Giacinto Facchetti – facet wyprzedzający swoje czasy

Gdy w 2010 roku, w trakcie kolejnych zawirowań wokół afery Calciopoli, prokurator Stefano Pallazzi odczytał, wśród grona innych nazwisk, także i Giacinto Facchetti, we Włoszech wybuchła prawdziwa bomba. Z prostego powodu – były znakomity lewy obrońca, to w Italii postać wręcz święta.

Massimo Moratti, prezydent Interu, którego Facchetti jest legendą, dramatycznie pytał wtedy:

Ataki na Giacinto bolą bardziej niż możliwość utraty mistrzostwa z 2006 r. Dlaczego pomawiacie zmarłego, który nie może już się bronić?

Ostatecznie uznano wyrok w sprawie Interu za przedawniony, a do dyskusji o Facchettim nie wrócono. Z ulgą odetchnęły całe Włochy, a najbardziej… oskarżyciele. Bo to ich postrzegano w trakcie całej tej sprawy najgorzej – szargali przecież imię człowieka, którego imienia szargać nie należy. Nigdy.

Wizjoner

To opowieść o lewym obrońcy, być może najlepszym w historii, ale to nie od niego zacząć musimy. Bo Facchetti mógł zostać wielki dzięki jednej osobie. Jeszcze większej, choć ona nie wychodziła na boisko, a stała obok niego. Domyślacie się już, o kogo chodzi?

Przeczytaj także: „Hellas Verona – mistrzostwo na peryferiach”

O Helenio Herrerze napisano już tyle, że śmiało można by zapełnić tymi artykułami niejedną bibliotekę. Być może największy trener w historii futbolu, człowiek, który wszędzie odnosił sukces, mimo swego bezkompromisowego stylu bycia. Do Mediolanu trafił w roku 1960 i został tam 8 lat. Stworzył zespół, który potem miał być znany jako Grande Inter, ale coś więcej zawdzięczają mu całe Włochy.

Catenaccio. Przez wiele lat niemal synonim włoskiej piłki. Taktyka, którą kluby z Italii pokochały, bo przynosiła efekty. Żadnej drużynie nie pomogła jednak tak bardzo, jak Interowi z lat 60. I choć teoretycznie jest to ustawienie defensywne (sam Herrera mówił: „Jeśli nie stracimy bramki, nie przegramy meczu”), to Inter pod jego wodzą grał efektownie. Najlepszy dowód? Boczni obrońcy. Do historii jednego z nich pora wreszcie zajrzeć.

Giacinto Facchetti znaczy nowator

 

Obrońca musi być w stanie bronić. To ważne by pomagać w ataku i stwarzać przewagę liczebną, ale obrońca musi mieć wszystko zorganizowane. Jeśli nie umiesz tego zrobić, jesteś tylko skrzydłowym

Aż trudno uwierzyć, że te słowa wypowiedział człowiek, który znany jest głównie z tego, że… atakował. Giacinto Facchetti był jednak postacią niebagatelną nie tylko dla Interu czy Włoch, ale i całej historii futbolu.

Zygmunt Anczok, lewy obrońca kadry Górskiego, przyznawał:

Przez lata trenerzy tłukli nam do głowy, żebyśmy nie przekraczali środkowej linii. Któregoś dnia zobaczyłem faceta, który nic sobie nie robi z tych zakazów. Na Śląsku odbieraliśmy wtedy telewizję czeską (…). Wcześniej jedynie czytałem o Facchettim, a w końcu mogłem przyjrzeć się jego grze. 90 minut spędzonych przed telewizorem  i gapienie się na niego traktowałem jako korepetycje na odległość.

Nie tylko on wzorował się na grze Włocha. Robili to niemal wszyscy boczni obrońcy, a trenerzy powoli zaczynali rozumieć, że skrajnym defensorom trzeba dać swobodę włączania się do akcji ofensywnych. Zanim jednak „uwolniono” ich w pełni, minęło jeszcze dużo czasu.

Giacinto Facchetti

A Facchetti? U Herrery dostał swobodę, której potrzebował, by pokazać pełnię swych umiejętności. Zresztą, argentyńskiemu trenerowi zawdzięcza niemal wszystko, bo to właśnie El Mago wypatrzył go w lokalnym klubie i sprowadził go do Interu. Nie czekał długo na wyrazy wdzięczności, bo Giacinto od początku grał, jak na wielkiego zawodnika przystało.

