El Siete może być tylko jeden. Raul Gonzalez Blanco

Jest takie pewnie już wyświechtane powiedzenie, że wszystkiego kupić nie można. Niektórzy mogliby nazwać to sentymentem, jakąś wartością, która gdzieś tam w środku jest – i jest wręcz niezbywalna. Tak sobie myślę, że te wszystkie życiowe wartości można, a nawet trzeba przełożyć na futbol, bo z biegiem lat coraz więcej tam cwaniactwa, pajacowania i coraz więcej zwykłej nieprzyzwoitości. Żyjemy w okropnych czasach medialnego szału. W erze, kiedy najważniejsze jest Wasze kliknięcie Milika można wsadzić do Barcelony, a Carvajala nazwać wielką gwiazdą Realu Madryt. Znam takich, którzy mają konta na wszystkich portalach, tworzą posty, komentują, ale też tęskną. Tęsknią za czasami, kiedy futbol przeżywali sami ze sobą. Kiedy boiskowy bohater w dzieciństwie był ich i nie musieli się z nikim dzielić swoim idolem. To jest właśnie sentyment.

W listopadzie skończy karierę Raul Gonzalez Blanco i coś się niewątpliwie kończy. Choć przyznam się – nie obejrzałem jego ani jednego meczu w NY Cosmos, gdzieś w środku czuję złość i jest mi zwyczajnie, cholernie przykro, że mój piłkarz, gwiazda moich czasów nigdy już nie wyjdzie na boisko. Zestarzał się, nie da już rady. Wyparli go inni, młodsi i bardziej sprawni – okrutne prawo natury zabrało mi mojego bohatera ze szkolnych lat. Finał Ligi Mistrzów 2002 na Hampden Park większości kojarzy się z golem Zidane’a z woleja, a mi raczej z bramką Raula, która wlała nadzieję w serca kibiców. Galacticos za czasów Raula było unikatowe. Teraz klub pokroju Chelsea czy Manchesteru City potrafi wydać 150 milionów euro na transfery, po pół roku ich odpalić i znowu kupić nowych, podczas kiedy dwudziestu piekielnie zdolnych chłopaków upchanych jest po  Vitesse i Crystal Palace. Kiedyś ze składem łatwiej było się utożsamić. Kupiłeś sobie koszulkę Zidane’a i wiedziałeś, że ona przez lata będzie aktualna. Kupisz dzisiaj koszulkę De Bruyne i nie wiesz czy za pół roku nie będzie grał w PSG.

Ze słynnego Galacticos zapamiętałem właśnie Raula. Samo wypowiedzenie „Raul Gonzalez z Realu Madryt” było magiczne. Wydawało się nieodłączne jak „Totti z AS Romy” czy „Scholes z Manchesteru United”. Teraz już nie ma tego. Chłopaki się posiwieli, odchodzą. Właśnie według mnie Raul Gonzalez stał się największą ofiarą marketingu, który dzisiaj dusi piłkarskie środowisko. Kto to widział, żeby klubowa legenda musiała odchodzić do Schalke? Na odebranie Raulowi koszulki z numerem siódmym również patrzyłem z obrzydzeniem. Nikt nie zasłużył na to, żeby takiej nieskazitelnej personie zabrać numer, z którym utożsamiali się kibice na całym świecie przez ponad dziesięć lat. Real Madryt powiedział wtedy „nie” swojej historii i powiedział „tak” braku przyzwoitości. Nawet jeśli piłkarz, który ten numer otrzymał nazywa się Cristiano Ronaldo i pobił wszelkie możliwe rekordy.

Zapomnieliście już te piętnaście goli, które Raul wbijał Barcelonie? Naprawdę, macie aż tak krótką pamięć?

Według mnie klubową legendą nie może być ktoś, kto wcześniej przez sześć lat reprezentował Manchester United. Przecież ilość goli to nie wszystko, a fani Realu Madryt pewnie dzisiaj bardziej utożsamiają się z Sergio Ramosem i Ikerem Casillasem. Sorry, zapomniałem, że ten drugi już dzisiaj w FC Porto. Wyczyny Cristiano Ronaldo, owszem, są niesamowite. Liczby, porównania i wszelkie inne statystki czynią go najlepszym piłkarzem Realu Madryt w historii. Ale czy naprawdę uczucia kibiców są warte cyferek? Czy nie liczy się już zwykła ludzka postawa i samozachowawczy instynkt? Dzisiaj dla mnie Cristiano Ronaldo to legenda futbolu w wymiarze światowym, ale na Santiago Bernabeu widziałem wielu wybitniejszych. Nie wiem, czy można przełożyć sukcesy Cristiano Ronaldo nad Raula. Z prostej przyczyny: otóż Raul miał większy wpływ na sukcesy Realu. Zdobył więcej Pucharów Europy i tytułów mistrza Hiszpanii. Dzisiaj Ronaldo strzela ponad 45 goli w ligowym sezonie albo 5 w jednym meczu, ale mam wrażenie, że równowaga jest tutaj zachwiana. Mimo tego całego splendoru bycia cały czas na topie, CR7 nie zdobywa ilości trofeów na miarę swojego potencjału.

W Ronaldo zawsze irytowała mnie jedna rzecz. Godzina 12:00, mecz z Rayo Vallecano, a CR7 przymierza się do strzelania rzutu karnego. Piłkarze Rayo zdegustowani, przecież Ronaldo + karny = gol niemal zawsze. Przecież on to lubi, żywi się tym. Ronaldo podbiega do piłki, strzela, bramkarz go wyczuwa, ale futbolówka i tak wpada do bramki. Zaczyna się wtedy to całe show. Cristiano bierze rozbieg, jedną rękę unosi do góry, wyskakuje, obraca się w powietrzu, i lądując na ziemi robi charakterystyczny gest „only me”. Serio? Gol z Vallecano zasługuje na to, żeby pokazywać: „no, to teraz możecie mi skoczyć”? Ale Cristiano to uwielbia, po to gra w piłkę. Żeby czuć uwielbienie wrzeszczących fanów, ten cały performens po strzeleniu bramki niesamowicie go kręci Ale Rayo?

I tutaj gdzie kończą się gesty pod publiczkę, zaczyna się Raul Gonzalez. Nigdy go nie zapomnę, a jak skończy karierę, wstanę rano i powiem: cholera, dzisiaj obudziłem się w innym, gorszym świecie, kiedy coraz więcej moich idoli z boiska odchodzi na emeryturę. Jeśli ja byłem zawsze na podwórku Raulem i ty też byłeś, i nie ma już Raula, nie ma też nas. Nie ma już piłkarza, z którym się utożsamialiśmy.

Wybaczcie patetyzm, ale El Siete może być tylko jeden.

Wybaczcie mi też to, że pisząc to nie byłem obiektywny.

KAMIL ROGÓLSKI

 

 

Redakcja
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: kontakt@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl