Retro Wywiad #2: Joachim Marx

Jak wyglądało starcie Jerzego Wyrobka z Johanem Cruyffem? Czym można było oberwać w Turcji podczas wykonywania rzutu rożnego? Dlaczego grał w Ruchu Chorzów, a nie w wymarzonym Górniku? Zapraszamy do przeczytania drugiej części cyklu Retro Wywiad. Dziś głównym bohaterem jest złoty medalista z Monachium – Joachim Marx. 

Przeczytaj także: „Retro Wywiad #1: Adam Zejer”

 

Jak się zaczęła Pana przygoda z piłką?

W czasach powojennych, w latach 50 – 60, każdy chłopak marzył o tym, żeby grać w piłkę. Nie było nic innego, czym młodzież mogła się zająć. Zabawek chłopaki nie mieli, więc jedna piłka zadowoliła całą ulicę. Pamiętam, że jak szedłem do szkoły, to jak zauważyłem jakiś kamień, to kopałem go przez całą drogę. Później go chowałem i jak kończyłem lekcje, to znów brałem ten sam kamień i kopałem go przez całą drogę do domu. Oprócz tego mój ojciec był piłkarzem, mój dziewięć lat starszy brat też był piłkarzem, więc dla mnie była to też rodzinna tradycja.

Jak urodzony w Gliwicach zawodnik wylądował w Gwardii Warszawa?

Doszło do tego, że poszedłem odrabiać tam służbę wojskową. Byłem zawodnikiem GKS-u Gliwice, kiedy przyjechała po mnie Gwardia i poszedłem tam, żeby odsłużyć dwuletnią służbę wojskową, która przeciągnęła się o kolejne cztery lata.

Gwardia była klubem milicyjnym, więc zapewne Ruchowi Chorzów nie było łatwo wyciągnąć stamtąd Joachima Marxa?

W zasadzie muszę powiedzieć, że ja już w 1967 roku chciałem odejść do Gwardii i trenowałem miesiąc czy dwa w Górniku Zabrze, ale tego jakoś młodzi dziennikarze nie pamiętają. Po ślubie chciałem odejść i trenowałem z tą świetną drużyną, w której grali Oślizło, czy Lubański. W końcu do tego transferu nie doszło, bo do Zabrza czarną Wołgą przyjechał pułkownik Budziłowski i namówił mnie, bym zagrał z Szombierkami, obiecując, że podpiszą zgodę na odejście z klubu po sezonie.

− To był epizod. Mówiło się wcześniej w klubie, że przydałby się nam Marx. Taki napastnik z dobrymi warunkami fizycznymi był potrzebny. Zarząd upoważnił kogoś do rozmów i „Achim” jak go nazywaliśmy, pojawił się na treningu. Prezentował się bardzo dobrze! Byliśmy zadowoleni, że na pewno pomoże nam podnieść naszą jakość, ale w pewnym momencie się zgubił. Pytamy się kierownika „co z Achimem”, a on nam na to „on zrezygnował i poszedł do Ruchu Chorzów”. W tym czasie Górnik był na topie i nie mogliśmy zrozumieć jego decyzji. − tak krótki pobyt w Górniku Zabrze Joachima Marxa wspomina Stanisław Oślizło.

 

Joachim Marx

Skoro tak dobrze czuł się Pan w Zabrzu, a Gwardia już się zgodziła na odejście, to dlaczego ostatecznie wylądował Pan w Chorzowie, a nie w Zabrzu?

Muszę powiedzieć, że ja zawsze chciałem grać w Górniku. Wychowałem się na Sośnicy w Gliwicach, gdzie jeszcze jako młody chłopak grałem z Włodkiem Lubańskim. Bardzo dobrze zostałem też przyjęty w Górniku przez cały zespół, ale potem przyjechał ten pułkownik. Przedstawił swoje argumenty i poprosiłem go o pięć minut do namysłu. Wyszedłem do kuchni, porozmawiałem z żoną i podjęliśmy decyzję, że wracamy do Warszawy. W Gwardii od razu strzeliłem dwa gole Szombierkom, potem jednego Zagłębiu Sosnowiec i dwie ŁKS-owi Łódź i zachorowałem na żółtaczkę. To była wtedy ciężka choroba! Wróciłem do gry na sam koniec sezonu. Później jeszcze przez rok grałem w tym klubie, już wtedy w II lidze. Chciałem odejść i jako pierwszy zgłosił się Ruch Chorzów. Zgodziłem się! Jak na złość w pierwszym meczu Ruch grał właśnie z Górnikiem i ja w tym spotkaniu zadebiutowałem. Później piłkarze Górnika pytali mnie „Dlaczego poszedłeś do tego Ruchu, myśmy tu na ciebie czekali”, ale oni czekali, ja czekałem i nikt się nie zgłaszał. W końcu zgłosił się Ruch, który wtedy jeszcze nie był taki silny, ale niedługo później zaczęliśmy grać bardzo dobrze.

