Johnny Warren i australijski sen o potędze

Próbowaliście kiedyś przekonać kogoś do polubienia piłki nożnej? Nie należy to z pewnością do najłatwiejszych zadań, tym bardziej, gdy druga strona jest do tego totalnie niechętna i stawia opór. Johnny Warren przez pół swojego życia zmagał się z tym problemem. On jednak nie chciał zachęcić pojedynczych osób, tylko… cały kraj. Poznajcie historię ojca chrzestnego australijskiej piłki nożnej.

Z czym właściwie kojarzy nam się Australia? Kangury, diabły tasmańskie i przeróżne najbardziej przerażające zwierzęta. Poza tym dodać można jeszcze: bumerangi, piękne plaże, Operę w Sydney, AC/DC, Savage Garden czy wreszcie Hugh Jackmana. Myśląc o tym państwie-kontynencie położonym na południowej półkuli, do głowy przychodzą nam przeróżne obrazy, ale jednym z nich rzadko kiedy jest futbol – ten rozpowszechniony przez Brytyjczyków i kochany niemal w każdym zakątku świata. Tak było niemal od zawsze, ale Johnny Warren pewnego dnia postanowił to zmienić.

Dawno, dawno temu…

…do Australii dotarli pierwsi Europejczycy – w 1606 roku u jej północnych wybrzeży wylądował Holender, Willem Jansz i to jego można uznać za oficjalnego odkrywcę tej ogromnej wyspy. W tym samym pojawił się tam również Hiszpan, Luis Torres, który jako pierwszy opłynął Nową Gwineę. Gdyby w tamtych czasach istniały holenderskie i hiszpańskie myśli szkoleniowe, historia piłki nożnej mogłaby wyglądać zupełnie inaczej.

Holenderski odkrywca Willem Janszoon, zwany też w skrócie – Willem Jansz

W 1770 roku do wschodniego wybrzeża dobił James Cook, angielski odkrywca. To on w czasie swojej drugiej wyprawy, siedem lat później, ostatecznie nakreślił rozmiary lądu. W 1817 roku Matthew Flinders zaproponował, aby odkrytą wyspę uznać za piąty kontynent i nadał jej nazwę Australia, zastępując tym samym używaną wcześniej, czyli Nową Holandię.

Przecież doskonale wiemy, że wszystkie odkrycia służyły temu, by w końcu w ten rejon świata przywieźć piłkę nożną. We wcześniej nieznanych częściach mapy zawitała ona wraz z brytyjskimi imigrantami, w okolicach drugiej połowy XIX wieku. Informacje dotyczące pierwszego piłkarskiego spotkania na ziemiach Australii zmieniały się, ale ostatecznie za oficjalną datę przyjęto 7 sierpnia 1875 roku – kroniki podają, że była to sobota, miejmy jednak nadzieję, iż pogoda i godzina sprzyjały wówczas graniu w piłkę. W Woogaroo naprzeciw siebie stanęli członkowie zespołu Brisbane Football Club oraz więźniowie i strażnicy z miejscowego przytułku. Reguły gry nie były dokładnie określone, ale najważniejszy zapis brzmiał następująco: „piłka nie powinna być przenoszona w rękach”.

Pierwszy mecz został zatem rozegrany, ale… na tym jakby entuzjazm Australijczyków się zakończył. Zanim w tamte rejony zawitał brytyjski futbol, raczkować zaczynała już powoli australijska odmiana. Pierwsze rozgrywki ruszyły już nawet w 1866 roku! Ten sport wygląda mniej więcej tak: dwie osiemnastoosobowe drużyny rywalizują ze sobą na boisku krykietowym, grając piłką przypominającą tę do rugby… Trzy dyscypliny w jednej? Tylko w Australii mogli wpaść na taki pomysł. Do dziś jednak jest to drugi sport narodowy na tym kontynencie.

Soccer, bo tak nazywana przez Australijczyków jest piłka nożna, miał jeszcze jednego potężnego przeciwnika. W okolicach Sydney swoich zwolenników zyskiwało rugby. Na początku XX wieku powstała już nawet zawodowa liga, nosząca dumną nazwę New South Wales Rugby Football League. National Rugby League, która funkcjonuje do dziś, wywodzi się właśnie z niej.

Gdzie tu zatem miejsce na futbol przywieziony z Wielkiej Brytanii? Powstawały co prawda nowe kluby, ale nie wzbudzały takiego zainteresowania, jak drużyny z innych dyscyplin. Pierwszy zespół został założony 3 sierpnia 1880 roku w Sydney i nosił nazwę Wanderers. Trzy lata później „narodził się” Balgownie Rangers FC – wówczas piąty z kolei, a obecnie najstarszy funkcjonujący klub. Przez kolejne dekady piłka w Australii przeżywała swoje wzloty i upadki, aż w końcu doczekała się w 1977 roku półprofesjonalnych rozgrywek National Soccer League. Duża w tym zasługa pewnego człowieka.

John Stuart w 1862 roku jako pierwszy człowiek przebył Australię z południa na północ. Ponad sto lat później podobną drogę, nieco bardziej symboliczną, przemierzył Johnny Warren, próbujący spopularyzować piłkę nożną wśród swoich rodaków.

Obcy

John Norman Warren urodził się 17 maja 1943 roku w Botany, na przedmieściach Sydney. Kiedy większość jego rówieśników grała w rugby i krykieta, jemu miłość do futbolu zaszczepili dwaj starsi bracia, którzy uprawiali właśnie tę dyscyplinę sportu. Pasję do piłki Johnny dzielił również z mieszkającym kilka domów dalej, Johnem Watkissem. Błąkając się w dzieciństwie po ulicach pewnie jeszcze nie wiedzieli, że pewnego dnia obaj zagrają dla swojego kraju na mistrzostwach świata.

Lata ich młodości zbiegły się akurat z piłkarskim boomem w Australii, który był spowodowany napływem imigrantów po zakończeniu drugiej wojny światowej (w ciągu kilkunastu lat przyjechało tam ponad sześć milionów ludzi). Europejczyków nie zachęcił miejscowy futbol, dlatego postanowili pozostać przy swojej odmianie. Zakładali kluby, będące w pewien sposób podtrzymaniem ich narodowości. W taki sposób Grecy stworzyli Sydney Olympic, Włosi – Adelaide City FC (wówczas noszący nazwę Juventus), a Chorwaci – Melbourne Knights. Przykładów było jeszcze więcej. Lata powojenne to dobre czasy dla piłki w Australii.

Wciąż jednak był to sport uprawiany głównie przez imigrantów – miejscowi nie byli do niego przekonani i uważali go za zabawę dla słabeuszy. Zakochany w futbolu Warren traktowany był jak odmieniec. Wyzywanie go od „pedziów” i „brudasów” stało się w szkole normą. On się jednak nie poddawał.

Johnny Warren jako piłkarz. Źródło: sportinghistory.com.au

Talent pozwolił mu na podpisanie kontraktu z miejscowym Canterbury Marrickville, gdzie zadebiutował w wieku zaledwie 15 lat. Przed osiemnastymi urodzinami zdążył jeszcze strzelić dwie bramki w finale New South Wales Cup. Udane występy przyciągnęły uwagę St. George-Budapest, drużyny założonej przez węgierskich imigrantów. W 1963 roku młody Warren zasilił ich szeregi.

Zderzył się wówczas z nową piłkarską rzeczywistością, ponieważ grali tam przybysze z Europy Środkowej oraz Ameryki Południowej. Zasmakował prawdziwej brazylijskiej pasji do piłki, która później u niego miała zmienić się w miłość do joga bonito. Niemal z marszu zapracował sobie na opaskę kapitańską. Barwy St. George reprezentował przez 12 lat, stając się niepodważalną australijską gwiazdą.

Johnny Warren w barwach St George-Budapest wymienia się proporczykami z kapitanem zespołu Marconi-Fairfield.

Powołanie do kadry przyszło w listopadzie 1965 roku. Pierwszy mecz rozegrał przeciwko Korei Północnej, która bez problemu rozgromiła Australijczyków. Ci sami Koreańczycy rok później pokonali również Włochów na mundialu. Tamta porażka bardzo dotknęła Warrena – pokazała wówczas miejsce jego reprezentacji na piłkarskiej mapie. Jednocześnie zrodziła się w nim wtedy chęć ulepszenia futbolu we własnym kraju.

Dwa lata po debiucie został kapitanem kadry. Był członkiem drużyny, która dokonała historycznego awansu na mistrzostwa świata – stało się to w 1974 roku. Od debiutanta na międzynarodowym turnieju nie wymagano zbyt wiele, dlatego wywalczony bezbramkowy remis w ostatnim grupowym spotkaniu przeciwko Chile należy uznać za sukces. Wcześniej Australia musiała uznać wyższość RFN oraz NRD.

Warren po mundialu łączył w St. George rolę zawodnika i menedżera. Właśnie jako grający trener zdobył swoje trzecie mistrzostwo NSW League. Jego drużyna pokonała Sydney City Hakoah 4:2. To on był autorem czwartego trafienia – przedryblował całą obronę rywali i uderzył piłkę zewnętrzną częścią stopy obok bezradnego bramkarza, a następnie… ściągnął siebie samego z boiska. To był jego ostatnie dotknięcie piłki w roli piłkarza. Odszedł w najbardziej spektakularny z możliwych sposobów – czy ktoś kiedyś zakończył karierę w lepszym stylu?

Skład reprezentacji Australii na mundialu w 1974 roku

Zrezygnował także z funkcji szkoleniowca w St. George. Parę lat później pomógł przy założeniu nowego klubu, Canberra City, który następnie trenował przez sezon. To, co najważniejsze dla australijskiej piłki, zrobił dopiero później.

Ojciec chrzestny

Po zakończeniu kariery Warren w końcu mógł spełnić swoje marzenie i wybrał się na podróż po Brazylii. Liczył, że podpatrzy tam rzeczy, które będzie mógł przenieść na piłkarski grunt we własnym kraju. Podglądanie z bliska joga bonito utwierdziło go w przekonaniu, że australijski futbol potrzebuje radykalnych reform, szczególnie w szkoleniu młodzieży. Po powrocie rozpoczął swoją misję.

Zaczął w nieco nietypowy sposób, bo od… założenia telewizyjnego show „Kapitan Socceroo”, który skierowany był głównie do dzieci, a Warren we własnej osobie przybliżał w nim futbol widzom. Czy program odniósł sukces? Mark Viduka, znany przede wszystkim fanom angielskiej Premier League, przyznawał wielokrotnie, że w dzieciństwie był to jego ulubiony kanał.

Miał prawdziwego bzika na punkcie szkolenia młodzieży. W latach 80. na swoich posesjach w Canberze prowadził piłkarskie obozy. Później udało mu się zorganizować fundusze dla młodych zawodników, dzięki którym mogli wyjeżdżać za ocean na stypendia. Na jednym z nich był Paul Okon, późniejszy kapitan reprezentacji Australii.

Mówi się czasami o kimś, że jest osobą, z którą chciałoby się walczyć ramię w ramię w okopach – gdybym ja miał wybierać, wskazałbym Jimmy’ego. Patrząc z perspektywy piłkarskiej i przywódczej, to była przyjemność grać razem z nim  – Ray Baartz, kolega Johnny’ego z reprezentacji.

Warren w telewizji zaczął pojawiać się coraz częściej, dzięki pracy dla Special Broadcasting Service. Regularnie wcielał się w rolę eksperta w programach „On the Ball” i „The World Game”. Swoim zaangażowaniem, wiedzą i pewnością siebie przed kamerą – przyciągał kolejnych widzów. W międzyczasie miał także swoją kolumnę w gazecie „Sun Herald”. Jeżeli był potrzebny komentarz w jakiejś piłkarskiej sprawie, to zawsze proszono Warrena.

Jak bardzo był zaangażowany w rozwój australijskiej piłki, pokazał w 1997 roku. Socceroos przegrali z Iranem i nie zdołali zakwalifikować się na mistrzostwa świata. Johnny podczas meczu był w telewizyjnym studiu, a po końcowym gwizdku utonął we łzach na antenie. Sukces, jakim bez wątpienia byłby awans na mundial we Francji, był tak blisko…

W 2002 roku zdecydował się na publikację autobiografii o bardzo kontrowersyjnym tytule „Sheilas, Wogs and Proofters”, co w wolnym tłumaczeniu można przełożyć na „Baby, brudasy i pedzie”. Opisał w niej różne przeciwności z jakimi musiał się zmierzyć w młodości, a później już jako dorosły piłkarz, gdy chciał propagować piłkę wśród rodaków. Za tytuł posłużyły mu wyzwiska, które słyszał na każdym kroku. Książka okazała się ogromnym sukcesem.

Dwa lata później, w 2004 roku, założył akademię dla najmłodszych. Inicjatywę wspierał i sponsorował rząd. Młodzi zawodnicy mogli korzystać z najnowocześniejszego szkolenia i mieli dostęp do wiedzy najlepszych fachowców. Samemu Warrenowi nie dane było nacieszyć się ze swojego kolejnego sukcesu. Zdiagnozowano u niego raka płuc i lekarze dawali mu zaledwie kilka miesięcy życia. Zmarł szóstego listopada 2004 roku w Sydney, ale rozpoczęta przez niego rewolucja trwała dalej.

Dziedzictwo

Jeszcze przed śmiercią odebrał Order zasługi FIFA z rąk Seppa Blattera za swój nieoceniony wkład w rozwój australijskiej piłki nożnej. Dwa lata wcześniej został uhonorowany Orderem Australii, a w 1974 roku – Orderem Imperium Brytyjskiego. Po raz ostatni publicznie przemawiał w czasie uroczystości dotyczącej zmiany nazwy ekstraklasowych rozgrywek – A-League zastąpiła w 2004 roku National Soccer League.

Warren, Sepp Blatter i Order zasługi FIFA. Źródło: abc.net.au

Najsmutniejsze w historii Johnny’ego Warrena jest to, że nie dożył do kolejnego awansu jego kraju na piłkarskie mistrzostwa świata. W 2005 roku, w ciągu trzech dni, Australia rozegrała barażowy dwumecz z Urugwajem. W Ameryce Południowej górą byli gospodarze, którzy wygrali 1:0. W rewanżu wygrali Australijczycy, dzięki bramce Marka Bresciano. Oznaczało to, że potrzebna będzie dogrywka. Ona również nie wyłoniła zwycięzcy, więc o wyjeździe na mundial zadecydować miały rzuty karne. Sami zobaczcie te emocje, które trudno opisać:

… rok i jeden dzień po pogrzebie Warrena, Australia zakwalifikowała się do mistrzostw świata, po ponad trzydziestoletniej przerwie. Zapytany kiedyś, z czego chce być zapamiętany, Johnny odpowiedział:

Kiedy będę już biegał po ogromnym boisku w niebie, chcę tylko, żebyście pamiętali, że wam o tym mówiłem.

Przez wiele lat był osamotnioną jednostką walczącą o piłkę nożną w kraju, który jej nie chciał. Dzięki swojej pasji i niezłomnej determinacji odmienił jednak ten sport i zbudował fundamenty pod przyszłe sukcesy. Był niezwykle ambitny. Bardzo mocno wierzył, że w Australii drzemie duży piłkarski potencjał. Kiedyś nawet powiedział:

Jestem już zmęczony tymi ciągłymi pytaniami ludzi o to, kiedy w końcu dostaniemy się na mundial. A ja się pytam, kiedy w końcu wygramy mistrzostwa? Nazywajcie mnie marzycielem.

Odważył się na taki komentarz niedługo po zaskakującym zwycięstwie Australijczyków na Wembley z Anglikami. Wcześniej został jeszcze dodatkowo podbudowany wygranymi z Francją i Brazylią w czasie Pucharu Konfederacji w 2001 roku (Socceroos zajęli wówczas trzecie miejsce). Dziś Australia jeszcze nie należy do światowej czołówki, ale kto wie, co wydarzy się za kilkanaście lub kilkadziesiąt lat. Pewne jest jedno – Johnny Warren już na zawsze pozostanie częścią każdego przyszłego sukcesu tego państwa w piłce nożnej. Kibice, którzy w czasie mundialu 2006 nosili koszulki z jego cytatem „I told you so”, będą mogli ponownie wyciągnąć je z szafy.

To takie beznadziejne, że Johnny’ego nie ma tutaj z nami i nie widzi, jak rozwija się gra, na jakie wyżyny się wspięła. Był dalekowzroczny i dostrzegł prawdziwy potencjał w piłce. Myśleliśmy, że okłamuje sam siebie, ale to on miał rację, a my byliśmy w błędzie – Ray Baartz.

KUBA GODLEWSKI

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE i INSTAGRAMIE.

Kuba Godlewski
O Kuba Godlewski 22 artykuły
Licencjat filologii polskiej. Początkujący trener. Kibic Manchesteru United i cichy wielbiciel czarnych koszul Diego Simeone.
  • Iwona

    Jestem kobietą, nie jestem wielkim kibicem piłki nożnej, ale ta historia mnie zaciekawiła. Super tekst. Pozdrawiam 😉