Jermaine Pennant – angielski enfant terrible

Lipiec 2006. 23-letni Jermaine Pennant trafia za niespełna 7 mln funtów do Liverpoolu. W sierpniu jego udane spotkania w eliminacjach Champions League ogląda selekcjoner reprezentacji Anglii, Steve McLaren. Sezon kończy występem od pierwszej minuty w majowym finale Ligi Mistrzów, gdzie – mimo porażki swojego zespołu 1:2 z Milanem – zostaje wybrany najlepszym zawodnikiem meczu. Dekadę później ma za sobą krótsze lub dłuższe epizody w egzotycznych azjatyckich ligach, a od dwóch miesięcy jest graczem Billericay Town, występującego na… siódmym szczeblu rozgrywkowym w Anglii. Co poszło nie tak ze skrzydłowym mającym zastąpić w reprezentacji Synów Albionu samego Davida Beckhama? Dlaczego został jedynym w historii angielskim piłkarzem, który biegał w finale najważniejszych rozgrywek klubowych w Europie, a nie zaznał smaku gry w reprezentacji narodowej?


Artykuł jest czwartym odcinkiem cyklu Mateusza Opioły pod tytułem: „Zmarnowane talenty”. Pierwszym był niespełniony Amerykanin – Freddy Adu, później na naszych łamach ukazały się też historie  Gaia Assulina, który miał być następcą Messiego oraz upadek kariery Roystona Drenthe, który postanowił być raperem. Odsyłamy do poprzednich upadłych gwiazd, jeśli dziś pierwszy raz czytasz artykuł tego cyklu. Dziś z kolei opowieść, której bohaterem jest Jermaine Pennant.

Trudne dzieciństwo

Urodził się w Nottingham i tam też rozpoczął swoją przygodę z futbolem, zapisując się za namową ojca Gary’ego, byłego piłkarza, do akademii Notts County. Miał wówczas dziesięć lat i od siedmiu wychowywał się bez matki, która zmarła na raka. Sam ojciec nie stanowił dla niego wzoru do naśladowania. Zmieniał kobiety jak rękawiczki. Trójka rodzeństwa Jermaine’a pochodzi z innego związku i pozostawała pod opieką rodzonej matki. Pennant otwarcie przyznaje, że obecność kobiecej ręki prawdopodobnie uchroniłaby go przed częścią błędów, które popełnił w młodości:

Od trzeciego roku życia mieszkałem z ojcem. Wielokrotnie się przeprowadzał, wiązał i zrywał z wieloma kobietami. Mam trójkę rodzeństwa: brata i dwie siostry. Jestem najstarszy spośród nas. Oni zostali ze „swoją” matką. Gdziekolwiek więc szedł czy przeprowadzał się ojciec, szedłem i ja. Nigdy nie miałem postaci matki przy sobie i połowa moich problemów wynikała właśnie z tego. Brakowało mi również bardziej statecznego ojca. Dlatego tamten wczesny okres mojego życia wiąże się z luką, której nikt nie był w stanie zapełnić.

Zresztą sama dzielnica Meadows, gdzie spędził większość dzieciństwa, należy do najbardziej niebezpiecznych w Nottingham. Opuszczone domy, przestarzałe osiedla, ciasne, wąskie uliczki i odosobnione miejsca sprzyjały przestępczości czy handlowi narkotykami. Łatwo było więc zetknąć się z kryminalnym światem miasta. Sam Pennant doświadczył tego pośrednio, gdyż jego ojciec w 2008 roku został skazany za rozprowadzanie cracku, heroiny i kokainy. Na swoje szczęście Jermaine posiadał na tyle talentu, by szybko stamtąd uciec. Po roku spędzonym z pierwszym zespołem (miał wtedy zaledwie 15 lat) został dostrzeżony przez największe kluby na Wyspach Brytyjskich. Najbardziej konkretny okazał się Arsenal i Arsene Wenger, który ściągnął go do Londynu w styczniu 1999 roku za sumę, bagatela, 2 mln funtów, co uczyniło Pennanta najdroższym wówczas nastolatkiem w Anglii.

Jermaine Pennant 24-krotnie zagrał w reprezentacji do lat 21

Zaprzepaszczone nadzieje

Arsene Wenger od zawsze słynął ze stawiania na zdolną młodzież. Wydawać by się mogło, że Pennant trafił więc w idealne miejsce do rozwoju i wejścia na wyższy poziom. W barwach Kanonierów zadebiutował w Pucharze Ligi przeciwko Middlesbrough, zaś w drugiej części sezonu 2001/02 trafił na dwumiesięczne wypożyczenie do Watfordu, gdzie zebrał pierwsze większe doświadczenie w dorosłym futbolu. Sezon później zawitał ponownie do tego samego klubu i grał tam do lutego, by wrócić do Arsenalu. Najważniejszym wydarzeniem okazał się przedostatni mecz ligowy z Southamptonem na Highbury. Wówczas po raz pierwszy Arsene Wenger desygnował go do wyjściowej jedenastki, a sam Pennant odwdzięczył się hat-trickiem, skompletowanym w odstępie dziesięciu minut. Arsenal wygrał 6:1 i zapoczątkował swoją historyczną serię 49 kolejnych spotkań bez porażki.

Skrzydłowy przyznawał w późniejszych wywiadach, że wierzył, iż ten występ będzie przełomowym punktem w jego karierze. Rzeczywistość była jednak inna. Kończący rozgrywki pojedynek ze spadkowiczem, Sunderlandem, rozpoczął na ławce rezerwowych, choć podopieczni Arsene’a Wengera nie grali już o nic (niezależnie od wyniku, Arsenal nie miał szans opuścić drugiej lokaty).

Po tym hat-tricku w kolejnym meczu usiadłem na ławce. Myślałem, że to będzie start mojej kariery w Arsenalu, ale tak nie było. Czułem się coraz bardziej sfrustrowany i coraz mniej zainteresowany wszystkim wokół. Powiedziałem sobie: to zmierza donikąd.

Trzeba jednak pamiętać, że francuski szkoleniowiec miał wystarczająco dużo powodów, by nie stawiać na utalentowanego skrzydłowego. Jermaine Pennant lubił rozrywkowe życie, nie stronił od imprez i kobiet, wracał do domu nad ranem (także pod wpływem alkoholu), co skutkowało licznymi i notorycznie powtarzającymi się spóźnieniami na treningi, które doprowadzały bossa do szewskiej pasji. Podobne zachowania prezentował w młodzieżowej reprezentacji prowadzonej przez Davida Platta. Któregoś razu selekcjoner po prostu odesłał gracza ze zgrupowania do domu po złamaniu zasady tzw. „godziny policyjnej”. Gdy Platt przywrócił skrzydłowego do kadry, ten „odwdzięczył się” czerwoną kartką, otrzymaną za uderzenie Chorwata, Niko Kranjcara. Dla obu stron korzystnym rozwiązaniem było więc wypożyczenie. Po Pennanta zgłosiło się Leeds i to tam młody Anglik spędził cały sezon 2003/04 i wreszcie doczekał się regularnej gry. Nie pomógł jednak Pawiom utrzymać się w Premier League.

Jermaine Pennant i James Milner – niespełnione angielskie nadzieje. Choć ten drugi… na pewno osiągnął więcej.

Nowy klub, „stary” Jermaine Pennant

Jesienią 2004 roku wrócił do rotacji w Arsenalu, choć to chyba za duże słowo, bo w samej lidze wystąpił tylko w jednym spotkaniu w wyjściowej jedenastce, a w sumie rozegrał raptem 205 minut. Nic więc dziwnego, że skrzydłowy ponownie chciał poszukać swojej szansy gdzie indziej. Tym razem Arsenal odesłał go do Birmingham City. Tam zaliczył efektowne wejście, asystując w debiucie przy golu Waltera Pandianiego. Szybciej niż można było się spodziewać dały o sobie znać jego problemy pozaboiskowe. Dokładnie 1 marca 2005 roku został skazany i trafił do więzienia na trzy miesiące w efekcie incydentu, do którego doszło w styczniu.

Pennant stracił panowanie nad swoim Mercedesem i uderzył w przydrożną latarnię. Funkcjonariusze, którzy dotarli na miejsce wypadku, odnotowali, że piłkarz początkowo z obawy o swoją reputację podał fałszywe dane osobowe. Dało się również wyczuć od niego alkohol, miał przeszklone oczy i mówił w bardzo nieskładny sposób. Co więcej, Pennant stał się recydywistą, gdyż niespełna rok wcześniej stracił prawo jazdy za jazdę niewłaściwym pasem. Biorąc pod uwagę wszystkie te czynniki, sąd skazał go na karę trzech miesięcy pozbawienia wolności, która ostatecznie uległa skróceniu do miesiąca, pod warunkiem noszenia na kostce elektrycznej bransoletki, z którą schowaną pod getrami Anglik zagrał przeciwko Tottenhamowi.

Pennant i jego agent Sky Andrew przed sądem. Skrzydłowy został skazany na trzy miesiące pozbawienia wolności.

Całe zajście wychowanek Notts County pamięta bardzo dobrze, podobnie jak pobyt w celi. Zapamiętał nawet swój numer więzienny, MX7232.

Nie przypuszczam, bym kiedykolwiek go zapomniał. Więzienie zmieniło mnie. Nie każdy doświadcza czegoś takiego i później gra w finale Ligi Mistrzów. Moją zasługą jest, że nie pozwoliłem, by to doświadczenie mnie zniszczyło.

Mimo wszystko, Steve Bruce cały czas ufał 22-latkowi i wierzył w jego jakość na boisku. Po miesięcznej banicji, począwszy od spotkania ze Spurs, Jermaine wystąpił we wszystkich ośmiu ligowych spotkaniach pozostałych do końca sezonu, a jedynie dwukrotnie nie zagrał pełnych 90 minut. Zarówno klub, jak i sam piłkarz, byli zadowoleni ze współpracy na tyle, że zdecydowali się na kontynuację. The Blues wykupili zawodnika z Arsenalu, na co zresztą sam Pennant usilnie nalegał. Po raz drugi w karierze bohater tekstu mógł cieszyć się pełnym zaufaniem, które zaowocowało kompletem rozegranych meczów w Premier League. Stał się absolutnie kluczowym graczem w układance Bruce’a, który bronił go nawet wtedy, gdy ten kolejny raz podpadał i jemu, i klubowi (np. przychodząc na trening spóźniony pod wpływem alkoholu, czy uczestnicząc w bójce w jednym z klubów nocnych w mieście). Koniec końców, Birmingham nie udało się utrzymać, ale dobra dyspozycja skrzydłowego przykuła uwagę Liverpoolu, który zdecydował się wykupić bad boya z drużyny spadkowicza.

Pennant musiał grać z bransoletką elektryczną ukrytą pod getrami

Spadek ze szczytu

W mieście Beatlesów znalazł swoją przystań. Liverpoolowi kibicował od dziecka. Twierdził, że gra dla The Reds to spełnienie jego marzeń i że da z siebie 110%. Pierwszy sezon zakończył z 34 ligowymi występami, finałem Ligi Mistrzów i tytułem MVP tego spotkania. Media w Anglii optowały za powołaniem Pennanta do reprezentacji. Sam zawodnik czuł, że jest w stanie wnieść wiele do drużyny narodowej i wejść w buty Davida Beckhama czy konkurować z Shaunem Wrightem-Phillipsem na skrzydle. Niestety nie doczekał się ani jednego występu w zespole Synów Albionu. W tym momencie wychowanek Notts County znajdował się u szczytu swojej kariery. Był na Giewoncie, a miał potencjał, by wdrapać się co najmniej na Mont Blanc. Nie utrzymał się tam jednak długo.

Przed sezonem 2007/08 amerykańscy biznesmeni, George Gillet i Tom Hicks, wykupili Liverpool za sumę 174 mln funtów. Następnie przeznaczyli pokaźną sumę pieniędzy na wzmocnienia. Do klubu przyszli m.in. Ryan Babel i Yossi Benayoun. Z czasem to oni przejmowali minuty Pennanta na skrzydłach/boku pomocy. Na domiar złego, z powodu złamania kości piszczelowej stracił dwa miesiące, po których nie mógł wrócić do swojej optymalnej formy. Jego pozycja w hierarchii skrzydłowych The Reds została mocno zachwiana. Sytuacja nie uległa zmianie do grudnia 2008. Chcąc grać regularnie, Pennant nalegał na wypożyczenie w zimowym okienku.

Za radą byłego klubowego kolegi, Petera Croucha, wybrał Portsmouth, którego managerem był (jak się okazało bardzo krótko, bo tylko do 9 lutego) Tony Adams. Dlaczego miało to dla niego znaczenie? Oddajmy głos naszemu bohaterowi:

Nie mogę się doczekać, kiedy usłyszę mówiącego po angielsku Tony’ego Adamsa. Nie mam pojęcia, czy to kwestia angielskiej mentalności, której nie lubi (mowa o Rafie Benitezie), ale mało jest obecnie rodzimych graczy w Liverpoolu. Wspominałem o tym wcześniej, kiedy grałem w Arsenalu, więc wygląda na to, że nie mam szczęścia do zagranicznych szkoleniowców. (…) Rozmawiałem sporo z Peterem (Crouchem) przed dołączeniem do Portsmouth i namawiał mnie do przyjścia tutaj. Mówił, że to dobry klub, a Tony Adams da mi znacznie więcej szans gry.

Kilka miesięcy później, po wygaśnięciu kontraktu z Liverpoolem, pozwolił sobie na znacznie ostrzejszą krytykę hiszpańskiego managera. Zdaniem Pennanta, Benitez swoimi poleceniami i taktyką ograniczał wielu piłkarzy, nie pomagał wydobyć z nich maksimum swoich możliwości.

Nie rozumiem, jak piłkarz grający na wysokim poziomie w przeciętnym klubie nie może utrzymać go po przyjściu do Liverpoolu. Tutaj powinno być mu znacznie łatwiej. Grali tu świetni napastnicy – Robbie Keane czy Peter Crouch. Pierwszy strzela teraz w Tottenhamie, drugi w Portsmouth. Nie robili tego dla The Reds. Rzecz więc w tym, jaką manager dobiera taktykę, jak odnosi się do graczy i jak bardzo ich ogranicza. Szkoleniowiec odgrywa istotną rolę w przypadku nowych zawodników. Jeśli ogranicza cię, twój sposób grania, to znaczy, że musisz zacząć grać inaczej, co nie zawsze pomaga.

Słoneczna Hiszpania, deszczowe Stoke i dziwne kluby

Kariera w klubie jego marzeń dobiegła końca. Były skrzydłowy Arsenalu postanowił zostawić deszczową Anglię na rzecz słonecznej Hiszpanii i wybrał ofertę Realu Saragossa. Jednym z powodów obrania takiego, a nie innego kierunku, była chęć zerwania z łatką „złego chłopca” oraz odizolowania się od wszędobylskich, angielskich brukowców. Niestety, udało się – i to tylko częściowo – dokonać jedynie tego drugiego. Pennant nie wyzbył się złych nawyków, a czarę goryczy przelały trzy spóźnienia na trening w przeciągu dwóch tygodni. Gdyby chociaż nawiązał do formy, którą prezentował pod wodzą Steve’a Bruce’a czy w pierwszym sezonie u Rafy Beniteza, być może wszystko uszłoby mu płazem, ale prezentował się wyjątkowo słabo i klub rozstał się z nim bez żalu, wypożyczając go, a następnie sprzedając do Stoke City.

Jego przygoda z Saragossą nieodłącznie kojarzona będzie także, a może przede wszystkim z sytuacją, kiedy hiszpański klub kontaktował się ze swoim byłym już wówczas graczem w sprawie samochodu marki Porsche, który Anglik zostawił na parkingu przy stacji kolejowej. Ten zaskoczony twierdził, iż nie pamięta, by posiadał taki wóz, choć wszystkie dowody (w tym tablice rejestracyjne „P33NNT”) wskazywały że należy on do niego. Ten przypadek doskonale podkreśla, jak „swobodne” i beztroskie podejście do życia miał Anglik.

W Stoke co prawda potrafił zbliżyć się do poziomu prezentowanego w czasach gry dla Birmingham, ale sprawiał w dalszym ciągu te same kłopoty wychowawcze, co we wcześniejszym etapie swojej kariery. Nawet narodziny dziecka, wbrew zapowiedziom samego zawodnika, nie sprawiły, że się ustatkował. W Premier League nie miał już czego szukać, jego reputacja była zbyt dobrze znana. Od tego momentu rozpoczął swoją wędrówkę po coraz słabszych i bardziej egzotycznych klubach. Od Wolverhamptonu, przez Pune City w Indiach, Wigan, Tampines Rovers w Singapurze, Bury, aż po Billericay grające w siódmej lidze angielskiej.

W trakcie gry dla Stoke pokrył swojego czarnego Aston Martina chromem, więc łatwo było go rozpoznać w mieście. Moglibyście jeździć takim czterokołowym lustrem?

W Billericay dzieli szatnię z kolegami znanymi z boisk Premier League: Paulem Konchesky’m, Jamiem O’Harą i Kevinem Foley’em. Tutaj ma także inne ambicje: chce ze swoim klubem awansować szczebel po szczeblu, a przede wszystkim uczyć młodych graczy i wdrażać się do zawodu trenera, którym planuje zostać w przyszłości. Na prawym ramieniu ma wytatuowane motto „gdzieś pomiędzy wiarą i szczęściem leży przeznaczenie”. Nie ukrywa, że „pomógł” losowi znaleźć się tu, gdzie jest obecnie, ale też nie czuje z tego powodu rozgoryczenia. Akceptuje grę dla Billericay i czuje się tu dobrze.

Ciało Pennanta, jak na niesfornego przystało, całe pokryte jest tatuażami

Nie mam wyrzutów sumienia ani żalu, że tu przyszedłem. Mam 34 lata, nie 24. Nie każdy piłkarz gra na najwyższym poziomie przez całą swoją karierę. To po prostu kolejna droga mojego piłkarskiego życia. Miałem mnóstwo wzlotów i upadków, a to jest nowa ścieżka.

W swojego nowego gracza wierzy właściciel zespołu z Essex, Glenn Tamplin. Pomimo doskonale znanej mu przeszłości Jermaine’a, stara się nie oceniać go na tej podstawie i daje mu szansę zdobycia zaufania od zera. U niego Pennant ma czystą kartę.

Nie należę do ludzi, którzy osądzają kogokolwiek na podstawie przeszłości. Każdy z nas przechodzi przez gorszy okres w życiu. Musisz sięgnąć dna, aby poznać prawdę o samym sobie. Ja byłem tam przez cztery miesiące (Tamplin cierpiał na głęboką depresję), Jermaine również. Teraz to świetny gość. Nie przyjąłbym do zespołu „zgniłego jajka”.

Żartobliwie wtóruje mu sam Pennant:

Wśród piłkarzy nie ma aniołów. No, może z wyjątkiem Jamesa Milnera. Każdy z nas popełnił kiedyś błędy, czy to w trakcie swojej kariery na boisku, czy w życiu – kończy i ponownie zapewnia, że obecnie jest zupełnie innym, mądrzejszym o bagaż doświadczeń człowiekiem.

Grając dla Billericay Town…

 MATEUSZ OPIOŁA

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE.

Redakcja
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: kontakt@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl