„Legia mistrzów” – recenzja

Z perspektywy kibica młodszego pokolenia występy polskich klubów w Lidze Mistrzów są wyłącznie niespełnionym marzeniem. Na dziś mogą się oni cieszyć grą Legii, Lecha, Lechii czy Górnika w Champions League, ale wyłącznie w Football Managerze. Coraz mniej osób pamięta, że kiedyś te emocje były jak najbardziej prawdziwe, ponieważ wśród najlepszych z powodzeniem rywalizowały Legia Warszawa i Widzew Łódź. I właśnie o przygodzie Legii w LM postanowił napisać Piotr Jagielski.

Co ciekawe, autor nie ma nic wspólnego z dziennikarstwem sportowym. Owszem, pracował jako dziennikarz między innymi w Newsweeku, czy wydał książkę pod tytułem „Bird żyje”, ale o Legii w Lidze Mistrzów pisze głównie z perspektywy kibica. I trzeba przyznać, że ma to swój urok. Jagielski wspomina nie tylko wydarzenia, które miały miejsce ponad 20 lat temu, ale też wraca do emocji, które przeżywał przy każdym kolejnym spotkaniu. Być może w pewnych momentach nieco idealizuje, ale właśnie ta perspektywa pozwala na coś więcej niż spojrzenie czysto reporterskie. Jeśli więc spodziewacie się wyłącznie faktów, opisów, ciekawostek i anegdot, to będziecie zaskoczeni, bo autor postanowił przedstawić całą historię w formie opowieści, która jest częścią jego życia. Mało tego, ta opowieść wymyka się poza ramy czasowe, w których można zamknąć wydarzenia związane z udziałem Legii w Lidze Mistrzów, a czasami nieco ucieka od głównego tematu, poruszając kilka pobocznych. I bardzo dobrze, bo to powoduje, że książka ma specyficzny klimat.

Kiedy już docieramy do czasów Ligi Mistrzów, robi się niezwykle ciekawie. Gwarancję  wystawiają sami piłkarze, którzy w tamtych czasach byli zupełnie inni niż dzisiejsze gwiazdy. Kto wie, jaki był poza boiskiem Wojciech Kowalczyk, ile znaczył najmniejszy w drużynie Leszek Pisz, czy jak zachowywał się zajmujący się obecnie menedżerką Marek Jóźwiak, ten doskonale wie, o co chodzi. Zresztą, jeśli chodzi o Jóźwiaka, to warto przytoczyć pewien fragment, który dotyczy meczu Legia – Blackburn: Jóźwiak z całej siły kopał w ścianę blaszanego tunelu, w którym piłkarze obu drużyn czekali na wyjście na boisko. Uderzał nogami, rękami, głową, krzyczał. Wszyscy zaczęli krzyczeć jak dzicy. Anglicy struchleli. Drużyny wyszły na boisko, kibice zawyli z betonowych trybun, a potem odpalili race. Stadion zapłonął na czerwono. Mistrzowie Anglii struchleli? Powiecie, że to niewiarygodne. Warto jednak wspomnieć, że Jóźwiak nie miał wtedy jednego zęba i wyglądał jak zabijaka wypuszczony właśnie z zakładu psychiatrycznego. A teraz postawcie się na miejscu mistrzów Anglii i zastanówcie się, czy sami byście „struchleli”.

Zresztą, cała przygoda działa się w bardzo ciekawych czasach. Autor przytacza interesujące fakty nie tylko z Polski, ale też z zagranicy. Dla przykładu przytoczymy taki fragment: – Legioniści przyjechali do Moskwy i zostali obwiezieni po mieście niczym turyści z bogatego kraju, postrzegani w biedniejszych stronach świata jako chodzące portfele, z których obowiązkowo trzeba coś uszczknąć. Przewodnik kilka razy z dumą godną lepszej sprawy prezentował im restauracje McDonalda, dopiero co otwartą w Moskwie. […] Tysiące osób czekało w kolejce po swojego pierwszego big maca z frytkami i colą, część mężczyzn przyszła w garniturach, jakby wybrali się do wykwintnej restauracji z najwyższej półki albo na premierę w teatrze.

Takich momentów w książce jest bardzo dużo i są one doskonale wplecione w opowieść, która sprawnie łączy się w jedną całość. Na pewno chciałoby się dostać coś więcej, bo pewnie wiele anegdot nie zostało opowiedzianych, a o wielu wydarzeniach sami piłkarze nie chcą wspominać. Nie chcą, bo pewnie do dziś czują, że ta przygoda wcale nie musiała zakończyć się na ćwierćfinale, gdzie Legia po remisie 0:0 na własnym boisku, przegrała w Atenach 0:3. Niektórzy otwarcie mówią o nieprzychylności sędziego w meczu rewanżowym, ale inni wspominają, że już przed tym dwumeczem sytuacja była niewesoła, jeszcze inni podkreślają, że duży wpływ na takie rozstrzygnięcie miał fakt, że sędzia pozwolił na rozegranie meczu w Warszawie w nienadających się do gry warunkach. I pewnie wszyscy mają trochę racji, bo choć Panathinaikos był wtedy niezwykle mocny, to jednak chyba był w zasięgu możliwości legionistów. Dziś możemy o tym tylko powspominać. I warto o tym wspominać, bo Legia udowodniła wówczas, że polscy piłkarze (nie było wówczas w kadrze Legii ani jednego obcokrajowca) potrafią nie tylko awansować do Ligi Mistrzów, ale też zrobić tam nieco zamieszania. Nie ma żadnego powodu, żebyśmy od obecnych piłkarzy, zarabiających kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt razy więcej i żyjących w znacznie lepszych dla futbolistów czasach nie wymagali tego samego. Wydaje się, że obecnym zawodnikom brakuje właśnie tego, co najlepiej oddaje książka „Legia Mistrzów” – klimatu, charakteru, bezkompromisowości.

Książkę możesz kupić w księgarni internetowej Sendsport.pl, klikając TUTAJ

GRZEGORZ IGNATOWSKI

 

Grzegorz Ignatowski
O Grzegorz Ignatowski 98 artykułów
Fanatyk historii futbolu i związanych z nim ciekawostek. Pochłania wszystko od meczów ligi argentyńskiej Primera Division aż do ligi kostarykańskiej, o ile czas pozwala. Twierdzi, że oddycha futbolem i coś w tym jest, bo dzień bez piłki działa na niego jak brak świeżego powietrza.