Retro Wywiad #11: Józef Dankowski

Górnik Zabrze rywalizuje obecnie w I lidze z takimi drużynami jak: Chojniczanka, Bytovia, czy Wigry Suwałki. A przecież w latach 80. ten klub seryjnie zdobywał mistrzostwo Polski i momentami, jak równy z równym, rywalizował w europejskich pucharach z takimi klubami jak: Real Madryt, Bayern Monachium czy Anderlecht. Postanowiliśmy powspominać te czasy i porozmawiać z filarem defensywy zabrzan z tamtych lat – Józefem Dankowskim. W rozmowie nie zabrakło szczerych wypowiedzi, pozaboiskowych anegdot, czy wspomnień o kolegach z drużyny.

Górnik Zabrze spadł do I ligi i jak na razie radzi sobie słabo. Czy pamięta Pan tak słabego Górnika?

Nie, nie pamiętam, ale nie zapominajmy o tym, w jakich czasach przyszło Górnikowi się teraz mierzyć z rywalami i rzeczywistością.

Pan zdobywał z tym klubem cztery tytuły mistrzowskie, grał w reprezentacji Polski, a w europejskich pucharach rywalizował z takimi klubami jak: Anderlecht, Glasgow Rangers, Bayern Monachium, Real Madryt czy Juventus.  Niezależnie od tego jakie mamy czasy, trudno się pogodzić z tym, że dziś z tego wielkiego Górnika zostały tylko wspomnienia.

Nie patrzyłbym na to aż tak krytycznie. Wierzę w to, że Górnik będzie żył historią, która dopiero zostanie napisana. Nie sztuką jest żyć historią, trzeba tę historię tworzyć! Ja wierzę, że Górnik się odrodzi i będzie tym Górnikiem, który kiedyś zapisywał piękne strony na kartach historii polskiej piłki nożnej.

Mimo wszystko uważam, że historia Górnika może inspirować zarówno kibiców jak i piłkarzy. Wystarczy wspomnieć mecz z Realem, w którym przegraliście 2:3, chociaż prowadziliście 2:1, co dawało wam awans. W pewnym momencie było widać, że ci wielcy piłkarze Realu są przerażeni, że mogą odpaść z mistrzem Polski!

W pewnym momencie było widać może nie tyle przerażenie, ale zdenerwowanie na twarzach zawodników Realu. Oni się spodziewali, że wygrają lekko, łatwo i przyjemnie, a kibice pokazywali na palcach jednej ręki ile Górnik straci bramek. To miała być fiesta dla fanów, których przyszło na stadion około 50 tysięcy. Na 13 minut przed końcem, kiedy wyrównał Butragueno, ta niepewność z nich zeszła i było widać, że oni będą chcieli swoją wyższość jeszcze potwierdzić, strzelając zwycięską bramkę, która rzeczywiście padła na trzy minuty przed końcem. Jednak brawa, jakie dostaliśmy od kibiców, są dowodem na to, że swoją grą zapracowaliśmy na ich uznanie.

Był taki moment, kiedy zamiast stracić gola na 2:2, mogliście strzelić na 3:1…

Chyba Krzysztof Baran miał najlepszą sytuację, by strzelić gola na 3:1. Kto wie, być może gdyby mu się to udało, to dziś wspominalibyśmy jak ograliśmy ten Real.

Graliście też z Bayernem Monachium. Czy tamtejsi kibice też pokazywali na palcach ile wam strzelą bramek?

Nie, nie robili tego. W ogóle pamiętam, że kibice wiele razy dawali znaki sympatii wobec naszej drużyny. Wielu Polaków mieszkających w Niemczech przyszło obejrzeć to spotkanie, a przy okazji też z nami porozmawiać. To było budujące. Po tym pierwszym meczu w Chorzowie, gdzie przegraliśmy 1:2, uwierzyliśmy, że możemy zagrać z nimi jak równy z równym i początkowo się to potwierdzało, bo w Monachium do przerwy remisowaliśmy 1:1. Stracona bramka wytrąciła nas z takiej wojowniczej postawy i później już nie dorównaliśmy kroku Bayernowi. Z tego zapamiętałem coś zupełnie innego, ponieważ była z nami osoba, która mocno dała nam o sobie znać. Myślę tutaj o Panu dyrektorze Marteli. On palił tak ohydne cygara, że kiedy przechadzał się z tym cygarem po korytarzu, to unosił się taki zapach, że wszyscy od niego uciekali. Tam gdzie był Mertela, zawsze było dużo miejsca. Potem dostał pudełko markowych cygar, ale te fatalne cygara pozostały na długo w naszej pamięci.

Graliście też z Anderlechtem, który w latach 80. znaczył znacznie więcej niż teraz i zaliczał się do ścisłej czołówki europejskiej piłki. Co Pan zapamiętał z pojedynków z „Fiołkami”?

Pamiętam, że przed tym meczem do Brukseli na obserwacje pojechał nasz trener, Lesław Ćmikiewicz, który wrócił do Zabrza z taką nowinką taktyczną, podpatrzoną w Anderlechcie. Mistrzowie Belgii grali wówczas czwórką stoperów ustawionych w pionie: dwóch środkowych, a przed nimi dwóch zawodników, których dziś nazwalibyśmy defensywnymi pomocnikami, z tym że grali tam nominalni stoperzy. Ćmikiewicz chciał zagrać podobnym systemem, ale to się nie powiodło, bo dość szybko przegrywaliśmy 0:2. Nie do końca byliśmy do tego przekonani, bo to była tak zwana operacja na żywym organizmie. W rewanżu zremisowaliśmy 1:1 po golu Cyronia i okazało się, że Anderlecht, który skupiał się w tym drugim spotkaniu na defensywie, nie był taki straszny. Myślę, że mimo tej porażki, odpadliśmy z honorem, bo to rzeczywiście był wtedy bardzo mocny zespół.

Mieliście okazję mierzyć się też z niezwykle silnym Glasgow Rangers. Co was najbardziej zaskoczyło podczas wyjazdu do Szkocji?

Przede wszystkim świetna drużyna z Mc Coistem, Butcherem, czy Sounessem. Ich bardzo twardy sposób grania też był czymś, z czym zetknęliśmy się po raz pierwszy. Oni nas tam zdominowali. Zapamiętałem też taką rzecz,  że wychodząc na rozgrzewkę zastaliśmy puste trybuny. Pomyśleliśmy, że kibice nas zlekceważyli, więc może i zawodnicy postąpią tak samo. Okazało się, że oni przed meczem pochowali się w tych swoich pubach, bo potem, kiedy wychodziliśmy na mecz, zobaczyliśmy pełny stadion. To zapewniło nam taki dodatkowy dreszczyk emocji. Jeśli chodzi o sam zespół, to jak mówiłem – był bardzo mocny. W Glasgow przegrywaliśmy już 0:3 i Jan Urban strzelił bramkę, która dawała nam jakieś tam nadzieje w rewanżu, ale u siebie też nie daliśmy rady.

Do tej pory wspominaliśmy wielkie mecze, ale we wszystkich dwumeczach to rywale byli górą. Jednak były też zwycięstwa i awanse. Pokonaliście na przykład mistrza Grecji – Olympiakos Pireus.

Podczas wyjazdu do Pireusa zdarzyła się dość nietypowa sytuacja, niezwiązana z boiskiem. Pojechała z nami grupa VIP-ów, w której znaleźli się dyrektorzy kopalni i osoby bardzo zaangażowane w działalność klubu. Po ich wyjściu z hotelu, nagle ktoś zaczął się domagać uregulowania rachunków za rozmowy telefoniczne, które były wykonywane z pokojów. Jak przechodziliśmy obok nich, to dało się usłyszeć: – No do cholery, jak to możliwe, przecież w pokoju byłem sam, nikt nie widział, że ja telefonuję. Jeśli chodzi o same mecze z Olympiakosem w Pireusie, to tam grał Jacek Kazimierski a u nas Marek Majka, który miał na niego patent, zapowiadał, że on na pewno puści jakiegoś babola. Majka mu nie strzelił, ale trafił Joachim Klemenz. W rewanżu wygraliśmy tylko 2:1, ale kontrolowaliśmy przebieg tego spotkania, więc byliśmy raczej spokojni.

Wspomniał Pan Joachima Klemenza. To ciekawa historia, bo piłkarz, który w młodym wieku uchodził za wielki talent, nie osiągnął wielkiego sukcesu w dorosłym futbolu. Dlaczego?

Piłka młodzieżowa jest zupełnie inna. Tam się daje więcej luzu. Piłka seniorska jest obwarowana działaniami taktycznymi, a Achima zawsze ciągnęło do przodu, kiedy grał na pozycji stopera czy for stopera. W ataku robił dobre wrażenie, ale to się potem odbijało na grze defensywnej. Stwarzał wrażenie piłkarza nieco pokracznego, ale był skuteczny w tym co robił i miał duże serce do walki i myślę, że gdyby był bardziej zdyscyplinowany taktycznie, to pewnie zrobiłby większą karierę.

W Pucharze UEFA stanęliście jeszcze naprzeciwko Juventusu, ale tam szybko straciliście cztery bramki.

Górnik przechodził wtedy duże przeobrażenia i kilku piłkarzy odeszło, a Juventus miał świetnych zawodników, jak Rui Barros, biegający nam niemal pod pachami. Pamiętam, że w 6 minucie było już 3:0. Skąd taki fatalny początek? Przed meczem dostaliśmy informacje, że mamy czekać w szatni, żeby pójść na rozgrzewkę. Czekamy, czekamy, a tu gwizdek sędziego. Myślimy sobie, kurczę, to bardzo mało czasu, żeby się rozgrzać. My chcemy już wychodzić, a tu dostajemy sygnał – panowie, zakładajcie buty, bo już wychodzimy na mecz. Zanim się rozgrzaliśmy, Juventus prowadził już 3:0. Groziło to kompromitacją, ale na szczęście skończyło się 4:2, gdzie Dariusz Koseła i Zenon Lissek uratowali honor Górnika.

Zanim zagraliście w europejskich pucharach, zaliczyliście trzy starty w Pucharze Intertoto, gdzie mierzyliście się m.in. z Norymbergą, Magdeburgiem, Malmo czy Rosenborgiem. Dały wam coś te mecze?

Tak, mieliśmy bardzo dobre starcie przed pucharami i czy to był AIK, czy Magdeburg, czy Norymberga, to pokazywaliśmy, że możemy grać jak równy z równym z europejskimi drużynami. Z tą Norymbergą zagraliśmy bardzo dobry mecz i uwierzyliśmy, że te wielkie zespoły z Bundesligi wcale nie są dla nas takie straszne. To był bardzo dobry pomysł, żeby grać w tym turnieju. Dzięki temu nabieraliśmy pewności i wiary siebie.

Za jednego z twórców wielkiego Górnika w drugiej połowie lat 80. uważa się Jana Szlachtę, czy rzeczywiście miał on tak wielki wpływ na klub? i czy rzeczywiście był tak kontrowersyjny, jak to się przedstawia dzisiaj?

Ten człowiek wykorzystał swoje stanowisko do budowy wielkiego Górnika, do wyciągnięcia klubu na piedestał. Dzięki niemu to wszystko, co się stało, było możliwe. On zrobił wszystko, co było w jego mocy, by Górnik był tym Górnikiem, co kiedyś, choć robił to, podejmując śmiałe i często niepopularne decyzje, jak na przykład sprowadzanie zawodników do klubu. Potrafił powiedzieć, że następnego dnia jakiś zawodnik ma być w Górniku i rzeczywiście tak się działo. A że był kontrowersyjny? On nigdy nie miał czasu. Wszystkie decyzje podejmował w ciągu kilku sekund. To było zarówno jego wadą jak i zaletą.

Miał Pan też okazje grać pod skrzydłami znakomitych trenerów, jak Hubert Kostka czy Antoni Piechniczek, którzy zasłynęli nie tylko z dużych sukcesów, ale też z ciężkich treningów. Jak Pan wspomina współpracę z nimi?  

Trener Piechniczek czy trener Kostka, to są osobowości, a mając do czynienia z grupą, w której również są wielkie osobowości, musi dochodzić do spięć. Jeśli chodzi o Górnika i trenera Kostkę, to trzeba zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz, bo mówiąc o nim, zapomina się nieco o trenerze Podedwornym. To on budował tę drużynę, on brał na celownik wielu zawodników, którzy potem za kadencji Kostki trafiali do Górnika. Tych trenerów, podobnie jak Marcina Bochynka łączyło to, że budowali go ciężką pracą, a ta nie zawsze się podobała piłkarzom, którzy mieli ogromny talent i myśleli, że to wystarczy. Trener Kostka niedawno powiedział mi, że być może za dużo trenował, ale dodał, że bez tej pracy nie byłoby efektów i zgadzam się, że bez pracy nie ma niczego. Myślę, że dzięki tym trenerom i ciężkiej pracy, ja byłem uczestnikiem tych sukcesów. Nie można ich osiągać, grając tylko na świeżości i nie trenując tak intensywnie. Trzeba też pamiętać, że trenerzy, wchodząc do drużyny, gdzie są reprezentanci Polski, muszą zostawić swoje piętno. Ich piętnem była ciężka praca.

W 1990 roku wyjechał Pan do Larisy, jakie były okoliczności tego transferu?

Trener Bochynek w Larisie osiągnął bardzo dobry wynik z młodym zespołem i w momencie, gdy ten zespół zaczął mu się rozpadać, dostałem od niego propozycję wyjazdu. Byłem też bardzo blisko przejścia do tureckiego zespołu, gdzie trenerem był Franciszek Smuda, ale kiedy zadzwonił trener Bochynek, którego znałem doskonale, nie zastanawiałem się długo i zdecydowałem się na transfer a potem przez rok grałem dla tego klubu.

Jak Pan wspomina pobyt w Grecji?

Myślałem, że w tej Grecji ludzie są zamknięci, a ja muszę się tam zachowywać jako gość, inaczej sobie tego nie wyobrażałem. Gwiazdą żadną nie byłem, przyjechałem do kraju, w którym wszyscy okazywali ten południowy temperament i my tego doświadczaliśmy po każdym przegranym meczu. Po powrocie do Polski cieszyłem się, że wróciłem do kraju, ale kilka miesięcy później pomyślałem, że ci ludzie byli naprawdę fajni, otwarci na drugiego człowieka.

Zastanawiam się, czy przypadkiem pokolenie piłkarzy urodzonych w latach 60. nie było lepsze od tego pokolenia, które odnosiło wielkie sukcesy z reprezentacją kraju i jak duży wpływ na brak sukcesów miały: alkohol, ustawianie meczów i brak motywacji, związanej z możliwością zarobienia większych pieniędzy za granicą…

W tym, co Pan mówi, jest dużo prawdy, ale to nie jest takie proste. Każdy z tych problemów, o których pan wspomniał powodował, że motywacja do samodoskonalenia się, nie była aż tak duża. Wtedy była tylko liga i przepisy, które nie pozwalały na wcześniejszy wyjazd na zachód. Jeśli ktoś miał słabą osobowość, to w tym klimacie towarzysko-alkoholowym przegrywał swoją karierę. Wielu chłopców właśnie z tego powodu nie zostało odkrytych na rynku europejskim, ale dzisiaj też są podobne przypadki. Na przykład rynek menadżerski, który w równie wielkim stopniu może wpłynąć na karierę. Młody zawodnik zbyt szybko bywa rzucony na szerokie wody, nie mając żadnej pomocy od menadżera. To sprawia, że wielu młodych chłopców z dużym talentem, zwyczajnie utonie.

Wrócił Pan do Polski, ale nie do ekstraklasy, a do II-ligowego Hetmana Zamość. Górnik Pana nie chciał?

Powiem wprost – nie chciał. Była inna koncepcja. Otrzymałem odpowiedź, że zawodnicy, którzy zostawili Górnika, nie mają miejsca w drużynie, a przecież ja nigdy tego Górnika nie zostawiłem, bo byłem do Larisy jedynie wypożyczony. Wracając do kraju, zgłosiłem się do Górnika, ale dostałem właśnie taką odpowiedź i musiałem szukać sobie innego miejsca. Wybrałem Zamość. Być może mogłem wybrać lepiej, ale stało się tak, jak się stało.

Pomimo tego i tak wrócił Pan do ekstraklasy, na zakończenie kariery grał Pan w Polonii Warszawa i Stali Stalowa Wola.

Nie będę tutaj obłudny i nie będę ukrywał, że było to w pewnym sensie odcinanie kuponów. Chciałem jeszcze zarobić i trochę pograć, a przede wszystkim pokazać, że jeszcze mogłem być przydatny Górnikowi. Chociażby ze względu na to, że będąc wcześniej kapitanem w Górniku, do jednej z moich ról należało wprowadzanie do zespołu młodych chłopaków, jak: Darek Koseła, Krzysztof Zagórski, Piotr Jegor, Piotr Brzoza, czy Krzysztof Kołaczyk.

Wspomniał Pan Piotra Jegora. Ten zawodnik świetnie się zapowiadał, interesował się nim nawet Real Madryt, ale potem nie zrobił dużej kariery. Dlaczego?

To jeden z tych przykładów, o których mówiłem, on potrzebował ciężkiej pracy. Przychodząc do Górnika nie był tytanem pracy. Miał dobry strzał, siłę, dysponował dobrym przerzutem i – tak to przynajmniej odbierałem – on myślał, że ten talent miał większy. Potem musiał ciężko pracować, żeby się dobrze zaprezentować i przez to, że nagiął się do tej pracy, miał swoje pięć minut w postaci zainteresowania ze strony Realu Madryt.

Miał Pan możliwość grać w lidze polskiej w rzeczywistości PRL oraz po zmianie ustroju. Czy Pana zdaniem właśnie ta zmiana miała największy wpływ na to, że Górnik po przemianach w 1989 roku tylko raz włączył się do walki o mistrzostwo?

Może inaczej. Myślę, że zadecydowały o tym wszystkie zmiany, głównie te zmiany krótkotrwałe są przyczyną tego, że Górnik jak dotąd nie odzyskał dawnej świetności.

ROZMAWIAŁ: GRZEGORZ IGNATOWSKI                 Marek Motyka

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE

Grzegorz Ignatowski
O Grzegorz Ignatowski 99 artykułów
Fanatyk historii futbolu i związanych z nim ciekawostek. Pochłania wszystko od meczów ligi argentyńskiej Primera Division aż do ligi kostarykańskiej, o ile czas pozwala. Twierdzi, że oddycha futbolem i coś w tym jest, bo dzień bez piłki działa na niego jak brak świeżego powietrza.