego Serba nie mogły umknąć włodarzom krajowego związku. Meksyk w maju 1983 roku oficjalnie przejął od Kolumbii organizację najbliższego mundialu. Rozkochani w futbolu gospodarze nigdy nie osiągali na światowym czempionacie wyników na miarę oczekiwań. Ich siedem z ośmiu wcześniejszych występów kończyło się na pierwszej fazie turnieju. Wystarczy wspomnieć, że na 24 mundialowe mecze wygrali oni… zaledwie trzy. Jedyne naprawdę udane mistrzostwa miały miejsce w 1970 (ćwierćfinał). Należy jednak pamiętać, że turniej wtedy również odbywał się w Meksyku. Gospodarze po pierwsze nie musieli się w ogóle kwalifikować, a po drugie, do najlepszej ósemki droga wiodła tylko przez jedną fazę grupową. Dla Meksykanów sprawą honoru stało się jak najlepsze przygotowanie reprezentacji do mistrzostw na własnych stadionach. Zadanie to powierzono właśnie Milutinovicowi. Serb, choć nie pozostało wiele czasu do startu zmagań, nie bał się wziąć odpowiedzialności na swoje barki.

Pique, czyli sympatyczna wąsata papryczka jalapeño, miała przynieść szczęście gospodarzom podczas MŚ 1986.

Gospodarze trafili do grupy z Paragwajem, Belgią oraz Irakiem. Wszystkie grupowe mecze rozegrali na monstrualnie wielkim Estadio Azteca, na co nalegał sam Milutinović. Podopieczni Serba w pierwszym spotkaniu pokonali mocnych Belgów. Jedną z dwóch bramek w tym spotkaniu strzelił największy gwiazdor reprezentacji, Hugo Sanchez. Remis z Paragwajem i skromna wygrana 1:0 z Irakiem pozwoliła Meksykanom zająć w grupie pierwsze miejsce. W 1/8 finału przyszło im się zmierzyć z Bułgarami. Gospodarze wygrali 2:0, a sam mecz na zawsze zapisał się w annałach mistrzostw świata. Wszystko dzięki cudownej bramce strzelonej przez Manuela Negrete, którą na żywo oglądało prawie 115 000 widzów:

Ćwierćfinał z Republiką Federalną Niemiec rozgrywany był już na mniejszym stadionie w Monterrey. Po 120 minutach nie padł żaden gol. W serii rzutów karnych Meksykanie nie wytrzymali napięcia – strzelili jedną bramkę na trzy próby. Nie pomylili się za to Niemcy i to oni awansowali dalej. Dla Meksykanów był to i tak bardzo udany turniej. W regulaminowym czasie gry nikt nie okazał się od nich lepszy. Awans do czołowej ósemki sprawił, że Bora ze swojego pierwszego mundialu wracał z tarczą. Takiego wyniku Meksykanom nie udało powtórzyć się do dzisiaj. Wiemy dobrze, że 1/8 finału jest ich przekleństwem, gdyż odpadali w tej fazie… sześć razy z rzędu.

Bora obok wielkiej gwiazdy Realu Madryt, Hugo Sancheza. Źródło zdjęcia: losandes.com.ar

Serb po mistrzostwach rozstał się jednak z kadrą. Z Meksykiem zresztą i tak nie miałby szans jechać na kolejne mistrzostwa. Jak się okazało, FIFA ukarała federację za przekroczenie limitu wieku w młodzieżowej reprezentacji. Konsekwencją tych działań było niedopuszczenie do startu w kwalifikacjach mundialu we Włoszech.

The miracle worker

Milutinović wyruszył dalej w świat. Po niedługich epizodach w Argentynie (San Lorenzo) oraz Włoszech (Udinese) wrócił ponownie do Meksyku. Niespodziewanie w 1989 roku dostał telefon z Kostaryki. Ten niewielki środkowoamerykański kraj pierwszy raz w swojej historii zakwalifikował się na mundial. Autor awansu, Marvin Rodríguez, został jednak zwolniony przez federację po eliminacjach. Serb przejął drużynę zaledwie na siedem miesięcy przed mundialem. Kadencję zaczął od trzęsienia ziemi. Wiedział, że trudno będzie w tak krótkim czasie stworzyć z kostarykańskich piłkarzy globalnych potentatów. Postanowił więc przede wszystkim dobrać kadrę pod względem mentalnym oraz postawić na szybkich graczy. Z tego powodu „odstrzelił” szóstkę, która odgrywała istotne role w czasie kwalifikacji. Wraz z całą reprezentacją przyleciał do Genui aż pięć miesięcy przed startem turnieju. Dał swoim graczom wolną rękę. Mogli korzystać z nocnych atrakcji miasta. Był to jeden z jego nietypowych sposobów budowy atmosfery w zespole.

Bora jako selekcjoner Kostaryki. Źródło zdjęcia: everardoherrera.com

Turniej dla Kostaryki rozpoczął się znakomicie. W inauguracyjnym meczu pokonali Szkotów. Wygrana, choć skromna, była sporą niespodzianką i odbiła się w szerokim echem. W drugim meczu przyszło im zmierzyć się z Brazylijczykami. Gracze Milutinovica wystąpili w tym spotkaniu w bardzo oryginalnych strojach. Zgodnie z wytycznymi FIFA, zespół powinien posiadać trzeci wariant kompletu. Zdecydowano się na nietypowe barwy – biało-czarne pasy. Oficjalnie był to hołd dla klubu CS Libertad. Milutinović zabiegał jednak o takie kolory z dwóch innych powodów. Po pierwsze, w takich samych grał w Partizanie. Po drugie, jedno ze swoich spotkań reprezentacja Kostaryki miała rozegrać na stadionie Stadio delle Alpi w Turynie. Obiekt ten był domem Juventusu. W ten sposób Bora chciał zaskarbić sobie sympatię miejscowej publiczności. Spotkania z Brazylią nie udało się wygrać, ale Kostaryka i tak sensacyjnie wyszła z grupy. Wszystko dzięki wygranej 2:1 w ostatnim spotkaniu ze Szwecją. Po tym sukcesie zaczęto nazywać Milutinovica „Miracle Worker”, czyli „cudotwórcą”. Kostaryka odpadła w 1/8 finału, ale po latach sam Bora wspominał ten mundial jako wielkie osiągnięcie. Na kolejny sukces tej miary środkowoamerykański kraj musiał czekać 24 lata.

Znajdź różnicę, czyli Juventus w sezonie 1990/91 oraz Kostaryka przed meczem z Brazylią.

Miś Yogi i Yoda w krainie soccera

Nie przedłużył swojego kontraktu. Od 1991 czekało na niego inne, również niezwykle ambitne zadanie. Mundial pierwszy raz w historii miał odbyć się w USA. Nigdy wcześniej nie zdarzyło się, żeby mistrzostwa były rozgrywane w kraju, gdzie futbol nie jest sportem numer jeden. „Jankesi” wiedzieli, że do przygotowania reprezentacji potrzebują kogoś wyjątkowego. Ekscentryczne metody Milutinovica nie do końca pasowały jednak do profesjonalnych amerykańskich standardów. Ostatecznie szefostwo soccera przekonał Franz Beckenbauer. Zareklamował Borę jako jedynego człowieka, który będzie w stanie mentalnie przygotować kadrę na tak wielki turniej. Zdania dwukrotnego mistrza świata nie można było zignorować. Milutinović rozpoczął więc przygotowania do swojego trzeciego mundialu.

Dla kraju, gdzie mówi się „soccer”, mistrzostwa miały być kamieniem milowym. W USA wciąż piłka nożna była nieodkryta, niczym cały kontynent przed Kolumbem. Gracze wywodzili się głównie z akademickich drużyn, nie działała jeszcze profesjonalna liga. Większość nigdy nie miała do czynienia z zawodową piłką w wydaniu europejskim. Milutinović wyselekcjonował bardzo szeroką kadrę, którą zgrupowano na południu Kalifornii. Trzon reprezentacji stanowili przede wszystkim doświadczeni piłkarze z mistrzostw w 1990 roku oraz paru młodych chłopaków z kadry olimpijskiej 1992 (min. Brad Friedel, Cobi Jones czy Alexi Lalas). Wszyscy piłkarze bez profesjonalnych kontraktów otrzymali 2 500 dolarów miesięcznej wypłaty i mieli się czuć jak w prawdziwym klubie. Bora zadecydował, by drużyna rozgrywała w ciągu roku dużą liczbę spotkań towarzyskich. Gracze mieli wejść w rytm regularnego sezonu klubowego.

Bora Milutinović po wygranej z Kolumbią.

Z perspektywy tradycyjnych amerykańskich metod zarządzania, Bora był dosyć ciężkim człowiekiem. Często zmieniał swoje zdanie, bywał przebiegły niczym lis. Za jego czarującym uśmiechem niekiedy kryły się chłodne kalkulacje finansowe. Ale rozumieliśmy się wzajemnie. Ten człowiek ma w sobie jakiś pierwiastek geniuszu – Hank Steinbrecher, ówczesny sekretarz generalny federacji soccera

Niejednokrotnie zaskakiwał piłkarzy nietypowymi pomysłami. Z kadrą pierwszy raz przywitał się mówiąc: My name is B-O-R-A, literując każdą sylabę jak dzieciom. Przez długi czas rozmawiał z graczami tylko po hiszpańsku. Szybko jednak odkryto, że nie miał problemów, by mówić płynnie po angielsku. Dochodziło do kuriozalnych sytuacji, kiedy Serb udawał, że nie rozumie zawodników. Nie odpowiadał na zadane pytania, choć znał doskonale ich treść. Znana jest też anegdota, gdy nakazał Lalasowi ścięcie brody i skrócenie długiej fryzury. Dla rudowłosego obrońcy o wyglądzie hipisa była to bardzo trudna decyzja. Mimo wszystko, wykonał rozkaz trenera. Widząc ogolonego gracza Bora skwitował tylko krótko: Wygląda Pan bardzo dobrze, Panie Lalas. Nigdy później nie wrócił do tematu. Włosy i broda szybko odrosły do poprzedniego stanu, a Milutinović kompletnie tego nie komentował. Jak się okazało, miał to być po prostu test dla Lalasa.

Bora często dawał nam ćwiczenia, które kompletnie nie miały sensu. Kazał przykładowo biegać przez 15 minut bez celu od bramki do bramki, czy po prostu toczyć piłkę. Testował naszą psychikę – tak naprawdę chodziło o sprawdzenie naszej reakcji, prowokował nas – Tab Ramos, środkowy pomocnik reprezentacji USA.

Serb starał się w graczach zaszczepić miłość do futbolu. Jego podopieczni lubili grać w piłkę, ale kompletnie nie mieli pasji Europejczyków czy kibiców z Ameryki Południowej. W tym celu zmuszał więc zawodników do oglądania Ligi Mistrzów, nawet po pięciogodzinnych treningach. Metody Bory szybko zaczęły bronić się wynikami. Amerykanie jako gospodarze zwyciężyli w 1991 roku w Złotym Pucharze CONCACAF. W półfinale pokonali Meksyk 2:0. Wcześniej, licząc od 1934 roku,  zaledwie dwa razy w historii wygrali ze swoimi południowymi sąsiadami. Bardzo długo w kadrze Milutinovica utrzymywał się Janusz Michalik. Ten urodzony w Chorzowie obrońca rozegrał ponad 40 spotkań. Niestety, nie znalazło się dla niego miejsce w ostatecznej selekcji na mundial.

Bora był niesamowitym połączeniem Misia Yogi oraz Mistrza Yody. Czasami miałem wrażenie, że jego słowa nie miały sensu nawet dla niego. Ale była w tym szaleństwie metoda. Nauczył mnie tego, że każda decyzja na boisku ma swoje konsekwencje – Alexi Lalas.

Mistrzostwa świata okazały się sukcesem dla Stanów Zjednoczonym, nie tylko pod względem organizacyjnym. Na stadionach osiągano rekordy frekwencji, a sama reprezentacja wypadła nadspodziewanie dobrze. W pierwszym meczu turnieju zremisowali ze Szwajcarią. Kolejne spotkanie zakończyło się sensacyjną wygraną nad Kolumbią, min. dzięki tragicznemu w skutkach samobójowi Andresa Escobara. Amerykanów z turnieju w 1/8 finału wyeliminowali Brazylijczycy, ale porażka 0:1 z przyszłymi mistrzami świata wstydu nie przyniosła. Jednym z największych sukcesów Bory było całkowite przebudowanie modelu amerykańskiej drużyny. Udało mu się wprowadzić południowoamerykański styl, polegający na posiadaniu piłki i kontroli gry w środku pola. Zaszczepił w swoich graczach przekonanie, że pełnoprawnie należą do rodziny mistrzostw świata i nie są tylko piłkarskimi turystami.

Milutinović w objęciach Lalasa.

Obieżyświat

Pomimo sukcesu na mundialu, nie zagrzał długo miejsca na stanowisku. Federacja zwolniła go w 1995 roku z powodu braku zaangażowania w administracyjne obowiązki. Z okazji skorzystali Meksykanie, którzy wkrótce ponownie go zatrudnili. El Tricolor pod wodzą Milutinovica zwyciężyli w Golden Cup 1996. Turniej rozgrywany był w Stanach Zjednoczonych, a amerykańska publika owacyjnie witała uśmiechniętego trenera. Bora stał się jedynym w historii trenerem, który zdobył to trofeum dla dwóch reprezentacji. W kolejnych miesiącach przyszedł jeszcze awans do zbliżającego się mundialu we Francji oraz brązowy medal na turnieju Copa América 1997. Kadencja na meksykańskiej ławce nie przebiegała jednak kolorowo. Włodarze nie byli zadowoleni ze stylu reprezentacji oraz wyników. Kwalifikacja na mistrzostwa została wywalczona bez porażki, ale aż przy sześciu remisach w 10 spotkaniach. Milutinović pierwszy raz wywalczył samodzielnie awans na mundial i, o ironio, został zwolniony przed turniejem. Długo jednak nie pozostał na bezrobociu. Po usługi Bory zgłosiła się Nigeria. Tym razem przyszło mu dowodzić kadrą, która nie była ousiderem. Super Orły były mieszanką utalentowanych gwiazd z najlepszych europejskich klubów. Trzon kadry stanowili: Nwankwo Kanu, Jay-Jay Okocha, Victor Ikpeba, Sunday Oliseh czy Taribo West. Nigeria dwa lata wcześniej zdobyła złoto Igrzysk Olimpijskich. Oczekiwania przed turniejem France 1998 były więc bardzo duże.

Garba Lawal i przekazujący mu uwagi Milutinović. Źródło zdjęcia: goal.com

W inauguracyjnym spotkaniu zawodnicy z Afryki pokonali Hiszpanów, a zdjęcia załamanego Zubizarretty obiegły świat. Nigeria zapewniła sobie awans, pokonując rewelację poprzedniego turnieju, Bułgarię. Bora stał się pierwszym trenerem w historii, który czwarty raz z rzędu wyszedł z grupy z czterema różnymi reprezentacjami. Marzenia o medalu zostały brutalnie przerwane przed Duńczyków w 1/8 finału.

Miałem okazję poznać wspaniały kraj i cudownych ludzi. Dużo podróżowałem po Nigerii, ponieważ chciałem dowiedzieć się o korzeniach swoich graczy. Nagrałem i puściłem zawodnikom przesłania od ich rodzin. Kiedy to zobaczyli, byli gotowi oddać swoje serce na boisku. Natomiast nigdy nie powiem co stało się przed spotkaniem z Danią. To są szczegóły, które pozostaną między nami. Przykro mi, że nie udało się ponownie rozbudzić apetytu na chwałę, który mieliśmy w pierwszej rundzie. Zostańmy przy stwierdzeniu, że niektórzy źle podeszli do tego meczu – mówił Milutinović o przyczynach porażki z Danią.

Mundial 1998 się skończył, a Bora dalej kontynuował swoją podróż dookoła piłkarskiego świata. Tym razem los rzucił go do Azji. Został selekcjonerem reprezentacji Chin. Przez pierwszą rundę eliminacji mundialu 2002 przeszli jak burza z kompletem zwycięstw. W ostatniej fazie eliminacji najgroźniejszymi rywalami byli Uzbekistan oraz Zjednoczone Emiraty Arabskie. Chińczycy dalej jednak osiągali świetne wyniki. 7 października 2001 roku stał się historycznym dniem dla Państwa Środka. Tego dnia Milutinović ze swoimi podopiecznymi pokonał Oman. Wygrana zapewniła pierwsze w dziejach Chin bilety na mundial. Piąte mistrzostwa świata dla Bory stały się faktem. Cudotwórca.

Tym razem jednak nawet jego charyzma nie była w stanie pomóc. Szanse Chińczyków u bukmacherów były porównywalne mniej więcej z wylądowaniem człowieka na Marsie jeszcze w 2002 roku. Warto jednak wspomnieć, że w grupie Chiny grały z dwoma przyszłymi medalistami – Brazylią oraz Turcją. Pierwszy raz dla Bory mistrzostwa zakończyły się w pierwszej fazie, ale tym razem sukcesem był sensacyjny awans. Pomimo ogromnych nakładów finansowych, dla Chin to nadal była i jest jedyna kwalifikacja w historii. Lata mijały, a Milutinović nie zwalniał tempa i intensywności podróży. Szósty mundial z rzędu jednak przeszedł mu koło nosa. W kwalifikacjach do MŚ 2006 poprowadził przez pewien czas Honduras. Nie najlepsze wyniki na boisku oraz rozbieżności dotyczące oczekiwań finansowych zadecydowały o jego zwolnieniu. Bezrobotny, lecz nadal namiętnie zakochany w futbolu, na własną rękę przebył ponad 11 000 km, by obejrzeć w Niemczech na żywo 25 spotkań mistrzostw.

Przed emeryturą nie zmienił swojego podróżniczego trybu życia. Pracował w Katarze, prowadził reprezentacje Jamajki oraz Iraku. Związał się z katarską Aspire Academy, regularnie spędza czas w ukochanym Meksyku, skąd pochodzi jego żona. Chętnie udziela wywiadów, a charakterystyczny uśmiech nadal nie schodzi z jego twarzy.

Lubię być w drodze. Ludzie nazywają mnie cyganem. Ale po prostu sprawia mi to przyjemność. Lubię zmiany, poznawać nowe języki, kulturę. Dzięki temu jestem szczęśliwy. W moim sercu piłka jest taka sama, gdziekolwiek jestem.

BŁAŻEJ DAWIDOWICZ

Źródła, z których korzystałem:

Błażej Dawidowicz
O Błażej Dawidowicz 13 artykułów
Wyznawca futbolowego kościoła Johanna Cruyffa. Przedstawiciel pokolenia, dla którego pierwszym turniejem była Francja '98. Lokalny bydgoski patriota, miłośnik Mazur, Bałkanów oraz Carlesa Puyola. Słuchacz The Beatles i Pink Floyd.