Jan Ciszewski – głos piłkarskich sukcesów

Na Retro Futbol prawie codziennie opisywani są wybitni piłkarze, czy sylwetki wielkich trenerów. Pisaliśmy o sędziach, działaczach. Do historii polskiej piłki przeszedł także ten, który opowiadał o jej największych sukcesach milionom rodaków. I przez te miliony został pokochany. Wielu z nas wychowywało się na Dariuszu Szpakowskim. Niemało jest w naszym kraju fanów Mateusza Borka. W złotych czasach polskiego futbolu pierwszym głosem był jednak Jan Ciszewski.

Nieudane marzenia o byciu sportowcem

Kiedy Ciszewski miał dziewięć lat, nieszczęśliwie skoczył z wozu, przez co zerwał ścięgno w prawej nodze. Kilka lat później zaczął jeździć na motocyklu żużlowym. Niestety miał wypadek na torze. Połączony dodatkowo z niefortunnym zdarzeniem z dzieciństwa, sprawił, że kariera sportowa została zahamowana. Młodemu Jankowi groziła nawet amputacja, ale na szczęście udało się jej uniknąć. Prawa noga była o 12 centymetrów krótsza od lewej. Nie porzucił jednak swojego marzenia. Jeździł na przygotowanym przez przyjaciół specjalnym motocyklu, ale w rywalizacji z pełnosprawnymi zawodnikami nie miał wielkich szans. To żużel był dyscypliną, od której zaczęła się kariera „Cisa”. Wprawdzie nie został sportowcem, ale dzięki temu, że opowiadał o ich zmaganiach, stał się słynny w całej Polsce.

W 1951 roku nagrał swój głos na kasetę magnetofonową właśnie podczas zawodów czarnego sportu. W kolejnym roku doczekał się debiutu w eterze. Relacjonował w Radiu Katowice mecz piłkarski, w którym Unia Chorzów zmierzyła się z Budowlanymi Gdańsk. Cztery lata później przejęła go lokalna telewizja. Po zaledwie pięciu latach pracy pojechał na swoje pierwsze igrzyska olimpijskie. Były to zimowe zmagania w Cortina d’Ampezzo. Od roku 1972 należał do Naczelnej Redakcji Programów Sportowych Telewizji Polskiej w Warszawie. Największe zawodowe sukcesy były dopiero przed nim. Został zapamiętany przede wszystkim z komentowania największych osiągnięć naszego piłkarstwa.

W 1970 roku miał okazję komentować największy sukces polskiej piłki klubowej. Górnik Zabrze awansował wtedy do finału Pucharu Zdobywców Pucharów, eliminując w dramatycznych okolicznościach, po trzech meczach i rzucie monetą, włoską AS Romę. We wszystkich opisach tej pamiętnej rywalizacji przypominane są nie tylko popisy Lubańskiego, Gorgonia i Oślizły, ale także słowa wypowiadane przed milionami widzów przez Ciszewskiego.

W relacji telewizyjnej odpowiednią atmosferę budował w tym czasie słynny Jan Ciszewski: „Rzucona moneta” – powiedział komentator i po chwili ucichł. I nagle w telewizorach milionów Polaków zagrzmiało: „Polska! Górnik! Sprawiedliwości stało się zadość!” Stało się bowiem jasne, że losowanie wygrał kapitan górników Stanisław Oślizło – W taki sposób o trzecim spotkaniu polsko-włoskiej potyczki pisano w publikacji „Wielkie Kluby Europy. AS Roma” wydanej przez „Przegląd Sportowy”.

Sukcesy reprezentacji

Pierwszy reprezentacyjny sukces, jaki Ciszewski miał okazję komentować, to mistrzostwo olimpijskie zdobyte w 1972 roku przez chłopców Kazimierza Górskiego. Biało-czerwoni pokonali w finale Węgrów i wrócili z Monachium z najcenniejszym medalem. Kolejny rok przyniósł chyba najważniejszy mecz w historii polskiego futbolu. Bez tego legendarnego spotkania nie byłoby kolejnych osiągnięć. Słynny remis z Anglią na Wembley stał się nad Wisłą elementem popkultury. Odniesienia do niego pojawiały się w filmach, a opowieści ojców i dziadków o tym wydarzeniu, w wielu rodzinach umilały czas spędzony przy kominku w długie zimowe wieczory. Polacy zremisowali z Anglikami i wywalczyli pierwszy po wojnie awans na mundial. Sukces obwieścił rodakom właśnie „Cis”:

Mój Boże, co ja mam Państwu powiedzieć? Tyle lat na to czekałem… – łamiący się głos komentatora wybrzmiał w milionach polskich domów. A wypowiedziane wówczas słowa przeszły do historii.

Słynny sprawozdawca towarzyszył kadrze Górskiego także na samych mistrzostwach. Polacy zajęli trzecie miejsce, a głos Ciszewskiego rozpoznawano już w całym kraju. Nie mogło to dziwić. Zwycięstwa z Włochami, Argentyną czy Brazylią, a także zacięta walka z Niemcami na stadionie przypominającym basen, to wydarzenia, o których skomentowaniu marzy każdy człowiek wykonujący tę pracę.

Pojechał też na kolejny mundial. Tym razem z Argentyny przesyłał do kraju relacje ze zmagań podopiecznych Jacka Gmocha. Drużyna, która przez wielu uważana była za faworyta do wygrania turnieju, nie znalazła się w pierwszej czwórce. Duży wpływ miała na to porażka z Argentyną, czyli gospodarzem. Najsłynniejszy zmarnowany rzut karny w historii polskiej piłki nożnej… W dzisiejszych czasach w takiej sytuacji z ust wielu komentatorów pewnie wydobyłby się potok słów. Ciszewski skomentował to inaczej. W mistrzowski sposób zagrał pauzą.

W Argentynie medalu nie zdobyliśmy, ale już cztery lata później zespół prowadzony przez Antoniego Piechniczka zajął trzecią pozycję na czempionacie w Hiszpanii. Był to ostatni wielki turniej Ciszewskiego. Niedługo po zakończeniu mistrzostw słynny dziennikarz odszedł z tego świata. Zakończył pięknie – wielkim sukcesem polskich piłkarzy, którzy, co oczywiste, byli w kraju witani jak bohaterowie.

Samolot, którym kadra wracała na Okęcie, miał awarię, musiał wracać do Madrytu i Polacy przylecieli do Warszawy z ośmiogodzinnym opóźnieniem. Mimo to czekały na nich tysiące kibiców. Prosto z lotniska karetka zabrała do szpitala chorego Jana Ciszewskiego, najsłynniejszego telewizyjnego komentatora piłkarskiego. To był jego ostatni mundial. Zmarł pięć miesięcy później – pisał w drugim tomie „Mojej historii futbolu” Stefan Szczepłek.

Już podczas wyjazdu do Hiszpanii Ciszewski był chory. Nie chciał jednak rezygnować z pracy na tak ważnej imprezie. Wiele osób znających komentatora uważa, że to właśnie podczas mistrzostw tak mocno ucierpiało jego zdrowie.

Jadąc na mistrzostwa świata w Hiszpanii, był już chory, ale nie mógł z tego zrezygnować – tak żył piłką nożną. Proszę pamiętać, że tak jak piłkarze, tak też dziennikarze mieszkali w hotelach bez klimatyzacji. Dla zdrowego człowieka były to ciężkie warunki, a co dopiero dla chorego. Wydaje mi się, że jeszcze bardziej nadwyrężył tam sobie zdrowie i dlatego tak szybko od nas odszedł – opowiadał Janusz Zaorski w artykule „Człowiek, który stał się legendą za życia” autorstwa Dariusza Dobka z portalu Onet Sport.

Sam „Cis” wspominał o tym na łamach „Przeglądu Sportowego” po powrocie z Półwyspu Iberyjskiego:

Przez cały pobyt w Hiszpanii byłem w złym stanie zdrowia. Wróciłem zupełnie chory, tak, że musiałem iść do szpitala. To – i rozgoryczenie ostrą krytyką – sprawiło, że istotnie początkowo chciałem dać za wygraną.

Wyjątkowy styl

Nie ma wątpliwości, że Ciszewski stał się wzorem dla wielu współczesnych komentatorów. Tak w cytowanym wcześniej artykule opowiadał o nim Mateusz Borek:

Świetny narrator, doskonale czuł emocje widza. Wiedział czego widz potrzebuje i jak ma zagrać na emocjach, by stworzyć odpowiedni klimat widowiska. Wybitny gawędziarz – z taką pozytywną konotacją. Bo to sztuka opowiadać tak, by była cisza, a ludzie ze zdumienia mieli otwarte usta.

Dziennikarz Polsatu potrafi także wytłumaczyć przyczyny jego ogromnej popularności:

Legendę Ciszewskiego budowało to, że w jego czasach nie było tylu kanałów telewizyjnych i transmisji sportowych. Komentatorom łatwiej było kłaść podwaliny pod swoje pomniki.

Jan Ciszewski i Władysław Żmuda. Źródło zdjęcia: „Moja historia futbolu” autorstwa Stefana Szczepłka

Jednak pojawiały się także krytyczne głosy na temat jego komentarza. Ciekawie opowiadali o nim dziennikarze Eurosportu, Tomasz Jaroński i Krzysztof Wyrzykowski w książce „Rach-ciach-ciach, czyli pchamy, pchamy” – rozmowie-rzece obu panów.

TJ: Chwalony komentarz Jana Ciszewskiego, który jest bogiem, komentarz podawany jako niedościgniony przykład Dariuszowi Szpakowskiemu czy innym komentatorom. Ten komentarz, patrząc oczywiście z dzisiejszego punktu widzenia, jest mocno średni. Krzysztofie, pamiętasz Wembley, oglądałeś?

KW: Oczywiście, że pamiętam Wembley, ale przede wszystkim Jana Ciszewskiego, z którym przez kilka ładnych lat pracowałem w tej samej redakcji. Wiesz co, wtedy ten komentarz Janka Ciszewskiego był bardzo emocjonalny i oczywiście zdawaliśmy sobie wszyscy sprawę – i Janek też sobie dawał sprawę – z chropowatości języka, którego używał. Było bardzo wiele krytycznych artykułów i głosów, że to nie jest poprawny polski, że nie wolno takiej polszczyzny propagować w telewizji. Były różnego rodzaju, czasami uszczypliwe i niepotrzebne, uwagi pod adresem Janka, bo jednak przekazał on nam tyle ładunku emocjonalnego i te jego powiedzenia…

Ciszewskiemu zarzucano wiele. Błędy językowe, niepoprawną wymowę nazwisk, a czasem też stronniczość.

W czasie meczu Ruchu z St. Etienne zdarzył się następujący wypadek. Piłkarz polski i francuski wyskoczyli w powietrze, przy czym nasz zawodnik całkiem niechcący kopnął Francuza w podbrzusze. Red. Ciszewski nie ma alibi. Tymczasem z jego ust nie wydobyło się ani jedno słowo współczucia dla cudzoziemca, który klęczał, trzymał się obiema rękami za bolesne miejsce i wręcz rył twarzą w ziemi, a potem otwierał szeroko usta jak ryba wyjęta z wody, usiłując złapać powietrze. Każdy mężczyzna wie, że ból taki zazwyczaj dość prędko ustępuje i kiedy Francuz wrócił do gry, red. Ciszewski skomentował cały incydent krótko: „Wiele hałasu o nic”. Gotów jestem umówić się z red. Ciszewskim i zrobić mu takie „nic” – pisał w 1975 roku na łamach „Polityki” Daniel Passent.

Wita państwa Dariusz Ciszewski

O tym, jak wybitną postacią zarówno w polskim futbolu, jak i w świecie dziennikarstwa był Ciszewski, świadczy scena, która miała miejsce przy okazji meczu eliminacji ME 1992. Polska, tak jak przed prawie dwiema dekadami, mierzyła się z Anglią. Znów mecz z Brytyjczykami i rywalizacja na słynnym londyńskim stadionie. Tyle, że dla Telewizji Polskiej spotkanie relacjonuje Dariusz Szpakowski. Zaczynając transmisję, zalicza jedną z najsłynniejszych wpadek w historii tego zawodu. Przedstawia się jako… Dariusz Ciszewski.

Wembley z 1973 roku oglądałem jako młody człowiek. 17 lat później wszedłem na stanowisko komentatorskie na tym stadionie. Nie miałem połączenia z krajem. To zawsze nerwowa sytuacja. W ostatniej chwili udało się jednak połączyć. Wcześniej przygotowałem sobie całe wejście. „Przed laty Jan Ciszewski pięknie opowiadał, teraz po latach ja mam przyjemność komentowania” i… w skrócie powiedziałem, że nazywam się Dariusz Ciszewski. Całą noc potem nie spałem – opowiadał o sytuacji Szpakowski.

O wpadce dowiedział się już po meczu od kolegów.

Zaraz po powrocie do Polski, przy okazji prowadzenia „Sportowej Niedzieli”, przeprosiłem rodzinę Janka i kibiców. Tłumaczyłem, że stadion Wembley robi takie wrażenie, że człowiek zapomina jak się nazywa. Co ciekawe, nie brakuje jednak kibiców, którzy są święcie przekonani, że zrobiłem to świadomie. Kiedyś na stacji benzynowej podszedł do mnie mężczyzna i pogratulował pomysłu. „Pięknie pan to połączył. Aż się wzruszyłem – mówił komentator.

Barwna postać

Jan Ciszewski to ciekawa postać nie tylko ze względu na zawodowe osiągnięcia. Był wybitnym komentatorem, ale przede wszystkim barwną personą. Znów warto przywołać słowa jego znajomych z cytowanego już artykułu redaktora Dobka. Na początek ponownie Borek:

Zapamiętałem go jako człowieka, który był charakterystyczny, charyzmatyczny, a do tego był wybitnym futbolowym gawędziarzem. Starsi piłkarze opowiadali mi, że była to kolorowa postać.

Stanisław Oślizło, legendarny gracz wielkiego Górnika Zabrze, podobnie wypowiadał się o bohaterze tego tekstu:

Spędzaliśmy wspólnie sporo czasu, braliśmy udział w towarzyskich spotkaniach, bywał u mnie w domu. Przyjaźniliśmy się. Bardzo ubolewałem, gdy od nas odszedł.

Zdjęcie starszego już Ciszewskiego z dodatku „Piłka w grze” gazety Rzeczpospolitej

Sporo mówiło się o problemach z hazardem. Został nawet zwolniony z Radia Katowice. Po ponownym zatrudnieniu zawieszono go na dwa lata. Istniały pogłoski, według których „Cis” przegrywał w karty duże sumy pieniędzy, zadłużając się u ludzi z różnych środowisk. Córka komentatora, Joanna Ciszewska, nieco inaczej patrzy na ten problem (znów wypowiedź ze znakomitego artykułu Dariusza Dobka):

Hazardzista? Z Mamą bardzo bronimy go przed takim określeniem. Hazardzistą jest się wtedy, gdy ta gra jest nałogowa, a do tego krzywdzi otoczenie i bliskich. Jak chociażby przez brak pieniędzy, niekończące się długi, znikanie z domu wartościowych rzeczy. Natomiast ojciec doskonale nad tym panował. On grał, bo lubił. Natomiast nigdy nie zdarzyło się, żeby z tego tytułu wynikały jakieś problemy. Takie były czasy. Nie było alternatywy w postaci innych rozrywek. Miał swoją stałą ekipę, która regularnie spotykała się i grała w pokera czy brydża. Aczkolwiek wiadomo, że hazard zawsze brzmi ciekawiej niż to, że ktoś po prostu lubił grać.

Miał także epizod związany ze Służbą Bezpieczeństwa. Z racji wykonywanego zawodu, często wyjeżdżał zagranicę, co miało wpływ na zainteresowanie SB jego osobą. Został nawet zarejestrowany jako jej współpracownik, ale ponieważ unikał przekazywania informacji, służba sama z niego zrezygnowała.

Ludzie pamiętają

O Ciszewskim nie sposób zapomnieć. Wszak jego komentarz okrasił największe sukcesy najukochańszej w naszym kraju dyscypliny. Do 2012 roku odbywał się żużlowy memoriał jego imienia. Jest patronem stadionu Czarnych Sosnowiec. Jego imię noszą Szkoła Podstawowa w Waleńczowie oraz jedna z warszawskich ulic.

Jan Ciszewski to bez wątpienia jedna z największych postaci w historii polskiego dziennikarstwa sportowego. Komentował żużel, hokej czy szermierkę. Większość kibiców pokochała go jednak za relacjonowanie futbolu. Przez wielu wspominany jest z tak wielkim sentymentem jak ówcześni piłkarze. I chyba nie ma się czemu dziwić. W końcu jego głos przez lata był obecny w polskich domach. Wybrzmiewał z czarno-białych telewizorów w czasach PRL-u. I będzie wybrzmiewał także z czterdziestocalowych odbiorników już zawsze, gdy tylko telewizja przypomni o największych sukcesach naszego piłkarstwa. Miał monopol na komentarz i świetnie się to zgrało z wielkimi sukcesami reprezentacji Polski. Trzeba umieć to wykorzystać.

GRZEGORZ ZIMNY

Materiały, z których korzystałem: