Giuseppe Meazza – wielki „Mały Chłopiec”

Niewielu piłkarzy w historii zasłużyło na to, aby stadion nazwano później na ich cześć. Obiekt Giuseppe Meazzy zna przecież każdy kibic, choć częściej słyszymy drugą nazwę, czyli San Siro. Kibice Interu zdecydowanie bardziej wolą jednak używać tej związanej z legendarnym zawodnikiem ich klubu. Giuseppe Meazza to najlepszy strzelec wszech czasów Nerazzurrich i trzykrotny mistrz kraju z tą drużyną. Dwa razy zdobył też tytuł mistrza świata z reprezentacją Italii. To stuprocentowo jeden z najlepszych graczy w dziejach włoskiej piłki.

Zaczyna się typowo. Miłość małego „Peppino” do piłki była tak wielka, że oczywiście grał w nią w każdej wolnej chwili. Nie podobało się to w ogóle jego matce, która w pasji syna nie widziała przyszłościowego zajęcia – trzeba pamiętać, że w tamtych czasach życie zawodowego piłkarza nie było takie kolorowe (z perspektywy finansowej), jak obecnie. Wolała, żeby pomagał jej w sprzedawaniu owoców na miejscowym targu, zamiast marnować czas na głupoty. Mimo to Giuseppe wciąż i wciąż uganiał się za futbolówką. Ta sytuacja wymusiła na Ersillii podjęcie drastycznych kroków. Pewnego dnia postanowiła… schować mu buty. Nawet to jednak nie zniechęciło młodego Meazzy, który po tym incydencie nauczył się grać na boso. Wtedy jego matka nie wiedziała jeszcze, że wychowuje przyszłą gwiazdę calcio.

Narodziny gwiazdy

Giuseppe przyszedł na świat 23 sierpnia 1910 roku. Kiedy miał zaledwie siedem lat, jego ojciec zginął na froncie I wojny światowej. Urodził się w Mediolanie i to na ulicach właśnie tego miasta szlifował swoje futbolowe umiejętności. Problemy miał nie tylko ze schowanym przez matkę obuwiem, lecz także z piłką, za którą najczęściej służyły związane ze sobą łachmany. Gdy wiele lat później czarował wszystkich swoją grą na wielkich stadionach, można było odnieść wrażenie, że te mecze dalej traktuje jak uliczne potyczki. W wieku dwunastu lat doszło do przełomowego zdarzenia w jego życiu – matka pozwoliła mu na uprawianie tego sportu po tym, jak mały Giuseppe wymyślił trzydniowy strajk głodowy. Rozpoczął grę w Gloria FC, gdzie pierwszą parę korków z prawdziwego zdarzenia zafundował mu… kibic. Nie wiemy, kim był, ale z pewnością była to najlepsza jego inwestycja w życiu.

Meazza od małego był wielkim fanem… AC Milan i marzył o grze w czerwono-czarnej koszulce. Jak to jednak często bywa, zderzenie dziecka z rzeczywistością okazało się brutalne – ukochany klub odrzucił jego usługi, ponieważ był zbyt chudy. Władze odwiecznego rywala w kościstym Giuseppe nie dostrzegły problemu. Zachwycił ich swoimi umiejętnościami technicznymi, a jego masę mięśniową postanowili zbudować na stekach, którymi karmili go niemal codziennie. Tak właśnie trzynastoletni Meazza trafił do niebiesko-czarnej części Mediolanu.

Młody Giuseppe Meazza

W 1927 roku, jako siedemnastolatek, zadebiutował w pierwszej drużynie Interu. Leopoldo Conti, starszy kolega z zespołu, uważał, że nastąpiło to zdecydowanie za wcześnie. Powołanie młokosa przez trenera Arpada Weisza skomentował sarkastycznie: Teraz bierzemy zawodników już nawet z przedszkola! Na Meazzę te słowa musiały zadziałać mobilizująco, ponieważ w swoim debiucie zdobył dwa gole, a Inter wygrał 6:2 w pucharowej potyczce z Milanese Unione Sportiva. Osłupiały po tym spotkaniu Conti długo dochodził do siebie, a wkrótce po nim nadał swojemu młodszemu kumplowi ksywę Il Balilla, czyli Mały Chłopiec. Ten przydomek miał jednak także drugie dno – Balilla była organizacją młodzieży faszystowskiej, która gromadziła chłopców w wieku od ośmiu do czternastu lat, a jej nazwa pochodziła od nazwiska małego powstańca, dającego w 1756 roku sygnał to zrywu Genui przeciwko Austriakom. Conti uważał, że to bardzo pseudonim dla młodego piłkarza.

Dzień po olśniewającym debiucie Meazzy, ze stron La Gazetta dello Sport krzyczał napis: „Narodziny gwiazdy”.

Boiskowe tango

Giuseppe najczęściej występował na pozycji napastnika, jednak jego imponująca umiejętność dryblingu, kreatywność i swoboda w graniu sprawiały, że równie często notował asysty przy bramkach kolegów. Oprócz futbolu, równie mocno kochał tango. Wyuczone ruchy taneczne wielokrotnie przekładał na boisko, dzięki czemu ośmieszał najlepszych obrońców świata. Imponował balansem ciała i wyprowadzającymi w pole zwodami, przez co kibice Interu zaczęli śpiewać o bramkach zdobywanych przez niego „w rytmie foxtrota”.

Nie jestem samolubny na boisku. Tak bardzo lubię, gdy moi koledzy strzelają bramki, że często mi się nawet od nich obrywa i krzyczą: „Powinieneś uderzać!”. Nie ma nic gorszego niż indywidualizm.

Serie A, pod znanym nam obecnie szyldem, powstała dopiero w sezonie 1929/1930. Wcześniej działała jako Mistrzostwa Włoch i podzielona była na dwie strefy (północną oraz południowo-środkową), a o tytule decydowała walka w play-offach. Giuseppe Meazza w ten sposób stał się ostatnią gwiazdą starych rozgrywek i pierwszą nowych. W debiutanckim sezonie Serie A napastnik Interu zdobył aż 31 bramek, co naturalnie zagwarantowało mu koronę króla strzelców. W sumie tę statuetkę wygrywał trzykrotnie.

Dla Nerazzurrich strzelił 284 gole, do dziś pozostając najlepszym snajperem w historii klubu (drugi w tej klasyfikacji Alessandro Altobelli jest gorszy aż o 75 trafień). Trudno sobie wyobrazić, żeby ktoś kiedykolwiek miał pobić jego wyczyn. Meazza miał kilka charakterystycznych zagrań, którymi lubił uprzykrzać życie rywali. Zupełnie nie bał się obrońców przeciwników i często porywał się z samotnym atakiem na całą linię defensywną i jak łatwo się domyślić – wychodził z tych starć zwycięsko. Upodobał sobie zwłaszcza zabawę z bramkarzami. Kiedy już udało mu się dojść do sytuacji jeden na jednego, to robił ruch w jedną stronę, a z piłką zabierał się w odwrotną, zostawiając za sobą leżącego i bezbronnego golkipera. Poza technicznymi umiejętnościami, imponował także grą w powietrzu, mimo że urósł zaledwie na 169 centymetrów. Nie chodzi tylko o uderzenia piłki głową, ale też o wszelkiego rodzaju przewrotki.

Meazza siał postrach w polu karnym przeciwnika

Aby lepiej zobrazować powyższe zdolności snajpera, należy przywołać w tym miejscu pewną anegdotę. Otóż pewnego razu na treningu reprezentacji Włoch udało mu się pokonać Gianpiero Combiego właśnie takim ekwilibrystycznym strzałem z powietrza. Bramkarz Juventusu założył się z napastnikiem, że nie uda mu się tego powtórzyć w meczu ligowym. Dodatkowo twierdził, iż nigdy nie zostanie przez niego wyminięty w sytuacji sam na sam, jak to Giuseppe miał w zwyczaju robić z innymi rywalami. Meazza przyjął oba wyzwania. W maju tego samego roku stanęli naprzeciw siebie w ligowym starciu Interu z Juve na stadionie w Mediolanie. W ciągu jednego spotkania Combi… przegrał oba zakłady. Zawodnik Nerazzurrich najpierw strzelił fantastycznego gola przewrotką, a później wyminął kilku przeciwników, położył bramkarza Starej Damy i wturlał piłkę do siatki. Po tej sytuacji Combi natychmiast wstał, wytrzepał się i uścisnął rękę rywala.

Włoch znany był również ze skutecznego wykonywania rzutów wolnych. Bił je w stylu zbliżonym do tego prezentowanego dziś przez Cristiano Ronaldo – piłka posyłana przez niego wznosiła się, sprawiając wrażenie, że poleci wysoko w trybuny. W ostatniej chwili jednak szybko odpadała i wpadała tuż pod samą poprzeczkę, kompletnie zaskakując bramkarzy. O tych strzałach mówiono: a foglia morta, czyli „zabójczy liść”.

Kobieciarz i leń

Wspaniały to piłkarz, ale daleko było mu do wzorowego sportowca. Kochał futbol i tango, a taką samą miłością darzył kobiety i szampan. Był włoskim George’em Bestem zanim to stało się modne. Po mieście chodził w eleganckich garniturach. Zawsze nakładał brylantynę na idealnie ułożone włosy i był jedynym piłkarzem w reprezentacji Włoch, któremu pozwalano palić papierosy! Prowadził dosyć awanturniczy tryb życia i to w czasach, gdy Benito Mussolini nawoływał do zakładania i powiększania rodzin. Meazza był kultowym bohaterem w tamtym okresie. Sam powiedział kiedyś:

Mam tylko dwie miłości: matkę oraz gole. W tym momencie nie ma miejsca na trzecią. Wierzę, że przyczyniłem się do wzrostu demograficznego w naszym kraju, ale nie mam pojęcia, ile nowo narodzonych dzieci sprezentowałem bramkarzom rywali. Straciłem rachubę.

Wieczne uganianie się za kobietami często prowadziło go na wojenne ścieżki z dyrektorami klubów. Znany był z tego, że wielokrotnie noce przed meczami spędzał w domach publicznych. Nigdy jednak te wybryki nie miały wpływu na jego formę sportową. W 1937 roku, w dniu meczu z Juventusem, godzinę przed rozpoczęciem spotkania znaleziono piłkarza śpiącego w łóżku. Trzeba było go szybko wsadzić w samochód! Tam na wpół przytomny opowiadał jeszcze o swoich nocnych podbojach. Gdy wszedł do szatni, otrzymał swoją koszulkę z numerem dziewięć. Następnie wybiegł na boisko i zdobył dwa gole, a Inter wkrótce po tym pokonał Starą Damę w walce o mistrzostwo. Podobne sytuacje zdarzały się dosyć regularnie, a jedną nawet sam niegdyś wspominał:

Na szczęście mieszkałem blisko stadionu i w miarę szybko się tam dostałem. Trener i koledzy patrzyli na mnie nieprzychylnie. Było zaledwie pięć minut do pierwszego gwizdka, więc szybko się przebrałem i dołączyłem do drużyny na boisku. Słyszałem, jak dyrektorzy Interu mówili między sobą: „Policzymy się z nim po meczu, dowiemy się, co nawyprawiał”. Strzeliłem hat-tricka i nikt potem nie powiedział ani słowa! 

Z Giuseppe nie należało też brać przykładu, jeśli chodziło o stosunek do treningów. Dziś na pewno nie nazwalibyśmy go tytanem pracy. Nie lubił się zbytnio przemęczać i często zdarzały się sytuacje, że w czasie gdy jego koledzy schodzili z boiska po zakończonych ćwiczeniach, on dopiero wstawał z łóżka. Wiele mu jednak wybaczano, dzięki jego nieprzeciętnym umiejętnościom piłkarskim.

Mundial na ziemiach Mussoliniego

Przez długi czas pozostawał najlepszym strzelcem w historii reprezentacji Italii, mając na koncie 33 bramki. Dopiero w 1974 roku przegonił go Luigi Riva, zdobywając dwa gole więcej. Il Balilla nie musiał długo czekać na debiut we włoskiej kadrze. Rozegrał dla niej pierwszy mecz w wieku 19 lat – było to 9 lutego 1930 roku w Rzymie, przeciwko Szwajcarii. Dwukrotnie trafił wówczas do siatki rywali i to w odstępie zaledwie dwóch minut. W kolejnych spotkaniach kadry popisywał się podobną regularnością.

W 1934 roku mistrzostwa świata były rozgrywane na włoskich ziemiach. Benito Mussolini postanowił wykorzystać sport w celach propagandowych. Nie było na turnieju podziału na grupy – w mundialu wzięło udział szesnaście zespołów i od początku grano systemem pucharowym. W pierwszej rundzie gospodarze rozbili w pył Stany Zjednoczone, wbijając im aż siedem bramek (autorem ostatniej był Meazza), choć nie obyło się bez skandalu, w którym Włosi zamanifestowali (oczywiście podtekst polityczny) pozdrowieniem rzymskim. Po tym łatwym meczu sędziowie musieli już bardziej pomagać Italii. W kolejnym etapie zmierzyli się z Hiszpanią – na boisku padł remis, więc potrzebna była powtórka. Tak skopali legendarnego Ricardo Zamorę, że ten nie był w stanie zagrać w drugim meczu. Grali bardziej niż brutalnie. Bohaterem powtórki został Giuseppe Meazza, strzelec jedynego gola… jednak sędzia Roland Mercet „nie zauważył” bardziej niż ewidentnego faulu włoskiego snajpera. Zdyskwalifikowano arbitra dożywotnio, ale mała to pociecha dla Hiszpanów.

Równie skromną wygraną gospodarzy zakończył się półfinał z Austrią, uważaną w tamtym czasie za najlepszy zespół w Europie (legendarny Wunderteam). Tam popis dał z kolei inny sędzia, Ivan Eklind. Także nie zauważył faulu Meazzy i gwizdał ku uciesze Włochów tak dobrze, że aż został wyznaczony do prowadzenia finału. Po latach sam przyznał, że Mussolini wywierał na arbitrów olbrzymi wpływ, więc ci w obawie o własne życie musieli gwizdać pod gospodarzy.

Finał rozegrano 10 czerwca w Rzymie, a naprzeciw Italii stanęła Czechosłowacja. Kilkadziesiąt tysięcy włoskich kibiców wstrzymało oddech, gdy w pewnym momencie spotkania Meazza doznał urazu. Mimo kontuzji, postanowił dokończyć tamten pojedynek. Po regulaminowym czasie gry na tablicy widniał wynik 1:1, więc została zarządzona dogrywka. W 96. minucie Giuseppe odebrał podanie na skrzydle, związał wokół siebie kilku przeciwników i odegrał piłkę do Enrique Guaity, który z kolei wyprowadził na czystą pozycję Angelo Schiavio. Tak padła decydująca bramka tamtego finału. Włosi zostali mistrzami świata. Giuseppe Meazza otrzymał  Złotą Piłką, przyznawaną dla najlepszego zawodnika turnieju.

Tryumfujący po zwycięstwie Włosi, choć wiemy niestety, że ich wygrana miała z fair play tyle wspólnego, co półfinał Korei Południowej w 2002 roku.

 Porażka z Anglią

Il Balilla był największą gwiazdą mundialu, chociaż niewiele brakowało, żeby w ogóle na nim nie wystąpił. Okres przed startem mistrzostw był dla niego bardzo trudny – zmagał się z kilkoma urazami, Inter przegrał krajowy tytuł na rzecz Juventusu, a on sam dodatkowo był w fatalnej formie strzeleckiej (jego gol z USA zakończył dwumiesięczną bramkową posuchę). Vittorio Pozzo, selekcjoner włoskiej kadry, po zakończonym turnieju wyznał, że Meazza wręcz prosił, aby go nie powoływać:

Pozwól mi zostać w domu. Jestem przygnębiony. Nie jestem w stanie grać.

Pięć miesięcy po wygranym finale Włosi grali w Londynie mecz z Anglikami, którzy nie pojawili się na mundialu, ponieważ w 1928 roku Angielska Federacja opuściła szeregi FIFA. Mimo nieobecności na turnieju, wciąż uważani byli za bardzo silną drużynę i wielu widziało w tym spotkaniu „prawdziwy finał mistrzostw świata”. Ten mecz był tak ważny dla włoskiej propagandy, że Mussolini obiecał każdemu zawodnikowi Alfę Romeo oraz 150 funtów za zwycięstwo.

Już w drugiej minucie reprezentacja Italii straciła na skutek kontuzji Luisa Montiego. Ówczesne przepisy zabraniały przeprowadzania zmian, dlatego niemal cały mecz goście musieli grać w dziesiątkę. Nie trzeba było długo czekać na efekty – po niecałym kwadransie gospodarze prowadzili 3:0! Od czego jednak Włosi mieli Meazzę? W drugiej połowie napastnik Interu dwukrotnie trafił do siatki, a przed wyrównującym golem powstrzymały go kapitalne interwencje Franka Mossa oraz poprzeczka strzeżonej przez niego bramki. Jedną ze zmarnowanych okazji opisywał jako najgorszy moment swojej kariery. Po meczu Anglicy obwoływali się nieoficjalnymi mistrzami świata, a pojedynek ten znany dziś jest jako „Bitwa o Highbury” – nazwę zawdzięcza głównie brutalności, jaką to spotkanie się odznaczało. Angielska Federacja rozważała nawet zawieszenie swoich reprezentantów za tak agresywną i pełną przemocy postawę na boisku. Odpowiedzieli jednak Włochom tym, co ci sami zaprezentowali na mundialu.

Jak strzelać karnego z pękniętymi spodenkami

W 1938 roku Italia stanęła przed szansą obrony tytułu mistrzów świata. Mogła też stać się pierwszą drużyną, która wygra mundial, nie będąc jego gospodarzem (rozgrywany był we Francji). W obsadzie zabrakło jednak Hiszpanów pogrążonych w wojnie domowej, a także Austriaków przez anschluss. Meazza na tym turnieju był już kapitanem drużyny narodowej. Dodatkową presję na zespół narzucała krajowa władza – zawodnicy mieli przed finałem otrzymać telegram od Mussoliniego o treści: „Wygrajcie, albo zginiecie”.

Mistrzostwa rozgrywane były w takiej samej formule, co cztery lata wcześniej. W pierwszej rundzie obrońcy tytułu, po bardzo ciężkim meczu, pokonali Norwegię. W ćwierćfinale zakończyli marzenia gospodarzy, ogrywając ich 3:1. Półfinałowym przeciwnikiem Włochów była reprezentacja Brazylii. W tym spotkaniu doszło do jednego z najbardziej pamiętnych wydarzeń z udziałem Meazzy. Po godzinie gry Italia wywalczyła rzut karny. Do piłki podszedł oczywiście Il Balilla, a naprzeciw niego stał Walter, bramkarz znany ze skutecznych interwencji przy jedenastkach. W momencie brania rozbiegu, spodenki Giuseppe opadły, ponieważ wcześniej został pozbawiony sznurków przez jednego z obrońców. Napastnik nic jednak sobie z tej sytuacji nie robił i zdobył gola, trzymając w jednej ręce swoje szorty. Tą bramką wysłał Włochów do drugiego z rzędu finału.

Mówi się, że Węgrzy wiedzieli o telegramie grożącym śmiercią, dlatego też nie chcieli skazywać na nią Włochów. Bramkarz węgierski miał po jakimś czasie powiedzieć:

Może i puściłem cztery gole, ale to uratowało życia Włochom.

Finaliści prezentowali futbol zbliżony do stylu austriackiego sprzed czterech lat. Francuscy kibice bardzo mocno ściskali kciuki za Madziarów, ale to Meazza wypracował trzy bramki Silvio Pioli oraz Gino Colaussiemu, dzięki czemu Italia prowadziła do przerwy. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 4:2 i Włosi ponownie zostali mistrzami świata, choć nie wiemy jaka jest prawda i tym razem także możemy powątpiewać w uczciwość zwycięstwa. Propaganda Mussoliniego na dobre wkroczyła na mundial, a wojna wisiała w powietrzu. Włosi przeciwko Francuzom zagrali w czarnych strojach, symbolizujących kolor faszystowski. Niewiele miało to wspólnego ze Squadra Azurra, czyli przecież przypisanym do nich niebieskim kolorem.

Tryumfujący Włosi po obronie tytułu mistrzów świata. Był to nie tylko sukces sportowy, ale przede wszystkim ideologiczny (faszystowski)

Odejdźmy jednak od polityki. Trzeba przyznać, że Giuseppe Meazza mimo wszystko pisał swoją futbolową legendę. Był tzw. „game changerem”. Potrafił sam odmienić losy meczu.

Kiedy masz go w składzie, to tak, jakbyś zaczynał każdy mecz z jednym golem przewagi – Vittorio Pozzo, selekcjoner reprezentacji Włoch.

Snajper rok później rozegrał swój ostatni mecz w kadrze. Wystąpił, jako kapitan, w zwycięskim starciu z Finlandią. Karierę reprezentacyjną zakończył dziewięć lat po swoim debiucie. W barwach narodowych wystąpił 53 razy, przegrywając zaledwie sześć spotkań.

Stadion Giuseppe Meazza

Inter opuścił kilkanaście miesięcy później, w 1940 roku, po rozegraniu dla niego  aż trzynastu sezonów. Przeszedł do AC Milan, spełniając tym samym swoje dziecięce marzenia. W czerwono-czarnym stroju strzelił jednak zaledwie 10 bramek. Przed swoimi pierwszymi derbami w roli zawodnika Rossonerich, płakał w szatni. Mimo to zdobył gola wyrównującego w tamtym meczu.

Stadion Giuseppe Meazza, czyli popularne San Siro

Dla Milanu grał tylko przez dwa lata, po czym przeniósł się do Juventusu. W okresie gry dla Starej Damy dręczyły go jednak kontuzje, miał także problem z nadwagą Później grał jeszcze dla Varesse i Atalanty, zanim w 1947 roku wrócił do Interu, gdzie po dwunastu miesiącach zakończył piłkarską karierę. Zmarł 21 sierpnia 1979 roku, dwa dni przed swoimi 69 urodzinami. W maju następnego roku jego imieniem nazwano stadion, który dzielą między sobą Inter oraz Milan. Trudno byłoby sobie wyobrazić historię włoskiego futbolu bez Giuseppe Meazzy – wielkiego „Małego Chłopca”.

KUBA GODLEWSKI

Kuba Godlewski
O Kuba Godlewski 21 artykułów
Licencjat filologii polskiej. Początkujący trener. Kibic Manchesteru United i cichy wielbiciel czarnych koszul Diego Simeone.