Od idola do ofiary systemu. Złamana kariera Jurija Sewidowa

Zdjęcie główne: sovsport.ru

W piłce nożnej wiele zależy od przypadku. Niewykluczone nawet, że to właśnie przypadek w najlepszy sposób definiuje tę dyscyplinę sportu, bo przecież boiskowe wydarzenia nierzadko wymykają się logice i zdrowemu rozsądkowi. Jurija Siewidowa, wschodzącą gwiazdę Spartaka Moskwa pierwszej połowy lat 60, ślepy los dopadł jednak daleko poza piłkarskim stadionem, wytyczając przy okazji alternatywny kurs. Zamiast do futbolowych kronik, błyskotliwy napastnik na prawie pięć lat trafił do kolonii karnej. Po części z własnej winy, ale ta wina stanowiła ledwie ułamek złożonego splotu wydarzeń, który ostatecznie zrujnował karierę Siewidowa.

Nowy Strielcow

Pierwsze kroki w seniorskim futbolu stawiał Siewidow w miejscu z dzisiejszego punktu widzenia dość egzotycznym. Ku powszechnemu zaskoczeniu, w 1959 r. odrzucił atrakcyjną ofertę od mocnego Torpedo Moskwa i postanowił przenieść się do kiszyniowskiej Mołdowy (obecnie Zimbru). Decyzję 17-letniego wówczas Jurija ciężko nazwać jednak autonomiczną. Nie jest bowiem tajemnicą, że wybór klubu zależał przede wszystkim od ojca chłopaka, Aleksandra, a ten bał się, że w będącym pod stałą obserwacją władz państwowych Torpedo, jego syn podzieli los aresztowanego ledwie rok wcześniej Eduarda Strielcowa. Dlatego, chcąc mieć Jurija nieustannie na oku, wywiózł go aż do Kiszyniowa, gdzie jako pierwszy trener Mołdowy, osobiście nadzorował rozwój jego talentu.

Przesadna troska o syna w przypadku Aleksandra Sewidowa była jednak w pełni zrozumiała i podyktowana tym, że on sam nie zrealizował swojego sportowego potencjału. Nieźle zapowiadająca się kariera została przerwana w 1946 r., gdy jako zawodnik moskiewskiego Torpedo padł ofiarą bandyckiego wślizgu ze strony Arkadija Ałowa, grającego dla Dynama Leningrad. Trzy skomplikowane operacje przeprowadzone przez najlepszych radzieckich chirurgów nie przyniosły oczekiwanego rezultatu. Mając ledwie 25 lat Aleksandr Sewidow zmuszony był na zawsze porzucić swoje piłkarskie marzenia. Pełnej sprawności w kontuzjowanej nodze nie odzyskał nigdy.

Ambicje, których nie udało się spełnić grając w piłkę, Sewidow senior urzeczywistnił zajmując miejsce na ławce trenerskiej. Marzenia o roli bohatera stadionów spełnił za to Jurij, który, jak szybko okazało się w Kiszyniowe, talentem wyraźnie przerastał rodziciela. Przed debiutem w pierwszym zespole Mołdowy rozegrał jeszcze dwa mecze w rezerwach. W pierwszym występie strzelił dwa gole drugiej drużynie Spartaka Moskwa, w kolejnym trzykrotnie pokonał bramkarza Rostowa. Po meczu z „czerwono-białymi” Jurija na stronę poprosił sam Nikołaj Starostin, jeden z założycieli Spartaka, chwaląc go i wypytując o plany na przyszłość. Starostin, który miał wyjątkowe oko do piłkarzy, krótką rozmowę zakończył wymownym „no, to nie żegnamy się”.

Pierwszorzędne występy w rezerwach bardzo szybko wywindowały młodego Sewidowa do podstawowego składu Mołdowy. Podobno na prośbę innych zawodników, którzy osobiście namawiali do tego ojca chłopaka, skłaniającego się raczej ku powolnemu wprowadzaniu syna do zespołu. Ale zmiany decyzji raczej nie żałował, bo na wyższym poziomie Jurij czuł się doskonale. Imponował szybkością, nienaganną techniką i pewnością siebie. W prasie szeroko rozpisywano się o „nowym Strielcowie”, którego z radarów nie spuszczają Spartak i Dynamo Moskwa. Transfer do lepszego klubu był tylko kwestią czasu.

Król życia i filozof

W pierwszym zespole Mołdowy Jurij Sewidow rozegrał raptem 10 spotkań. Co ciekawe, nie strzelił żadnej bramki, ale jego olbrzymi wpływ na grę zespołu nie mógł zostać niezauważony. Wyścig o wschodzącą gwiazdę radzieckiej piłki ostatecznie wygrał Spartak, w którym Sewidow jako kilkuletni chłopiec, zaczynał swoją piłkarską przygodę i w którego barwach został nawet mistrzem Moskwy. Przenosiny do stolicy nie obyły się jednak bez skandalu, za jaki niewątpliwie należy uznać transfer przeprowadzony w środku sezonu, poza wyznaczonym do tego typu działań okresem. Ludzie w piłkarskiej centrali byli jednak przygotowani na protesty kibiców i przedstawicieli innych klubów. Tuż po przyklepaniu transakcji w prasie sportowej pojawił się komunikat, w którym poinformowano, że Jurij Sewidow na drodze wyjątku dostał zgodę na zmianę zespołu. Powód? Fakt, iż trenerem Mołdowy jest jego ojciec, przekłada się na nie do końca normalną atmosferę w zespole. Tak właśnie gruby szwindel stał się legalnym interesem korzystnym dla wszystkich stron.

W nowym otoczeniu Sewidow nie miał absolutnie żadnych problemów z aklimatyzacją. Już w debiucie z Szachtarem Donieck zaliczył asysty przy czterech z pięciu goli zdobytych przez Spartak. W kolejnych spotkaniach przyszły też bramki. Łącznie w 146 meczach w barwach moskiewskiego klubu zaliczył aż 71 trafień. W 1962 r. poprowadził Spartak do mistrzostwa kraju, dla siebie zgarniając koronę króla strzelców. O młodym napastniku było już wtedy głośno po drugiej stronie żelaznej kurtyny.  Jeszcze przed startem mistrzowskiego sezonu Sewidow dostał bajeczną ofertę z Anderlechtu Bruksela. Tuż po tym, jak w sparingowym spotkaniu ograł Belgów niemal w pojedynkę  dwukrotnie wpisując się na listę strzelców.

Mogłem tam przejść. Anderlecht był wtedy w piątce najlepszych europejskich klubów, a ponieważ ukłułem ich dwa razy, to zapraszali do siebie. Mówili: „zagrasz u nas jeden sezon, a potem na pewno weźmie cię Real Madryt” – wspominał po latach Jurij na łamach „Sport Expressu”.

Kapitalna gra Sewidowa szybko zaczęła przekładać się na gwałtownie rosnącą popularność. Bramkostrzelny napastnik coraz częściej gościł na salonach, stał się ulubieńcem prasy i obiektem westchnień żeńskiej części publiczności goszczącej na meczach Spartaka. Lubił i umiał się zabawić, a ze swojego wystawnego życia czerpał całymi garściami. Po ulicach Moskwy rozbijał się swoim sportowym Fordem, a kibicie coraz częściej zauważali, że młodemu do głowy ewidentnie uderzyła woda sodowa. Sewidow czuł jednak całkowicie bezkarny. Żył w przekonaniu, że teść pracujący w Ministerstwie spraw zagranicznych jest polisą chroniącą go od wszystkich problemów i nieprzyjemnych wydarzeń. No a przede wszystkim cały czas strzelał bramki, a to było przecież najważniejsze.

67192004_Spartak

Drużyna Spartaka Moskwa z 1965 roku. Jurij Sewidow w dolnym rzędzie, drugi od prawej.
   Źródło zdjęcia: liveinternet.ru

Gwiazdorskie nawyki i megalomański styl życia w przypadku Sewidowa wydają się być jednak zrozumiałe. Jego dzieciństwo, zwłaszcza na przełomie lat 40 i 50, naznaczone było skrajną biedą. Wraz z pracującą w artelu (spółdzielnia wytwórcza) matką, bezrobotnym ojcem, któremu całe dnie pochłania szkoła trenerów i młodszym bratem mieszkali na 12 metrach kwadratowych, a pieniędzy często brakowało nawet na jedzenie. Dlatego trudno się dziwić, że sława i bogactwo tak szybko dały o sobie znać. Sewidow po prostu czuł się królem życia i okazywał to na rozkosznie każdym kroku.

Ale młody napastnik miał też drugie, lepsze oblicze. Na co dzień był bowiem naprawdę łebskim gościem, który do szatni Spartaka przynosił winyle z muzyką jazzową, a kolegów zaskakiwał perfekcyjną znajomością „Dwunastu krzeseł” Ilfa i Pietrowa, recytując fragmenty powieść z pamięci. Inteligencją, skłonnością do rozmyślań i imponującym oczytaniem zapracował sobie na wymowną ksywę „filozof”. Równych sobie nie miał także w szachach. Od  zabawy i taniego efekciarstwa nigdy jednak nie stronił. Wzorem innych gwiazd żył tak, jakby jutra miało nie być. I zapewne nie spodziewał się, że przyjdzie mu doczekać momentu, w którym jutro faktycznie nie nadejdzie.

Seria niefortunnych zdarzeń

Rok 1965 nie był dla Spartaka szczególnie udany. Jak powtarzali później członkowie tamtej ekipy, najczęściej po prostu brakowało szczęścia. Ale nawet mimo nieprzychylności fortuny, udało się awansować do finału rozgrywek o Puchar ZSRR, w którym Spartak wygrał 2:1 z Dynamem Mińsk. Nowe trofeum w kolekcji niespecjalnie ucieszyło jednak Jurija Sewidowa. Na tym etapie kariery zwycięstwa same w sobie zwyczajnie przestały go zadowalać. Satysfakcję czerpał tylko z tych, odniesionych po jego trafieniach. Tymczasem do triumfy w krajowym pucharze „czerwono-białych” poprowadził strzelec obu bramek Galimzian Chusajnow, z którym Sewidowa łączyły raczej chłodne relacje. Jeśli nie liczyć wspólnej słabości do jazzu, byli dla siebie właściwie obcymi ludźmi.

Miesiąc po pucharowej wygranej, Spartak ograł 3:0 Dynamo Briańsk, na listę strzelców wpisali się Sewidow i dwukrotnie Chusajnow. Dzień później, jak po każdym meczu, cała drużyna w celach regeneracyjnych spotkała się w Łaźniach Sandunowskich. Aromatyczne kąpiele i relaksujące masaże wprowadziły część zawodników w tak błogi nastrój, że postanowiono nieco przedłużyć proces odnowy biologicznej. Od tej pory splot nieszczęśliwych wydarzeń przebiegał dwutorowo.

Jurij Sewidow, mający hiszpańskie korzenie Nemesio Pozuelo i Władimir Janiszewski resztę popołudnia spędzili w restauracji. Każdy zjedzony posiłek zapijali koniakiem, zapewne dla lepszego trawienia. Dobra atmosfera wyniesiona z „Sandunów” szybko jednak gdzieś uleciała, więc cała trójka zdecydowała, że czas  rozjechać się do domów. Na odchodne Pozuelo zaprosił towarzyszy na wieczorną imprezę u swojej znajomej, żony włoskiego ambasadora. Sewidow poinformował kolegę, że raczej nic z tego i lekko wypity wsiadł do swojego sportowego forda, wtedy jedynego w całej Moskwie.

W tak zwanym międzyczasie w pewnym moskiewskim mieszkaniu trwała burzliwa dyskusja  uczonych nad przyszłością chemii i perspektywami jej rozwoju w ZSRR. Najważniejszą personą nieformalnego sympozjum naukowego okraszonego sporą ilością wódki był Dmitrij Riabczikow, członek radzieckiej Akademii Nauk, laureat Orderu Lenina i Nagrody Stalinowskiej. W świecie nauki Riabczikow był postacią ważną i szanowaną. Jako wybitny chemik odgrywał szczególną rolę w radzieckim programie kosmicznym, w ramach którego prowadził zaawansowane prace nad paliwem rakietowym. Dla systemu był na tyle istotny, że zakres jego obowiązków oficjalnie utajniono, a naukowcowi dodatkowo przysługiwała rządowa ochrona. Feralnego 18 września 1965 r. nie skorzystał z niej po raz pierwszy i ostatni.

Kiedy Riabczikow i reszta kompanii przy wyskokowych trunkach analizowali chemiczne zagadnienia, Jurij Sewidow mierzył się z o wiele poważniejszym problem. Gdy tylko przekroczył próg własnego domu, naskoczyła na niego rozwścieczona żona, która miała mu wyraźnie za złe, że wolny czas woli spędzać w towarzystwie kumpli. Wściekła kobieta miotała w stronę Jurija klątwy i zarzuty. Że włóczy się nie wiadomo gdzie, że nic nie mówi, że wraca wypity. W którymś momencie Sewidow zwyczajnie nie wytrzymał i wyszedł z domu, trzaskając z drzwiami. Niesiony emocjami szybko zdecydował, że jednak dołączy do imprezy u żony ambasadora.

Dmitrij Riabczikow był w dużo lepszym humorze. Wyraźnie zadowolony ze spotkania i pod wpływem coraz mocniej dających o sobie znać promili wracał pieszo do domu. Drogę znał całkiem dobrze, choć z reguły po mieście poruszał się samochodem i pod opieką agentów. Niedaleko miejsca, gdzie Jauza wpada do rzeki Moskwy do spółki z innym uczonym, który towarzyszył mu w podróży powrotnej, zdecydowali, że pora przeprawić się na drugą stronę. Riabczikow przepuścił  jeszcze jadący samochód i lekko chwiejnym krokiem wszedł na jezdnię. Nagle zorientował się, że z oddali nadjeżdża ktoś jeszcze. Ale zamiast zareagować, po prostu stanał jak wryty. Kilkanaście sekund później leżał już na poboczu. Tuż obok stał sportowy ford.

Ofiara systemu

Na szczęście, jak się wówczas wydawało, w długim sznurze nadciągających pojazdów jechała karetka pogotowia. Riabczikow był w pełni świadomy i mimo potwornego bólu w nodze wściekle wygrażał przestraszonemu kierowcy. Sewidowa pocieszał  towarzyszący poszkodowanemu uczony. Szeptał mu do ucha, że w gruncie rzeczy nic się przecież nie stało, a oni co prawda wypili „po jednym”, ale lepiej nikomu o tym nie mówić. Chwilę później piłkarz Spartaka widział, jak rozsierdzonego Riabczikowa pakują do karetki i z podejrzeniem złamania nogi w biodrze odwożą do szpitala.

Na miejscu wypadku do swoich zadań przystąpiła drogówka. Trudno jednak powiedzieć, że milicjanci przykładali się do nich jak należy, bo widok gwiazdy rodzimego futbolu ewidentnie nie pozwalał im się skoncentrować. Mundurowi zajęci byli raczej zagadywaniem Sewidowa i kompletnie nie interesowało ich, że lekarze stan trzeźwości sprawdzili tylko u sprawcy wypadku kompletnie ignorując przy tym ofiarę. Z późniejszych relacji Sewidowa wynika, że swoje powinności wykonywali byle jak i w beztroski sposób bagatelizowali całe wydarzenie.

Przestraszony Sewidow nie dał się jednak zwieść. Z jakiegoś powodu wolał nie wierzyć milicjantom, mimo usilnych prób nie potrafił też wyzbyć się złych myśli. Następnego dnia w klubie czekała go rozmowa wychowawcza z Nikołajem Starostinem i trenerem Nikitą Simonjanem. Nim jednak piłkarz zdążył się do końca wytłumaczyć, przed klubowym ośrodkiem zameldował się milicyjny radiowóz. Funkcjonariusze niestety nie mieli dobrych wieści. Okazało się bowiem, że Dmitrij Riabczkiow zmarł w szpitalu, a Sewidow jest oskarżony o spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym i w trybie natychmiastowym musi zostać doprowadzony do aresztu.

Najważniejsze informacje zostały jednak przez prowadzących sprawę pominięte. Owszem, Sewidow spowodował wypadek, ale nie na tyle poważny, by Riabczikow miał w jego rezultacie dokonać żywota. Najgorsze rozegrało się dopiero w szpitalu, gdzie ordynator oddziału chirurgicznego do znieczulenia uczonego oddelegował mało rozgarniętego stażystę. Ten z kolei  wyraźnie przesadził z dawką, czego serce chemika nie miało prawa wytrzymać. Zagadką pozostaje też, dlaczego Riabczikow trafił do pierwszego lepszego szpitala, a nie do rządowej kliniki, w której leczyli się najważniejsi kremlowscy dygnitarze. W końcu jako partyjny kacyk z szerokimi koneksjami miał do tego pełnego prawo, a ciężko przypuszczać, by tam ktokolwiek pozwolił sobie na tak kosztowny błąd.

1

Ekipa Spartaka świętująca zwycięstwo nad Dynamem Mińsk w finale krajowego pucharu (1965 rok).
   Źródło zdjęcia: spartakfanat.ru

Sprawa Sewidowa w mgnieniu oka obiegła radziecką prasę. W artykułach piłkarza odsądzano od czci i wiary, wypominając mu nie tylko brawurową jazdę samochodem, ale też gwiazdorski styl bycia i przekonanie o własnej bezkarności. Członkowie Akademii Nauk wystosowali nawet list otwarty, w którym „dla przykładu” domagali się surowego ukarania piłkarza. W dodatku status Riabczikowa i jego powiązania na samych szczytach Komitetu Centralnego upolityczniły śledztwo, a wyrok sądu stał się de facto tylko formalnością. Postępowanie karne poprzedziła jeszcze długa seria przesłuchań, podczas których Sewidow został prześwietlony pod właściwie każdym kątem. Sprawdzano nawet, czy nie dokonał zabójstwa na zlecenie i czy nie jest agentem obcego wywiadu.

Dwa razy zawieźli mnie na Łubiankę. Pokazywali mi tam zdjęcia różnych agentów i pytali się kogo z nich znam. Szukali jakichś śladów – relecjonował po latach Sewidow dla  „Sowieckiego Sportu”.

Sam proces również miał mocno groteskowy przebieg. Winę napastnika Spartaka stwierdzono nie w sądzie, ale w gabinetach Biura Politycznego KC. Sędzia pełnił w tej farsie wyłącznie rolę spikera, którego rola ograniczała się do odczytania  zgromadzonym końcowych postanowień.. Tajemnicą Poliszynela były liczne telefonu z KC, w których jak mantrę powtarzano jedną frazę – najwyższy wyrok, jaki tylko się da. W efekcie Jurij Sewidow został skazany na 10 lat więzienia, z których odsiedział niecałe pięć. Utraconą wolność odzyskał w 1970 r. po ogłoszeniu wielkiej amnestii z okazji setnej rocznicy urodzin Włodzimierza Lenina. Jednego z twórców zbrodniczego systemu, którego ofiarą padł Sewidow.

Odzyskane imię

Próba powrotu do dużego grania okazał się być wyzwaniem ponad siły Sewidowa. Co prawda po wyjściu na wolność pod swoje skrzydła przygarnął go trenujący Kairat Ałmaty ojciec, ale po niezłym początku, były gwiazdor szybko zgasł. Swoje piętno odcisnęły miesiące spędzone w kolonii karnej. Co prawda ze względu na piłkarską przeszłość Sewidow miał tam względnie lekkie życie, ale  długi okres bez treningu musiał zostawić negatywny ślad. Najbardziej ucierpiała jednak psychika, bo w zonie Sewidow na własne oczy zobaczył najciemniejsze strony natury ludzkiej. Mało zresztą brakowało, a nie wyszedłby z niej cały. W 1968 r. znalazł się w centrum konfliktu pomiędzy więźniami z Ukrainy i Gruzji (jeden z nich, Zaur, był jego opiekunem). Ukraińcy grozili nawet, że gdy tylko przejmą władzę nad obozem, to Sewidow jako pierwszy pójdzie pod nóż. Na szczęście ojciec w porę załatwił przeniesienie. Rzecz jasna za odpowiednią opłatą.

Ostatnie dwa lata Sewidow odsiedział w dużo lżejszym więzieniu w Grodnie. Był to dla niego zdecydowanie najlepszy czas, gdyż jako więzień okazjonalnie  mógł nie tylko trenować, ale też  grać w meczach miejscowego Chimika. W jego wspomnieniach z tamtego okresu można nawet odszukać wzmianki o spotkaniach rozgrywanych w Polsce. Nie licząc sezonów spędzonych w Spartaku Moskwa, były to z pewnością jego najlepsze piłkarskie wspomnienia.

Lat 70 nie mógł Sewidow zaliczyć do udanych. Na boisku wiodło mu się słabo, nie potrafił odbudować utraconej formy, odzyskać dawnej szybkości. Poza Kairatem w miarę dobrze szło mu tylko w Szachtarze Donieck, ale i tak czuł, że to nie to samo. Wytrzymał do 1975 r., po czym postanowił pójść w ślady ojca i spróbować swoich sił w zawodzie trenera. Większych sukcesów nie odniósł, ale przynajmniej pozostał przy piłce, która niezmiennie przysparzała mu najwięcej radości.

1438792435_pozhiloy-sevidov

Jurij Sewidow przypatrujący się bacznie zmaganiom boiskowym.
   Źródło zdjęcia: zvezda-fc.ru

Utracone dobre imię odzyskał w pełni na początku lat 90, kiedy rozpoczął prace dla „Sowieckiego Sportu”. Ciekawe analizy i niebanalne opinie szybko zrobiły z Sewidowa jednego z czołowych rosyjskich futbolowych ekspertów. Dużą popularność zyskały również piłkarskie audycje, które prowadził ma falach radia Majak. Przy okazji Mistrzostw Europy w 2000 r. z całkiem niezłym skutkiem próbował też swoich sił jako komentator telewizyjny. Ostatnim przystankiem na jego dziennikarskiej drodze była hiszpańska Marabella, gdzie w 2010 roku, śledząc za przebywającą w Hiszpanii drużyną Lokomotiwu Moskwa, zmarł na atak serca.

Ale nawet jeśli Jurij Sewidow koniec końców odbudował utraconą niegdyś pozycję, to jego przykre losy i tak wymagają jednoznacznej oceny. W momencie aresztowania jego świat po prostu rozpadł się na kawałki, a życie potoczyło się po torach, na których nigdy nie powinno się znaleźć. A przecież wyjątkowego pecha miał już wcześniej – w 1964 r. złapał kontuzję tuż przed zwycięskimi dla ZSRR Mistrzostwami Europy. Czym jednak jest brak kolejnego przy niesprawiedliwie utraconej wolności i piętnie mordercy, które w liście otwartym nadali piłkarzowi członkowie radzieckiej Akademii Nauk? To przecież dwa różne systemy walutowe. I tylko szkoda, że Sewidowowi oba wystawiły bardzo wysoki rachunek.

KAROL BOCHENEK

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE

Redakcja
O Redakcja 293 artykuły
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: kontakt@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl