Giovani dos Santos – imprezową drogą Ronaldinho

Giovanni dos Santos

Diś nietypowo, bo piłkarz ten na pewno nie został zapomniany przez świat futbolu (mimo, że 2,5 roku temu zrezygnował z gry na Starym Kontynencie). Istnieje duże prawdopodobieństwo, że zobaczymy go w trakcie najbliższych mistrzostw świata Rosji. Wydaje się jednak, że Giovani dos Santos mógł osiągnąć zdecydowanie więcej i pewnie wielu z was zgodzi się z tą opinią. 

To już siódmy materiał cyklu Mateusza Opioły pod tytułem: „Zmarnowane talenty”. Wszystko zaczęło się od niespełnionego Amerykanina – Adu, później na naszych łamach ukazały się też historie Gaia Assulina, który miał być następcą Messiego a także upadek kariery Roystona Drenthe zmierzającego w stronę bycia raperem. Jako czwarty pojawił się niesforny dzieciak angielskiego futbolu, czyli Jermaine Pennant i nieco mniej znany, zapomniany już dziś Francis Jeffers. Było też o pewnym, szybkim Niemcu, który dał nam popalić w 2006 roku (szczególnie Dariuszowi Dudce). Chodzi oczywiście o Davida Odonkora. Dziś przyjrzymy się karierze Giovaniego dos Santosa.

Wszystko wskazuje na to, iż będzie to już trzeci mundial, w którym ten niespełna 29-latek (rówieśnik wspomnianego wcześniej w tym cyklu Freddy’ego Adu) weźmie udział. Z drugiej strony jednak, pomimo sukcesów na niwie reprezentacyjnej, kariera klubowa „nowego Ronaldinho” nie potoczyła się tak, jak potoczyć się mogła i z całą pewnością na tej płaszczyźnie nie osiągnął czegoś na miarę swojego potencjału. Dziś, wraz ze swoim rok młodszym bratem, broni barw Los Angeles Galaxy, skąd ma znacznie bliżej do swojego rodzinnego kraju, w którym notabene nigdy jak dotąd nie zagrał. Rzecz jasna mowa o Giovanim dos Santosie.

Brazylijska krew w Meksyku 

Większość źródeł podaje błędne miejsce urodzenia dos Santosa. Sam piłkarz w wywiadzie dla American Way Magazine zapewnia, iż na świat przyszedł nie w Monterrey, jak się powszechnie przyjęło, a w stolicy Meksyku, czyli Mexico City. Do tej pierwszej miejscowości przeprowadził się, gdy miał cztery lata. Wtedy też jego ojciec, również zawodnik, Geraldo Francisco dos Santos, znany pod pseudonimem Zizinho (przy czym należy zaznaczyć, iż zbieżność „nazwisk” z innym, starszym i nieżyjącym już Brazylijczykiem, wicemistrzem świata z 1950 roku jest przypadkowa) rozpoczął swoją drugą przygodę z klubem Monterrey, w którym występował wcześniej, przed narodzinami Giovaniego. Tym razem jednak już jako piłkarz halowy.

Urodzony w Sao Paulo ojciec naszego bohatera od osiemnastego roku życia grał w piłkę w Meksyku dla takich klubów jak America, Leon czy Necaxa. Tam poznał wybrankę swojego życia, Lilianę Ramirez. Owocami tego związku jest trójka synów: najstarszy – Eder, najmłodszy – Jonathan i właśnie Giovani. Pierwszy z nich spędził swoją krótką karierę w Meksyku, grając na niższych szczeblach rozgrywkowych, podczas gdy jego rodzeństwo przeniosło się do Hiszpanii, gdzie trafili do słynnej La Masii, szkółki FC Barcelony. Wcześniej jednak, jak to w większości przypadków bywa, nasz bohater uczył się grać w piłkę na ulicy czy okolicznych podwórkach w Monterrey.

Graliśmy praktycznie całymi dniami. Wychodziłem z braćmi, spotykaliśmy się z kolegami i kopaliśmy piłkę w pobliżu mojego domu do wieczora. Albo do momentu, kiedy się zmęczyliśmy – mówił.

Do dos Santosa bardzo szybko przylgnęła łatka nieprzeciętnego talentu, a wieści o zdolnym meksykańskim dzieciaku zaczęły docierać również do Europy. Gio przykuł uwagę m.in. Barcelony i to właśnie klub z Katalonii ściągnął go wraz z młodszym bratem i ojcem do Europy, gdy chłopak miał zaledwie 12 lat.

Ronaldinho i „nowy Ronaldinho”

W centrum piłkarskiego świata

W barwach Blaugrany, przechodząc przez wszystkie kategorie wiekowe aż po zespół B, a później pierwszą drużynę, występował z takimi zawodnikami jak m.in. Bojan Krkic, Jeffren, Sergio Busquets, Andreu Fontas, Alberto Botia, Iago Falque, Oier Olazabal, a przede wszystkim Leo Messi. Na ustach wszystkich znalazł się jednak nie dzięki bardzo dobrym występom w zespołach młodzieżowych Barcy (choć takowe oczywiście również miały miejsce), a po MŚ do lat 17 w 2005 roku. Mimo tego, że był najmłodszym graczem w zespole obok Carlosa Veli (obaj z rocznika 1989, podczas gdy reszta zespołu reprezentowała rocznik 1988), to do spółki z byłym piłkarzem Realu Sociedad (a obecnie graczem lokalnego rywala Galaxy w MLS, Los Angeles FC) poprowadził Meksyk do zdobycia tytułu.

W finale podopieczni Jesusa Ramireza przejechali się po Brazylii z Marcelo, Andersonem i Denilsonem w składzie, wygrywając 3:0. Vela został najlepszym strzelcem mundialu, zaś dos Santos z siedmioma asystami „najlepiej podającym”. Najlepszym graczem uznano późniejszego zawodnika FC Porto i Manchesteru United, Andersona, zaś Gio uplasował się za jego plecami i zgarnął Srebrną Piłkę. Choć w żadnym z sześciu spotkań nie trafił do siatki, eksperci docenili jego umiejętności techniczne, drybling, szybkość, nieprzewidywalność i zdolność do kreowania kolegom sytuacji bramkowych. Ogromny potencjał, drzemiący w młodym Meksykaninie, dostrzegł również Frank Rijkaard, ówczesny szkoleniowiec Dumy Katalonii. Dwukrotnie, w 2006 i 2007 roku, zabierał go w lecie na przygotowania przedsezonowe z pierwszą drużyną, by na kampanię 07/08 włączyć go do kadry, podobnie jak Bojana Krkicia.

Bracia dos Santos i Ronaldinho. Giovani trafił do Barcelony w wieku 12 lat razem z o rok młodszym bratem – Jonathanem

W sparingach imponował wszystkim tym, czym zachwycał na mundialu U-17: dynamiką, przebojowością, umiejętnością gry kombinacyjnej. Już w pierwszym meczu presezonu z Dundee United Gio wywalczył w ostatniej minucie rzut karny, którego „na raty” wykorzystał nowy nabytek Barcy, Thierry Henry. W kolejnym meczu z Hearts dołożył gola, wyczyn ten powtórzył w pierwszym meczu azjatyckiego tournée z Beijingiem, a serię bramkową kontynuował również przeciwko Jokohamie F. Marinos i Mission Hills Invitation. W ostatnim meczu przed startem rozgrywek, 29 sierpnia 2008 roku, Barcelona rozbiła 5:0 na Camp Nou Inter w pojedynku o Puchar Gampera. Giovani znów pokazał się z dobrej strony, trafiając do siatki na 2:0 po efektownym zwodzie na lewą nogę i mocnym, precyzyjnym uderzeniu w krótki róg. Pod wrażeniem młodziana byli dosłownie wszyscy, włącznie z… innym młodzianem. 21-letni wówczas Leo Messi powiedział w rozmowie z dziennikarzami, że Meksykanin bardzo przypomina mu stylem gry jego samego. Tego dnia dos Santos otrzymał też pierwsze powołanie do dorosłej reprezentacji, w której zadebiutował niespełna miesiąc później w towarzyskiej potyczce z Brazylią.

Co ciekawe, to spotkanie było także pierwszym w kadrze dla jego kolegi z mistrzowskiej drużyny z 2005 roku, Carlosa Veli. Od tamtego czasu, a więc w ciągu blisko 10 lat, Gio przekroczył granicę 100 występów w barwach narodowych (dokładnie 101, stan na: 25 stycznia 2018), co daje mu dwunaste miejsce na liście graczy z największą liczbą rozegranych spotkań w kadrze. Uczestniczył w dwóch mundialach, trzech edycjach Golden Cup, dwukrotnie w Pucharze Konfederacji oraz Copa America. Z pewnością najlepiej wspomina Mistrzostwa Ameryki Środkowej. W 2009 roku walnie przyczynił się do zdobycia przez El Tri tego trofeum. Najpierw wywalczył rzut karny, zamieniony na gola przez Gerardo Torrado, później sam trafił do siatki na 2:0, a przy trzeciej bramce popisał się kapitalnym prostopadłym podaniem do Veli. Reprezentacja Stanów Zjednoczonych została rozbita 5:0. Dwa lata później w finale znów zmierzył się z tym samym rywalem i znów odegrał kluczową rolę. W 76. minucie meczu, przy prowadzeniu Meksyku 3:2, po serii dryblingów i zamarkowanych strzałów kapitalną podcinką posłał piłkę do siatki, czym przypieczętował obronę tytułu.

Wróćmy jeszcze do roku 2008, kiedy jego kariera nabrała największego rozpędu. Po serii trafień w presezonie i powołaniu do kadry, przyszedł czas na ligowy debiut. Zabrakło go w składzie na inauguracyjną kolejkę, ale już w drugiej zameldował się na boisku po przerwie, zmieniając w starciu z Atlethikiem Bilbao tego, któremu wypracował pierwszą bramkę w barwach Blaugrany –Thierry’ego Henry’ego. W 17.  serii spotkań wystąpił w swoim pierwszym i – jak się później okazało ostatnim – El Clasico, przegranym przez Barcelonę na Camp Nou 0:1. Pierwszą bramkę strzelił z kolei nie w La Liga, a w Lidze Mistrzów przeciwko Stuttgartowi. Dla jego klubu nie był to udany sezon, ale dla samego Gio okazał się przełomowy. Zwieńczył go hat-trickiem z Realem Murcia na zakończenie ligi, skompletowanym w odstępie 35 minut. Szczególnie imponujący był jego drugi gol: przebojowe wejście środkiem, błyskawiczna wymiana podań z Eto’o, nieco przypadkowe odegranie od Messiego i przepiękny lob z linii pola karnego. Także ostatnia bramka stanowiła próbkę jego nieprzeciętnych technicznych umiejętności.

Pochopna decyzja?

Być może ostatni ligowy występ, który zakończył z przytupem, pozwolił dos Santosowi zbyt wcześniej uwierzyć, że już jest „kimś” i zasługuje na więcej szans. Wiedział, że w Barcelonie z Messim, Eto’o, Henrym i Ronaldinho z przodu będzie o to trudno. Nawet pomimo faktu, iż Frank Rijkaard cenił go i chętnie wprowadzał najzdolniejszych juniorów z La Masii do drużyny. A kolejnym konkurentem do miejsca w ataku Dumy Katalonii był przecież Bojan Krkic. Choć nie dochodziło między nimi do spięć, to Meksykanin podświadomie czuł, że jego rok młodszy kolega ma tę przewagę, że jest Katalończykiem, chłopakiem stąd.

Postanowił odejść. Nie dał sobie czasu w Barcelonie. Później zastanawiał się „co by było, gdyby jednak poczekał?”. Ale nie poczekał. Postawił wszystko na jedną kartę i przeniósł się do Tottenhamu. Barcelona zarobiła na nim niewiele: 6 mln euro podstawy, do których mogło dość 5 mln zmiennych, w zależności od liczby występów Giovaniego (a tych nie uzbierało się dużo) oraz procent od kolejnego transferu (20%  w przypadku odejścia w ciągu najbliższych dwóch lat, 10% w przypadku późniejszej sprzedaży). Jak twierdzi nasz bohater, o zmianie klubu zadecydowały wyłącznie względy sportowe:

Jestem świadom tego, że grałem w wielkim klubie i że potrzebuję cierpliwości aby osiągnąć sukces, gdyż nie zawsze wszystko będzie szło po mojej myśli, ale jestem w takim wieku, że muszę zacząć grać regularnie, inaczej nie zostanę KIMŚ w piłce. Barca chciała mnie zatrzymać, ale myślę, że lepiej było odejść. Nie chodziło w żadnym wypadku o pieniądze. Po prostu wierzę, że zajdę wyżej w klubie, który – mam nadzieję – da mi szansę na dalszy rozwój jako zawodnika poprzez regularną grę.

Duma Katalonii brała pod uwagę wypożyczenie gracza na sezon 08/09, ale dos Santos podchodził sceptycznie do tego pomysłu i preferował transfer definitywny. Tłumaczy to w ten sposób:

Zmieniając klub, nie chcę zaprzątać sobie głowy tym, że muszę sobie lub komuś coś udowodnić, że jestem stale monitorowany i nie wiadomo, jaka czeka mnie przyszłość. Muszę się skupić na grze dla obecnego klubu. Takie poczucie mógł mi zapewnić jedynie transfer definitywny.

Rzadki widok. Gio w koszulce Tottenhamu

Ogromnym zwolennikiem transferu Giovaniego i orędownikiem jego talentu był Juande Ramos. To właśnie Hiszpan przekonał piłkarza Barcy, by dołączył do Spurs kosztem City i Chelsea, skąd również otrzymał oferty. Ramos w trakcie telefonicznej rozmowy z Meksykaninem miał go zapewnić, iż na White Hart Lane czeka na niego miejsce w pierwszej jedenastce. W tamtym okienku transferowym Tottenham wydał niemałe pieniądze na wzmocnienia i przebudowę kadry. Poza Gio zespół zasilili m.in. Luka Modric (sprowadzony za 21 mln euro), David Bentley (22 mln), Roman Pawljuczenko (17,4 mln), Jermaine Defoe (16,4 mln), Vedran Corluka (13,75 mln) czy Heurelho Gomes (9 mln). Wydane pieniądze nie szły w parze z wynikami. Spośród ośmiu pierwszych kolejek Tottenham przegrał sześć spotkań, dwukrotnie remisując. Za fatalną postawę zespołu głową zapłacił Ramos, którego zastąpił Harry Redknapp.

Zmiany, zmiany, zmiany… 

Wraz z przybyciem nowego szkoleniowca minuty dos Santosa, które sukcesywnie zbierał za kadencji Hiszpana, zostały drastycznie ścięte. Dość powiedzieć, że do końca sezonu zagrał dla Spurs pod wodzą Redknappa jedynie trzykrotnie. Trzeba jednak otwarcie przyznać, że w zbudowaniu sobie silniejszej pozycji nie pomogły mu kontuzje kostki ani liczne eskapady do klubów. Nocne życie Londynu wciągnęło Giovaniego. Nowy menadżer doceniał jego umiejętności, natomiast nie mógł tolerować takiego zachowania. Zarzucał Meksykaninowi zbyt rozrywkowy tryb życia i przedkładanie spotkań z piosenkarką, Belindą, nad karierę piłkarską. Wypominał mu także niechlubne zdjęcie, ukazujące dos Santosa – delikatnie mówiąc – w stanie wskazującym, kiedy z pomocą dwóch mężczyzn jest dosłownie wpychany do taksówki. Ten zaś ripostował, że na bazie zaledwie jednej fotografii stworzono obraz, stawiający go w złym świetle, co według samego piłkarza nie miało nic wspólnego z rzeczywistością. Tak czy owak, relacje obu panów nie układały się najlepiej i choć Redknapp chyba nieco kurtuazyjnie potrafił nazwać swojego podopiecznego „dobrym chłopakiem” i utalentowanym graczem, to równocześnie śmiało wbijał mu szpilki. Pewnego razu powiedział tak:

On ma wielki dar i ogromne umiejętności. Gdyby tylko potrafił omijać kluby nocne tak, jak potrafi omijać z piłką rywali, byłoby świetnie.

Ich drogi rozeszły się na dwa miesiące w marcu 2009 roku. Wtedy to nasz bohater został wypożyczony do Ipswich na zaplecze Premier League. I tak, w ciągu niespełna roku, zaliczył pierwszy bolesny upadek. Od spektakularnego hat-tricka w barwach jednego z najlepszych klubów świata, zdobytego w otoczeniu wielkich gwiazd światowej piłki, które tamtego dnia przyćmił, do ławki rezerwowych na Ashton Gate w Bristol. Musiał oglądać, jak zamiast niego w ataku Ipswich biegają Kevin Lisbie, Pablo Counago i Jonathan Walters (koniec końców Gio pojawił się na boisku  i wykorzystując rzut karny w doliczonym czasie uratował punkt).

Kariera Meksykanina coraz bardziej hamowała. Wciąż był bardzo młodym graczem, ale aby się rozwijać, musiał grać. W tym celu przecież odchodził z Barcelony. U Redknappa nie mógł na to liczyć. Stracił pierwsze pół sezonu 09/10, będąc notorycznie pomijanym przez Anglika. W zimie znów zdecydował się postawić wszystko na jedną kartę. Zamienił deszczową Wielką Brytanię na gorącą Turcję. Inny klimat, inny język (z angielskim Gio miał styczność dopiero tuż przed przeprowadzką na White Hart Lane), inna atmosfera. Za to dobrze znany trener. Do Galatasaray ściągnął go na wypożyczenie Frank Rijkaard – ten sam, który dał mu szansę zaistnieć w Barcelonie. U Holendra dos Santos od razu został graczem pierwszego składu, ale nie dawał klubowi tyle, ile się spodziewano. Turcy zrezygnowali z wpisanej do umowy opcji wykupu i po pół roku nasz bohater wrócił do Londynu z trzema asystami.

W trakcie derbów Stambułu z Fenerbahce

Następny sezon wyglądał podobnie: jesień stracona, jedynie siedemdziesiąt rozegranych w lidze minut, rozłożonych na trzy spotkania, a w styczniu 2011 roku kolejne wypożyczenie. Tym razem Gio wrócił do Hiszpanii. Sięgnął po niego broniący się przed spadkiem z La Liga Racing Santander. Z pomocą Meksykanina klub zakończył sezon na bezpiecznym, jedenastym miejscu, a kiedy ten strzał gola lub asystował, zespół nie zwykł przegrywać. Punktował łącznie w siedmiu spotkaniach, z których sześć Racing wygrał, a jedno zremisował.

Powrót z zaświatów – Giovanni dos Santos

W sezonie 11/12 postanowił powalczyć o miejsce w składzie Spurs, ale jego status w zespole praktycznie się nie zmienił. Redknapp korzystał z niego w zasadzie tylko podczas meczów pucharowych oraz Ligi Europy, kiedy desygnował do gry głównie rezerwowych. Sfrustrowany niepoprawiającą się sytuacją Meksykanin postanowił wrócić tam, gdzie czuł się najlepiej – do Hiszpanii. Spośród kilku zainteresowanych klubów wybrał Mallorcę, z którą parafował czteroletnią umowę. Tam powrócił do żywych. Dla najgorszego zespołu Primera Division zdobył sześć goli, asystując przy takiej samej liczbie bramek. Nie wystarczyło to jednak na utrzymanie, a ambicje Giovaniego sięgały znacznie wyżej. I tak za sześć milionów euro – a więc za identyczne pieniądze, jakie Tottenham zapłacił Barcelonie – trafił do Villarrealu, pod skrzydła Marcelino Garcii. Z tym szkoleniowcem spotkał się wcześniej w Racingu. Marcelino, podobnie jak Juande Ramos, z miejsca pokochał umiejętności wychowanka Barcy i gdy nadarzyła się okazja sprowadzenia go do swojego klubu, skrzętnie z niej skorzystał. Tak opisywał swojego nowego gracza:

 Gio posiada niewiarygodny talent i ogromną szybkość. Jest inny, decydujący, jest kimś, kogo zawsze chciałbym mieć w swojej drużynie.

I Hiszpan potrafił drzemiące w Gio umiejętności i potencjał wydobyć. Meksykanin zdobył jedenaście bramek (m.in. strzelał po bramce w obu meczach z Realem), a przy ośmiu asystował. Znakomity sezon udokumentował dobrym występem na mundialu w Brazylii, w tym efektowną bramką przeciwko Holandii. Słabiej prezentował się w rozgrywkach 14/15, ale nie da się ukryć, że liczne kontuzje mocno utrudniały mu dojście do optymalnej formy. Mimo to, kiedy tylko był zdrowy, Marcelino uparcie stawiał na niego.

Po raz drugi w tych samych barwach z bratem

Latem 2015 roku zdecydował się na dość niespodziewane przenosiny za Ocean. Los Angeles Galaxy zapłaciło za niego Villarrealowi niespełna 6,5 mln euro. Jednym z powodów, dla którego zdecydował się na ten krok, była chęć przebywania bliżej swojej ojczyzny. Drugim rosnąca popularność i poziom MLS.

Tutaj, w Kalifornii, żyje mnóstwo Meksykanów. Czuję się tu praktycznie jak w domu. Poza tym, kiedy mamy dwa lub trzy dni wolnego, wsiadam w samolot i lecę do domu, do Meksyku.

Z przybycia do Stanów dos Santosa (a później jego brata) zadowolony jest także prezydent Galaxy, Chris Klein:

On nie jest tylko i wyłącznie graczem, który ma za sobą przeszłość w silnych, europejskich klubach. Dla mnie jest przede wszystkim piłkarzem, który podjął decyzję, by najlepsze lata swojej kariery spędzić tutaj, w MLS. Poza tym, biorąc pod uwagę liczną społeczność narodowości meksykańskiej, mieszkającej w Los Angeles i nie tylko, posiadanie gwiazdy meksykańskiego futbolu jest szalenie ważne dla całej naszej ligi.

Zarówno Klein, jak i sam Gio twierdzą, że piłkarz ewidentnie dorósł, stał się poważniejszy i stanowi wzór dla lokalnej młodzieży, która chce związać swoje życie z piłką. Dos Santos pilnuje swojej diety, na którą składają się głównie ryby i kurczak (oraz zero węglowodanów, z wyjątkiem dnia meczowego), jak oka w głowie. Na treningi przychodzi pierwszy (w czasach Tottenhamu Redknapp zarzucał mu liczne spóźnienia na treningi, szczególnie w poniedziałki, po weekendzie), a wychodzi ostatni. Niemniej jednak nie przeistoczył się nagle w ascetę i ma na sumieniu pewne grzeszki.

W 2011 roku w internecie pojawiły się jego nagie zdjęcia, które rzekomo miał wysyłać kobietom, z którymi romansował. Z kolei będąc już zawodnikiem Galaxy w 2016 roku jedna z latynoamerykańskich stacji ujawniła, że Giovani jest szantażowany z powodu sex-taśmy, którą podobnież nakręcił, a ta wpadła w niepowołane ręce. Cokolwiek Meksykanin nie robiłby poza boiskiem, z całym przekonaniem można stwierdzić, że śmiało mógłby kontynuować swoją karierę w Europie, gdzie miałby jeszcze sporo do udowodnienia i zaprezentowania. Być może ostatnią szansą dla kibiców ze Starego Kontynentu na podziwianie dos Santosa o godzinach innych niż środek nocy będzie mundial w Rosji. Tam powinniśmy zobaczyć najlepszą wersję Giovaniego, który przez całą swoją karierę udowadniał, że w reprezentacji kraju czuje się lepiej niż w piłce klubowej.

I po raz trzeci…

MATEUSZ OPIOŁA

Oceń ten tekst!
[Suma: 0 Średnia: 0]
Redakcja
O Redakcja 363 artykuły
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: kontakt@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl