Jak Motor Lublin mierzył się z Realem

Brzmi jak bajka? Tak, to co wydarzyło się przed dwudziestu laty dla współczesnych kibiców może wydawać się czymś nierealnym. Nic w tym dziwnego. Odpowiedź na pytanie czy drużyna z zaplecza polskiej Ekstraklasy może dziś liczyć na rozegranie sparingowego meczu z ekipą klasy Realu Madryt, nie ponosząc przy tym z tego tytułu żadnych kosztów, jest oczywista.

W 1995 roku taka heca była jednak możliwa. Wystarczyło tylko mieć w składzie Rafała Szweda – obrońcę, który wpadł w oko łowcy młodych talentów z Europy Środkowo-Wschodniej, Władysławowi Kozubalowi. Szczęśliwym „posiadaczem” właściwego zawodnika okazał się lubelski Motor.

Kozubal widział świetlaną przyszłość Rafała w szwajcarskim FC Basel i w ramach rozliczeń pomiędzy klubami zorganizował dla zawodników z Lublina czterodniowy obóz piłkarski w Vavey, małym malowniczym mieście, położonym nad brzegiem Jeziora Genewskiego. Kulminacyjnym momentem pobytu miało być rozegranie towarzyskiego meczu z Realem Madryt dla uświetnienia 90. rocznicy założenia lokalnego klubu Vevey Sports.

Motor Lublin podczas meczu z Realem Madryt. /fot. Lubelskie Centrum Dokumentacji Historii Sportu

Pomimo, że przeciwnik Królewskich był dla Hiszpanów z lekka egzotyczny, to podeszli oni do meczu bardzo poważnie, desygnując na boisko wszystkich swoich najlepszych piłkarzy. Nic więc dziwnego, że zawodnicy z Madrytu od początku do końca dyktowali warunki na murawie. Spotkanie zakończyło się rezultatem 7:0. Niestety, lublinianom nie udało się zdobyć honorowej bramki, chociaż gdyby nie błąd sędziego, który nie podyktował ewidentnego rzutu karnego, to kto wie czy mecz nie rozpoczął by się od sensacji.

Uczestnik ówczesnych wydarzeń – Tomasz Jasina, obecnie dziennikarz i komentator sportowy TVP – tak dziś wspomina spotkanie z Realem:

Mecz był dla nas wielką frajdą i wręcz euforią, że na boisku biegamy obok takich gwiazd. Pan Rothlisberger mógł też spojrzeć na nas życzliwym okiem, kiedy na samym początku nie podyktował rzutu karnego. Inna sprawa, że gdybyśmy wyszli na prowadzenie, to może rozwścieczylibyśmy na tyle Real, że o porażce tylko siedmioma bramkami trzeba by było zapomnieć.

Real Madryt podczas meczu z Motorem Lublin. /fot. Lubelskie Centrum Dokumentacji Historii Sportu

Pomocnikowi lubelskiej drużyny przypadł zaszczyt grania „na Laudrupa”.

Michael Laudrup to dla mnie wciąż synonim pewnej elegancji w futbolu. Nienaganna technika, zmysł do kreowania gry, drybling, przyspieszenie – to cechy, które czyniły z niego istotnie wielkiego piłkarza. Mnie rzeczywiście łatwo nie było, ale wcale nie „pękałem”. Kilka razy powalczyłem zdecydowanie o piłkę, miałem sporo dobrych zagrań w tym meczu ale oczywiście różnica była widoczna. Najlepiej wtedy kiedy rywale przyspieszali, z piłką albo bez niej.

Piłkarze Motoru byli rozczarowani, nie tylko wynikiem. Oprócz wspomnień i kilku zdjęć nie udało się im pozyskać innych cennych, tradycyjnych pamiątek. Niestety zawodnicy Królewskich nie chcieli w ogóle wymienić się koszulkami. Czyżby te, w których wystąpili piłkarze z Lublina, nazbyt przypominały stroje największego rywala, Barcelony? Po stronie „zdobyczy” z tego pamiętnego meczu można zapisać skromny proporczyk Realu, który zresztą szybko gdzieś zaginał oraz… kontuzję Dominika Malesy, która na około siedem miesięcy przerwała jego dobrze zapowiadająca się karierę. Uraz lubelskiego obrońcy był efektem brutalnego faulu ze strony Fernando Hierro, który jeszcze w ubiegłym sezonie był asystentem trenera Carlo Ancelottiego.

Piłkarze Motoru Lublin z młodym Raúlem./ fot. Centrum Dokumentacji Historii Sportu

A jak potoczyły się losy innych bohaterów tego niezwykłego meczu? O Tomaszu Jasinie już wspominaliśmy. Główny „winowajca” całego zamieszania, Rafał Szwed, nigdy nie trafił do obiecanej Szwajcarii. Karierę kontynuował w polskich klubach, a obecnie szefuje restauracji sushi w Olsztynie i jako działacz sportowy próbuje odbudować pozycję tamtejszego Stomilu. Organizator meczu, Władysław Kozubal, popadł w finansowe kłopoty i zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach w Szawjcarii, chociaż według policji było to samobójstwo. Arbiter spotkania, Kurt Röthlisberger, był wówczas jednym z najlepszych sędziów na świecie, ale karierę zakończył w niesławie – dożywotnią dyskwalifikacją za ustawianie wyników meczów w Lidze Mistrzów. No i w końcu Luis Enrique – dziś świętujący triumfy jako trener FC Barcelony.

Dziękuję red. Tomaszowi Jasinie za podzielenie się wspomnieniami oraz Lubelskiemu Centrum Dokumentacji Historii Sportu za udostępnienie zdjęć z tego wydarzenia.

KINGA WIŚNIEWSKA

Tekst pochodzi ze strony magazynu miłośników hiszpańskiego futbolu – Ole Magazyn. Gorąco zachęcamy do odwiedzania ich tutaj

 

 

 

Redakcja
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: kontakt@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl