Claudio Milar – szczeciński El Mago

Wielkimi krokami zbliża się mecz z Lechem na stadionie im. Floriana Krygiera. Wracam więc sentymentalnie do jednego z właśnie tych wielkich spotkań w wykonaniu Portowców. Tekstem oddaję hołd Claudio Milarowi. Claudio – Szczecin nie zapomniał. Cofnijmy się o 11 lat.


Jest 20 sierpnia 2004. Dzień meczu: Pogoń Szczecin – Lech Poznań. Szczecinianie zajmują po dwóch kolejkach ostatnie miejsce. W poprzednim meczu zostali upokorzeni przez Górnik, który w czterech końcowych minutach wbił Pilarzowi trzy bramki. Pogoń jest osłabiona brakiem Julcimara, a przede wszystkim, człowieka z kolorową głową, mającego fioła na punkcie butów piłkarskich – czyli Bataty. Dodatkowo kilku innych graczy zmaga się z drobnymi urazami. Bogusław Baniak, popularny „Bebeto” wychodzi z siebie. W wywiadzie dla Przeglądu Sportowego mówi nawet o dowołaniu zawodników z rezerw, które na przystawkę pokonały Lecha II, aż 4-1. Swoją drogą – jedno malutkie wtrącenie. Wiecie co robi obecnie Baniak? Otóż jest od 2015 roku dyrektorem sportowym reprezentacji… Burkina Faso. Wróćmy jednak do tematu.

Ostatecznie PZPN zatwierdził rejestrację Milara na około godzinę przed pierwszym gwizdkiem. Nikt nie spodziewał się jednak, że supersnajper drugoligowego brazylijskiego Gremio Esportivo Brasil będzie ważnym ogniwem już w pierwszym spotkaniu. Pogoń remisuje z Lechem 1-1, jednak czerwoną kartką za brutalny faul pod koniec pierwszej połowy, zostaje ukarany Paweł Magdoń. Wydaje się, że po przerwie Kolejorz dopełni formalności i przycisną Portowców jeszcze bardziej do dna tabeli. Baniak decyduje się na pokerową zagrywkę – około 50. minuty wprowadza na boisko Urugwajczyka. Nie zapominajmy – Pogoń gra w dziesięciu. W pierwszej połowie, gdy było 11 na 11, to Lech przeważał, w drugiej zaś wydarzyło się coś zaskakującego. To Portowcy przejęli inicjatywę, a brazylijską sambę aż z trzema partnerami z obrony Lecha – zatańczył Claudio Milar. Solowym popisem skupił na sobie całą defensywę i sprytnie wystawił piłkę do Tomasza Parzego, a ten zdobył gola na 2-1. Dalej już sam dobił Lechitów, wpychając piłkę do bramki w końcówce. Zdejmuje koszulkę, przeskakuje bandy reklamowe i biegnie do kibiców. Od razu, w debiucie. Tym sposobem ci pokochali go po trzydziestu minutach. Prestiżowy mecz z Lechem, znienawidzony rywal, gramy w dziesiątkę, a gość najpierw przez pół godziny upokarza ich obrońców, a później jakimś cudem piłka odbija się właśnie od niego. Trzy punkty. Naładowany zdziera koszulkę i biegnie do łuku – miejsca szczecińskich ultrasów. Przypuszczam, że wszyscy, pod których podbiegł, pomyśleli wtedy w duszy: „O kurwa, co za gość”.

Claudio Milar
Claudio Milar strzela bramkę z karnego – z Wisłą Płock 26.07.2005 (fot. pogononline.pl)

Mój dobry kolega, dziennikarz szczecińskiej Gazety Wyborczej i redaktor naczelny portalu DumaPomorza.pl – Mateusz Kasprzyk, opowiadał mi z pasją, nazywając Milara „idolem z dzieciństwa”:

Claudio nie grał u nas zbyt długo. Ma na koncie tylko nieco ponad trzydzieści spotkań w granatowo-bordowych barwach, ale to wystarczyło do tego, żeby na zawsze zapisał się w pamięci mojej i wiem, że także wielu innych kibiców. Debiut z Lechem? Miałem 11 lat, a pamiętam go jak dzisiaj. Najpierw asysta przy golu Tomka Parzego, potem już sam strzelił bramkę na 3-1. Ściąga koszulkę i biegnie pod młyn. To jedno z najpiękniejszych wspomnień jakie mam związane z Pogonią Szczecin. Bezsprzecznie jeden z idoli z dzieciństwa. Gdy dowiedziałem się o jego śmierci, to naprawdę płakałem, a zdarza mi się to niezwykle rzadko

Claudio Milar. Człowiek, który we wtorek był w Brazylii, w środę z powodu zmiany czasu, z bólem głowy wylądował w Berlinie, skąd dotarł do Szczecina, w czwartek zaliczył jedyny – delikatny trening z drużyną, a w piątek w pół godziny odmienił losy meczu i właściwie sam ograł Lecha. W sobotę był już bohaterem Pogoni według Przeglądu Sportowego, który później często określał go mianem: „najlepszego zawodnika drużyny Portowców”. Były gwiazdor brazylijskiego drugoligowca strzelił w sumie dla Pogoni 11 goli, debiut nie był jedynym meczem, w którym czarował. Na pewno był za to najbardziej spektakularnym.

Claudio Milar
Fot. pogononline.pl

Z wielkim sentymentem wspomina go także Krzysztof Ufland, obecny rzecznik prasowy Pogoni:

Pamiętam doskonale ten mecz, oglądałem go wtedy ze szczecińskiego piekiełka (młynu). Do końca nie było wiadomo czego się spodziewać – i czy w ogóle Claudio zagra. Dopiero na dzień czy dwa przed meczem wylądował na lotnisku w Berlinie. Co do meczu, nawet nie chodzi tu o samą bramkę Milara, ale po prostu o show, które robił na boisku. To było coś niesamowitego. Łatwość z jaką kręcił obrońcami, takimi jak Paweł Wojtala. Wszyscy zaczęliśmy myśleć, że mamy boga futbolu w Szczecinie. Bardzo dobrze go wspominam. Jako jeden z nielicznych zawodników zagranicznych, po odejściu z Pogoni – interesował się klubem, pisał z zainteresowaniem co słychać w Szczecinie

Niestety smutna informacja dotarła do nas 16 stycznia 2009. Claudio Milar zginął w wypadku autokaru, którym podróżowała jego ukochana drużyna – Gremio Esportivo Brasil. Stamtąd też przeszedł do Pogoni, a wracał tam trzykrotnie. Kierowca autobusu stracił panowanie nad pojazdem i spadł do wąwozu. Urugwajczyk, wraz z dwoma kolegami, stracił życie. Mimo że grał w Szczecinie ledwie dwa sezony – był tak charakterystyczną postacią, że chyba mogę go nazwać legendą. Tak. Osobiście uważam, że legenda to nie lata gry w zespole, a właśnie ktoś, kto zapada w pamięć na długo. Ekspresyjna radość po każdej bramce jest pamiętana do dziś. Jego znakomicie ułożona prawa stopa biła wszystkie rzuty wolne, w swojej drużynie brazylijskiej zdobył w ten sposób mnóstwo bramek. Jest nawet filmik na youtube z bramkami Claudio. Wolny – bam, wolny – łup, wolny – bum, wolny – pum. Wiem, że pewnie wielu z was powie: „Claudio Milar, a kto to był ten Milar?” W Szczecinie się go jednak pamięta. My w ogóle jesteśmy sentymentalni. Ja mogę żałować, że szczecinianinem jestem cztery lata. Za to uwielbiam wciągać historię, jak Adrian Mutu kokainę. Szczególnie – jeśli jest tak piękna jak urugwajski diament w sakiewce Bogusława Baniaka.

afarias.blog.br
Claudio Milara na pogrzebie żegnał tłum ludzi (Fot. afarias.blog.br)

Specjalnie na koniec zostawiłem jeden smaczek. Wówczas trenerem Lecha był Czesław Michniewicz. I on ten mecz doskonale pamięta. Mam nadzieję, że jeśli to przeczyta, to się uśmiechnie do ekranu.

 PATRYK IDASIAK

 

OBSERWUJ NAS NA INSTAGRAMIE! POLUB NAS NA FACEBOOKU!

Patryk Idasiak
O Patryk Idasiak 26 artykułów
Licencjat dziennikarstwa. Szczecinianin z wyboru. Zakochany w pieniądzach Szejka Mansoura. Największy polski celebryta, wśród fanów Manchesteru City. Woli Tyne-Wear Derby od El Classico. Uwielbia grzebać w starych gazetach sportowych.