Jan Koller – czeski wieżowiec

Zdjęcie główne: alchetron.com

Gdyby sugerowano się jego warunkami fizycznymi, zapewne nikt nie dałby mu szans w profesjonalnym futbolu. Na przekór wszystkim, ponad dwumetrowy (202 cm) wieżowiec z Czech, pokazał, że chłopak z 260-osobowej wsi może stać się idolem w swoim kraju. Jego żona mówiła, że nigdy nie czuła, iż związała się z gwiazdą futbolu. Był po prostu skromnym człowiekiem, którego wszędzie uwielbiano. Sam często powtarzał: „Panowie Bican, Masopust – to są legendy. Pavel Nedvěd również nią będzie. Ale ja nie będę nią nigdy”. Mamy nadzieję, że po przeczytaniu tego artykułu utwierdzicie się w przekonaniu, że popularny „Dino”, czyli Jan Koller – także nią jest.   

Pierwsze sześć lat życia Jan spędził w Pradze, ale jego prawdziwym domem stała się Smetanova Lhota. Mała wioska niedaleko Przybramu w południowo-zachodnich Czechach. To ona w dużym stopniu ukształtowała zawodnika, który stał się najskuteczniejszym strzelcem w historii czeskiej reprezentacji. Kiedy w pobliskim barze emitowano mecz z jego udziałem, wszyscy zbierali się, żeby głośno dopingować. Na jednej ze ścian widniał tam wizerunek Jana w rzeczywistych rozmiarach.

Gdyby nie pobyt na wsi, nawet bym nie pokopał piłki. Zapewne nie jest przypadkiem, że wielu piłkarzy dorastało poza wielkimi miastami. Jedynym obowiązkiem, jaki mieliśmy w wolnym czasie, było uganianie się za futbolówką – powiedział Jan, kiedy to w 2000 roku odbierał nagrodę dla najlepszego piłkarza Republiki Czeskiej.

Hokej, pozycja bramkarza oraz Sparta Praga

Podczas pobytu w Pradze, Koller wahał się pomiędzy hokejem a piłkę nożną. Ostatecznie zdecydował się na tę drugą dyscyplinę, ale mecze na lodowisku pozostały jego hobby. Nie było to jedyne zainteresowanie Kollera. „Dino” uchodził za prawdziwego fana sportów wszelakich, zaczynając od tenisa, a kończąc na koszykówce. Aktywność fizyczna stanowiła u niego chleb powszedni już od najmłodszych lat. Wracając ze szkoły, rzucał swój plecak w kąt i razem ze starszym bratem i innymi chłopcami biegł się bawić.

Najgorszą rzeczą dla niego było to, kiedy ktoś zakazał mu grać w piłkę. Szlaban na telewizję lub coś innego mu nie przeszkadzał, ale kara na futbol go bolała. Jednak nie karaliśmy go zbyt często, bo był fajnym i grzecznym dzieckiem. Podobnie jak jego brat, był prawdziwą bestią podczas gry w piłkę – powiedział ojciec Jana.

Wielki wpływ na wychowanie Honzy (zdrobnienie imienia Jan) miała jego mama. Wkładała sporo serca i wysiłku, w końcu musiała codziennie prać ubrania trójce chłopaków, ciągle biegających za piłką. Do futbolu zachęcił ich ojciec, który poświęcił się motocrossowi, lecz w wieku 30 lat spróbował swoich sił w bramce lokalnej drużyny. Tym samym tropem poszły jego pociechy. Jak nie trudno się domyślić, ze względu na swój wzrost, Jan ustawiany był początkowo w bramce, nie w ataku.

Gdy wszyscy grali w polu, ja musiałem iść do bramki. Pamiętam, płakałem, że nie mogłem wtedy grać w ataku – wspominał swoje trudne początki.

Dopiero w wieku 17 lat „Dino” zaczął występować na swojej ulubionej pozycji. W jednym sezonie, wspólnie ze swoim bratem Petrem, nastrzelali 87 bramek. Po odbyciu służby wojskowej wyjechał grać do pobliskiego Milevska. Pewnego dnia ktoś z Pragi zaczął o niego wypytywać, a już dwa tygodnie później Honza trafił do rezerw tamtejszej Sparty.

Kibic Kangurów staje się Spartanem

Od wczesnego dzieciństwa Jan kibicował innemu klubowi z Pragi – Bohemiansowi, lecz los wybrał mu inny kierunek. Można porównać ten przypadek do transferów najlepszych klubów – Realu Madryt czy Bayernu Monachium. Takim firmom się nie odmawia. „Dino” zamieszkał więc z babcią w Sestajovicach, a od kwietnia 1994 roku zaczął trenować w rezerwach Sparty w praskiej dzielnicy Uhříněves.

Mogłem wybrać mieszkanie z babcią lub w schronisku. Ale nie umiałem nawet ugotować wody na herbatę. Babcia się mną opiekowała, a ja miałem czas dla siebie. Teraz potrafię sam o wszystko zadbać. Wszystko z powodu wyjazdu za granicę, tam nauczyłem się  prasować, gotować, prać. Bywałem zmęczony, ale musiałem prać. Nauczyłem się też gotować, a moją specjalnością jest kurczak curry z ryżem. Zanim się jednak doszkoliłem, to kilka spalonych garnków musiałem wyrzucić…

Drużynę z Pragi prowadził wówczas niemiecki szkoleniowiec Jürgen Sundermann, który zastąpił jesienią Jozefa Chovanca. W okresie przygotowawczym Jan pokazał się z dobrej strony, co zaowocowało włączeniem go do kadry pierwszego zespołu. Nie było to jedyne wzmocnienie, ponieważ trener próbował ożywić zespół jeszcze trzema innymi zawodnikami z rezerw.

Każdy z nich ma potencjał, aby grać w lidze. Największy z nich ma oczywiście Koller – przewidział wówczas Jürgen Sundermann.

Podobnego zdania był prezes Sparty, Petr Mach, który cieszył się , że za gwiazdę ze Smetanovej Lhoty musieli zapłacić ledwie 300 tysięcy koron. Debiut Jana w lidze przypadł na 5 marca 1995 roku, przeciwko ekipie z miejscowości Benešov. Po blisko 70 minutach gry, pojawił się na murawie z numerem 16 na plecach, zmieniając Romana Vonáška. Dla Kollera był to pierwszy i ostatni mecz pod wodzą Sundermanna, który podał się do dymisji ze względu na konflikt z prezesem Machem.

W miejsce Niemca przybył Jozef Jarabinsky. Ten szybko polubił wysokiego napastnika, lecz na swoją prawdziwą szansę Jan musiał czekać prawie miesiąc. Ciężko pracował, aby znowu zameldować się na boisku. Gdy już się na nim pojawił, to strzelił swoją pierwszą ligową bramkę przeciwko Bohemians. Ciekawostką jest, że wówczas wchodząc z ławki rezerwowych, zmienił wschodzącą gwiazdę europejskiego futbolu – Nedvěda.

Podczas gry w klubie z Pragi, przylgnęła do niego ksywka „Dino”. Nazywano go tak w każdej drużynie, do której trafił. Podczas meczów zakładał na siebie pod spód koszulkę z dinozaurem.

Kiedy byłem w Sparcie, w telewizji leciał serial bajkowy o dinozaurach. Chłopaki podłapali, że mi się spodobał. Nie wiem kto to wymyślił, ale od tego czasu to się za mną ciągnie – wspominał Koller.

O ile w pierwszych sześciu miesiącach Jan nie spędzał zbyt wiele minut na boisku, o tyle w następnym sezonie grywał już regularnie. Drużyną, przeciwko której w wyjściowym składzie wystąpił po raz pierwszy, były Czeskie Budziejowice. Sparta miała świetną jesień, a Koller mógł posmakować europejskich pucharów – pierwszym przeciwnikiem okazało się Galatasaray. Po przejściu tureckiej ekipy, prażanie zmierzyli się z wielkim Milanem, w którego składzie grały  prawdziwe legendy futbolu – Allesandro Costacurta, Franco Baresi, Paolo Maldini czy liberyjski egzekutor George Weah. Po ambitnej walce (w dwumeczu 0:2) Sparta pożegnała się z Pucharem UEFA, lecz dzięki dobrym występom, Jan został powołany do kadry U-21. Tam przyglądał mu się selekcjoner pierwszej reprezentacji, Dušan Uhrin.

Można powiedzieć, że wszystko, co dobre, kiedyś się kończy. Mecz z Milanem był ostatnim na ławce trenerskiej dla Jarabinskiego. W jego miejsce wskoczył Vlastimil Petržela. Rozdział pod tytułem „Jan Koller w Sparcie Praga” został zamknięty. Wszyscy za złą postawę zespołu obwiniali „Dino”, którego kibice coraz częściej oskarżali o porażki swojego zespołu. Pierwszy raz w życiu Jan doświadczył ciemnej strony futbolu, ciągłego wytykania błędów, nienawiści ze strony fanów oraz obciążenia psychicznego, które niewątpliwie dawało się we znaki. Gdy miał wszystkiego dość, był gotów zrobić nawet krok w tył i przenieść się do Czeskich Budziejowic, które położone są niedaleko Smetanovej Lhoty. Jednak w mroku pojawiło się jasne światełko.

Belgijskie wybawienie

Wydawało się, że kariera czeskiego napastnika może się zatrzymać. Naturalnym posunięciem było znalezienie nowego pracodawcy. Jan budził duże zainteresowanie, a do Pragi wpłynęła oferta z Belgii, konkretnie z Lokeren. Wszystkie formalności załatwił Josef Vacenovský, który na początku lat 90. reprezentował barwy Trójkolorowych. Bardzo cenił go prezes belgijskiej drużyny, Roger Lambrecht. Podkreślał, że od zawsze miał szczęście do dobrych ludzi, którzy podawali mu rękę, nawet w najtrudniejszych sytuacjach. Klub z Flandrii Wschodniej zapłacił za Jana 100 tysięcy marek, które z perspektywy czasu nie okazały się pieniędzmi wyrzuconymi w błoto. Wręcz przeciwnie.

Jeśli tam by mi nie wyszło, wróciłbym do Czeskich Budziejowic. Poszedłem i się udało. Lokeren było moim wybawieniem. Znowu zacząłem cieszyć się piłką, po tym piekle w Sparcie. Jednak dziękuję, że pchnęła mnie do wielkiego futbolu. Urazy nie czuję.

Dla chłopca z czeskiej ligi gra w Belgii stanowiła spore wyzwanie. W zespole z Lokeren panowała rodzinna atmosfera i wzajemny szacunek. Relacje wyglądały o wiele lepiej niż w Pradze. Styl belgijskiej piłki różnił się od tego, z którym Koller spotkał się w swojej ojczyźnie. Kładziono wielki nacisk na grę fizyczną.

Od pierwszej do 90. minuty szliśmy na całość. Szybkie tempo, często kosztem dokładności. W Sparcie graliśmy spokojniej, utrzymując piłkę. Tutaj była piłka do przofu i do dzieła. No to się Honza nabiegał – wspominał Roman Vonášek.

