Bramkarz, czyli outsider – recenzja

Bramkarz. Sam przeciwko reszcie świata. Dopóki tę resztę świata powstrzymuje wszystko jest w najlepszym porządku. Jest kimś w rodzaju superbohatera, który posiadł nadludzkie moce takie jak fruwanie od jednego słupka do drugiego, bądź przewidywanie dokąd za chwilę poleci piłka. Gorzej, kiedy coś mu się nie udaje. Wówczas z suberbohatera przeistacza się w oczach kibiców w kogoś kto jest wart mniej niż zero. To nic, że chwilę wcześniej wszyscy go uwielbiali. Co może poczuć wtedy bramkarz? To dobre pytanie. Człowiek, który często nie ma nic do roboty a musi nosić brzemię popełnionego wcześniej błędu może myśleć tylko o jednym – o popełnionym błędzie. Może poczuć się jak outsider. Musi radzić sobie z poczuciem kompromitacji i falą krytyki licznego grona kibiców. Od tego można oszaleć. I właśnie o tym jest książka Jonathana Wilsona „Bramkarz, czyli outsider” – o outsiderach, ich szaleństwie oraz o tym, że niektórzy outsiderzey w tym szaleństwie znaleźli swoją drogę do nieśmiertelności.

Jonathan Wilson rzucił na samym początku odważną tezę − stwierdził, że bramkarz jest czymś w rodzaju czarnej owcy w drużynie piłkarskiej. Uznał go za odmieńca, za człowieka, który w oczach obserwatorów wydaje się być szaleńcem, a następnie na każdej kolejnej stronie udowodnia swoją tezę kolejnymi przykładami. I trzeba przyznać, że zrobił to bardzo dobrze, choć nazwiska takich asów sztuki bramkarskiej jak Jorge Campos czy Rene Higuita znacznie mu to ułatwiły. Prawda jest taka, że bramkarze często wcale nie musieli wcielać się w rolę szaleńców, niektórzy po prostu szaleńcami byli i to nie tylko ci z latynoskimi korzeniami. Oto krótki fragment książki, którego bohaterem jest szkocki bramkarz, Frank Haffey.

…bez wątpienia był również ekscentrykiem. Miał zwyczaj podśpiewywać sobie w celu utrzymania koncentracji, gdy jego drużyna atakowała. Stuart Cosgrove tak opisał go w Hampden Babylon: „W co najmniej jednym wysoko wygranym meczu, gdy nie było już presji, a piłka znajdowała się na połowie przeciwnika, Frank wdrapał się na poprzeczkę i udawał, że na niej śpi ku uciesze widowni”.

Wilson nie skupia się tylko na jednym gatunku bramkarzy, lecz szczegółowo opisuje każdą historię, która miała większy wpływ na rozwój gry na tej pozycji. Dzięki temu możemy poznać historię jugosłowiańskiego bramkarza, Milutina Soskicia, który uczył fachu najlepszych amerykańskich bramkarzy. Dowiemy się wielu szczegółów na temat Dino Zoffa czy Lwa Jaszyna, a także poznamy bardzo ciekawą historię dwóch bramkarzy z Kamerunu, którzy zmienili obraz golkipera w Afryce – Thomasa N’Kono i Josepha-Antione’a Bella.

Czytając książkę dochodzimy do wniosków, że bramkarz to w ogóle taki dziwny zawodnik, który jest samodzielnym elementem w zespole naczyń powiązanych. Niby jest częścią drużyny, ale pełni inną funkcję, obowiązuje go zupełnie inny regulamin, a nawet inaczej się ubiera. Najbardziej zastanawiający jest fakt, że rolą bramkarza jest zrobienie wszystkiego, żeby nie dopuścić do tego by padła bramka, czyli w pewnym sensie jest on antyfutbolistą. Nic dziwnego, że Wilson przywołuje historię z czasów, kiedy futbol dopiero raczkował, według której golkiper uchodził za outsidera. Wówczas na bramkę stawał ten, kto nie radził sobie w polu, a dobry bramkarz często w nagrodę mógł pójść do ataku, zastępując w polu najsłabsze ogniwo w drużynie. Nie dziwi też, że bramkarz czasem ma problem z równowagą psychiczną. Zazwyczaj jest pozostawiony samemu sobie, ma bardzo dużo czasu na przemyślenia i jeśli w pierwszych minutach przydarzy mu się błąd, to przez cały mecz nie daje mu to spokoju. I w ten sposób możemy zaobserwować obraz bramkarza jako outsidera i odludka, który wcześniej czy później jest skazany na niepowodzenie, krytykę bądź kompromitacje.
W pewnym momencie książka grę bramkarza w nieco innym świetle. Zazwyczaj golkipera ceni się za doskonałe interwencje i efektowne parady i jest to jak najbardziej słuszne. Jednak są tacy, którzy pozostają w cieniu ponieważ nie błyszczą na linii bramkowej, a narażają się na jeszcze większą krytykę ze względu na dalekie wyjścia, w wyniku których padają gole w stylu Nayima w meczu Realu Saragossa z Arsenalem, Ronaldinho w pojedynku Brazylii z Anglią czy Marka Citki w meczu Widzewa z Atletico Madryt. Jednak czy David Seaman i Francisco Molina zachowując się podobnie w setkach, bądź tysiąca innych sytuacji zażegnali niebezpieczeństwo zanim rywale w ogóle oddali strzał?

Książka „Bramkarz, czyli outsider”, która ukazała się nakładem wydawnictwa „Bukowy Las” ma wiele atutów. Jest ich tak dużo, że bez wahania można ją postawić obok najlepszych pozycji książkowych w tematyce piłkarskiej. Cieszą przede wszystkim ciekawe anegdoty, które dosłownie bombardują czytelnika od pierwszej strony. Niekiedy są to anegdoty dość banalne, ale zdarzają się też takie, po których umysł może się na chwilę zawiesić. Ot, choćby taka ciekawostka z Afryki.

Gouamene, co w przypadku bramkarza występującego w Pucharze Narodów Afryki jest nie lada wyczynem, został bohaterem, gdy w pięciu meczach nie wpuścił ani jednej bramki. Mimo iż mówi to więcej o pogardzie, z jaką w Zachodniej Afryce traktowano bramkarzy, niż o jego faktycznych umiejętnościach, powszechnie rozpowiadano, że pomógł mu „Muti” – ząb słonia, który nosił w bucie i który miał sprawić, by w oczach przeciwnika wydawał się wielki jak słoń. Na szczęście zwinność zachował swoją. Może to zabrzmieć absurdalnie, ale tę historię traktowano na tyle poważnie, że dwanaście lat później, po serii futbolowych upokorzeń, iworyjska federacja opłaciła czterech szamanów, którzy twierdzili, że to ich sprawka, przekazując im dwa tysiące dolarów w gotówce i dwie butelki whisky. Zaraz potem Wybrzeże Kości Słoniowej po raz pierwszy w historii awansowało na Mistrzostwa Świata.

GRZEGORZ IGNATOWSKI

Jeśli szukasz tej książki, lub innej pozycji o tematyce sportowej, zachęcamy do odwiedzenia strony Sendsport.pl

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE

Grzegorz Ignatowski
O Grzegorz Ignatowski 111 artykułów
Fanatyk historii futbolu i związanych z nim ciekawostek. Pochłania wszystko od meczów ligi argentyńskiej Primera Division aż do ligi kostarykańskiej, o ile czas pozwala. Twierdzi, że oddycha futbolem i coś w tym jest, bo dzień bez piłki działa na niego jak brak świeżego powietrza.