Ivica Osim – ostatni Jugosłowianin

W jego żyłach płynie polska krew. Dziadek od strony mamy Osima był Polakiem. Jest dziś szanowany przez wszystkie południowosłowiańskie narody, a Japończycy uważają go za swojego mistrza. Przed wami historia człowieka dotkniętego wojną, emigracją, rozłąką z rodziną i ukochanym miastem. Oto opowieść, której bohaterem jest Ivica Osim.

Gra jest ponad wojną – Ivica Osim

Fragment piosenki pt. „Grbavica” Wykonawca: Mladen Vojičić Tifa

Hej Grbavico, wyglądasz na chorą
Z daleka patrzę na twoje ulice
Tam są obrazy z mojego dzieciństwa
Tam jest wszystko, co moje

Grbavica

Ivan Osim urodził się w 1941 roku. Ma w swoich żyłach prawdziwą mieszankę europejskiej krwi, w tym także polskiej. Rodzicami jego ojca Mihailo byli Słoweniec i Niemka, natomiast matki Karoliny – Polak i Czeszka. Tata pracował na kolei, a w młodości trenował boks i podnoszenie ciężarów. Natomiast mama opiekowała się domem i była także mocno zaangażowana w działalność charytatywną, za co później otrzymała nagrodę miasta Sarajewa. Gdy ojciec Mihailo zachorował na gruźlicę, matka zaczęła dorabiać jako szwaczka, aby mieć za co wyżywić i ubrać swoje potomstwo. W wieku szkolnym okazało się, że Ivica do dwóch rzeczy ma ponadprzeciętny talent – pierwszą była piłka nożna, natomiast drugą… matematyka. Udzielał matematycznych korepetycji, a dzięki nim poznał m.in. swoją… przyszłą żonę Asimę. Tak wspomina ulicę, gdzie mieścił się jego rodzinny dom:

Moja ulica była wyjątkowa, jak to się dzisiaj mówi – wielokulturowa. Żyli tam Serbowie, Cyganie, Żydzi, Chorwaci, Muzułmanie… Na końcu ulicy był meczet, a obok niego szkoła. Dobra, porządna szkoła. Chodziłem do niej przez trzy lata.

Miejsce dorastania (dzielnica Sarajewa – Grbavica) oraz rodzinna tradycja (wujek Eduard grał tam w pierwszych latach po założeniu klubu) na pewno wpłynęły na to, że na całe życie związał się emocjonalnie z klubem FK Željezničar (pol. Kolejarz). Sam jednak wspomina o jednym zdarzeniu, które ostatecznie przekonało go co do wyboru klubu: W jednym z powojennych meczów derbowych piłkarze FK Sarajewo pokonali Željezničara 6:1. Bardziej niż sam wynik utkwiło mu w pamięci zachowanie kibiców gospodarzy, którzy z lekceważeniem i arogancją podchodzili do przeciwnika.

W trakcie uczęszczania do gimnazjum zgłosił się na testy, które organizował Željezničar dla jego rocznika. Udało mu się przejeść je pozytywnie, a równie duże wrażenie zrobiło na nim to, że dostał całoroczny karnet na mecze swojego ukochanego klubu. Jeszcze przed maturą trenował z pierwszym zespołem. O swojej pierwszej umowie wspominał, że pieniędzy dostawał trzy razy więcej niż jego ojciec z emerytury. Po maturze dostał się na studia matematyczne, ale niedługo potem zrezygnował, co bardzo zabolało jego matkę Karolinę. Jego styl gry jako napastnika (eleganckie ruchy i duże umiejętności) spowodował, że nazywano go Straussem z Grbavicy. Ma do dziś inny, ale dużo bardziej popularny pseudonim: Švabo. Ten najprawdopodobniej odnosi się do jego typu urody.

Następnych kilka lat to okres jego bardzo dobrych występów, w któryh zbierał wiele pochwał i piął się w hierarchii jugosłowiańskich napastników. W 1964 roku pojechał do Tokio na Igrzyska Olimpijskie. Reprezentacja Jugosławii dotarła tam do ćwierćfinału, a nasz bohater strzelił tam w pięciu meczach cztery gole. Jak się miało okazać po latach, Japonia stanie się ważną częścią jego życia. Gdy wydawało się, że wszystko zmierza w dobrym kierunku, po Igrzyskach doszło do afery.

Afera Planinić

We wrześniu 1964 roku jugosłowiańskim futbolem wstrząsnęła tzw. Afera Planinić, nazwana od bramkarza Željezničara Rajko Planinicia. Działacze tamtejszej federacji piłkarskiej (FSJ) oskarżyli piłkarzy i działaczy Željezničara, że odpuścili mecze Hajdukowi Split i Trešnjevce Zagrzeb. Początkowo wszystkie trzy kluby zostały zdegradowane z ligi. Ostatecznie skończyło się na minusowych punktach, ale dwóch napastników klubu z Sarajewa zostało zawieszonych na rok – byli to Ivica Osim i Mišo Smajlović. Co ciekawe, kara ominęła bramkarza Planinicia, którego interwencje w tamtych spotkaniach… nie były najwyższej jakości. Pewnie powodem było to, że od niego miała wyjść spora część informacji o tamtych wydarzeniach. Osim tak po latach odniósł się do tej afery:

Do dnia dzisiejszego nie wiem, za co zostałem ukarany. Powiedziałem wtedy działaczom: „Jeśli uważacie, że dostaliśmy albo ja dostałem za coś pieniądze, to według mnie kara jest nieadekwatna do czynu. Dajcie mi dożywotni zakaz gry w piłkę. Jeśli jesteście pewni, to nie ma się nad czym zastanawiać.” Najpierw Mišo trafia w poprzeczkę, a potem ja przy stanie 0:0, a mówi się że to było ustawione…

Po odbyciu kary wrócił na mecz z FK Radnički Niš. Na stadionie Grbavica przywitano go owacyjnie, a Osim w „debiucie” strzelił gola. W 1967 roku został wybrany na najlepszego piłkarza Jugosławii. W Željo grał do 1970 roku – jego bilans to 220 meczów i 65 bramek. W międzyczasie zaliczył jeszcze trzymiesięczny epizod w holenderskim Zwolnische Boys. Wyjechał do Francji, gdzie został przez następnych osiem lat. Grał kolejno w: Strasbourgu, Sedan, Valenciennes i ponownie w Strasbourgu. Sedan przyznał mu nagrodę najlepszego obcokrajowca ostatniego 50-lecia.

Grbavica – powrót

Po powrocie z Francji działacze Željezničara zaproponowali mu objęcie funkcji trenera klubu. Osim przyjął propozycję, a do jego sztabu trenerskiego dołączył m.in. zawieszony przed laty razem z nim Smajlović. Klub niedawno powrócił do pierwszej ligi, a razem z nowym trenerem na ławce zaczął osiągać coraz lepsze rezultaty. W 1981 roku dotarł do finału Pucharu Jugosławii, gdzie na stadionie Partizana zmierzył się z innym klubem z Bośni i Hercegowiny – Veležem Mostar. W zespole rywali grali m.in. Dragomir Okuka (późniejszy trener Legii Warszawa i Wisły Kraków) i Vahid Halilhodžić (obecny selekcjoner reprezentacji Japonii). Mecz zakończył się wygraną FK Velež 3:2, a Halilhodžić rozegrał wtedy mecz życia.

Ivica Osim motywuje swoich zawodników przed meczem z Veležem Mostar

Rok 1984 dla mieszkańców Sarajewa kojarzy się z czymś innym niż tytułem powieści George’a Orwella. Zimą odbyły się tam Igrzyska Olimpijskie, a na wiosnę Željezničar wywalczył trzecie miejsce na koniec sezonu, co pozwoliło mu zagrać w Pucharze UEFA. Następny sezon stał się najbardziej pamiętnym w historii „Kolejarza”. Przed jego startem do Grecji wyjechał skrzydłowy Nikola Nikić. Warto o nim wspomnieć nie tyle ze względu na jego umiejętności piłkarskie, ile na sposób bycia. Ivica Osim mówił o nim „człowiek – anegdota”. Zdarzyło mu się, że pod koniec lotu samolotem chciał zapłacić stewardessie za lot. Znana jest także historia, gdy stadion krzyczał w stronę Osima: Chcemy Nikolę! Ten, słysząc to, zawołał do siebie rozgrzewającego się Nikicia. Piłkarz zdjął dres, a Osim do niego: –Nie, nie. Ty nie wchodzisz na boisko, ale idziesz na górę. Nikić zapytał: – Ale gdzie na górę?, na co coach odpowiedział, wskazując na trybunę: – No tam, przecież cię szukają. Innym razem wszedł do szatni po wygranym w fatalnym stylu meczu i widział Nikicia cieszącego się, że dostanie premię. Osim wściekły zapytał go, czy widział reakcje kibiców, na co Nikić odpowiedział: – Co mnie obchodzą widzowie, ważne, że premia będzie. Na co ten odparł: – No to już masz po premii. Zdarzyła się też sytuacja, że piłkarz tak wyprowadził Osima z równowagi, że chował się w kącie szatni przed kipiącym ze złości trenerem.

Już bez Nikicia w składzie, Željezničar w europejskich pucharach eliminował kolejno: bułgarski Sliven, szwajcarski Sion, rumuński Universitatea Craiova i radziecki Dinamo Mińsk. W półfinale czekał na nich węgierski Videoton, który w poprzedniej rundzie okazał się lepszy od Manchesteru United. Mimo porażki 1:3 na wyjeździe, liczono w odrobienie strat na Grbavicy. Sarajewo żyło meczem rewanżowym od wielu dni, a burmistrz miasta wydał rozporządzenie, że „kafany” mają być otwarte przez całą dobę. Syn Ivicy Osima, Amar podawał w tamtym meczu piłki. W obecności 25 000 widzów piłkarze Željezničara już po pięciu minutach objęli prowadzenie. Goście nie istnieli na boisku, a druga połowa to już była prawdziwa nawałnica gospodarzy – ich strzały trafiały jednak w bramkarza lub omijały światło bramki. Ale w 72. minucie odrobili straty i cały stadion w ekstazie zaczął odliczać minuty do zakończenia spotkania. Nadeszła 87. minuta, którą kibice Željo zapamiętali do końca życia – obrońca Jozsef Csuhay zdobył gola, który miał być jego pierwszym trafieniem w dorosłej piłce. Na stadionie nieprawdopodobna konsternacja, kamery telewizyjne wychwyciły Osima, który tuż po trafieniu gości złapał się za głowę i z niedowierzaniem obserwował to, co się stało. Željezničar odpadł, chociaż grał wtedy fantastyczną piłkę.

O swoim ukochanym klubie Osim mówi do dziś:

Tyle, co dał mi Željezničar, to ja mu nigdy nie zwrócę.

Reprezentacja

Po fatalnych eliminacjach do MŚ 1986 Ivica Osim został wybrany na nowego selekcjonera reprezentacji Jugosławii. Jak miała pokazać historia, był ostatnim przed wybuchem wojny. Był też pierwszym pochodzącym z Bośni i Hercegowiny, który objął to stanowisko. Latem poleciał do Meksyku, żeby obserwować w akcji swoich rywali w najbliższych eliminacjach do mistrzostw Europy: Anglię i Irlandię Północną. Nie widział tym samym na żywo najsłynniejszej kolejki ligowej w historii jugosłowiańskiego futbolu.

Eliminacje rozpoczął od starcia z Anglią na Wembley – porażka 0:2 ani trochę nie oddaje tego, co działo się na boisku. Wystarczy powiedzieć, że sam Zlatko Vujović zmarnował cztery (!) stuprocentowe sytuacje – między innymi nie trafił do pustej bramki, a raz uderzył w słupek.

Następne spotkania (po dwa z Irlandią Północną i Turcją) reprezentacja Jugosławii wygrała i o awansie miał zadecydować mecz na Marakanie. Kibice, którzy na stadionie w Belgradzie zjawili się w liczbie prawie 50 000, po 25. minutach mogli się rozejść – Anglicy strzelili cztery gole, a honorowe trafienie Srecko Katanca w końcówce spotkania nie zmieniło już niczego.

Jeden fatalny mecz nie wpłynął na całościowy obraz gry reprezentacji i Osim pozostał na kolejne eliminacje – tym razem do mundialu we Włoszech. Rok 1987 przyniósł jednak także duży sukces w jugosłowiańskiej piłce – młodzieżowa reprezentacja zdobyła w Chile tytuł mistrzów świata, a na turnieju poznano wtedy takie nazwiska, jak: Robert Prosinečki, Zvonimir Boban, Davor Šuker, Predrag Mijatović czy Robert Jarni. Wydawało się, że w dorosłej reprezentacji na lata będą stanowili o jej sile. Tak się jednak nie stało…

Reprezentacja Jugosławii przeszła przez eliminacje do mundialu jak burza z bilansem 6-2-0, a w pokonanym polu pozostawiła m.in. Francję, Szkocję i Norwegię. Osimowi udało się także namówić na powrót do kadry 33-letniego wtedy Safeta Sušicia, który występował w PSG. Niestety, im lepiej grała reprezentacja, tym bardziej napięta robiła się sytuacja w kraju. W powietrzu dało się już wyczuć, że coś nadchodzi, nie dało się tego jednak jeszcze do końca zdefiniować. Bośniak wspomina, że w tamtym okresie człowiek musiał się więcej zajmować polityką, niż prawdziwą pracą. W kadrze reprezentacji był także jeden późniejszy piłkarz klasy światowej, który nie akceptował do końca faktu, że nie gra regularnie. Był nim Dejan Savićević. Wyniki i styl gry broniły jednak Osima, który wiedział jednak, że młody Czarnogórzec to talent czystej wody. Obaj panowie po czasie polepszyli swoje relacje, co potwierdza chociażby fakt, że „Genije” swoją koszulkę Milanu z finału Ligi Mistrzów w 1994 roku podarował synowi Ivicy Osima, Selmirowi. Gdy krytykowano go i obrażano z trybun za brak powołań do kadry dla niektórych piłkarzy, spokojnie odpowiadał: Cóż, taka praca.

Zdenerwowany Ivica Osim. Zdjęcie z opisywanego wcześniej blamażu z Anglią.

Mundial we Włoszech zbliżał się wielkimi krokami, a tymczasem na południowosłowiańskich terenach robiło się coraz bardziej gorąco. Nacjonalizm dawał o sobie coraz mocniej znać, a piłka nożna była do tego najlepszym wentylem. W maju 1990 roku doszło w Zagrzebiu do pamiętnych starć między kibicami Dinama Zagrzeb a Crvenej Zvezdy. Milicja nie reagowała (nie chciała?) w należyty sposób, co doprowadziło do potężnego chaosu na stadionie. Do historii przeszedł też moment, kiedy to Zvonimir Boban uderzył pochodzącego z Bośni milicjanta Refika Ahmetovicia. Pomocnik Dinama został zawieszony, przez co nie pojechał na mistrzostwa. Ahmetović po latach wyznał, że wtedy na murawie inni milicjanci krzyczeli do niego, żeby strzelał do Bobana. To tamtego dnia umarł jugosłowiański futbol. Niecały miesiąc później reprezentacja Jugosławii podejmowała w Zagrzebiu Holandię. Dziewięć miesięcy wcześniej grali na tym samym stadionie z reprezentacją Szkocji, a kibice świętowali wtedy zwycięstwo w eliminacjach i oklaskami nagrodzili piłkarzy. Teraz w trakcie grania jugosłowiańskiego hymnu stadion zaczął gwizdać. Widać było, że piłkarze nie do końca wiedzieli, jak się mają w tej sytuacji zachować. Byli tacy, co próbowali śpiewać (Tomislav Ivković i Faruk Hadžibegić), inni ironicznie się uśmiechali (Dragan Stojković i Dejan Savićević), a Safet Sušić lekko kiwał głową. Potem Hadžibegić, przed ustawieniem się do wspólnego zdjęcia, wypowiedział do kolegów z drużyny zdanie, które przeszło do historii tamtejszej piłki:

Jest nas jedenastu przeciwko dwudziestu tysiącom.

W tym samym momencie słychać, jak publiczność zaczyna skandować: Chorwacja! Chorwacja! Jugosławia przegrała mecz 0:2, a Osim, schodząc do szatni, na przemian klaskał i podnosił kciuk w górę, a na samym końcu machnął ręką w geście „idźcie do…”.

Trener Holendrów Leo Beenhakker stwierdził po meczu:

Nie wiedziałem, że mamy w tej części Europy tylu kibiców.

Na turniej nie pojechał także będący wtedy w doskonałej formie Mehmet Bazdarevic, który został zawieszony po eliminacyjnym meczu z Norwegią za… oplucie sędziego. Pierwszy mecz na mundialu zakończył się katastrofą – porażka z reprezentacją RFN w fatalnym stylu prognozowała szybkie zakończenie turnieju. Nastroje poprawiły nieco wygrane 1:0 z Kolumbią i i 2:0 z ZEA. Awans do następnej rundy został wywalczony z drugiego miejsca w grupie. Następnym przeciwnikiem była Hiszpania. Spotkanie rozegrano w niesamowitym upale – kapitan Dragan Stojković zarządził, że przed meczem nie będzie standardowej rozgrzewki, a jedynie trucht i rozciąganie – jakby przeczuwając, że mecz może potrwać więcej niż 90 minut. Prowadzenie objęli podopieczni Osima, a zdobyta przez Dragana Stojkovicia bramka była jeśli nie jedną z najładniejszych, to na pewno z najbardziej inteligentnych na tym turnieju. Oszukał pilnującego go Martina Vazqueza, posyłając go, jak sam mówi po gazety. Stojković wspominał także, że przed otrzymaniem podania pomyślał:

Boże, co ja bym dał, żeby ta piłka doszła do mnie.

Hiszpanie doprowadzili do wyrównania, jednak w dogrywce popularny „Piksi” po raz dał kolejny dał próbkę swojego geniuszu – fantastycznym strzałem z rzutu wolnego zapewnił Jugosłowianom awans do następnej rundy.

Dla tego kraju był to swego rodzaju rewanż za mecz na mundialu w 1982 roku, kiedy to będący gospodarzami turnieju Hiszpanie wygrali 2:1, a jedną z bramek zdobyli z rzutu karnego, który nie powinien zostać podyktowany (faul był przed szesnastką). Strzelali tę jedenastkę dwukrotnie, bo za pierwszym razem (Hiszpan spudłował) sędzia dopatrzył się wyjścia przed linię jugosłowiańskiego bramkarza. Teraz czekał już na nich ćwierćfinał, a w nim obrońca tytułu z najlepszym piłkarzem świata w składzie, czyli Argentyna i Diego Armando Maradona.

Na przedmeczowej rozgrzewce wszyscy piłkarze Jugosławii spoglądali na Diego, który jedynie truchtał po murawie i żonglował, mając na nogach rozwiązane buty. Spotkanie w początkowych fragmentach nie obfitowało w bramkowe okazje. Za to w 31. minucie czerwoną (konsekwencja dwóch żółtych) kartkę zobaczył Refik Šabanadžović. Od tego momentu Jugosławia była zespołem… lepszym. Osim pierwszą zmianę przeprowadził dopiero po godzinie gry, kiedy to Safeta Sušicia zmienił Dejan Savićević. To właśnie Savićević zmarnował w dogrywce doskonałą szansę na zdobycie gola, gdy z kilku metrów posłał piłkę ponad argentyńską bramką. Argentyna lepiej wykonywała rzuty karne, a w bramce miała specjalistę od bronienia jedenastek, czyli Sergio Goycocheę. Cichym bohaterem był Tomislav Ivković, który obronił rzut karny samego Maradony. Jugosłowianie wracali do domu – pytanie tylko, czy słowo „dom” jest w tym przypadku na miejscu… Osim po latach wspominał, iż szczerze wierzył w to, że ewentualny sukces tamtej reprezentacji był jedyną szansą, żeby zmienić bieg tego, co nadchodzi…

W 1991 roku przejął drużynę Partizana Belgrad. Działacze ze stolicy (jeszcze wtedy) Jugosławii bardzo nalegali, gdyż pozazdrościli sąsiadom kapitalnego sezonu (Crvena Zvezda wygrała wtedy Puchar Europy) i chcieli stworzyć podobnego giganta na skalę europejską. Zgodził się, ale jednym z warunków była możliwość dalszej pracy z reprezentacją Jugosławii.

Ivica Osim prowadzący trening Partizana

Z Partizanem w 1992 roku zdobył swoje (dopiero) pierwsze trofeum w karierze trenerskiej – Puchar Jugosławii. Mecz rewanżowy odbył się dwa przed rezygnacją Osima z funkcji selekcjonera reprezentacji Jugosławii. Następne eliminacje (do Euro 92) także były w ich wykonaniu doskonałe. Chorwaccy piłkarze ostatni mecz w barwach Jugosławii rozegrali z Cyprem w Belgradzie (7:0), a dwie ostatnie bramki w tamtym meczu zdobyli Zvonimir Boban i Davor Šuker (trafił także Robert Prosinečki). Słoweńcy i Boszniacy grali do końca eliminacji. 23. maja 1992 roku miała miejsce najsłynniejsza konferencja prasowa z udziałem trenera reprezentacji Jugosławii. Ivica Osim, ze łzami w oczach zrezygnował z prowadzenia zespołu:

To jest mój prywatny gest, wy go możecie rozumieć jak tylko chcecie. Jest to moja osobista decyzja. Nie chcę mówić o tym dlaczego ani niczego wyjaśniać, wy dobrze wiecie. Jeśli nie mogę zrobić niczego innego dla tego miasta, to mogę zrobić chociaż to. A wiecie, że urodziłem się w Sarajewie i wiecie co się tam dzieje. Tyle.

Najlepiej te słowa skomentował Predrag Mijatović, który stwierdził, że Ivica Osim pokazał, że pozostał człowiekiem. UEFA podjęła jednak decyzję o wycofaniu Jugosławii z turnieju, a w jej miejsce pojechała Dania, której piłkarze byli ściągani z urlopów. Piłkarze po powrocie ze Szwecji nie kryli swojego rozczarowania. Dejan Savićević:

Pierwszy raz taka sytuacja ma miejsce i tragiczne jest to, że przytrafiło się to akurat nam.

Kilka lat później Predrag Mijatović tak odniósł się do tamtych wydarzeń:

Wszystkie nasze marzenia i plany przepadły w ciągu pięciu minut przez jeden faks. Gdy oglądałem tamto Euro w telewizji to nie mogłem uwierzyć, że nas tam nie ma. To można było jeszcze przeboleć. Ale gdy Dania, która pojechała zamiast nas, wygrała turniej, to była już prawdziwa katastrofa.

Osim:

Oni nie walczyli dla Jugosławii. Oni walczyli dla tej gry. Gra jest ponad wojną.

W maju 1992 roku powiedział:

Musiało tak się stać, skoro latami wmawiano nam, że jesteśmy najmądrzejsi, najlepiej znamy się na fizyce, biologii i chemii, że gramy najpiękniejszy futbol, jesteśmy najwspanialszym narodem i najlepszymi kochankami, a w szkołach uczono nas, jacy to jesteśmy niezwyciężeni i że nikt nam nic nie może zrobić.

Real Madryt chciał go u siebie jako trenera dwukrotnie. Oto jak odniósł się do tego tematu:

Szczerze mówiąc bałem się. Nie wiedziałem co ja tam będę miał robić. Wiem, tylko szaleniec może odrzucić taką propozycję. To jest tak wielki klub z tak wielkimi nazwiskami – pytam samego siebie, jak powiem takiemu Butragueno, Sanchezowi czy Hierro co ma robić. Wystraszyłem się tej całej odpowiedzialności. Łatwo jest powiedzieć „tak”, ale trzeba przy tym wiedzieć „dlaczego”.

Po odejściu ze stanowiska trenera w Partizanie i reprezentacji Jugosławii wyjechał do Grecji, gdzie przez dwa lata był szkoleniowcem Panathinaikosu Ateny. Zdobył z klubem Puchar i Superpuchar Grecji.

Sturm

W 1994 roku został trenerem austriackiego Sturmu Graz – klubu, który do tego czasu nie wygrał żadnego trofeum w tamtejszej piłce. Osim stworzył drużynę, która zamiast bronić się przed spadkiem, zaczęła walczyć o mistrzostwo. Zdobyła je za kadencji Osima dwukrotnie, dokładając do tego dwa krajowe Superpuchary i jeden Puchar. Można powiedzieć, że Ivica Osim wziął austriacki futbol… szturmem. Trio: Ivica Vastić, Mario Haas i Hannes Reinmayr przeszło do historii austriackiej piłki. Pod koniec 1994 roku, po ponad dwóch latach, ponownie zobaczył się ze swoją żoną Asimą, która w czasie wojny została w Sarajewie. Ze Sturmem trzykrotnie wywalczył awans do fazy grupowej Ligi Mistrzów, co już samo w sobie było bardzo dużym sukcesem. Raz udało się wywalczyć z niej dalszy awans – było to w sezonie 2000/01, a za plecami pozostawili AS Monaco, Glasgow Rangers i Galatasaray Stambuł. Następna runda także była rozgrywana z podziałem na grupy. Tam za mocne okazały się drużyny Valencii (późniejszego finalisty) oraz Manchesteru United, natomiast w pokonanym polu został dwukrotnie były klub Osima – Panathinaikos.

Ciekawa sytuacja zdarzyła się w eliminacjach do Ligi Mistrzów w sezonie 2002/2003, mianowicie w trzeciej rundzie eliminacyjnej Ivica Osim mierzył się z izraelskim Maccabi Haifa, a jego syn Amar zasiadał na ławce trenerskiej Željezničara, który mierzył swoje siły z angielskim Newcastle United. Obaj panowie Osimowie odpadli ze swoimi rywalami. Po odpadnięciu Sturmu prezydent klubu Hannes Kartnig coraz mocniej krytykował swojego trenera – Ivica po ośmiu latach opuścił Graz, a już w następnym roku czekało na niego nowe wyzwanie – Japonia.

Japonia

Przed mundialem w Korei i Japonii 2002 FIFA wybrała go do komisji nadzorującej imprezę. Jedna z chorwackich gazet zgłosiła się do niego, aby pisał dla nich w trakcie  swoje felietony – Osim zgodził się, ale miał postawić dwa warunki: 1. Dziennikarz, który wystąpił z tą propozycją miał być jego ghostwriterem. 2. Ten sam dziennikarz miał znaleźć najbiedniejszą szkołę w Chorwacji i ufundować dla niej 10 komputerów. Miał powiedzieć dziennikarzowi:

Ja zapłacę za osiem komputerów, a pan za dwa i jesteśmy kwita.

Gdy został trenerem JEF United to klub praktycznie od samego początku szedł ku górze – najpierw trzecie i drugie miejsce, a potem upragnione (pierwsze w historii klubu) mistrzostwo kraju. To najprawdopodobniej wtedy Japończycy przekonali się ostatecznie, że mają u siebie wyjątkowego trenera. Asystentem Ivicy był w tym czasie jego syn Amar. Ivica Osim tak po latach opisał Marko Tomašowi w książce „Utakmice života” swój punkt widzenia japońskiego futbolu:

Oni uporczywie chcą być jak Anglicy lub Brazylijczycy. Powiedziałem im, może jako pierwszy, ze to nie jest możliwe i muszą znaleźć swoją drogę. Są bardzo wartościowi i ambitni, ale mają fizyczne i techniczne ograniczenia. Gdy mi przypomnieli, że strzeliłem im dwie bramki, odpowiedziałem: „Normalne, że strzeliłem, skoro jesteście tacy mali i słabi fizycznie”.

Po mundialu w 2006 został selekcjonerem reprezentacji Japonii, a kontraktowe negocjacje z tamtejszą federacją prowadził jego syn. Rok później Japonia, jako obrońca tytułu i jeden z faworytów, rozpoczęła rozgrywki grupowe Pucharu Azji od niespodziewanego remisu 1:1 z Katarem. Po tym meczu Osim był tak wściekły na zawodników, że jego tłumacz aż popłakał się w szatni. Wstrząs pomógł – dwa pozostałe mecze to pewne wygrane z ZEA i Wietnamem, co dało im pierwsze miejsce w grupie. W ćwierćfinale czekała już na nich, debiutująca na tym turnieju, Australia. O tym, kto awansuje miały zadecydować rzuty karne – Osim wyznaczył kto ma strzelać, a następnie… poszedł do szatni. Zapytany po meczu o powód takiej decyzji odpowiedział:

Nie chce umrzeć będąc selekcjonerem reprezentacji Japonii, ale w moim rodzinnym Sarajewie.

Japończycy lepiej wykonywali jedenastki i znaleźli się w najlepszej czwórce. Następnym przeciwnikiem była Arabia Saudyjska. Mecz niespodziewanie zakończył się porażką Japończyków 2:3 i pozostało jedynie zagrać o brązowy medal z Koreą Południową, która okazała się lepsza w rzutach karnych. Reprezentacji Japonii na pocieszenie pozostała nagroda fair play i tytuł (współ)króla strzelców dla Naohiro Takahary.

Ivica Osim jako trener reprezentacji Japonii

Po turnieju nadal prowadził japońską kadrę, aż nadszedł feralny dzień 16. listopada 2007 roku. Ivica Osim, oglądając mecz przed telewizorem, nagle osunął się na fotelu. Jego żona natychmiast zadzwoniła do syna Amara. Pomoc przybyła bardzo szybko i zaczęła się walka trenera o życie. Informacje o poważnym stanie, ze łzami w oczach, przekazał światu prezes japońskiej federacji piłkarskiej Saburo Kawabuchi. Kto choć trochę kojarzy japońską kulturę ten wie, kim jest dla Japończyków „sensei”. Dla osób z kraju Kwitnącej Wiśni kimś takim w świecie futbolu był i jest Ivica Osim. Cieszy się tam olbrzymim szacunkiem, był dla nich nauczycielem i można powiedzieć, że prawdziwym futbolowym mistrzem.

Warto wspomnieć fakt, iż w 2005 roku ukazała się książka pod tytułem „Słowa Osima”, która stała się w Japonii bestsellerem – sprzedano ją w 400 000 egzemplarzy. Ciężko sobie na to zapracował, a przy tym niewiele brakowało, by właśnie w Japonii odszedł na zawsze z tego świata. Wtedy też, po raz kolejny, okazało się jak wielkim szacunkiem wśród narodów południowosłowiańskich cieszy się Osim. Ludzie życzyli mu siły i zdrowia, a życzenia napływały z każdej byłej jugosłowiańskiej republiki. Przez dziesięć dni pozostawał nieprzytomny, a gdy odzyskał świadomość to pierwsze słowa, które skierował do żony były następujące:

Asimo, jaki jest rezultat?

Kilka lat później udzielił wywiadu, w którym porównał szybką interwencję służb medycznych do… piłki nożnej:

Szybkość jest ważna, podobnie jak w futbolu. Mnie szybka pomoc uratowała życie. To jest tak jak w piłce – ci którzy grają wolno, nie mogą wygrać.

NFSBiH

Praca selekcjonera reprezentacji Japonii była ostatnią w jego trenerskiej karierze. W 2011 roku stanął na czele komitetu zajmującego się normalizacją sytuacji w bośniackiej federacji piłkarskiej. Dziś robi co w jego mocy, aby jego ukochana dyscyplina sportowa w jego ukochanym mieście mogła iść ku lepszemu.

Najlepszym podsumowaniem życia i samej osoby Ivicy Osima są słowa Marko Tomaša:

Ludzie kochają go dlatego, że nie jest oszustem i nigdy nie składał pustych obietnic.

Kilka lat temu na ulicy Sarajevskiej w Belgradzie pojawił się taki oto mural:

MATEUSZ WOŹNIAK

Oceń ten tekst!
[Suma: 0 Średnia: 0]
Redakcja
O Redakcja 363 artykuły
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: kontakt@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl