Chris Kirkland – niespełniona angielska nadzieja

Przez kolejne dziesięciolecia reprezentacja Anglii bramkarzami stała – Gordon Banks, Peter Shilton, Ray Clemence, Chris Woods czy David Seaman to zawodnicy, którzy na tej pozycji zapewniali spokój selekcjonerom oraz kibicom. Przez długi czas wydawało się, że do tej listy dołączy Chris Kirkland, obwołany cudownym dzieckiem brytyjskiej szkoły bramkarskiej. Dlaczego jednak dziś wymieniamy go w gronie piłkarzy niespełnionych?

Duży Bambi

Kirkland urodził się 2 maja 1981 roku w Barwell. Pierwsze piłkarskie kroki stawiał w okolicznym Blaby & Whetstone Athletics, gdzie występował jako jeden z graczy w polu. Jego marzeniem jednak zawsze było zostać bramkarzem. Eddie, ojciec małego Chrisa, pracował jako operator dźwigu na dwunastogodzinnych zmianach, ale nie przeszkadzało mu to w tym, żeby w czasie wolnym chodzić z synem do pobliskiego parku i szlifować umiejętności potrzebne do gry między słupkami. Chwyty, piąstkowanie, wykopywanie piłki, wyłapywanie dośrodkowań – tak wyglądały ich indywidualne treningi. Dodatkowe zajęcia nie pomogły mu jednak w swoich pierwszych poważnych testach, które oblał w akademii Blackburn Rovers. Dłoń wyciągnęło do niego Coventry City. To właśnie ta drużyna została jego pierwszym profesjonalnym klubem w karierze. Młody golkiper kontrakt podpisał w lipcu 1998 roku.

Duży Bambi, który nie był w stanie wykopać piłki poza własne pole karne – takimi słowami określił Kirklanda Gordon Strachan, który prowadził go w Coventry.

Nie przeszkadzało to jednak trenerowi w wystawianiu go w pierwszym składzie, kosztem bardziej doświadczonego Magnusa Hedmana (ówczesnego reprezentanta Szwecji). Na sztabie szkoleniowym zrobił wrażenie już w debiucie w zespole młodzieżowym, gdy dosyć niespodziewanie musiał pojawić się na boisku. Już wówczas  nie miał problemu z dowodzeniem kolegami. W dorosłej drużynie zadebiutował we wrześniu 1999 roku, w pucharowym starciu z Tranmere Rovers. Wkrótce na dobre zadomowił się w bramce, a jego występy zostały docenione przez kolegów z Coventry, którzy wybrali go na najlepszego piłkarza klubu w sezonie 2000/01. Pod koniec tych rozgrywek został także powołany do młodzieżowej reprezentacji Anglii. Niedługo po tym Sven-Goran Eriksson powiedział, że Kirkland jest przyszłością brytyjskiego bramkarstwa. Ta opinia ciągnąć się będzie za nim jeszcze przez pewien czas…

Kontuzje, kontuzje i kontuzje

Udane mecze w wykonaniu Chrisa przyciągały coraz więcej mocniejszych klubów. Najbardziej starały się o niego Arsenal oraz Liverpool. Ostatecznie ci drudzy w sierpniu 2001 roku zdecydowali się zapłacić za niego aż sześć milionów funtów, co w tamtym czasie było rekordową sumą wyłożoną na golkipera. Na Anfield przybył w tym samym czasie, co Jerzy Dudek. Początkowo to Polak był pierwszym wyborem Gerarda Houliera. Kirkland w czerwonych barwach zadebiutował w październiku 2001 roku, ale niemal cały swój pierwszy sezon przesiedział na ławce rezerwowych. Sytuacja odmieniła się w kolejnym, gdy seria kiepskich występów Dudka spowodowała, że francuski szkoleniowiec postanowił dać szansę do wykazania się młodemu Anglikowi.

Chris z okazji skorzystał. Zaliczył 14 spotkań z rzędu, notując w nich sześć czystych kont. W styczniu 2003 roku doznał jednak pierwszej z wielu kontuzji, które prześladować będą go do końca kariery. Kolejne miesiące zresztą były równie pechowe – na wrześniowym zgrupowaniu młodzieżowej reprezentacji nabawił się urazu pachwiny, tracąc prze niego sześć tygodni, natomiast w grudniu złamał palec. Operacja spowodowała, że znalazł się poza grą na kolejne cztery miesiące. Nie przeszkodziło mu to w wejściu w sezon 2004/05 jako pierwszy bramkarz Liverpoolu. Ponownie rozegrał 14 spotkań, zanim w grudniu doznał kolejnej kontuzji – tym razy dokuczały mu plecy, które jeszcze nieraz się odezwą. Dla drużyny Beniteza był to sezon zakończony pamiętnym finałem Ligi Mistrzów, w którym po rzutach karnych pokonali Milan. Kirkland po drodze wystąpił w czterech spotkaniach Champions League, ale przez uraz nie załapał się do meczowej osiemnastki, a jego miejsce na ławce rezerwowych zajął młodziutki Scott Carson. Carson później zaoferował swój medal starszemu koledze, ale Chris nie chciał go przyjąć.

Kirkland przychodził do Liverpoolu jako wielki talent, ale brutalna rzeczywistość go zweryfikowała. Przed rozpoczęciem kolejnego sezonu udał się na wypożyczenie do West Bromwich Albion, aby w pewien sposób rozpocząć swoją karierę na nowo. W międzyczasie na Anfield, dosyć niespodziewanie, przybył nowy bramkarz – rodak Beniteza, Pepe Reina. Było jasne, że to Hiszpan będzie pierwszym wyborem menedżera. Co ciekawe, trenerzy w Liverpoolu byli przerażeni… pracoholizmem Anglika. Gdy po raz kolejny zobaczyli, że zostaje na boisku treningowym niemal do utraty sił, z trudem przekonali go, by zaczął się oszczędzać. Był ostatnią osobą, której zarzucilibyśmy obijanie się na zajęciach.

Odbudowa w Wigan

Powiedzieć o bohaterze tego tekstu, że był pechowcem, to jakby nic nie powiedzieć. W pierwszym spotkaniu nowego sezonu zachował czyste konto w starciu z Manchesterem City, ale niedługo potem… doznał kolejnej kontuzji. Nieszczęście jednego jest szczęściem drugiego – między słupki WBA wskoczył Tomasz Kuszczak, który bronił na tyle dobrze, że nie oddał już miejsca do końca rozgrywek. Polak tymi występami wywalczy później transfer do Manchesteru United. Gdyby tego było mało, to Benitez zapowiedział Kirklandowi, że nie ma po co wracać na Anfield, ponieważ nie ma szans w rywalizacji ze świetnie spisującym się Reiną. Chris musiał ponownie szukać szczęścia w innym miejscu. Znów udał się na wypożyczenie, tym razem do Wigan Athletic. Paul Jewell, menedżer zespołu, zdawał sobie sprawę z podjętego ryzyka, ale wierzył w bramkarza:

Ma ogromny potencjał, ale pojawia się oczywisty znak zapytania dotyczący jego sprawności. Tu nie chodzi tylko o jeden przypadek, bo miał już problemy z żebrami, palcami, kolanami i plecami.

Półroczne wypożyczenie szybko zamieniło się w transfer definitywny, przyklepany w październiku 2006 roku. Kwota wyniosła 2.5 miliona funtów. To właśnie w Wigan odnalazł swoją bezpieczną przystań. W zespole Atletów występował przez sześć lat, zaliczając w sumie 122 mecze ligowe. Oczywiście powinno ich być więcej, ale co pewien czas grę uniemożliwiały mu kontuzje, zwłaszcza powracający uraz pleców. Jewell powiedział o nim kiedyś:

Jeżeli jest zdrowy i gra regularnie, Chris znajduje się w trójce najlepszych bramkarzy w kraju.

Jeszcze gdy grał dla angielskiej młodzieżówki, David Platt obwołał go najlepszym golkiperem młodego pokolenia na świecie. Cały czas widziano w nim zawodnika rangi reprezentacyjnej. Tym bardziej może dziwić fakt, że w dorosłej kadrze zagrał tylko raz. W 2006 roku wszedł po przerwie w czasie towarzyskiego pojedynku z Grecją. 45 minut – tyle w sumie czasu spędził na murawie jako reprezentant Anglii człowiek, który miał być następcą Banka i Shiltona. Z jego jedynego występu najbardziej ucieszyli się… jego ojciec oraz paru znajomych, którzy postawili pieniądze na to, że Chris zadebiutuje w seniorskiej kadrze przed trzydziestymi urodzinami. Zakład został zawarty, gdy Kirkland junior miał zaledwie 11 lat, a jego wejście na boisko pozwoliło zarobić im po 10 tysięcy funtów na głowę. W Wigan trenerzy przychodzili i odchodzili, ale każdy był pod wrażeniem umiejętności prezentowanych przez Chrisa. Zarówno Steve Bruce, jak i nieco później Roberto Martinez, zgodnie twierdzili, że miał on zdecydowanie za mało występów w reprezentacji na swoim koncie. Ten pierwszy chwalił go za profesjonalne podejście i zwracał uwagę na to, co przerażało sztab szkoleniowy Liverpoolu:

Chris był typem staroświeckiego bramkarza, który wprost uwielbiał, gdy ładowało się w niego piłki z kilkunastu metrów. Był pracoholikiem. Potrafił spędzić na boisku kilka godzin.

Oczywiście, nie wszystkie swoje występy w barwach Wigan Kirkland może miło wspominać. Na przykład, w listopadzie 2009 roku, wpuścił dziewięć goli w ligowym meczu z Tottenhamem na White Hart Lane. Goście w tamtym spotkaniu zaprezentowali się tak żenująco, że postanowili zwrócić pieniądze kibicom, którzy pojechali za nimi do Londynu. Początek sezonu 2010/11 był na tyle słaby dla klubu i samego golkipera, że ten stracił miejsce w bramce na rzecz Alego Al-Habsiego. Dla Anglika był to początek końca w zespole Atletów – niedługo po tym udał się na wypożyczenie do Leicester, a później do Doncaster Rovers. W obu ekipach rozegrał jednak bardzo małą liczbę spotkań.

Walka poza boiskiem

W maju 2012 roku podpisał kontrakt z Sheffield Wednesday, występującym na zapleczu Premier League. Menedżer Dave Jones zapowiedział, że w bramce numerem jeden będzie ten, który lepiej zaprezentuje się w okresie przygotowawczym. O miejsce Kirkland walczył ze Stephenem Bywaterem. Były gracz Liverpoolu zadebiutował w nowym zespole w sierpniu, w zwycięskim starciu pucharowym z Oldham Athletic. Gdy wreszcie uporał się z kontuzjami, w grze przeszkodził mu… kibol, który wbiegł na boisko i go zaatakował. Wydarzyło się to w październiku podczas ligowego meczu z Leeds United. Kirklanda opatrywano kilka minut, a kiedy wrócił na boisko, po chwili popełnił błąd, pozwalający rywalom na zdobycie gola wyrównującego. Agresywnego pseudokibica skazano na 16 tygodni więzienia.

Do końca sezonu pozostał numerem jeden i wciąż nim był w kolejnych rozgrywkach. Wkrótce potem jednak musiał zasiąść na ławce, ponieważ ze składu wygryzł go Keiren Westwood. Postanowił nie przedłużać kontraktu z Sheffield i odszedł do Preston North End, gdzie podpisał roczną umowę. Tam miał pełnić rolę zmiennika dla utalentowanego Jordana Pickforda, który przebywał tam na wypożyczeniu. Mimo że Pickford wkrótce wrócił do macierzystego klubu, to Kirkland dalej nie mógł cieszyć się rolą pierwszego bramkarza w zespole, ponieważ do Preston ściągnięci zostali Sam Johnstone oraz Anders Lindegaard. Po sezonie przeszedł do Bury, gdzie niedługo po wypełnieniu rocznego kontraktu zakończył karierę piłkarską. Po paru latach wyjawił jednak, że głównym powodem przejścia na emeryturę nie były kwestie sportowe, tylko depresja, z którą zmagał się przez długi czas. Zdarzały mu się dni, że nie miał ochoty podnieść się z łóżka. Takie wyznania brzmią przerażająco, zwłaszcza gdy przypomnimy sobie o Robercie Enke i Garym Speedzie, którzy przez chorobę popełnili samobójstwo.

To, co przytrafiło się Gary’emu naprawdę mnie martwiło. Nie wiedziałem, jak daleko jestem od tego. Na szczęście, bardzo, bardzo daleko. Często siebie pytam: czy zrobiłbym sobie coś takiego? Czy skrzywdziłbym się? Lubię myśleć, że niczego takiego bym nie zrobił. Nie było tak, że usiadłem pewnej nocy i zacząłem myśleć, że muszę zrobić… no, wiecie co. Ale uwierzcie, że myśli się o tym. Tak, myśli się, ponieważ nie chcesz się nawet obudzić.

Choroba zaczęła go nękać w 2012 roku, gdy opuścił Wigan – klub, który kochał i z którego w ogóle nie chciał odchodzić. Gdy cztery lata później podpisywał kontrakt z Bury, to czuł się zbyt przytłoczony. Nie był w stanie kontynuować kariery. W klubie trafił jednak na trenera, który bardzo go wspierał. Dave Flitcroft poradził mu, aby odpoczął, zrobił sobie wolne i poszukał pomocy. Kirkland jednak postanowił spróbować jeszcze jeden, ostatni raz.

Powróciłem do treningów, ale trzeciego dnia wziąłem udział w pięcioosobowej grze, w której nie dawałem sobie rady ze strzałami. Pomyślałem wtedy: nie chcę być tu dłużej. Zszedłem z boiska, poszedłem prosto do trenera i powiedziałem mu: „Nie mogę więcej tego robić. Musisz zerwać mój kontrakt”.

Chris nie chciał o tym mówić, kiedy choroba się rozpoczęła. Czuł się zawstydzony i zakłopotany. Dopiero po zakończeniu kariery odważniej zabrał głos w tej sprawie. Dziś ciągle głośno zwraca uwagę na temat depresji wśród piłkarzy:

Teraz łatwo jest mi o tym wspominać, ponieważ sobie z tym poradziłem. To wielka rzecz i chciałbym, żeby inny zawodnicy zrozumieli, że po prostu musisz o tym mówić. Dopóki nie zacząłem tego robić, nie potrafiłem się z tym uporać. Był tylko strach. Ale gdy się otwierasz, to pomagasz zarówno sobie, jak i swojej rodzinie.

Wpływ na taki stan miały także urazy, które stale do niego powracały. Przygnębiało go również, gdy ludzie mówili, że jest kontuzjowany, choć tak naprawdę czuł się dobrze. Z tego powodu ostatecznie zrezygnowano z niego w Liverpoolu:

Zawsze się zastanawiam, dokąd bym doszedł, gdyby nie te wszystkie kontuzje. Moja kariera byłaby o wiele lepsza. Kiedy ktoś słyszy „Chris Kirkland”, to od razu mówi: wiecznie kontuzjowany. Nie myślą wtedy po prostu o dobrym piłkarzu. To kolejny czynnik, który miał znaczenie.

Od pewnego czasu wychodzi powoli na prostą. Niedawno założył akademię, w której trenują młodzi bramkarze. Wspomaga w rozwoju także swoją córkę, która… również gra w piłkę i stoi między słupkami. W lipcu tego roku rozpoczął pracę w kobiecej drużynie Liverpoolu, gdzie odpowiada za zajęcia golkiperek. Kiedyś miał zostać legendą reprezentacji Anglii, ale brak regularnych występów nie pozwolił mu na zrobienie kariery, jaką mu przepowiadano. Chociaż dla kadry zagrał tylko jedno spotkanie, to najważniejszy mecz wygrał poza boiskiem.

KUBA GODLEWSKI

Źródła, z których korzystałem:

  • Chris Kirkland: ‘I didn’t want to wake up in the morning. It just starts again’ – www.theguardian.com
  • Profile: Former Wigan Athletic ‘keeper Chris Kirkland – www.theleaguepaper.com

Kuba Godlewski
O Kuba Godlewski 30 artykułów
Licencjat filologii polskiej. Początkujący trener. Kibic Manchesteru United i cichy wielbiciel czarnych koszul Diego Simeone.