Trudno to teraz zrozumieć, ale wtedy naprawdę był sensacją. Stał się człowiekiem, który wytaczał nowe „trendy” w grze bocznego obrońcy – jego ataki robiły niesamowite wrażenie, a na archiwalnych nagraniach równie często, jeśli nie częściej, widać go pod bramką przeciwnika, co pod swoim polem karnym. W grze ofensywnej znacząco pomagał mu też fakt, że przed „znajomością” z Herrerą był… napastnikiem. To wszystko – gra w ataku, Helenio Herrera, a także warunki fizyczne, naturalna szybkość, zdolność do podejmowania decyzji – sprawiły, że zapisał się w historii futbolu jako jedna z jego największych legend. I prekursor tego, co dziś wydaje się całkowicie normalne – bocznego obrońcy, który nie gra wyłącznie na własnej połowie.

Elegant

Choć to słowo może brzmieć ironicznie, do osobowości Giacinto Facchettiego pasuje wręcz idealnie. Niczym garnitur szyty na miarę u najlepszych włoskich krawców, których w Mediolanie pewnie nie brakowało. Facchetti to uosobienie elegancji, dobrych manier i skromności. Człowiek, który niczym nie okazywał, że jest gwiazdą włoskiej piłki. Dżentelmenem pozostawał zawsze i wszędzie.

W trakcie całej swej kariery – przypomnijmy: bocznego obrońcy w stosunkowo defensywnej taktyce Herrery – obejrzał tylko jedną czerwoną kartkę. Nie za faul, a za ironiczne oklaski skierowane w stronę arbitra.

W piłkę gram dla przyjemności i nie zamierzam wyrządzić nikomu krzywdy – mówił.

Dodawał, że tę filozofię wyniósł z katolickiego oratorium, gdzie się uczył, ale też stawiał pierwsze kroki jako sportowiec. Z nią przebrnął przez piłkarskie życie.

Gdy w 1966 roku Włosi całkowicie zawiedli swych kibiców i z mundialem pożegnali się już po fazie grupowej, wystosował oficjalny list do brytyjskich dziennikarzy, którzy wcześniej okrzyknęli go najlepszym obrońcą świata. W liście tym… przeprosił ich za swą kiepską formę podczas turnieju rozgrywanego na angielskich boiskach.

Giacinto Facchetti

Cztery lata później Włosi już nie zawiedli, ale w finale musieli uznać wyższość genialnej Brazylii. Po meczu, który Squadra Azzurra przegrali 1:4, Facchetti powiedział:

Brazylia to prawdziwi mistrzowie i zasłużyli na to zwycięstwo. Gratuluję im, ale gratuluję moim kolegom z zespołu nawet bardziej. Daliśmy z siebie wszystko za nasz naród, ale musimy chwalić przeciwników. To jest sport.

Dżentelmen w każdym calu.

Nic dziwnego, że po jego śmierci „Corriere Della Serra” napisała, jakby przeczuwając aferę Calciopoli: „Odszedł dobry człowiek. Żył w kraju, w którym dobre oznacza naiwne”.

Mistrz

Nie wystarczy zmienić spojrzenia innych na własną pozycję, by zostać idolem tłumów. A Facchetti takim był, jest i pewnie będzie na wieki. Przynajmniej wśród fanów Interu, ale zapewne i w całych Włoszech. Dlaczego? Wystarczy spojrzeć na jego osiągnięcia klubowe i reprezentacyjne: cztery mistrzostwa kraju, jeden Puchar Włoch, dwa Puchary Europy, również dwa Puchary Interkontynentalne, złoto mistrzostw Europy i srebro mistrzostw świata. Starczyłoby na cały zespół,
a to przecież osiągnięcia tylko jednego człowieka.

Swoją przygodę z kadrą sam chyba streścił najlepiej:

Kibice chcieli wysłać mnie na przymusowe roboty do końca życia. Cztery lata później musiałem chronić moją żonę, bo chcieli nosić ją na rękach.

Od klęski na mistrzostwach świata, do srebrnego medalu na kolejnym mundialu ze złotem na Euro pomiędzy tymi dwoma występami. Historia jak z amerykańskiego filmu. A gdy dodamy do tego fakt, że w półfinale Euro Włosi awansowali do finału za sprawą… rzutu monetą, to mamy scenariusz kompletny.

W kadrze wystąpił 94 razy. 70 meczów zagrał z opaską kapitana na ramieniu. Był jej filarem od roku 1963, aż do końca mundialowych eliminacji 14 lat później. Z występu na samych mistrzostwach świata musiał zrezygnować przez kontuzję. Szkoda, bo być może z nim w składzie Włosi zdobyliby medal, który – w meczu o 3. miejsce – odebrała im… Brazylia. Futbol jest jednak okrutny i nikogo specjalnie nie oszczędza. Nawet takich postaci jak Facchetti.

Po tamtym sezonie zakończył też klubową karierę. Ta trwała prawie 18 lat. Od momentu, gdy Helenio Herrera wyciągnął go z prowincjonalnego Trevigliese, aż do chwili, gdy odchodził jako idol kolejnych pokoleń kibiców Nerazzurri. W tym czasie wystąpił w zespole ponad 600 razy i zdobył (przypomnijmy – jako boczny obrońca, a czasem też libero) 75 bramek. Wynik, którego nie powstydziłby się nawet Fernando Hierro.

Najlepszym dowodem na unikalność jego gry, jak i gry całego Interu w czasach „rządów” Herrery, jest trzeci gol zdobyty w starciu z Liverpoolem, podczas rewanżowego meczu 1/2 Pucharu Mistrzów. Inter musiał wygrać 3:0 by awansować i to właśnie Giacinto ustanowił wynik spotkania po przeprowadzonej w zaledwie kilka sekund kontrze, którą wykończył, dostając piłkę na obrzeżu szesnastki, na wprost od bramki, a więc w miejscu, gdzie powinien był się znajdować… środkowy napastnik. Był tam jednak Facchetti i chyba nikt w Mediolanie sekundę później tego nie żałował. Może poza fanami Milanu.

Giacinto Facchetti

Indywidualnie – jak większość obrońców – nie zdobył wielu nagród. Był drugi w wyścigu po Złotą Piłkę w roku 1965 (wygrał Eusébio, którego nikt nie był w stanie wtedy zdetronizować), znalazł się w najlepszych drużynach ME 1968 i MŚ 1970. Poza tym… nic. Dopiero po zakończeniu kariery doceniono jego osiągnięcia – w roku 1980 otrzymał Nagrodę Fair Play UEFA, na którą prawdopodobnie nikt nie zasłużył tak bardzo jak on.

Legenda

Gdy umarł w roku 2006, rozpaczały całe Włochy. W Interze szybko postanowiono, że koszulkii
z numerem 3 nie będzie nosić więcej żaden zawodnik. Została ona zastrzeżona dla Facchettiego, który klubowi z Mediolanu poświęcił całe swe życie – po zakończeniu kariery był m.in. dyrektorem sportowym, wiceprezesem i ostatecznie prezesem, którym został w roku 2004.

Jego osiągnięcia – mimo rysy na nieskalanej niczym sylwetce, jaką była afera Calciopoli – docenia się po dziś dzień. I po dziś dzień pozostaje wzorem dla kolejnych pokoleń włoskich piłkarzy, zwłaszcza – rzecz jasna – bocznych obrońców. W 2015 roku został wprowadzony do włoskiego „Hall of Fame”, jego imieniem nazwano nagrodę przyznawaną graczom, których kariera ma „niecodzienny przebieg” (otrzymał ją m.in. Paulo Maldini, który całe swe piłkarskie życie też poświęcił jednemu klubowi, inna sprawa, że największemu rywalowi Interu…).

Kibicowanie Interowi jest znakiem doskonałości. Dopingujcie nas, ale – proszę – z pasją, ale bez gniewu- powiedział kiedyś Facchetti.

Nie wiemy, czy to prawda, nie chcemy tego rozstrzygać. Z całą pewnością możemy jednak powiedzieć, że sam Giacinto do doskonałości się zbliżył. Na tyle, na ile to możliwe dla piłkarza. A nawet bardziej.

SEBASTIAN WARZECHA

 

OBSERWUJ NAS NA INSTAGRAMIE! POLUB NAS NA FACEBOOKU!

Redakcja
O Redakcja 293 artykuły
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: kontakt@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl