Paco Gento: Wichura w białej koszulce

Dziś już nieco zapomniany. Jeden z twórców wielkiego Realu – być może najlepszej klubowej drużyny w historii. Człowiek łączący epoki. Przez kilkanaście lat związany z białą koszulką. Legenda, o której można w podobny sposób pisać godzinami. A wystarczą tylko dwa słowa. Paco Gento.

Francisco Gento López urodził się 21 października 1933 roku w Guarnizo, niedaleko Santander. Jego ojciec był kierowcą ciężarówki. Na okres jego wczesnego dzieciństwa przypadł w Hiszpanii czas wojny domowej. Dorastał w biedzie, która w wieku 14 lat zmusiła go do rzucenia szkoły. Swój czas poświęcał na wypas krów, czym mógł choć trochę wspomóc rodzinę. Od dziecka marzył o grze w lokalnym klubie – Racingu Santander. Dziwić może więc fakt, że uczęszczał nie tylko na treningi piłki nożnej, ale również lekkoatletyczne. Okazało się jednak, że to właśnie w ten sposób wypracował swój największy atut – fenomenalną szybkość, dzięki której potrafił zostawić w tyle każdego rywala.

Pierwszym zespołem, w którym grał Gento, była lokalna Nueva Montana. Później przeszedł do Astillero, gdzie w meczu lokalnej ligi zdobył 9 bramek. To wtedy zaczęło robić się o nim głośno. Co ciekawe, to nie bramki (których strzelał wiele), a rajdy lewym skrzydłem i fenomenalne asysty były jego znakiem rozpoznawczym w trakcie trwania seniorskiej kariery. Kolejnym klubem w jego CV stało się Rayo Cantabria, gdzie podpisał pierwszy kontrakt i zaczął inkasować za swą grę pieniądze – 3000 peset za podpis, 500 peset pensji (miesięcznej) oraz 50 peset premii za wygrany mecz. To tam nadano mu przydomek La Galerna del Cantábrico (w Polsce mówi się zwykle po prostu Wichura). Było to zasługą jego wspomnianej już niesamowitej szybkości. Z piłką przy nodze Gento był w stanie przebiec 100 metrów w czasie 10,9 s. Rekord świata na bieżni wynosił w tym czasie 9,9 s, a rekord Hiszpanii 10,3 s. Harrison Dillard zdobył złoto olimpijskie w 1948 roku, pokonując ten dystans w czasie rekordzisty Hiszpanii. Czy Gento byłby z nim w stanie powalczyć? Tego się nie dowiemy. Pewne jest natomiast, że w 1953 roku spełnił swe marzenie – dołączył do zespołu Racingu Santander. Zdążył pokazać się kibicom w 14 meczach (strzelił dwie bramki), gdy wiceprezes Realu Madryt, Alvaro Bustamante, stwierdził, że to właśnie takiego człowieka potrzebują Królewscy. Tak zaczęła się przygoda, która miała trwać osiemnaście lat.

Bez nazwy-2

Nieporadność, dwóch Argentyńczyków i pierwsze sukcesy

Nie do końca wiadomo, jaki wpływ na transfer Gento miał nowy trener Enrique Fernández. Faktem jest jednak, że w swoim pierwszym sezonie młody wówczas gracz odgrywał rolę epizodyczną, choć rozegrał aż 21 spotkań. Nie może ich jednak miło wspominać. W swych statystykach, pod hasłem „Bramki w Realu Madryt”, wciąż widział zero. Fani wypominali mu brak umiejętności technicznych oraz brak spokoju na boisku.

Co więc stało się kluczem do odmiany losu lewoskrzydłowego Królewskich? To, że jeden Argentyńczyk postanowił zarekomendować sprowadzenie do drużyny drugiego. Pierwszym jest oczywiście Alfredo Di Stéfano. To on w 1954 roku poszedł do Santiago Bernabéu i powiedział, że Gento również potrzebuje (jak to ujął w swej książce o Realu Phil Ball) „dostawcy”. Jego zadaniem miałoby być odciążenie Gento i sprawienie, by ten brał większy udział w grze. Na tym jednak lider Realu z tamtych lat nie poprzestał. Postanowił polecić prezesowi Los Blancos swojego starego przyjaciela – Hectora Riala. Według Bernabéu uczynił to słowami: „Don Santiago, potrzebuję kogoś, kto będzie dogrywał do mnie piłkę po tym, jak będę mu ją podawał”. Zadziałało – Rial trafił do Madrytu.

Szybko można było zauważyć, jak dobry wpływ ma Argentyńczyk na postawę Gento. Młody Hiszpan zaczął ciężko pracować na treningach – głównie nad tym, by poprawić te niedociągnięcia, które zauważyli kibice. Starał się poprawić swoją technikę oraz nauczyć wykorzystywać swoją szybkość w znacznie lepszy sposób niż do tej pory – choćby lepiej wyczuwając moment do urwania się rywalom. To poskutkowało. Przeciwnicy nie bali się już tylko i wyłącznie szybkości Paco. Dowód na to można odnaleźć choćby w tych słowach: „Gento jest naprawdę szybki, ale najgorszą rzeczą w grze przeciwko niemu nie jest moment, gdy biegnie, najgorzej jest, gdy się zatrzymuje”. Real powtórzył osiągnięcie z zeszłego roku, po raz drugi z rzędu wygrywając ligę, a niespełna 22-letni Francisco nie odgrywał już w zespole roli drugoplanowej, a stał się jego pełnoprawnym członkiem. Rozegrał 24 mecze w lidze (do tego dołożył 3 w Copa del Rey) i zdobył w nich 6 bramek.

Pięć pucharów i pięciu wspaniałych

W 1955 roku stworzono rozgrywki, które dziś są prawdopodobnie najważniejszymi klubowymi zmaganiami na całym świecie. Z inicjatywy Gabriela Hanota zaproszono do udziału w nich szesnaście drużyn. Wśród nich znalazł się Real Madryt z Paco Gento, Alfredo Di Stéfano i Hectorem Rialem. Puchar Mistrzów wystartował.

W swoim pierwszym sezonie w europejskich rozgrywkach Gento zdobył tylko jedną bramkę – w meczu ćwierćfinałowym, przeciwko Partizanowi Belgrad, który Real wygrał 4:0. Z pozoru nic nieznacząca bramka (wnosząc po końcowym wyniku) okazała się ważna, gdy w meczu rewanżowym Królewscy ulegli zespołowi z Jugosławii 0:3. Mecz rozgrywany był przy temperaturze -10 stopni Celsjusza, a cała murawa pokryta była warstwą śniegu. Później madrytczycy odprawili Milan (4:2 u siebie, 1:2 na wyjeździe), by w finale pokonać francuski Stade Reims. Gento trafił w tym meczu do siatki, ale sędzia gola nie uznał.

Spotkanie to – poza samym zwycięstwem i powiększeniem kolekcji trofeów – przyniosło Realowi coś więcej. To wtedy w Madrycie zauważyli Raymonda Kopę, który w następnym sezonie grał już w białej koszulce. Po boisku biegała wtedy „fantastyczna czwórka”; do „pięciu wspaniałych” brakowało jeszcze jednej osoby (choć grający wtedy w ofensywie obok tej czwórki Mateos również poczynał sobie bardzo dobrze). Na nią Real miał jednak poczekać jeszcze dwa lata. Wcześniej, w sezonie 1956/57, Królewscy po raz drugi dotarli do finału Pucharu Mistrzów. Był to dla nich szczególny mecz również z innego powodu – finał rozgrywano na Santiago Bernabeu. W nim bramkę zdobył – znów miała to być jego jedyna w całej edycji – Paco Gento. Była to bramka na 2:0 (pierwszą strzelił Di Stéfano z karnego), strzelona efektownym lobem nad bezradnym w tej sytuacji Sartim. Jak się później okazało, więcej goli w tym meczu nie padło, a Real mógł świętować udaną obronę trofeum na własnym stadionie. Z klubem po sezonie pożegnał się mimo to José Villalonga, trener i ojciec sukcesu.

Kolejny rok, kolejny trumf. Trzeci z rzędu Puchar Mistrzów wpadł w ręce Los Blancos po zwycięstwie nad AC Milanem, a na ławce trenerskiej zasiadał Argentyńczyk Luis Carniglia. Paco Gento tym razem okazał się skuteczniejszy. W sześciu meczach, w których wystąpił (w poprzednich sezonach było ich 7 i 8), zdobył trzy bramki. Pierwsza z nich padła w meczu rewanżowym przeciwko belgijskiemu Royal Antwerp. La Galerna ustalił wtedy wynik spotkania, które Real bez najmniejszego trudu wygrał aż 6:0. Druga, w następnej rundzie, również na 6:0, nie ustaliła jednak wyniku meczu – Królewscy rozgromili wtedy Sevillę aż 8:0 (cztery bramki ustrzelił Di Stéfano). Swoją chwilę chwały Gento przeżył dopiero w finale. Wtedy to, przy stanie 2:2, w 107. minucie meczu Hiszpan skierował piłkę do siatki. Jego strzał zdołał przebić się przez gąszcz nóg zawodników Milanu i zapewnił Realowi zwycięstwo.

Satellite
Kolekcja trofeów| fot. Real Madryt

Przed kolejnym sezonem do Realu dołączył zawodnik, po którym nikt nie wiedział, czego właściwie ma oczekiwać. Ferenc Puskás miał wtedy 31 lat i dość mocno (przynajmniej jak na piłkarza) zarysowany brzuch pod klubową koszulką. Tak powstała linia ofensywna złożona z Gento, Di Stéfano, Puskása, Kopy i Riala. Na papierze wyglądało to niesamowicie. Na boisku miało przynieść Realowi czwarty Puchar Mistrzów (ostatni dla Kopy). W swoim czwartym sezonie w Europie Paco Gento po raz trzeci zdobył zaledwie jedną bramkę – w rewanżowym spotkaniu 1/4 finału z austriackim Wiener SC, wygranym 7:1. Tak, Gento ustalił wynik spotkania. Później przyszły jeszcze wygrane nad Atlético (konieczne było rozegranie dodatkowego meczu) i Stade Reims, które po raz drugi musiało uznać wyższość Realu w meczu finałowym.

Po tym sezonie z klubu odszedł Kopa (a więc „pięciu wspaniałych” grało ze sobą tylko jeden sezon), a na panteonie gwiazd madryckiego klubu najmocniej lśniła „święta trójca”. Oczywistymi w niej elementami są Puskás i Di Stéfano. Trzecim, wcale nie mniej ważnym, był niepozorny Hiszpan, który w wieku 14 lat rzucił szkołę. Tak, Paco Gento nie błyszczał słabiej od dwójki, która na koniec sezonu miała rzucić świat na kolana. Zanim to nastąpiło, również i La Galerna postarał się o zadowolenie kibiców – najpierw w 40. minucie starcia z Niceą (rewanżowego, pierwszy mecz Real przegrał 2:3) zdobył bramkę na 2:0. Królewscy ostatecznie zdobyli ich dwa razy więcej. Po raz drugi, również w meczu rewanżowym, strzelił w półfinale. Barcelonie na Camp Nou. Również na 2:0. Chyba żadne trafienie nie ma tak słodkiego smaku, jak gol strzelony największym rywalom. W finale Real rozegrał prawdopodobnie najlepszy mecz w historii swych występów w Europie. Wygrana 7:3 nad Eintrachtem Frankfurt przeszła do historii, a przeczytać o nim można w tylu miejscach, w tak obszernych relacjach, że tu nie ma sensu się rozpisywać.

Weterani też czują rocka

Po 1960 roku skończyło się pasmo sukcesów Realu Madryt w Pucharze Mistrzów. Musiało to nastąpić prędzej czy później, ale dla wielu i tak było szokiem. Wcześniej jednak Królewscy zdołali zdobyć jeszcze nowe trofeum – Puchar Interkontynentalny. Stało się to po zwycięstwie nad urugwajskim Peñarolem (w pierwszym meczu padł bezbramkowy remis) 5:1. I tam na listę strzelców zdołał wpisać się Gento. Trafił do bramki w 54. minucie, a był to przedostatni gol w tym meczu. Potem honor gości zdołał uratować Alberto Spencer.

W tym miejscu warto wspomnieć o trofeach zdobywanych przez Real i Gento na krajowym podwórku. Pierwsze dwa sezony Paco w Madrycie to dwa mistrzostwa Hiszpanii zdobywane przez Królewskich – to z roku 1954 pozwoliło przerwać ponad dwudziestoletnią posuchę w tym aspekcie. Kolejne dwa przyszły w latach 1957 i 1958. Były one równocześnie pierwszymi dubletami w historii klubu, a duży wkład w ich zdobycie miał La Galerna, który w obu tych sezonach ustrzelił po 7 bramek. Co ciekawe, prawdziwa hegemonia Realu w lidze nastąpiła dopiero po tym, jak po raz pierwszy został wyeliminowany z Pucharu Mistrzów. Podobnie jak w europejskich rozgrywkach, tak i na krajowym podwórku Królewscy zdobyli pięć trofeów z rzędu – w latach 1961-65. Wszystkie z Gento w składzie. W międzyczasie zdołali wygrać również krajowy Puchar w 1962 roku.

W kolejnych kilku latach Królewskim udało się dotrzeć do finału najważniejszych europejskich rozgrywek dwukrotnie. Najpierw w 1962, a później w 1964 roku. W tym pierwszym lepsza okazała się Benfica z genialnym Eusébio w składzie, a Realowi nie pomógł hat-trick Puskása. W drugim Los Blancos musieli uznać wyższość Interu, przegrywając 1:3. Na nic zdały się więc i bramki Gento, który zaliczał ich odpowiednio 2 i 3 w danej edycji. Swój osobisty rekord ustanowił zresztą rok później, gdy strzelił ich 5 (powtórzył to jeszcze w sezonie 67-68).

yeyes_grande1
Pokolenie Ye-Ye| fot. defensacentral.com

 

Po finale Pucharu Mistrzów z roku 1964 z klubem pożegnał się Alfredo Di Stéfano, a władzę w klubie przejęło nowe pokolenie zwane Yé-Yé, którego nazwa wzięła się od jednego z największych przebojów Beatlesów (chyba nie muszę pisać, jakiego). W klubie wciąż grali Puskás i Gento, ale dla tego pierwszego był to już schyłek kariery w Madrycie. Teraz szaleć na murawie mieli zawodnicy tacy jak Manuel Sanchís, Pirri, Amancio Amaro, Fernando Serena czy Manuel Velázquez. Niektórzy z nich dołączyli do klubu już w latach wcześniejszych (choćby Serena grający w Realu od roku 1961), ale prawdziwa transformacja nastąpiła w latach 1964-65. Jednak to nie żaden z tych młodych graczy, a zasłużony w wielu bojach weteran stał się prawdziwym liderem drużyny.

Sam Paco Gento uważa, że to właśnie tryumf z roku 1966 był tym „najsłodszym”. W klubie nie było już gwiazd, które wcześniej najmocniej świeciły na madryckim niebie. Puskás, formalnie będący jeszcze zawodnikiem Królewskich, nawet nie wystąpił w finale. W przeciwieństwie do Gento – ten nie tylko w nim zagrał, ale zrobił to z opaską kapitana na ramieniu. Areną finałowych zmagań, w których rywalem Realu był Partizan, wybrano stadion Heysel. Na nim zresztą Real zdobywał swój trzeci Puchar Mistrzów. Kilkadziesiąt lat później, na tym samym obiekcie, miała rozegrać się jedna z największych tragedii w powojennej historii sportu. Jednak w roku 1966 kibice w Brukseli mogli podziwiać Real Madryt, gdy ten – z zasłużonym Miguelem Muñozem na ławce – wygrywał w Europie po raz szósty.

Po tym finale pokolenie Yé-Yé, na czele z należącym do innych czasów, ale doskonale odnajdującym się w nowej rzeczywistości Gento, wygrało jeszcze trzykrotnie Primera División i dołożyło do tego jeden Puchar. Dopiero rok po tym ostatnim sukcesie, gdy kalendarze wszem i wobec ogłaszały, że trwał rok 1971, 38-letni wówczas piłkarz zdecydował się zakończyć swą karierę. Dwanaście mistrzostw Hiszpanii, dwa Puchary, sześć Pucharów Mistrzów, jeden Puchar Interkontynentalny i dwa Puchary Łacińskie. To dorobek La Galerny w białej koszulce. Przez długi czas był to rekord w ilości zdobytych trofeów wśród hiszpańskich piłkarzy. Pobił go dopiero Xavi, który jednak tryumfował także z reprezentacją. No właśnie, reprezentacja…

Co z tą kadrą?

Gento nie miał szczęścia do meczów reprezentacji. Zagrał w niej 43 razy, debiut zaliczył już w 1955 roku, gdy na Santiago Bernabeu Hiszpanie mierzyli się z Anglią, ale wraz z kadrą nie wygrał nic znaczącego. Nie byłoby to niczym dziwnym – w końcu przez dziesięciolecia wielu wspaniałych hiszpańskich graczy nie mogło zapisać w swoim CV żadnych sukcesów związanych z grą w reprezentacji. Z Gento sprawa prezentuje się jednak nieco inaczej…

Zawodnik Realu Madryt zagrał na dwóch mundialach – w roku 1962 Hiszpanie nie wyszli z grupy, zajmując w niej zresztą ostatnie miejsce. Cztery lata później historia się powtórzyła, ale z małą różnicą – tym razem skończyli na trzecim miejscu w fazie grupowej. Problem z Gento i z kadrą Hiszpanii jest jeden. Pomiędzy tymi dwoma turniejami był i trzeci. Mistrzostwa Europy 1964, które zawodnicy La Furia Roja wygrali na własnym terenie. Ale Gento nie wziął w nich udziału. Jego miejsce w składzie zabrał mu Carlos Lapetra.

Mimo to małą cegiełkę do tego sukcesu zawodnik Realu dołożyć zdołał. W meczu eliminacyjnym przeciwko Północnej Irlandii zdobył – jak się później okazało – jedyną bramkę w meczu, zapewniając tym samym komplet punktów Hiszpanom. Była to jedna z jego pięciu bramek dla reprezentacji – pierwszą z nich strzelił Polakom w eliminacjach do ME 1960. Oprócz tego strzelił też Francuzom i Urugwajczykom w meczach towarzyskich oraz Turkom… w eliminacjach do Mistrzostw Europy 1968. Karierę reprezentacyjną zakończył w 1969 roku.

Krótkie podsumowanie długiej opowieści

W chwili, gdy zaczynam ten akapit, licznik wyrazów pokazuje mi, że jest ich już 2303. Nigdy nie napisałem dłuższego artykułu. Nigdy wcześniej nie miałem jednak okazji pisać o takiej postaci. Nie da się opisać Paco Gento na kilku stronach, chcąc ująć w ramy i przybliżyć z ogromną dokładnością całą jego karierę. Ja postanowiłem poświęcić opis sukcesów ligowych i pucharowych na rzecz tego, co chyba najbardziej wyróżnia legendę Realu spośród innych piłkarzy – sześć Pucharów Mistrzów. Wszystko, czego nie mogłem tu zmieścić, znaleźć można w Internecie, wystarczy dobrze poszukać – szczerze polecam filmy, choćby i te najkrótsze, z meczów Realu rozgrywanych w latach, w których grał w jego barwach La Galerna.

Jak najkrócej podsumować karierę Gento? Liczbami. Oto i one: 6 Pucharów Mistrzów, 12 mistrzostw kraju, 2 krajowe puchary. 23 trofea. 606 spotkań w Realu (620 klubowych meczów w karierze) i 178 (180) bramek. 95 występów w Pucharze Mistrzów z 30 bramkami na koncie. 43 spotkania w kadrze z 5 golami. 18 lat w jednym klubie. 10,9 s na 100 metrów z piłką przy nodze. Niezliczona ilość asyst i rajdów.

To właśnie Francisco „Paco” Gento López. Drugiego takiego piłkarza nie było, nie ma i pewnie długo jeszcze nie będzie.

SEBASTIAN WARZECHA

Redakcja
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: kontakt@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl