Lee Sharpe – spiceboy z Manchesteru

Fot. Skysports.com

Pamiętacie piłkarza, który w 1991 roku zatrzymał Legię w PEZP? Warszawianie grali wówczas w półfinale, a ich marzenia niemal w pojedynkę pogrzebał lewoskrzydłowy Manchesteru United, Lee Sharpe. Mówiono, że będzie on wielką gwiazdą brytyjskiego futbolu, a okazało się, że zrobił podobną jak Wojciech Kowalczyk, który w tym meczu stał po przeciwnej stronie barykady. Co się stało z Sharpem?

Historia Sharpe’a jest doskonałym przykładem, jak łatwo można roztrwonić talent. Lee był diamentem, który został odnaleziony przez emerytowanego skauta „Czerwonych Diabłów” w Torquay. Po krótkiej obserwacji szybko zaalarmował on asystenta menedżera, Archiego Knoxa, który przyjechał, zobaczył i już nie chciał wyjeżdżać bez piłkarza. Oczywiście dopiął swego. Dzień po meczu, który obejrzał, spotkał się z Sharpem i porozumiał się w sprawie jego przeprowadzki na Old Trafford. To był czerwiec 1988 roku, nasz bohater miał zaledwie 17 lat i stanął przed szansą zrobienia wielkiej kariery, mógł zostać gwiazdą. Tyle że taką szansę otrzymuje setki młodych chłopców, a potem świat słyszy o dwóch, może trzech z nich.

Na Old Trafford niektórzy czekają na debiut latami, a i tak się nie doczekują. Sharpe nie czekał, pierwszy występ w koszulce „Czerwonych Diabłów” zanotował 21 września 1988 roku. Mecz z Newcastle był co prawda potyczką towarzyską, choć stawką był prestiżowy puchar Mercantile Centenary Credit Trophy, zorganizowany na cześć setnej rocznicy Football League. „Czerwone diabły” wygrały to spotkanie 2:0. Trzy dni później Lee zagrał w meczu przeciwko ekipie West Hamu, który zakończył się identycznym wynikiem. Nasz dzisiejszy bohater miał prawo nazywać się pełnoprawnym ligowcem już w wieku 17 lat, bo do końca sezonu wystąpił w 22 spotkaniach. Wygryzł ze składu Jespera Olsena, który wyraźnie nie spełniał oczekiwań. Kto się spodziewał, że jego talent eksploduje tak szybko?

Tak się to zaczęło. A później? Później były już błyskotliwe dryblingi, perfekcyjne dośrodkowania i efektowne bramki. Polskim kibicom dał się poznać w meczu półfinałowym Pucharu Zdobywców Pucharów w sezonie 1990/91. Lewoskrzydłowy grał pierwsze skrzypce w spotkaniu w Warszawie, gdzie United wygrało 3:1, oraz strzelił gola w meczu na Old Trafford, które zakończyło się remisem 1:1. Manchester United ostatecznie zwyciężył w tych rozgrywkach, pokonując w finale Barcelonę 2:1. W Anglii kibice najmilej wspominają mecz z Arsenalem, w którym Lee popisał się efektownym hat-trickiem. To był mecz Pucharu Ligi w 1990 roku, spotkanie zakończyło się wynikiem 6:2, a Sharpe dał koncert, jakiego nie powstydziliby się najlepsi piłkarze świata. A przecież miał dopiero 19 lat.

Kolejne sezony mijały lekko, łatwo i przyjemnie. Lee grał w pierwszym składzie, strzelał dużo bramek, ale gdzieś w szatni czekała na niego jego klątwa. Nazywała się Ryan Giggs i miała później zapisać piękną kartę w historii United. Walijczyk szybko pokazał, że jest równie dynamiczny, ma nie gorsze dośrodkowanie od rywala do gry w pierwszym składzie i dysponuje jeszcze lepszym dryblingiem. Może i nie dałby rady wygryźć ogranego już przecież w lidze Sharpe’a, ale ten prowadził się jak gwiazda rocka. Lee był bardzo popularny, uwielbiały go fanki, które jeśli tylko chciały, mogły go spotkać w nocnym klubie. Uwielbiały go też media, bo odróżniał się od reszty piłkarzy lekkością bytu. Na trening raczej nie przychodził nieświeży, bo Alex Ferguson natychmiast wyrzuciłby go na zbity pysk, ale widocznie jego styl życia nie pozwolił mu rozwinąć wielkiego talentu, jaki bez wątpienia posiadał. Zanim odszedł z Manchesteru, coś tam grywał na prawym skrzydle, czasem był ustawiany w środku pola, ale nigdzie nie był tak dobry, jak na lewej pomocy. Odszedł więc bez żalu w 1996 roku, a jego kolejnym przystankiem było Leeds. Jego karta zawodnicza kosztowała 4,5 miliona funtów.

W Leeds przyklejono mu etykietę człowiek – kontuzja. Lee zagrał parę spotkań i co chwilę doznawał jakiegoś urazu. Wypożyczano go do innych klubów, żeby mógł się odbudować, lecz przygoda z włoską Sampdorią zakończyła się totalnym fiaskiem. Lepiej mu poszło w Bradford, które było tak oczarowane jego talentem, że zdecydowało się go wykupić. Szybko się okazało, że nie było to najlepsze posunięcie ze strony klubu i Sharpe znów musiał godzić się na wypożyczenie, by w ogóle powąchać murawę.

Sharpe lubił zaskakiwać. W 2003 roku zaskoczył wszystkich, w tym chyba nawet samego siebie, decydując się na wyjazd do Islandii. Nowym miejscem pracy upadłej gwiazdy miał być Grindavik, ale przygoda z tym klubem zakończyła się po siedmiu meczach. Skoro nawet tam już był za słaby, to musiał zakończyć karierę, lecz zanim to zrobił kopnął jeszcze parę razy piłkę w amatorskim Garforth.

Po zakończeniu kariery Sharpe wcale nie zniknął z pierwszych stron gazet, czy ze szklanego ekranu. Jednak z piłką miał już niewiele wspólnego. Pojawił się co prawda w ESPN jako komentator, ale nie trwało to długo. Więcej czasu poświęcił na występy w reality show. Wziął udział w programie Celebrity Wrestling, nagrywanym dla stacji ITV, potem pokazywał się w Celebrity Love Island, czymś na wzór Big Brothera. Nie zabrakło go też w programie „Gwiazdy tańczą na lodzie” czy w brytyjskiej operze mydlanej. Stał się celebrytą. Media już w czasie kariery piłkarskiej robiły z niego na siłę postać medialną. W drugiej połowie lat 90-tych popularne stało się określenie „Spice boys”, nazywano tak znanych i przystojnych piłkarzy, którzy błyszczeli na boisku i poza nim. Taki stereotyp wymyśliły właśnie media, zresztą trzeba przyznać, że grupa namaszczona przez media była wyjątkowo barwna, Robbie Fowler, Jamie Redknapp, Jason McAteer, Michael Owen, Jamie Carragher czy Steve McManaman i nie chodzi tu wcale o hulaszczy tryb życia, ale o sam wizerunek. Niektórzy, jak Owen, poradzili sobie z takim rodzajem popularności, Lee być może nie miał tyle szczęścia. A może miał?

Trudno powiedzieć czy „Sharpey” tylko odcinał kupony od dawnej sławy, czy taki scenariusz był tym, czego od życia oczekiwał. W końcu dla niego najważniejsza zawsze była dobra zabawa. Może i utopił talent, ale zrobił to, bo tak chciał. Co tam boiskowa sława, którą trzeba osiągnąć, wylewając hektolitry potu na treningach – to nie było dla niego najważniejsze. Telewizja pozwoliła mu utrzymać sławę bez konieczności robienia czegokolwiek. Po prostu był sobą, a skoro telewidzowie chcieli go oglądać, to on z chęcią z tego korzystał. Chciał być gwiazdą i gwiazdą został, a że na nieco innej płaszczyźnie niż początkowo oczekiwał? W tym momencie Lee mógłby zapytać: who cares?

GRZEGORZ IGNATOWSKI

Grzegorz Ignatowski
O Grzegorz Ignatowski 110 artykułów
Fanatyk historii futbolu i związanych z nim ciekawostek. Pochłania wszystko od meczów ligi argentyńskiej Primera Division aż do ligi kostarykańskiej, o ile czas pozwala. Twierdzi, że oddycha futbolem i coś w tym jest, bo dzień bez piłki działa na niego jak brak świeżego powietrza.