Szybko się Pan zaaklimatyzował w Chorzowie?

Nigdzie nie jest łatwo się zaaklimatyzować, ale to była już nieco starsza drużyna. Eugeniusz Faber starał się wyjechać na zachód, był Edward Herman, Jóżef Gomoluch, świetni zawodnicy, a ja od razu dostałem pewne miejsce w składzie. Miałem już za sobą debiut w reprezentacji Polski, ale mimo tego nie było łatwo. Na szczęście chłopaki mnie dobrze przyjęli i stworzyli dobrą atmosferę, co na pewno mi pomogło.

Z Ruchem zagrał Pan w europejskich pucharach i potwierdził dobrą formę bramkami strzelonymi austriackiemu Wiener SK, ale w drugiej rundzie doszło do najwyższej pucharowej porażki w historii Ruchu. Jak doszło do tego, że „Niebiescy” przegrali 0-7 z Ajaxem?

Wtedy zaczynała się wielka drużyna Ajaksu, tam był już Cruyff, grał Krol, wspaniali zawodnicy. A jak do tego doszło? Do przerwy utrzymywał się wynik 0:0, a myśmy mieli dwie czy trzy okazje, których nie wykorzystaliśmy. W 42 minucie poszedł strzał i straciliśmy bramkę, w następnej minucie rzut wolny i gol, no i schodziliśmy do szatni z dwójką. Trzeba powiedzieć, że oni byli tak zawzięci i chcieli strzelić dziesięć czy piętnaście bramek. Dlaczego? Był taki mecz we wrześniu Polska – Holandia w ramach eliminacji do mistrzostw świata w Meksyku i Holendrzy przegrali na stadionie Śląskim 1:2. Tam była taka sprawa, że oni złożyli protest ze względu na spikera, który zaczął dopingować kibiców, żeby się obudzili, bo do przerwy przegrywaliśmy 0:1. No i oni dopingowali, a my strzeliliśmy dwie bramki, po czym Holendrzy złożyli ten protest na spikera. Kiedy przyjechaliśmy do Amsterdamu wielkie tytuły były „Rewanż za Chorzów”, wszyscy chcieli się zemścić za ten pojedynek i grali z taką zaciekłością, że gdyby mogli, strzeliliby nam z 10 bramek.

W drugim meczu Johan Cruyff wyleciał z boiska, po jakimś nieporozumieniu z Jerzym Wyrobkiem. Pamięta Pan tę sytuację?

Dzień przed meczem spadło trochę śniegu i graliśmy na nieodśnieżonym boisku. Było zimno i ślisko, a my chcieliśmy się zrewanżować. Cruyffa miał pilnować Jerzy Wyrobek i na tym śniegu parę razy przejechał mu po nogach. Cruyff w pewnym momencie się obrócił i kopnął go w tyłek i zaraz poszedł do szatni, bo wiedział, że zaraz zostanie wyrzucony. Nie wiem, czy sędzia go wyrzucił, ale on sam zszedł.

Graliście też z Fenerbahce Stambuł. Mieliście jakieś przygody z tureckimi kibicami?

Pierwszy mecz graliśmy u siebie, 3:0, a w rewanżowym spotkaniu bardzo nas nieprzyjemnie przywitali. W szatni pod oknami rzucali petardy. Nasze kierownictwo poszło po delegata UEFA, żeby zobaczył, co się dzieje. On wszedł i petarda wybuchła. Delegat złapał się za uszy i zaczął wyzywać wszystkich przedstawicieli Fenerbahce i po chwili się uspokoiło. Pamiętam też, że jak w Stambule wykonywało się rzut rożny, to trzeba było szybko zagrywać, bo to jakiś pomidor poleciał, to jakaś pomarańcza, musieliśmy się spieszyć.

Dwumecz z WSV Wuppertal w sezonie 1973/74 to chyba jakaś alternatywna rzeczywistość. W pierwszym starciu wygraliście 4:1, w drugim ulegliście tej drużynie w stosunku 4:5, co było przyczyną takiego festiwalu strzeleckiego?

Ten pierwszy mecz był wyjątkowy, bo to była drużyna z RFN-u. Byliśmy tacy źli, że chcieliśmy za wszelką cenę pokazać Niemcom, co potrafimy. Atmosfera była fantastyczna, a my wygraliśmy 4:1. W rewanżu oni ruszyli, a myśmy na nich nie czekali, tylko też poszliśmy do przodu. W pewnym momencie prowadziliśmy 3:1 i graliśmy już na luzie, więc oni zaczęli nas doganiać i w końcu wygrali 5:4. To był świetny pojedynek, bardzo ofensywny i przypominam sobie, że prasa niemiecka bardzo pozytywnie się o nas wyrażała.

A później był węgierski Honved, z którym w pierwszym meczu było 0:2, a w drugim 5:0. To też był wynik godny zapamiętania, bo Węgrzy uchodzili wówczas za silniejszych pod względem piłkarskim.

W pierwszym meczu nie mogłem zagrać, bo byłem zawieszony. Trener Vican chciał, żebym pojechał, ale powiedziałem, że zostanę w Chorzowie, będę trenował i przygotuje się do starcia rewanżowego. Wtedy też spadło trochę śniegu. Rano więźniowie odśnieżali płytę i wyglądało to trochę lepiej, ale spotkanie było rozgrywane na ciężkim terenie. Działacze nas podbudowali, bo Węgrzy patrzyli na nas z góry. Oni byli pewni, że przejdą, a na mecz w Chorzowie przylecieli sobie czarterem i zażądali sobie po szampana i kawior. Zemściliśmy się i zamiast kawioru i szampana dostali wodę i sandwiche.

Z Feyenoordem odpadliście dopiero po dogrywce. Czy była szansa na wyeliminowanie Holendrów i awans do półfinału?

Nie mieliśmy szczęścia, bo Holendrzy mieli wówczas najlepsze drużyny w Europie, ale myślę, że z Feyenoordem była okazja, żeby przejść dalej. U nas żeśmy zrobili 1:1. W rewanżu prowadziliśmy 1:0 po mojej bramce, a sędzia austriacki 10 minut przed końcem podyktował karnego, którego mogliśmy uniknąć. Człowiek często tak mówi, że dla nas karny był, a dla nich nie było, ale myślę, że niektórzy sędziowie by tego karnego nie podyktowali, ten niestety podyktował. Na początku dogrywki dostaliśmy dwie szybkie bramki i później grało się ciężko.

W tym sezonie sięgnęliście po tytuł mistrzowski, trener Michal Vican musiał stworzyć naprawdę silną drużynę. Czy gdyby udało się przejść Feyenoord, to była szansa na dojście do finału i powtórzenie wyniku Górnika Zabrze z 1970 roku?

To było możliwe, ale ogólnie Ruchu do Górnika nie sposób porównywać. W tym momencie byliśmy najsilniejsi w kraju, ale czy byliśmy tak mocni, jak Górnik? Nie sposób ocenić. Mnie się wydaje, że tamten Górnik był silniejszy, bo na każdej pozycji byli wyjątkowi zawodnicy.

Jaki był trener Vican?

Vican był nastawiony na profesjonalizm w 200 procentach. Dla niego nie istniało coś takiego jak życie rodzinne, tylko futbol. Był strasznie wymagającym, ale jednocześnie uczuciowym człowiekiem. Jak byliśmy na wyjeździe, to chodził po wszystkich pokojach i z każdym rozmawiał, ale był też bardzo wymagający. Jego treningi, które wprowadził były na ten czas rewelacyjne.  Pierwszy raz spotkaliśmy się z nim Trzyńcu. On po polsku nie umiał mówić, ale jako ze Słowakiem można było się z nim dogadać. Na drugi dzień wytłumaczył nam, jaki jest program treningowy i jak poszliśmy o 7 rano przed śniadaniem biegać, czego w Polsce się nigdy nie robiło, to mówiliśmy „on nas dobije, będziemy musieli kończyć kariery”. Później wprowadził lekkie treningi, które w tej chwili każdy praktykuje. Kiedy graliśmy u siebie, to trenowaliśmy w Chorzowie, to ćwiczyliśmy na stadionie, a jeżeli graliśmy na wyjeździe, to trenowaliśmy w parku, bo wtedy do przeciwnika się nie chodziło prosić o udostępnienie boiska treningowego. Trenowaliśmy też z kamizelkami, z ciężarkami po sześć, dziesięć kilogramów. Vican zimową porą nie robił na przykład żadnego treningu w sali.

Trzeba przypomnieć, że to był pierwszy trener z kraju socjalistycznego, który wygrał puchar Europy, gdzie wygrał ze Slovanem Bratysława w Szwajcarii z Barceloną 3:2. Po tym zwycięstwie w finale on miał już prawie podpisany kontrakt z Rapidem Wiedeń. Nasz prezes szukał jakiegoś trenera za granicą i kiedy pojechał do Czechosłowacji, usłyszał, że Vican jest wolny. A on do nas nie chciał przyjść, bo już miał ustalone warunki w Wiedniu, gdzie z Bratysławy nie miał daleko. Także on z niechęcią do nas przyszedł, a myśmy się zawsze śmiali, że on się zemścił na nas za to, że nie pojechał do Wiednia, bo pierwszy rok byliśmy bardzo zaskoczeni tymi treningami. Później było wiadomo, że wyniki są, każdy czuł się wspaniale, nie czuliśmy jakiegokolwiek zmęczenia.

A w sezonie 1974/75 pod okiem trenera Vicana dotarliście do 1/4 PEMK, gdzie zbyt silny okazał się Saint Etienne. W pierwszym meczu prowadziliście 3:0, a skończyło się na 3:2. Już wtedy Francuzi mówili, że są pewni awansu…

To wtedy była najlepsza drużyna francuska, oni pięć razy z rzędu zdobywali mistrzostwo kraju. W pierwszym spotkaniu byłem kontuzjowany, wszedłem tylko na dziesięć ostatnich minut. Myśmy całe przygotowanie zimowe spędzili w Ameryce Południowej. Wyjechaliśmy 15 grudnia i wróciliśmy 31 stycznia. Vican uważał, że ta długa przerwa zimowa szkodzi nam w przygotowaniu się do pucharów. Nie mieliśmy już takiego przygotowania zimowego w ciężkich warunkach, graliśmy w Gwatemali, Kolumbii, w Argentynie i w Brazylii. Pierwszy mecz z kolei odbył się w śnieżnej aurze, a wcześniej nie graliśmy żadnego spotkania ligowego w Polsce. No i w tej drugiej połowie chyba trochę zabrakło nam sił, żeby pociągnąć do końca. W starciu rewanżowym grałem od początku, chciałem oddać strzał z daleka i mięsień mi strzelił. Przed meczem też spadło dużo śniegu i nie pozwolono nam trenować na głównej płycie, więc zrobiliśmy sobie rozruch na trawniku. Pierwszą bramkę dostaliśmy już w 2 minucie, potem straciliśmy jeszcze jedną i skończyło się na 0:2. Później, jak się spotkałem z Jean-Michelem Larque, to mi powiedział, że ten pojedynek w Chorzowie to w całej ich karierze był najlepszy mecz, w jakim uczestniczyli.

W tamtych czasach polskie kluby często jeździły do Ameryki Północnej czy Południowej, ale piłkarze nie zawsze się skupiali na treningach. Jak to było w waszym przypadku?

To był ciężki wyjazd. Skupialiśmy się na grze, bo mieliśmy w głowie mecz z Saint Etienne. Byliśmy jedynie zaproszeni przez trzy polskie rodziny z Gwatemali przed świętami Bożego Narodzenia. Pamiętam, że tam jeszcze nie było choinek, więc zamiast tego mieli drzewko liściaste. Później to zostało przerwane, bo w Ameryce środkowej przeszło trzęsienie ziemi. Lecąc do Kostaryki, widzieliśmy z samolotu miasto po zniszczone przez żywioł, w którym został tylko Kościół. Potem przyjechaliśmy do San Jose, gdzie właścicielem był Holender. Wchodzimy, a na ścianach zdjęcia z poprzedniego roku, kiedy Kostarykę nawiedziło potężne trzęsienie ziemi. Baliśmy się strasznie, bo tamtych krajach nigdy nie dało się odgadnąć kiedy i gdzie ziemia się zatrzęsie.

Po dwóch tytułach mistrzowskich, kilku dobrych występach w pucharach i ukończeniu 30 lat, bo taki był warunek otrzymania zgody na zagraniczny transfer, wyjechał Pan do Francji. Jak to się stało, że trafił Pan do Lens?

Miałem takie szczęście, że wyjechałem, mając nie 30 a 31 lat, bo prezes nie chciał mnie puścić. Mówił, że jesteśmy mistrzem, że gramy w pucharze Europy i jak będziemy wyeliminowani, to mogę jechać, bo jestem za dobry, żeby już teraz pojechać do tych „żabojadów”. Pamiętam, że jak przegraliśmy z PSV, to wszedł do szatni taki zły i powiedział, że mogę jechać. A dlaczego właśnie Lens? Bo tu była wielka Polonia. My zostaliśmy zaproszeni na jubileusz Fabera i Grzegorczyka, którzy kończyli tu karierę. Lens szukało następców i Faber zaproponował mnie. I tutaj już się wszyscy dogadali. Przyjechałem do Francji 30 października i 31 bez jakiegokolwiek treningu zagrałem z Lyonem i strzeliłem trzy bramki.

Na oficjalnej stronie Ruchu Chorzów znaleźliśmy informacje, że w transfer Marxa był zaangażowany nawet prezydent Francji − W połowie lat 70. wyjechał do Francji. Tam również osiągał sukcesy, z Lens zdobył wicemistrzostwo kraju. Jak sam przyznawał, w jego transfer był zaangażowany… prezydent Francji Valery Giscard d’Estaing, który w trakcie oficjalnej wizyty w Polsce poprosił, aby piłkarza zwolniono z Ruchu i aby mógł grać w Lens. Prezydent Francji żył w dobrych relacjach z burmistrzem Lens i stąd jego pomoc przy transferze.

Zagrał Pan 23 razy w kadrze według aktualnych statystyk, ale na IO był raczej zmiennikiem, a w kadrze na MŚ już Pan się nie znalazł. Dlaczego?

Co do tych statystyk, to jak wyjeżdżałem z Polski, miałem 27 gier i 12 bramek, a teraz widzę, że mam ich mniej. Pamiętam, że niektóre mecze zostały odseparowane. Dlaczego nie pojechałem? Trudno mi powiedzieć. W tamtych czasach nie było takiej tendencji jak teraz, że media pytały, dlaczego selekcjoner powołuje tego, a nie tamtego. Ja byłem kontuzjowany w marcu, miałem wybity obojczyk. Chcieli mnie operować, ale ja powiedziałem, że może da się to inaczej zrobić. Okazało się, że po trzech tygodniach wyszedłem ze szpitala i grałem cały kwiecień i cały maj i skończyłem chyba jako drugi strzelec ekstraklasy. Jedno jest pewne, mistrzostwa świata udały się wyśmienicie, ale we wrześniu po mundialu znowu zostałem powołany, pomimo że w kadrze było miejsce tylko dla 16 zawodników, a do RFN pojechało przecież ponad 20 zawodników. Ja tylko czytałem w książce Kazia Górskiego, który mówił, że byłem na liście, ale ta kontuzja była zbyt poważna na taką imprezę. Tam podał, że przechodziłem badania medyczne w Warszawie i w szpitalu zadecydowali, że kontuzja jest zbyt poważna, ale ja nie byłem na żadnych badaniach w Warszawie, leżałem tylko w szpitalu w Piekarach Śląskich.

Ze wszystkich meczów kadry, w których Pan grał, najbardziej pamiętny był chyba legendarny dwumecz z Bułgarią…

Przede wszystkim należy podkreślić, że mecz został rozegrany w Starej Zagorze, a nie w Sofii. Myśmy też tak robili, bo w Chorzowie była lepsza atmosfera niż na Stadionie Dziesięciolecia. Oni nas tam strasznie przyjęli. Pomimo tego prowadziliśmy 1:0 i pamiętam, że wyrównali z karnego. Włodek Lubański jako kapitan poszedł do sędziego zapytać za co ten karny i sędzia go za to wyrzucił z boiska. Graliśmy w dziesiątkę i przegraliśmy 3:1. Po spotkaniu policja nie pozwoliła nam wyjść ze stadionu, a sędzia, który mieszkał w tym samym hotelu co my, cały czas poruszał się z obstawą, bo bał się, że go pobijemy. Później wracaliśmy autobusem do Sofii i podczas postoju w hotelu powiedzieliśmy sobie „musimy ich pokonać, to jest nasza jedyna szansa, żeby pojechać na olimpiadę”. I już tam żeśmy się zmotywowali. Później, na Stadionie dziesięciolecia, w zasadzie wszyscy nam pomogli. Publiczność była fantastyczna. Ciągle się mówiło, że tam przegraliśmy przez sędziego i polska publiczność przyjęła ich strasznie. Jak wychodziliśmy z tunelu, to w pewnym momencie stanęliśmy i pozwoliliśmy im wyjść w pierwszej kolejności, a tam sto tysięcy ludzi tak wrzeszczało, tak gwizdało… Stadion szalał!

Według tego, co znaleźliśmy na stronie internetowej Rzeczpospolitej, Włodzimierz Lubański widział sytuację z kartką nieco inaczej: − Lubański był kapitanem drużyny, więc podbiegł do sędziego z żądaniem wyjaśnień. Ale Padureanu zaczął przed nim uciekać, a broniąc się, pokazał mu żółtą kartkę. Christo Bonew wyrównał na 1:1, więc Lubański wściekł się jeszcze bardziej. – Nazwałem go rumuńskim baranem, a moją wypowiedź przeplatałem polskimi przekleństwami – wspominał potem piłkarz w rozmowie z „Rz”. – Sędzia wyjął czerwoną kartkę i jedyny raz w życiu zostałem wyrzucony z boiska. Uniosłem się, to fakt. Ale miałem doświadczenie z meczów w Bułgarii. Znaliśmy zasadę, zgodnie z którą sędziowie w Bułgarii dostawali kożuszki za rzut karny.

Jak się Panu żyło we Francji po wyjeździe z kraju, nie ciągnęło z powrotem?

Kiedyś ciągnęło, ale dziś wszystko jest otwarte. Człowiek wsiądzie w samochód i jedzie do Polski, tu też jest polska telewizja. Teraz są zupełnie inne czasy niż kiedyś. Zresztą, tu jest duża Polonia, jest polski Kościół, przypominam sobie jak balowaliśmy, kiedy kardynał Wojtyła został wybrany Papieżem. Do dzisiaj mamy jego pomnik w polskim Kościele. Do dziś jest tu bardzo dużo Polaków. Właściwie to początkowo nie potrzebowaliśmy uczyć się języka francuskiego, bo ludzie wszędzie mówili po polsku. Trener też był z polski, Arnold Sowiński. Zresztą, Sowiński pokazywał mi kiedyś skład Lens z 1955 czy 1956 roku, w którym było chyba 10 Polaków, a jedenasty to był Francuz, który nazywał się Polonia (Thadee Polak, przyp. red.).

A jak przyjęliście we Francji informacje o stanie wojennym?

To było straszne. W Polsce mieliśmy rodzinę, braci, siostrę i wszyscy obawialiśmy się, że może dojść do jakiejś wojny. Polacy się raczej nie bali, przynajmniej tak to postrzegaliśmy, ale my obawialiśmy się najgorszego. Nie bardzo jeszcze wtedy rozumieliśmy, co w tamtym czasie mówiono w telewizji, ale w tamtym czasie w Lens wychodziła gazeta, która nazywała się „Narodowiec”, więc mieliśmy informacje na bieżąco. Potem byliśmy uważani za uciekinierów, którzy nie wrócili do Polski. Jeździliśmy do konsulatu, ale nie chciano nam przedłużyć daty ważności paszportów, dopóki sytuacja się nie wyjaśniła. W efekcie do Polski wróciłem dopiero w 1999 roku na 80-lecie PKOl. Przylecieliśmy wtedy z Włodkiem Lubańskim tym samym samolotem. I od tego znowu zaczęły się moje wyjazdy do Polski.

ROZMAWIAŁ: GRZEGORZ IGNATOWSKI

OBSERWUJ NAS NA INSTAGRAMIE! POLUB NAS NA FACEBOOKU!

Grzegorz Ignatowski
O Grzegorz Ignatowski 103 artykuły
Fanatyk historii futbolu i związanych z nim ciekawostek. Pochłania wszystko od meczów ligi argentyńskiej Primera Division aż do ligi kostarykańskiej, o ile czas pozwala. Twierdzi, że oddycha futbolem i coś w tym jest, bo dzień bez piłki działa na niego jak brak świeżego powietrza.