Graliśmy takim angielskim stylem, do którego pasowałem – zgodził się z kolegą Jan.

Najgorszą rzeczą dla „Dino” okazał się… język. Nie znał innego, prócz rodzimego, a flamandzki przychodził mu z wielkim trudem. Drugim problemem były korki do gry, bo jak nie trudno się domyślić, butów o rozmiarze 50(!) nie dało się kupić w zwykłym sklepie. Firma Adidas starała się go jednak na bieżąco zaopatrywać.

Dobra zmiana i czeska kolonia

Pierwszym szkoleniowcem Lokeren, za czasów Kollera, był Fi Van Hoof, który przez dwa sezony stał za sterami klubu. Być może miał dobry kontakt z zawodnikami, ale kariera Jana nabrała rozpędu dopiero w momencie, gdy zespół objął Will Reynders.

Z jego przyjściem wszystko obróciło się ku lepszemu. Pod Van Hoofem byłem częścią drużyny, ale prawdziwym zaufaniem obdarzył mnie dopiero Willy. Jeśli czuję, że ktoś na mnie stawia, to mogę zrobić wszystko – opowiadał Koller.

Czech szybko zaczął odpłacać się trenerowi, zdobywając wiosną dziewięć bramek i kończąc sezon jako najlepszy strzelec drużyny. Fakt, że utrzymywali dobre kontakty w zespole, przeniósł się na późniejszą znajomość. Gdy w 2009 roku Jan szukał klubu, Willy zadzwonił z zapytaniem, czy „Dino” nie chciałby pomóc byłemu klubowi z Lokeren, jednak ten wybrał wówczas Monako.

Oprócz Romana Vonáška i Martina Pěnička, którzy tworzyli czeską kolonię w Lokeren, do zespołu dołączył również Daniel Zitka.

Kiedy się dowiedziałem, że przyszedł do nas Dan Zitka, byłem ogromnie uradowany. Poszerzył nie tylko nasz czeski klan, ale w końcu mieliśmy dobrego bramkarza!

Dobra postawa Honzy w lidze, w której strzelał jak na zawołanie, zaowocowała zainteresowaniem innych klubów. Chciały go pozyskać Fulham, także Schalke, Dortmund czy Kaiserslautern. Koller postanowił jednak nie zmieniać kraju i wybrał Anderlecht. Belgia stała się dla niego drugim domem.

Rodzina, czyli największe szczęście

Jan to nie typ prawdziwego podrywacza, który uwielbia otaczające go hordy pięknych kobiet. Hedvika, jego żona, to trzecia dziewczyna, z którą się spotykał. Poprzednie wolały pozostać w Czechach.

Ta druga była starsza i miała dziecko. Kiedy przenosiłem się z Pragi do Lokeren, kupiłem jej bilet. Pewnie spanikowała i wróciła do mężczyzny, z którym wcześniej żyła. Dzień przed odlotem zadzwoniła do mnie  i powiedziała, że to jest koniec. Więcej się nie widzieliśmy. Trochę mnie to wtedy dobiło. Potem niczego nowego nie zaczynałem, bo bałem się, że przyczepi się do mnie piękna, ale przebiegła dziewczyna, która będzie ze mną chciała być dla pieniędzy, ale to nie dla mnie.

Jakiś czas później pojawiła się Hedvika (eksżona Pavla Horvátha), która leczyła jego obolałe serce. Gdy tylko Koller miał wolną chwilę, wsiadał w samochód i jechał do Lokeren. Spędzał czas z Vaškem Budkou, Romanem Vonáškem  i Martinem Pěničką. Tworzyli jedną wielką rodzinę, która spotykała się podczas wspólnych wycieczek. To właśnie u Martina, Jan spotkał swoją przyszłą żonę. Hedvika stała się nagle jedną z najbardziej rozpoznawalnych kobiet w kraju. Media belgijskie porównywały ten związek do Davida i Victorii Beckhamów. Niektórzy ludzie myśleli, że partnerka Honzy miała wpływ na to, że nie dawał na boisku z siebie wszystkiego. Było zupełnie inaczej. Ciągłe wsparcie, jakie od niej dostawał, było nieocenione. Wcześniej o każdy drobiazg musiał dbać sam. Jego życie stało się lepsze i mógł maksymalnie skoncentrować się na piłce.

Honza nie przynosił do domu stresu. W rzeczywistości nie czuję, że żyłam z gwiazdą piłki nożnej. Jemu nie grozi to, żeby sława uderzyła mu do głowy. On jest sobą i się nie zmienia. Jest skromny, spokojny i miły. Czasem się denerwował, ale wiedziałam, że to nie potrwa długo – mówila Hedvika.

Jak wspominał ojciec Jana, Hedvika była dobrą gospodynią, a „Dino” lubił zjeść. Szczególnie szalał za pierogami z kapustą. Po sezonie nie odmawiał sobie także piwa czy czekolady. Po czasie nadeszła świetna nowina – miał zostać ojcem. Z tej okazji, wspólnie z żoną wymyślili zabawę, która polegała na wytypowaniu wagi oraz płci dziecka. Najbliżej wygranej był Tomáš Rosický, lecz w ostatecznym rozrachunku nie zatryumfował, ponieważ obstawiał chłopca.

To okazało się najbardziej niesamowitym doświadczenie w życiu czeskiego napastnika. Miał cichą nadzieję, że dziecko będzie jak mama, a nie tata. Trudno wyobrazić sobie ponad dwumetrową dziewczynkę. W porównaniu do organizacji wesela, gra na boisku była bułką z masłem. 21 sierpnia 2008 roku Honza został ojcem po raz drugi. Na świat przyszła jego druga córeczka, Kačenka. Dwójka to minimum, które para sobie założyła, ponieważ żona Kollera chciała mieć czwórkę dzieci.

Duży i Mały

Anderlecht postanowił ściągnąć do drużyny drugiego atakującego, który mógłby wesprzeć Jana. Postawili na Kanadyjczyka polskiego pochodzenia, Tomasza Radzinskiego. Po transferze, Tomasz musiał się przyzwyczaić do większego ciśnienia. W Germinal Ekeren, skąd przychodził, grano tylko o utrzymanie. W całkowicie innym miejscu „kwitła” drużyna Fiołków. Na stadion przychodziło średnio 25 tysięcy osób. To stawiało spore wymagania.

Grałem z wieloma znakomitymi napastnikami, ale Tomasz był wyjątkowy. Doskonale się rozumieliśmy. Gdybym miał podać zawodnika, z którym najlepiej się mi grało, to wymieniłbym jego nazwisko. Dzięki tej współpracy mieliśmy więcej wariantów rozegrania: ja mogłem zgrywać piłki głową, a Tomasz mógł grać kombinacyjnie po ziemi. 

Wkrótce stali się dobrymi przyjaciółmi poza boiskiem. Pomógł w tym fakt, że obaj nie znali dobrze flamandzkiego, a ze względu na podobieństwo w języku czeskim i polskim, potrafili się bez większych problemów dogadać.

Z Polski wyjechaliśmy, kiedy miałem trzynaście lat. Wybraliśmy się do Niemiec, a później do Kanady. Tam zacząłem grać w lokalnej lidze i byłem najlepszym strzelcem.  Potem powiedziałem w wywiadzie, że chciałbym spróbować swoich sił w Europie i skusił mnie belgijski Ekeren. Później kupił mnie Anderlecht. Z Janem w klubie spędziłem dwa lata, był wspaniałym człowiekiem. Nadal czasem wysyłamy sobie maile lub od czasu do czasu do siebie dzwonimy. Teraz jednak komunikujemy się w języku angielskim czy niemieckim – wspominał Tomasz.

W drużynie Fiołków Koller grał z numerem 8, a nie charakterystyczną dla siebie 9. Nowy numer również przynosił mu szczęście. W 2000 roku dostał nagrodę najlepszego piłkarza w Belgii.

Oczywiście, że się cieszę z tej nagrody. Byłem faworytem, ale i tak nie wierzę, że wygrałem. To najlepszy moment w mojej zawodowej karierze. Jestem pełen uznania dla wszystkich moich kolegów, bez których pomocy bym tu nie stał. 

Koller staje się „Pszczółką”

Na początku o Jana walczyło Fulham. Czech sam chciał spróbować swoich sił w Anglii. Po pięciu latach w Belgii, gdzie wygrał już wszystko, było jasne, że „Dino” potrzebuje nowych wyzwań. Kontrakt z londyńskim zespołem już praktycznie dogadano. Wtem do klubu odezwał się Pavel Paska, agent gracza, który wcześniej wytransferował Rosickiego do Niemiec. Negocjacje z Borussią Dortmund przebiegały bez najmniejszych problemów.

Ambicje Dortmundu są nieco wyższe niż Fulham. Ponadto fakt, że grał tam Rosický, był dla mnie bardzo ważny. Z działaczy Borussii – kontaktował się ze mną prezydent Niebaum, trener Sammer i dyrektor sportowy Zorc.

5 maja 2001 roku Honza podpisał czteroletni kontrakt. W Dortmundzie cieszyli się, że pozyskali w końcu strzelca, który może zapewnić sukcesy drużynie. Borussia musiała głęboko sięgnąć do kieszeni i wydać około 400 milionów koron (wówczas około 10-11 milionów euro), co stało się jednym z największych transferów w historii klubu. Po niedługim czasie, za miliard koron (tyle ile łącznie kosztowali Rosický z Kollerem), do BVB przyszedł Márcio Amorosso z Parmy, co czyniło go najdroższym piłkarzem Bundesligi. To była dla „Dino” spora konkurencja. Jednak Jan nie przejmował się. Twierdził, że to nawet lepiej, bo uwaga skupi się na Brazylijczyku, więc presja na nim nie będzie aż tak duża, a obydwaj będą mogli współpracować na boisku.

Przez pierwsze sześć miesięcy Jan nie mógł wstrzelić się w bramkę przeciwnika, co go niesamowicie irytowało. Później za to, wspólnie z Amoroso i innym Brazylijczykiem, Ewerthonem, tworzyli wspaniałe trio. Dortmund na koniec sezonu świętował mistrzostwo, pokonując Werder Brema. Po ostatnim gwizdku i wspaniałym meczu na stadionie, odbyła się fiesta. Wszyscy się cieszyli, a Jan celebrował obchody swojego trzeciego mistrzostwa z rzędu. Pierwszego zdobytego w Niemczech.

Świętowanie jest przyjemne. Ponadto, z tego mistrzostwa jestem najbardziej zadowolony. Tytuł w Czechach był dobry, w Belgii miałem więcej bramek, ale ten szanuję najbardziej – mówił „Dino”, podkreślając przy tym, że głównym bohaterem tego sukcesu był Ewerthon, strzelec decydującej bramki z bremeńczykami.

Koller był pierwszym czeskim piłkarzem, który wygrał trzy tytuły, w trzech różnych ligach. Dortmundczycy nie mogli cieszyć się długo z tego sukcesu, bo cztery dni później czekał ich finał Pucharu UEFA. Niestety dla nich… mało szczęśliwy. Zwycięsko bowiem z tego pojedynku wyszedł Feyenoord Rotterdam, a zawodnicy z Zagłębia Ruhry byli załamani porażką w tak prestiżowym meczu.

Niesamowity bramkarz z Czech

W listopadzie 2002 roku Jan zaliczył epizod jako… bramkarz! Stało się to w spotkaniu przeciwko Bayernowi Monachium, gdzie zaczął klasycznie, czyli w ataku, a Borussia szybko objęła prowadzenie. Santa Cruz i Claudio Pizzaro odwrócili wynik na korzyść Bawarczyków. Gdy padła druga bramka dla Die Roten, bramkarz Jens Lehmann dostał drugą żółtą kartkę, która była pokłosiem gwałtownych protestów. BVB nie mogło wtedy już przeprowadzić zmiany. Jedynym człowiekiem, który wiedział, że może pomóc w tej sytuacji swojej drużynie, był Jan. Wtedy nikt w Niemczech nie wiedział, że „Dino” w młodości zaczynał na pozycji bramkarza. Zaliczył przy tym kilka dobrych interwencji, szczególnie po fenomenalnym uderzeniu Michaela Ballacka.

Jedynym pozytywem gry Dortmundu była doskonała postawa w bramce napastnika Jana Kollera. Pokazał świetne interwencje bramkarskie. Łapał piłkę tak, jakby to było jego głównym zajęciem – pisała wówczas niemiecka prasa.

Kollera pochwalił również trener Bayernu, Ottmar Hitzfeld, który żartobliwie powiedział, iż Lehmannowi wyrasta prawdziwa konkurencja. Był pod wielkim wrażeniem spokoju, jakim emanował reprezentant Czech, stojąc między słupkami bramki. Swoje trzy grosze wrzucił także Jens, który dodał, że z chęcią na stałe wymieni się pozycjami z rosłym napastnikiem.

Jan Koller jako bramkarz

W trzecim sezonie w Dortmundzie, Jana zaczęły prześladować kontuzje. Nasilił się też problem z oskrzelami, który towarzyszył mu od dzieciństwa. Jesienią w BVB grało mało piłkarzy. Aż 14 się leczyło. Po sezonie, w którym Honza strzelił 16 goli, zainteresowanie jego osobą w całej Europie było ogromne. Spekulowało się nawet o ofercie AC Milan. Niemiecki zespół odrzucał jednak wszystkie oferty, bo nie chciał stracić swojej gwiazdy. Podobno Olympique Marsylia dawała za „Dino” 6 milionów euro, lecz zadłużony klub stawiał ostro na swoim.

Taka oferta jest nie do przyjęcia. Jeśli ktoś zaoferuje dwukrotną sumę, to możemy zacząć działaćpowiedział prezydent Dortmundu, Gerd Niebaum.

W czasie niepowodzeń Borussii, kiedy to straciła ona szansę na europejskie puchary, Honza zaczął myśleć o wyjeździe. Gdy upadł pomysł z Marsylią, zgłosił się Ajax Amsterdam. Potwierdził to w mediach ówczesny trener holenderskiej drużyny, Ronald Koeman. Do transferu jednak nie doszło, chociaż Jan bardzo dobrze pamiętał spotkania z udziałem Marco van Bastena, którego był wielkim fanem. Kolejny sezon BVB okazał się rozczarowaniem. Skończyli na siódmej pozycji, a „Dino” uplasował się na drugim miejscu w klasyfikacji strzelców. Wyprzedził go tylko Roy Makaay z mistrzowskiego Bayernu.

Straciłem motywację, to będzie mój ostatni sezon w Dortmundzie. Co będzie później, to się okaże – wyznał „Dino”.

Jednak ten sezon nie trwał dla niego zbyt długo. W meczu z Mainz, Jana zaatakował Manuel Friedrich. Efekt? Zerwane więzadła. Czeski napastnik powrócił do lekkich treningów dopiero po pięciu miesiącach, a pierwszy mecz po rekonwalescencji rozegrał w czwartoligowych rezerwach. W dziesięciu spotkaniach w sezonie, strzelił tylko cztery bramki, z czego dwie Bayernowi głową. W starciu z Frankfurtem oficjalnie pożegnał się z fanami. Wiele osób się wzruszyło. Niektórzy nawet płakali. Na trybunach można było odnaleźć wiele transparentów, ludzie wykrzykiwali „Jan Koller, Jan Koller!”. Czech dostał od klubu zdjęcie w ramce i kwiaty. Przechodził już wiele rozstań, ale tym razem żegnała go 80-tysięczna publiczność. Musiało to na nim zrobić wrażenie. Zainteresowanie Janem wyrażały m.in. Palermo i Aston Villa, gdzie grywał Milan Baroš. Decyzję o zmianie klubu Honza zostawił sobie na czas po mistrzostwach świata, na które Czechy dostały się pierwszy raz od podziału Czechosłowacji.

Książe „Dino”

Na turniej w Niemczech, Jan wyruszał jako świeży nabytek Monaco. Księstwo zgodziło się, aby ten zadomowił się już przed turniejem. Pojechał do Francji, a z nim Ivan Hašek, który trenował St. Etienne. Niedługo później Hašek wrócił do Czech, aby stać się tam szefem czeskiej federacji piłkarskiej.

Starał się o mnie. Gdybym nie trafił do Monaco, to poszedłbym do niego. Chcieli mnie jeszcze wtedy, gdy nie byłem kontuzjowany.  Dlatego sytuacja się bardziej skomplikowała. W tym czasie chciał mnie tam jeszcze były trener Guidolin, który odszedł do Palermo, ale ja wolałem Monaco. Byłem zadowolony, kiedy znowu do mnie zadzwonili – przyznał Koller.

Nowy trener László Bölöni przyjechał do Jana w ostatnim meczu przygotowawczym przed mistrzostwami świata. Koller chciał postarać się o dobre warunki dla siebie i swojej rodziny. Oczekiwał przede wszystkim większej liczby słonecznych dni, ponieważ w Dortmundzie przez trzy czwarte roku padał deszcz. Kolejnym powodem przenosin była astma – Honza wierzył, że zmiana klimatu wpłynie na niego pozytywnie. Transfer konsultował z Jaroslavem Plašilem, który w Monaco grał od szesnastego roku życia. Ten uświadomił go, że to dobry wybór. Nowa motywacja, a przede wszystkim chęć powrotu do europejskich pucharów. To główne powody przenosin.

Jestem pewien, że futbol tam jest bardziej techniczny. Mamy do czynienia z szybszym tempem, przez to, że w francuskiej lidze występuje dużo czarnoskórych piłkarzy z Afryki. Przekonałem się, jak grała Ghana w mistrzostwach świata, więc wiem czego się spodziewać.

Koller stanowił zagrożenie dla gwiazd klubu: Marco Di Vaio i Christiana Vieri. Premierowego gola czeski wieżowiec zdobył w trzecim spotkaniu, dając remis z Rennes. Monaco nie wiodło się jednak najlepiej i trenera zastąpił asystent, Laurent Banide. Atmosfera stała się lepsza niż na początku, a po nowym roku wyniki się poprawiły. Niestety, we francuskim klubie nic nie było pewne do końca i po kolejnych zawirowaniach, ruszyła karuzela trenerska. Kolejnym szkoleniowcem ekipy z księstwa został Ricardo Gomez. Dodatkowo Honza został odstawiony od składu.

Na początku sezonu nie grałem i nie byłem w najlepszym nastroju. Trzy dni przed meczem z Sochaux, trener powiedział mi, że wystąpię, więc starałem się przygotować jak najlepiej. Na szczęście udało mi się to. Dlatego mam nadzieję, że dostanę więcej  szans powiedział po tamtym meczu Jan.

Może problemy te wynikały z tego, że Feyenoord Rotterdam, prowadzony przez niedawnego trenera Berta Van Marwijka, chciał ściągnąć Kollera do Holandii. Czech przyznał, że zainteresowanie było spore. Trener Ricardo dał mu jasno do zrozumienia, że jest tylko rezerwowym. Przybywały również oferty z Anglii, a także z tureckiego Fenerbahce. Po krótkim czasie, gdy był wybierany do podstawowej jedenastki, stwierdził, że chce odejść za granicę w ramach testu, który ujawnić miał, czy wystarczy mu jeszcze zdrowia oraz motywacji do kontynuowania kariery. Zimą trafił do Norymbergi, która zapłaciła za niego dwa miliony euro. Podkreślił, że w Monaco jego rodzina czuła się świetnie, jednak nie było to dla niego najlepsze miejsce do gry w piłkę nożną.

„Największy błąd w mojej karierze!”

Właśnie takimi słowami Jan skwitował swoje przenosiny do 1. FC Nürnberg. Można powiedzieć, że „Z blata do louze”, czyli „z błota do kałuży”. Wówczas w tym zespole grali jego rodacy: bramkarz Jaromír Blažek i pomocnik Tomáš Galásek. Zespół z Norymbergii, jako zwycięzca Pucharu Niemiec, grał w Pucharze UEFA. W lidze już nie wyglądało to tak kolorowo, a sam Jan przyznał, że gra w dolnych rejonach tabeli jest bardzo trudna. Presja ogromna, kiedy jeden mecz czy nawet punkt może decydować o spadku. W pierwszych pięciu spotkaniach Honza strzelił cztery gole. Chwalili go wszyscy, włącznie z trenerem  Hansem Meyerem. Ten mówił, że zatrudnienie Jana było strzałem w dziesiątkę.

Zaaklimatyzował się w zespole tak, jakby był z nami od zawsze. W ogóle nie czuć, że jest jakąś gwiazdą. Jest bardzo skromny i powściągliwy – podsumował wiceprezes 1. FC Nürnberg, Martin Bader.

Jedną z afer, którą przeżywał Jan, podczas pobytu w niemieckim klubie, było rzekome oplucie obrońcy Hannoveru 96. Cały incydent wychwycili paparazzi.

Ja na nikogo nie plułem. Czułem się zdenerwowany, ponieważ twardo między sobą walczyliśmy. Miałem w ustach sporo śliny, zacząłem szybko mówić i trochę wyleciało. Na zdjęciu tak to wyglądało, że ślina poleciała na Schulze, a naprawdę tak nie było. Do tego kamera uchwyciła to od boku, a nie z przodu, więc inaczej to widziano – tłumaczył zdenerwowany napastnik.

Bronił go Blažek, który nie rozgrywał wtedy najlepszego meczu. Potwierdził, że taki incydent może się przydarzyć każdemu. Komisja ligi była jednak nieubłagana. Jana ukarano kwotą w wysokości 15 tysięcy euro. Niesamowicie go to zirytowało, a Hans Lorenz, który wchodził w skład komisji, uznał to za „niewielkie wykroczenie”. Norymberdze nadal nie wiodło się najlepiej, a „Dino” po dwóch latach powrócił na Westfalenstadion, gdzie kibice mile go przywitali. Po meczu podszedł pod ich trybunę, aby im podziękować. Nie spodobało się to fanom drużyny z Bawarii, którzy z tego powodu go wyzywali.

Przykro mi, że tak jest. Żyłem w Dortmundzie, miałem tutaj dobry czas i cieszę się, że kibice o mnie nie zapomnieli. Gdy skandowali moje imię, zbierały mi się łzy w oczach. Byłem bardzo zaskoczony reakcją fanów Norymbergi. Chciałem przynajmniej minimalnie podziękować Dortmundowi. Kto mnie zna, wie, że dla swojego zespołu daje z siebie wszystko. Chciałem walczyć z 1. FC Nürnberg o to, aby pozostać w Bundeslidze.

Ta sztuka się nie udała. Glubb spadli z ligi, a „Dino” musiał szukać sobie nowego pracodawcy, ponieważ trener nie widział dla niego miejsca w swojej drużynie. Dostał nawet ofertę ze Sparty Praga, ale nie chciał wracać do ojczyzny. Interesowały się nim takie zespoły jak Birmingham czy Austria Wiedeń, jednak nieoczekiwanie wybrał ofertę z Rosji, a powrót do Niemiec określił jednym zdaniem:

Ten okres był dla mnie największym rozczarowaniem w klubowej karierze.

Przygoda w Rosji

Po mistrzostwach Europy 2008, Jan zamienił Niemcy na Rosję. Przeniósł się do zespołu z Samary, która po dwunastu meczach zajmowała szóste miejsce, trzy punkty za Spartakiem Moskwa. Zespół miał walczyć o najwyższe cele. Mówiono Leonidowi Słuckiemu, że nawet mimo 35 lat, Koller może wiele wnieść do drużyny. Język znowu stanowił problem, chociaż w latach szkolnych „Dino” uczył się rosyjskiego. Podobno Krylja Sowietow dała za Czecha 1,5 miliona euro. Po przybyciu do klubu, Honza na konferencji oznajmił, że ma umowę na rok, z opcją przedłużenia o kolejny. Przyjął numer 89.

Pierwszy raz o zainteresowaniu Samary dowiedziałem się przed mistrzostwami Europy i szczerze mówiąc, nic nie wiedziałem o tym klubie. Rosyjska liga nie jest tak atrakcyjna, ale z czasem przyjścia zagranicznych piłkarzy taka będzie. Pierwsza runda jesienna udowodniła mi, że w Rosji jest dobry poziom, tylko niektóre stadiony do niego nie pasują.

Podróże do Władywostoku trwały 12 godzin. Po jakimś czasie Jana dopadła kontuzja, która wykluczyła go z gry w najważniejszych spotkaniach. Pomimo tego, Krylja Sowietow zadziwiająco wysoko uplasowała się w tabeli. Wywalczyła sobie prawo startu w eliminacjach Pucharu UEFA. W drugim sezonie klub spadł na 10. miejsce i był winien zawodnikom spore pieniądze. To nie była przyjemna sytuacja – grzywna, trudne mecze, a zawodnicy odmawiali udziału w treningach. Niedługo później Jan jednak dostał ofertę z Francji, gdzie pozostała jego żona z córkami. Było to spowodowane obowiązkami związanymi ze szkołą ich dzieci.

Najlepszym byłoby jakieś miejsce niedaleko Monaco. Chociaż na pół roku, ale wiem, że w moim wieku nic planować się nie da – marzył „Dino”.

Powrót do francuskiego raju

Honza negocjował głównie z Niceą i Cannes, które leżało około 50 km od Monaco. Chciał za wszelką cenę tam trafić, chociaż spore zainteresowanie jego osobą wyrażało niemieckie HSV czy czeskie kluby. Pojawiła się również oferta z odległych Chin.

Dla mnie priorytetem była gra w piłkę dla zabawy. Nie miałem już motywacji do wielkiego futbolu. Pan Paska mówił mi o Hamburgu, ale tam musiałbym być rezerwowym i walczyć o miejsce w składzie. Myślałem o tym chwilę, ale nie skorzystałem z tej oferty.

Warunki w trzecioligowym klubie z Francji były lepsze niż te, z którymi Jan miał do czynienia w Samarze. Klub jak najszybciej chciał awansować do II ligi. Początkowo wieżowcowi ze Smetanovej Lhoty nie układało się w nowym środowisku zbyt dobrze. Był przecież o krok od emerytury. „Dino” miał oferty z Holandii, ale chciał wypełnić kontrakt z Cannes i skończyć tutaj karierę. Razem z rodziną zadecydowali, że na dłużej zamieszkają w Monaco. Dzieci Kollera dobrze posługiwały się językiem francuskim – o wiele lepiej, niż rodzice. Jedyną rzeczą, która go irytowała, były wyścigi Formuły 1, które były jedną z głównych atrakcji w księstwie. Jan podkreślał również, że we Francji jest bezpieczniej niż w Czechach, ale kiedyś na pewno zdecydują się na powrót do ojczyzny. A futbol?

Mógłbym maksymalnie zagrać w Smetanowej Lhocie. Ale musiałbym już grać w obronie. Na starość nie będę ganiał z przodu – opowiadał śmiejąc się.

Reprezentacja i rozstanie w meczu z Polską

Pierwsza styczność Jana z dresem reprezentacyjnym nastąpiła już w okresie, kiedy to grał w Sparcie Praga. Na początku 1995 roku zauważył go trener kadry narodowej i powołał na spotkanie z Norwegią. Początkowo dwumetrowy wieżowiec nie mógł się odnaleźć, lecz po meczach z Litwą i Polską, gdzie był całkowicie bezużyteczny, coś w nim drgnęło. Honza zaczął strzelać jak na zawołanie, zaliczając imponującą serię bramek w kolejnych 10 spotkaniach z rzędu!

To było bardzo dziwne. Jak bym nie kopnął lub gdzie bym mnie wsadził głowy, to piłka kończyła w bramce.

Przed eliminacjami do mistrzostw świata w 2002 roku, Koller wiele sobie obiecywał. Czesi uważani za faworytów swojej grupy, po pierwszych zwycięstwach z Bułgarią i Islandią byli w świetnych nastrojach. W ostatecznym rozrachunku zajęli jednak drugie miejsce, tuż za Danią. Czekał ich więc baraż z Belgią. To właśnie kraj, w którym Honza czuł się jak w domu, wyeliminował ich z udziału w turnieju.

Zdjęcie: foxsports.com.br

Vlastimil Petržela, były napastnik Czechosłowacji, jasno stwierdził, że trzeba ustawiać drużynę bardziej pod Kollera, aby wykorzystywać jego atuty. Reprezentacja przed Euro 2004 stacjonowała w luksusowym hotelu Penha Longa koło Lizbony. Gracze mieli tam dosłownie wszystko. Czesi to, jak pamiętamy, jedna z rewelacji tamtego turnieju. Ulegli dopiero w półfinale Grekom, późniejszym tryumfatorom imprezy. Jan czuł jednak spore rozgoryczenie. Kolejną piękną historią były wygrane baraże z Norwegią, po których Czesi zakwalifikowali się do mistrzostw świata 2006.

Kiedy mielibyśmy się dostać na mistrzostwa świata, jak nie teraz – pytał retorycznie przed rozpoczęciem kwalifikacji do MŚ Antonin Panenka.

Sam turniej okazał się sporym rozczarowaniem. Jan zdobył tylko jedną bramkę – w wygranym meczu z USA, jak później się okazało, pierwszym i ostatnim na tamtym turnieju. Gdy Honza przenosił się do Rosji, jego myśli całkowicie zajmowały mistrzostwa Europy. Już przed turniejem powiedział, że będzie to jego ostatnia wielka impreza. Chciał w dobrym stylu definitywnie zakończyć karierę w reprezentacji. Starcie z Turcją miało być jego ostatnim, jednak Ivan Hašek namówił go do powrotu na arcytrudne spotkanie ze Słowacją w ramach eliminacji mistrzostw świata 2010. Jan czuł się dobrze psychicznie, zaufał trenerowi i przyjechał na zgrupowanie. Chciał pomóc kolegom. Trener Vladimir Weiss zaczął jednak oglądać Kollera w Rosji, więc wiedział jak względem niego ustawić Martina Škrtela i Jána Ďurica. Ze zbawiciela, jak ogłaszano go w mediach, stał się przegranym. Na czele grupy, po remisie 2:2, znaleźli się Słowacy. „Dino” po meczu powiedział, że do rywalizacji z San Marino nie przystąpi.

Co mogę powiedzieć? Jestem załamany swoją postawą. Jutro jadę do domu, nie mam siły tego kontynuować. Mój przyjazd to była pomyłka. Już nie wrócę. Nie będę zajmował w kadrze miejsca młodszym kolegom. Błędem był powrót na mecz ze Słowacją. Jutro odjeżdżam do domu, gdzie pewnie nie będę mógł zasnąć. Tomáš Necid i Milan Baroš pokazali, że ja tutaj nie pasuję – podsumował załamany Honza.

Trener Hašek był zaskoczony tą decyzją, jednak starał się ją zrozumieć. Ostatecznie klamka zapadła 10 października 2009 roku, kiedy to Czechy podejmowały Polskę na stadionie Sparty. Jan w podziękowaniu otrzymał bukiet kwiatów i owację na stojąco. Jedna z najwybitniejszych postaci w historii czeskiej piłki zakończyła swoją reprezentacyjną przygodę, rozgrywając 91 meczów i strzelając 55 bramek. W kadrze więcej występów od niego zaliczyli tylko Pavel Nedvěd i Karel Poborský.

Początki w piłce plażowej

Przygodę z piłką nożną „Dino” zakończył w AS Cannes, 17 sierpnia 2011 roku. Decyzję tą przyspieszyła kontuzja uda. W myśl tego, że koniec prawie zawsze jest początkiem, rozbrat z futbolem nie trwał zbyt długo. Najlepszy strzelec w historii reprezentacji Czech, w 2013 roku ponownie wysłuchał hymnu narodowego, lecz tym razem jako zawodnik kadry narodowej w piłce plażowej! W wieku 40 lat strzelił nawet bramkę w debiucie przeciwko Słowacji.

Jan Koller był przede wszystkim dobrym piłkarzem, ale także kochającym mężem, ojcem, a przede wszystkim, skromnym człowiekiem, który nigdy nie stawiał siebie na piedestale. Pomimo bardziej utalentowanych od niego zawodników, którzy w okresie jego kariery stanowili o sile reprezentacji, to właśnie Honza stał się symbolem sukcesów czeskiej kadry narodowej w XXI wieku. „Dino”, „John I”, „Kolos”, „Golem” – to tylko niektóre określenia, jakimi posługiwali się jego koledzy oraz kibice. Człowiek, z którego wszyscy się śmiali, pokazał, że marzenia i ciężka praca mogą pokonać wszelkie bariery.

MARIUSZ ZIĘBA

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE

Cytaty pochodzą z książki „Jan Koller”, autorstwa Davida Švába

Mariusz Zięba
O Mariusz Zięba 60 artykułów
Obserwator i pasjonat niemieckiego futbolu, otwarty na inne kraje. Kibic 1. FC Köln.
  • Kamil

    Koller i Nedved maja po tyle samo wystepow w repr.Czech po 91