Futbol w czasie wojny domowej vol. III: Barcelona

Jest noc, z 12. na 13. lipca 1936 roku. Nikomu nie wydaje się realne by postanowienia traktatu wersalskiego mogły zostać złamane a nowy kanclerz Rzeszy niemieckiej zdołał pogrążyć cały świat w chaosie wojny. Mimo to, tak właśnie się stanie. Nim jednak to wszystko się wydarzy Hiszpania sama przeleje swoją krew. Jest poranek, 13. lipca 1936 roku. José Calvo Sotelo, były minister finansów w rządzie generała Primo de Rivery, zostaje zamordowany strzałem w tył głowy. Iskra pada na proch i ogień wojny domowej ogarnia cały kraj. Nim się wypali upłyną trzy lata.

Barcelona, Katalonia
15 maja 1937 roku

Początek lata w Barcelonie. Drugiego lata wojny domowej. Jeśli tego dnia wstałbyś rano, kupił gazetę a potem czytał ją, popijając kawę, papier pachniałby jeszcze ciepłym drukiem. W końcu wyszedł spod prasy nad ranem. Wypiłbyś gorący łyk kawy i leniwie przełożył pierwszą stronę a pachnący druk oznajmiłby ci, że nie ma już nadziei.

„Nie ma już nadziei… José Suñol i Pedro Ventura zostali rozstrzelani przez wichrzycieli”.

Od momentu, gdy pierwsze wieści o zaginięciu i możliwej śmierci prezydenta Barçy dotarły do stolicy Katalonii, minął niemal rok. Przez cały ten czas była jeszcze nadzieja.

„Domek Śmierci”

Sierra de Guadarrama, Wspólnota Autonomiczna Madrytu
6 sierpnia 1936 roku

Prawdopodobnie był to przypadek. Strefy przejęte przez tę czy inną stronę konfliktu czerwoną linią obrysowuje się jedynie na mapach. Przed nimi nie widać żadnych granic, tylko porośnięte sosnami zbocza Sierra de Guadarrama, okalające drogę wiodącą ku A Coruñii. Samochód jedzie szybko, widać, że czterem mężczyznom, którzy nim podróżują zależy na czasie. Oprócz szofera w środku znajduje się Josep Suñol, prezydent FC Barcelony, jego przyjaciel, dziennikarz – Pedro Ventura Virgilli, i jeden wojskowy, mający ich ochraniać. Ta podróż nie ma jednak nic wspólnego z Barçą. Suñol, członek Republikańskiej Lewicy Katalonii, udał się do Walencji i Madrytu by skontaktować się z tamtejszymi przedstawicielami władz republikańskich na zlecenie Joana Casanovasa, prezydenta Katalonii. Teraz jadą właśnie ze stolicy Hiszpanii drogą w kierunku Galicji. Z północy nadeszły dobre wieści: siły Republiki zajęły Przełęcz Lwów. Suñol tuli do siebie skórzaną walizkę; w środku znajduje się 50 tysięcy peset, które mają zostać przeznaczone na opłacenie żołdu stacjonujących w tej strefie żołnierzy. Samochód przyśpiesza, żółto-czerwona chorągiewka senyery zaczyna trzepotać szaleńczo. Znajdują się 50 kilometrów od Madrytu. Przed nimi otwiera się droga przez Sierra de Guadarrama, w oddali widać już mały domek, wybudowany jako schronienie dla robotników drogowych. Prawdopodobnie był to przypadek. Żadna czerwona linia nie ostrzegła ich, że przekroczyli granicę strefy kontrolowanej przez Republikę. Nikt nie uprzedził, że wieści o zajęciu Przełęczy Lwów były jedynie optymistyczną pogłoską. Jest gorące, wibrujące popołudnie w samym sercu Hiszpanii. Przydrożny domek zbliża się szybko.

Sunyol na Les Cortes, maj 1936 | Foto: fcbarcelona.cat
O wszystkim przesądziły godziny. Jeszcze poprzedniej nocy niewielki budynek wzniesiony dla robotników znajdował się w rękach armii republikańskiej. Nocna potyczka sprawiła jednak, że okolice Sierra de Guardarrama, a wraz z nimi niepozorny domek przy drodze do A Coruñii, zostały przejęte przez nacjonalistów. Po latach miejscowi zaczną nazywać to miejsce Casita de la Muerte – Domkiem Śmierci.

– Niech żyje Republika!
Nie wiadomo co kieruje Suñolem, gdy tym okrzykiem wita dowódcę oddziału frankistów. Nie miał pojęcia, że właśnie przekroczył granicę strefy republikańskiej, czy jednak nie zorientował się z kim ma do czynienia kiedy wysiadł z samochodu? Nie rozpoznał mundurów, nawet gdy nacjonaliści się zbliżyli? A może zrobił to tylko i wyłącznie po to, by zobaczyć na ich twarzach wyraz konsternacji? Chwilę później powód nie ma już najmniejszego znaczenia, liczy się tylko to, że Suñol przywitał oddział nacjonalistów republikańskim pozdrowieniem. Dowódca frankistów uśmiecha się, wita przyjezdnych surowym salutem. Prezydent Barcelony sięga do kieszeni, wyjmuje dokumenty, zaczyna tłumaczyć, że jest delegatem rządu pełniącym misję dyplomatyczną. Przez cały ten czas z twarzy dowódcy nacjonalistycznego oddziału nie znika uśmiech. Ruchem ręki zatrzymuje rozwijającą się tyradę Suñola. Daje znać, że wszystko rozumie – czterech podróżnych chroni immunitet dyplomatyczny. Zaprasza ich by weszli z nim do domku dla robotników, nie będą przecież rozmawiać przy drodze. Gdy upłynie kilkanaście minut i pięciu ludzi opuści niewielki budynek padnie tylko jedno zdanie, będące rozkazem:
– Uformować pluton egzekucyjny!
Pośród oddziału przebiega szmer, nikt z żołnierzy nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Nikt też jednak nie protestuje, po krótkiej chwili ociągania pięciu ludzi staje w linii, tworząc szpaler i przygotowuje broń. Suñol milczy, jego twarz wydaje się nie wyrażać żadnej emocji. Jedyne słowa padają z ust Pedro Ventury.
– Jestem dziennikarzem! – krzyczy w stronę zwierzchnika oddziału. – Odpowiedzialni za moją śmierć poniosą konsekwencje.
– Nie potrzebujemy tu dziennikarzy – pada odpowiedź. – Na polu bitwy przydatni są tylko mężczyźni, którzy noszą broń.
Bezgłośne uniesienie ręki oznacza rozkaz. Zapada cisza a potem słychać już tylko dwa okrzyki, wydobywające się z dwóch różnych gardeł:
– Niech żyje Republika!
– Niech żyje wolna Katalonia!
Zbiegają się one w czasie z odgłosem wystrzałów. Chwilę później słychać jedynie głuche uderzenie czterech ciał. Zaraz ktoś zaciągnie je do domku, by nie zaczęły gnić w letnim słońcu, czekając na zaimprowizowany pochówek. W miejscu egzekucji, u stóp Casita de la Muerte, pozostaną zaledwie ciemne, zadeptane żołnierskimi butami ślady tężejącej krwi.

Pierwsze pogłoski o śmierci prezydenta FC Barcelony, Josepa Suñola dotrą do stolicy Katalonii dwa dni później. Mimo to, przez najbliższych dziewięć miesięcy, będzie jeszcze można mieć nadzieję.

Ironia losu

Barcelona, Katalonia
2 maja 1937 roku

To mogło być zwycięstwo 5:0, ten magiczny wynik, który w przyszłości stanie się jednym najgłośniejszych w historii Barcelony. Tym razem tak jednak nie będzie, Gimnástico zdoła strzelić na Les Corts tę jedyną, honorową bramkę. Na zakończenie Ligi Śródziemnomorskiej, którą zdobędzie Barça. Ironia losu sprawi, że mimo iż na przestrzeni całych rozgrywek liderem był Español w ostatnim meczu tytuł powędruje do ich największego rywala. Los Pericos potkną się na Mestalla i oddadzą Barcelonie Ligę Śródziemnomorską. Rozgrywki, będące namiastką prawdziwej ligi w strefie republikańskiej. Barça zostanie ich pierwszym triumfatorem. I jedynym. Drugiego sezonu już nie będzie. Rok później siły nacjonalistów odetną Katalonię od reszty Republiki.

Prezydent Suñol zaginął bez śladu. Po mieście, jak zaraza – z dnia na dzień coraz boleśniej, rozchodziły się plotki o jego śmierci. Barça została osierocona, jednak nie umarła, zadbało o to kilku ludzi, którzy od lat byli wewnątrz klubu. Rossend Calvet, Pere Ballarín, Manuel Bassols, Àngel Sánchez, Àngel Mur… Wspólnie przejęli władzę w Barcelonie, ogłaszając się Komitetem Pracowniczym, i obwieścili, że konfiskują klub i Les Corts. Zdążyli na czas, by uchronić Barçę przed interwencją anarchosyndykalistycznych organizacji CNT-FAI.

Skład z 1947 roku | Foto: El Catala

Ligę Śródziemnomorską, znaną też jako liga Katalonia-Walencja, rozpocznie dwanaście drużyn: po sześć z obu tych federacji regionalnych. Nie wszystkim będzie dane ją ukończyć. Listopad przyniesie ze sobą falę bombardowań – z wody i z powietrza. Miasta walenckiego i katalońskiego wybrzeża ucierpią najbardziej. Ładunki wybuchowe zrzucone przez nacjonalistów, oraz ich sojuszników z Niemiec i Włoch, spadną także na Barcelonę i Walencję. Te miasta i ich drużyny wytrzymają ostrzał, jednak nie o wszystkich klubach z nadmorskich miast będzie można powiedzieć to samo. Hércules Alicante, Murcia i Cartagena będą musiały się wycofać, z powodu zniszczeń, których dokonają bombardowania. W okaleczonych miastach nie będzie już miejsca na futbol.

Barcelona wytrwa, ukończy rozgrywki i w ostatniej kolejce w korespondencyjnym pojedynku pokonując rywala zza miedzy, sięgnie po tytuł. Jest początek maja, lato powoli wypiera wiosnę z katalońskiego wybrzeża. Za trzynaście dni do Ciutat Condal dotrą wieści o śmierci Josepa Suñola.

Don Patricio

Dublin, Irlandia
sierpień 1936 roku

Irlandczyk z krwi i kości, Don Patricio. Tak zwą Patricka O’Connella, trenera Barcelony, na hiszpańskiej ziemi. Gdy lato 1936 roku przynosi ze sobą wojnę domową irlandzki szkoleniowiec spędza wakacje w rodzinnym kraju. Podobnie jak większość zagranicznych zawodników Barçy: Enrique Fernández odpoczywa w Urugwaju, Elemer Berkessy wyjechał na Węgry. Gdy prezydent klubu ginie bez śladu piłkarze, którzy znajdują się za granicą dostają z Barcelony taką samą wiadomość: nie wracajcie.

Don Patrico O'Connell | Foto: The Guardian
Don Patricio marszczy wydatne brwi, gdy czyta wieści, które dotarły z klubu. Wiadomość, jaką otrzymał różni się od tej, którą wysłano do piłkarzy, jednak tylko nieznacznie. „Jeśli nie wrócisz – zrozumiemy”. Palce Irlandczyka rytmicznie wybijają rytm na drewnianym stole, gdy przez głowę O’Connella przetacza się gonitwa myśli. Za kilka dni Don Patricio znów będzie w Barcelonie.

Kiedy Hiszpania przeżyje pierwszy rok wojny przed Paddym O’Connellem, jak nazywano go w ojczyźnie, pojawi się większe wyzwanie niż zdobycie z Barceloną Primera División czy jej namiastki, Ligi Śródziemnomorskiej. Siły nacjonalistów powoli odcinają Katalonię od reszty strefy republikańskiej. W 1938 roku Barcelona będzie już wyspą pośród morza pod kontrolą frankistów. Już w ’37 jedno jest pewne – kolejnej Ligi Śródziemnomorskiej nie będzie. Do końca wojny liczba socios FC Barcelony stopnieje do mniej niż połowy; starszych nie stać już na opłacanie karnetów, młodsi zamiast na stadion udają się na front. Barça, mistrzowska Barça, zawisa na skraju bankructwa. Zawodnicy zgadzają się na obniżenie pensji do minimum, jednak to nie wystarcza. Maj ’37, miesiąc zdobycia mistrzostwa, staje się dla Barcelony granicą nie do przekroczenia. Jeśli nic się nie zmieni, klub przestanie istnieć. Don Patricio był w stanie powieść klub do sportowych sukcesów, ale uratowanie przed upadkiem nie leży już w jego mocy. A może jednak?…

…gdy mecz o mistrzostwo z Gimnástico dobiega końca do szatni Barcelony wchodzi dziennikarz. Jest już późno, w pomieszczeniu zostało tylko dwóch ludzi: Calvet, sekretarz klubu, i grający na pomocy Pedrol.
– Byliście już kiedyś w Ameryce – zagaduje.
– Nie. Ja jeszcze nigdy – odpowiada Pedrol.
– No, to teraz będziesz.
To stwierdzenie, nie pytanie. Papieros rozjarza się czerwono, gdy periodista zaciąga się, wdychając dym głęboko do płuc.
– Ilu was jedzie? – z jego ust wypływa jasna chmura.
Calvet nadal milczy. Z irytacją przeciera szkła okrągłych okularów.
– Szesnastu – mówi Pedrol.
– Zobaczmy czy zgadnę kto.
– Nie ma jeszcze potwierdzonego programu wyjazdu – Calvet odzywa się po raz pierwszy, w jego głosie pobrzmiewa niecierpliwość.
Dziennikarz zbywa to machnięciem ręki.
– Nie ważne. Na bramce to będą Iborra i Urquiaga. Obrona: Zabalo, Rafa, Babot; w środku pola: Argemí, García, Balmanya, Bardina i Pedrol. Napastnicy: Ventolrá, Escolá, Gual, Barceló, Munlloch i Torredeflot. Mam rację?
Dym powoli rozpływa się po szatni…

Ludzie, którzy uratowali Barcelonę | Foto: lagacetadesalamanca.es

Nadzieja na uratowanie klubu przypłynie zza morza, dokładniej z Meksyku. Kataloński biznesmen na emigracji w kraju Azteków, były bejsbolista, Manuel Más Soriano, zaproponuje Barcelonie transatlantyckie tournée. Za dwa tygodnie gry w Meksyku klub ma otrzymać 15 tysięcy dolarów, to ogromna suma. Pieniądze na uratowanie klubu i wyjazd w bezpieczne miejsce z ogarniętej wojną Hiszpanii. O’Connell nie zastanawia się ani chwili.

Masażysta

Ocean Atlantycki
maj 1937 roku

Ángel Mur, człowiek odpowiedzialny za utrzymanie murawy Les Corts, niedawno zasnął na pokładzie. Gdy się obudzi odkryje, że spanie w południe, w promieniach ostrego słońca Atlantyku, nie jest dobrym pomysłem. Na razie jednak nie ma to dla niego znaczenia. Jego dłoń bezwładnie zwisa z leżaka nad książką, która właśnie zsunęła mu się z kolan. Tytuł na okładce głosi: Anatomia człowieka. Mur jest konsekwentny względem wszystkich decyzji, także tej podjętej kilkanaście dni wcześniej…

Angel Mur | Foto: lagacetadesalamanca.es
…Twarz O’Connella przybiera niewzruszony wyraz.
– Pojedziesz – stwierdza ze swoim twardym irlandzkim akcentem.
– Co ja będę robić w Ameryce? Przecież zajmuję się murawą.
– Pojedziesz z drużyną.
Don Patricio zdaje sobie sprawę, że pozostanie w Barcelonie nie jest teraz bezpieczne. Nie ma innej możliwości, Mur pojedzie do Meksyku.
– Jako kto? – pyta zrezygnowany Ángel.
– Jako masażysta.
– Masażysta?! Przecież nie mam o tym zielonego pojęcia.
– To nic – nieugięty spokój O’Connella naprawdę może zirytować. – Nauczysz się.
– Jak? Kiedy? Wyjazd jest za kilka dni.
– Nauczysz się podczas rejsu. Dostaniesz podręcznik do anatomii.
Uśmiech Don Patricio potwierdza, że od tej decyzji nie ma odwołania. Ángel Mur, nowo mianowany masażysta FC Barcelony, popłynie do Meksyku…

Dwa tygodnie, to miały być dwa tygodnie w kraju Azteków. Planowane pół miesiąca przerodzi się w cztery. Barcelona rozegra w Meksyku sześć przewidzianych spotkań, jednak oferty wciąż się mnożą a wieści dobiegające z domu wskazują, że nie ma się do czego śpieszyć. Sierpień przynosi ze sobą propozycję wyjazdu do Stanów Zjednoczonych. Kolejne cztery mecze do rozegrania w Brooklynie i Nowym Jorku. Kolejne pieniądze, które spłyną na konto we Francji, bezpieczne od przejęcia przez frankistów. To jedna z tych ofert, których nie da się odrzucić.

Amerykański sen

Nowy Jork, Stany Zjednoczone
3 września 1937 roku

Ángel Mur schodzi z pokładu statku Iroquois na twardą ziemię nowojorskiego wybrzeża. Matko Przenajświętsza, co to był za rejs! Bóg jeden wie co na statku płynącym z Veracruz do Nowego Jorku robiły te wszystkie kobiety… Czy raczej skąd się tam wzięły – sam siebie poprawia w myślach, – bo w kwestii tego, co robiły trudno było mieć wątpliwości. Szesnastu zawodników Barcy i setki, całe setki Meksykanek na pokładzie okrętu płynącego przez Atlantyk. Mój Boże… trzeba było uważać gdzie się staje, żeby przypadkiem nie wejść na którąś z tych wszystkich przelotnych par, zabawiających się nawet na pokładowych deskach. Kiedy Mur schodzi na ląd Ameryki Północnej przez jego głowę przebiega jedna niesforna myśl: jakkolwiek udany nie byłby pobyt w Stanach Zjednoczonych i tak nie przebije podróży.

Podczas amerykańskiego tournee | Foto: El Catala

Amerykański sen, będzie trwać jeszcze miesiąc, jednak tylko dla niektórych. Gdy tournée dobiegnie końca do Barcelony powrócą jedynie O’Connell, Calvet, Mur, Amoros – lekarz drużyny i czterech zawodników Barçy. Czterech z szesnastu, którzy popłynęli przez Atlantyk. Pieniądze zebrane podczas tej wyprawy okażą się zbawieniem. Koniec stycznia 1939 roku sprawi, że na ustach całego kraju będzie tylko jedno, wciąż powtarzane zdanie: Barcelona upadła! Dzięki Don Patricio choć miasto faktycznie upadnie, nie upadnie klub.

Czterech z szesnastu… Aż dwunastu piłkarzy Barçy, którzy wsiedli na pokład transatlantyku wybierze wyganianie i amerykański sen. Niektórzy z nich postanowią powrócić do Katalonii po zakończeniu wojny, jak Josep Escolá, którego ta decyzja kosztowała rok zawieszenia. Inni nie wrócą nigdy.

Ważna sprawa

Coyoácan, Meksyk
sierpień 2002 rok

– Wyjechałem na cztery tygodnie a spędziłem tu 65 lat…
Josep Iborra i Blanco, niegdyś bramkarz FC Barcelony, potem konsul Hiszpanii w Meksyku. Jakie to wszystko zawiłe, jakie niespodziewane. W młodości mamy skłonność do myślenia, że możemy cokolwiek zaplanować. Co za arogancja. Josep Iborra nigdy nie planował, że sportową karierę zakończy w meksykańskim Puebla Fútbol Club. Teraz, po tylu latach, Pepe grzeje kości w cieple meksykańskiego słońca. Przychodzi mu na myśl, że tak naprawdę nie wiemy nic na temat tego, co może zdarzyć się jutro. Jak wtedy, gdy poszedł na obiad z Ramónem… To wspomnienie wywołuje w nim sprzeczne emocje. Zjedli paellę, jak przystało na dwóch Katalończyków, którzy znaleźli się z dala od domu. Nie było łatwo ją dostać. Po obiedzie poszli na kawę. Tamtego dnia nie zwrócił uwagi na to, że Ramón był jakiś dziwny, nie zwrócił do chwili kiedy przyjaciel wstał i oznajmił:
– Pepe, muszę iść. Mam ważną sprawę do załatwienia…
Nawet nie dopił kawy. Roztargnionym gestem zostawił na stole banknot na opłacenie rachunku i wyszedł, nie mówiąc nic więcej. Ramón. Ramón Mercader. O tym, czym była ważna sprawa, którą jego przyjaciel miał do załatwienia, Pepe dowiedział się dopiero następnego dnia. Dowiedzieli się wszyscy, gdy odnaleziono ciało Lwa Trockiego z czekanem głęboko wbitym w jego czaszkę przez Ramóna Mercadera.

Tamto wspomnienie, z nie do końca jasnego powodu, wywołuje teraz uśmiech na twarzy Pepe. Plany… arogancja wobec tego, co może przynieść nam życie. Dziewięćdziesięcioletni Josep Iborra uśmiecha się do meksykańskiego słońca i własnych wspomnień. Wie, że coraz szybciej zbliżają się ostatnie dni jego życia, które wcale nie było złe.

MAGDALENA ŻYWICKA – OLE MAGAZYN

Tekst pochodzi ze strony Ole Magazyn. Polecamy ich obserwować, a można to robić tutaj.

Redakcja
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: kontakt@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl