Luigi Riva – niezłomny wojownik

W futbolu od zawsze kluczową rolę odgrywali napastnicy. To oni strzelali bramki, zbierali największe oklaski i laury, byli idolami każdego młodego chłopca biegającego za piłką po szkolnym boisku. Historia zna wielu wybitnych piłkarzy grających na tej pozycji, jednak niektórzy z nich wciąż pozostają pod przykryciem grubej warstwy kurzu. Z różnych względów do tego grona należy również Luigi Riva. Włoch, który przez niemalże całą swoją karierę bronił barw Cagliari to wielka postać futbolu na Półwyspie Apenińskim, ale również bohater tragiczny. Liczne poważne kontuzje co chwilę eliminowały Rivę z gry, jednak Roar of Thunder zawsze powracał – zawsze silniejszy.

Luigi Riva urodził się 7 listopada 1944 roku w niewielkiej miejscowości Leggiuno w Lombardii. Jego dzieciństwo nigdy nie było łatwe. Nie pochodził z bogatej rodziny, a jego rodzice zarabiali na życie imając się niezbyt dochodowych zawodów: matka była sprzątaczką, a ojciec krawcem. W wieku zaledwie dziewięciu lat doświadczył pierwszej tragedii, gdy jego ojciec zginął w fabryce, w której pracował. Po tym zdarzeniu został odesłany do katolickiej szkoły, gdzie miał zdobywać wykształcenie. Piłkarz niezbyt dobrze wspomina ten okres swojego życia. Zdaniem Rivy rygor, który panował w placówce zniechęcał go do nauki, o czym zresztą świadczą wielokrotne ucieczki niepokornego Włocha. Niedługo potem Luigi, po raz kolejny został ciężko doświadczony przez los. Po śmierci matki opiekę nad nim przejęła jego siostra – Fausta. Wkrótce jednak rozpoczął się najlepszy rozdział jego biografii…

Młody Luigi Riva dołączył do amatorskiej drużyny Laveno Mombello. W jej barwach brał udział w lokalnych mistrzostwach, gdzie popisywał się fantastyczną skutecznością. Przed ukończeniem 18. roku życia po dwóch sezonach gry w Laveno miał na koncie 63 bramki. Nie umknęło to uwadze profesjonalnych klubów z regionu, które szybko zarzuciły sieci na utalentowanego snajpera. Ostatecznie Riva przeniósł się do grającego w Serie C AC Legnano, w którym jednak nie zakotwiczył na długo. Po roku świetnych występów trafił na Sardynię, która, jak się później okazało, stała się jego domem na lata. Luigi w dwa lata przebył drogę od nieznanego chłopca, przez króla amatorskiej ligi do zaplecza włoskiej ekstraklasy. Cagliari, które w sezonie 1963/1964 występowało w rozgrywkach Serie B, za swoją przyszłą legendę zapłaciło 37 milionów lirów. Była to kwota niewielka, bowiem w przeliczeniu na funty stanowiła zaledwie 12.000 angielskiej waluty. Dla porównania: dziś takie pieniądze kluby otrzymują z tytułu samego ekwiwalentu za wyszkolenie. 19-letni lewonożny snajper z miejsca został okrzyknięty złotym chłopcem. Duże nadzieje związane z jego transferem nie sprawiły jednak, że sam zainteresowany mógł odczuwać presję. W lecie 1963 roku nikt nie przypuszczał nawet, że Cagliari, które rozpoczynało swój drugi sezon po powrocie do drugiej ligi włączy się do walki o pierwszy w swojej długiej historii awans do Serie A.

EURO 2008:RIVA 'CONTESTAZIONI E EUROPEO,CHE '68 IL MIO'/Riva przyczynił się do sukcesu swojego klubu strzelając 8 bramek w 26 występach, co było świetnym wynikiem biorąc pod uwagę jego wiek i staż w drużynie. Nic więc dziwnego, że w debiutanckim sezonie w Serie A miał być liderem zespołu i tak też się stało. Arturo Silvestri bez żadnych zachamowań stawiał na „Gigiego”, a ten odpłacał zaufanie bramkami. Rivę poznała już cała Italia, ale od sławy i zachwytów dzieliła go jeszcze daleka droga. Rossoblu fatalnie rozpoczęli sezon i wiele wskazywało na to, że piękny sen ekipy z Sardynii szybko się skończy. Na półmetku rozgrywek Cagliari miało na koncie zaledwie 10 punktów i widmo degradacji zespołu było coraz bardziej realne. W drugiej części sezonu klub nieoczekiwanie podniósł się z kolan. Ba, to za mało powiedziane! Sardyńczycy w wielkim stylu powrócili z dalekiej podróży i ostatecznie zajęli bardzo dobre, siódme miejsce w lidze ustępując szóstej Bolognii jedynie słabszym bilansem bramkowym. Pierwsze skrzypce grał oczywiście Riva, który z 9 trafieniami na koncie został najlepszym strzelcem zespołu. Rok później poprawił swój rezultat o dwa gole. Jego osoba wciąż jednak budziła mieszane uczucia. Jedni przyznawali, że Luigi to talent wielkiego formatu, a inni, że napastnik który strzela 20 bramek w ponad 60 występach nie może aspirować do roli gwiazdy klubu i reprezentacji.
No właśnie, reprezentacja. Squadra Azzurra przygotowywała się do mistrzostw globu, które rozpoczynały się w czerwcu 1966 w Anglii. Rok przed mundialem ówczesny selekcjoner Edmondo Fabbri po raz peirwszy powołał Rivę do drużyny narodowej, kończąc spekulacje na temat potrzeby obecności napastnika Cagliari w kadrze Włoch. Mimo sporej konkurencji o miejsce w ataku (rywalami Luigiego byli m.in. Sandro Mazzola i Gianni Rivera), widział w nim potencjalne wzmocnienie zespołu. Debiut „Roar of thunder” przypadł niedługo po zakończeniu premierowego sezonu w najwyższej klasie rozgrywkowej. Na drugie spotkanie w narodowych barwach musiał on czekać aż do marca 1966 roku. Wówczas rozegrał pełne 90 minut przeciwko Francji. Na mistrzostwa świata nie pojechał. Ku zaskoczeniu tifosich, Fabbri znalazł miejsce w kadrze dla jego klubowego kolegi, rok starszego Francesco Rizzo, który podobnie jak Riva miał na koncie 2 spotkania w trykocie Squadra Azzurra, ale w przeciwieństwie do partnera z ataku, dwukrotnie trafił do siatki. Kto wie, czy ten wybór nie kosztował selekcjonera Italii pracy? Mundial w Anglii okazał się totalną klapą. Włochów z turnieju wyeliminowała… Korea Północna! Po tej klęsce Fabbri został zwolniony. Jesień 1966 roku była czasem wielkich zmian.

Luigi Riva zaczynał właśnie swój trzeci sezon w Serie A. Cagliari stało się ograną na najwyższym poziomie drużyną, która miała potencjał, by zagrozić faworytom ligi. Rossoblu grali świetnie, potwierdzając przedsezonowe przypuszczenia, ale prawdziwym geniuszem popisał się „Gigi”. Sam zdobył ponad połowę bramkowego dorobku swojego zespołu i po raz pierwszy został królem strzelców Serie A. Z 18 bramkami na koncie wyprzedził takich asów jak Jose Altafini, czy Sandro Mazzola. Osiągnięcie Rivy było imponujące, bo napastnik stracił blisko jedną trzecią rozgrywek na leczenie poważnej kontuzji. W marcu 1967 roku powrócił do reprezentacji i wystąpił w meczu z Portugalią, który zakończył się dla niego przedwcześnie. Po godzinie gry został zniesiony z boiska przez sanitariuszy. Pauzował do końca rozgrywek, ale nie zdobyta wcześniej przewaga pozwoliła mu utrzymać prowadzenie w klasyfikacji strzelców. Gdy wyleczył kontuzję wrócił na boisko i ponownie czarował. Nie zdołał jednak podjąć rywalizacji z Pierino Pratim i przegrał wyścig po koronę króla strzelców o dwie bramki. To mu jednak nie przeszkadzało, bo gdy w lidze jemu i Cagliari wiodło się nieco gorzej to dla odmiany Italia na arenie międzynarodowej spisywała się doskonale. „Roar of thunder” kolejny powrót do kadry narodowej zapamiętał na długo. W meczu z Cyprem zdobył nie tylko swoją pierwszą bramkę dla Squadra Azzurra – ustrzelił hattricka! Eliminacje do Mistrzostw Europy 1968 zaczęły się dla niego później niż dla reszty drużyny, która przewodziła swojej grupie, ale mimo to zdążył zostać ich największą gwiazdą. Nieco ponad dwa tygodnie później wbił dwa gole Szwajcarom, co uratowało Włochom punkty za remis, by w rewanżu z Helwetami ponownie trafić do siatki i dołożyć swoją cegiełkę do ostatecznego sukcesu Italii. Mistrzostwa Starego Kontynentu rozgrywane w ojczyźnie Rivy zakończyły się zwycięstwem gospodarzy. Napastnik Cagliari zaliczył na nich zaledwie jeden występ, ale jakże ważny – w finale przeciwko Jugosławii zdobył jedną z dwóch bramek, które zapewniły jego krajowi tytuł.

123Zdawało się jednak, że Riva wciąż był nienasycony. Jego forma rosła
z tygodnia na tydzień i kolejne wielkie triumfy były kwestią czasu. Na Sardynię powrócił Manilo Scopingo, który w przerwie pomiędzy byciem głównym szkoleniowcem Cagliari opiekował się amerykańskim Chicago Mustangs. Rossoblu pod wodzą Scopingo przeżywali najlepszy okres
w klubowej karierze. W sezonie 1968/1969 dotarli do finału Pucharu Włoch
i zajęli drugie miejsce w lidze przegrywając mistrzowski tytuł o zaledwie cztery oczka. Luigi Riva po raz kolejny został królem strzelców ligi deklasując rywali. Snajper Cagliari trafił do bramki aż 20 razy, co było najlepszym wynikiem tego okresu w Italii. Rossoblu przegrali walkę
o Scudetto w ostatnich kolejkach sezonu (jeszcze 27 kwietnia mieli przewagę trzech punktów nad Fiorentiną, którą zniweczyli w niecały miesiąc) co mocno zabolało klub z Sardynii. Rozgoryczenie z powodu utraconej szansy na zapisanie się na kartach historii sprawiło jednak, że wyspiarska ekipa miała jeszcze mocniejszą motywację do sięgnięcia po upragnione trofeum w następnym roku. Liga włoska była wówczas jedną z najbardziej wyrównanych lig w Europie. O tytuł walczyły między
sobą: Juventus, Fiorentina, Milan, Inter i „kopciuszek” – Cagliari. Rossoblu przed startem kolejnych rozgrywek stawiani byli na przegranej pozycji. Klub miał co prawda w swoich szeregach kilku znakomitych zawodników, ale w porównaniu z budżetami i kadrą największych rywali ekipa z Sardynii wypadała bardzo blado. To jednak nie zniechęcało Scopingo. Trener, który z racji na wielogodzinne analizowanie gry rywala i świetne czytanie sytuacji na boisku nazywany był „Filozofem”, poskładał zespół w taki sposób, że ten z brzydkiego kaczątka przeistoczył się w pięknego łabędzia. Pojawiały się jednak głosy, że we Włoszech o tytule decydują nie tylko kwestie sportowe. W mediach trwały przepychanki pomiędzy bogatymi faworytami, a idącym jak burza Cagliari. Władze Juventusu zarzucały wyspiarzom, że Ci kuszą piłkarzy przy pomocy pieniędzy i szantażu miejscowej mafii. Na zarzuty odpowiedział sam Riva, który odważnie stwierdził, że:

Zdobycie mistrzostwa przez Cagliari byłoby jedynym sprawiedliwym rozstrzygnięciem ligi w ostatnim okresie.

Między klubami rozpętała się prawdziwa wojna, jednak wszystko w końcu weryfikowało boisko. Po znakomitym początku sezonu Rossoblu utrzymali prowadzenie w lidze do końca pierwszej rundy rozgrywek i zostali „mistrzami jesieni”. Dużym atutem zespołu, były spotkania na własnym stadionie. Bunkier – bo tak nazywano Amsicorę, arenę na której Cagliari rozgrywało swoje mecze, przy zapełnionych trybunach miał magiczne właściwości. Żywiołowy doping kibiców, w połączeniu ze specyficzną konstrukcją stadionu dodawał skrzydeł gospodarzom. Po wyrównanych bojach ze Starą Damą, Cagliari sięgnęło po tytuł. Zapewniło go sobie w 28 kolejce, pokonując u siebie Bari, przy zapełnionych trybunach Amsicory, przy pomocy Lazio, które ograło Bianconerich. Jaki wkład w największy w historii klubu sukces miał lewonożny egzekutor? Nikt chyba nie ma wątpliwości, że największy. Riva przebił swój wynik z poprzedniego roku – zdobył 21 bramek i ponownie został królem strzelców. Trafiał w najważniejszych konfrontacjach i w starciach z teoretycznie słabszymi rywalami. Nie zawodził, był zawsze na posterunku i ostatecznie podbił serca kibiców Rossoblu. O tym jak wiele znaczyło zdobycie Scudetto przez Cagliari dla całej Sardynii najdobitniej świadczą słowa Giannego Brery, włoskiego historyka futbolu:

W chwili, w której Cagliari wygrało ligę, Sardynia stała się częścią Włoch.

Brera nie przesadzał. Wyspa na Morzu Śródziemnym dotychczas traktowana była wyjątkowo okrutnie. Rodowitym Włochom Sardynia kojarzyła się z miejscem, na którym zsyłano więźniów i z wyspą wieśniaków (ze względu na ogromne hodowle owiec). Inny pisarz, Stefano Boldrini, stwierdził, że Riva przyczynił się do rozwoju Sardynii i polepszenia stanu życia: „Riva zmodernizował to miejsce. To on zmusił pasterzy do kupowania radyjek, by Ci pasąc owce mogli słuchać opisu jego wyczynów na boisku. Dzięki niemu każdy chciał wiedzieć co dzieje się na stadionie.” A sam zainteresowany? Nigdy się nie wywyższał. Najważniejszą chwilę w karierze opisał bardzo krótko: „Kiedy usłyszałem, że mam ofertę z Cagliari nie wiedziałem co o tym sądzić. U nas na północy mówili, że Sardynia jest jak Afryka. Nie chciałem trafić do kolonii karnej. W końcu jednak się zdecydowałem i czuję się tutaj cudownie. Scudetto? Zrobiliśmy to dla wszystkich naszych fanów, dla wszystkich sardyńczyków. Niech Włosi wiedzą, że wieśniacy i więźniowie od dziś mają powód do dumy!” „Gigi” nie mylił się ani trochę. Sardyńczycy mieli i wciąż mają ogromny powód do dumy. To właśnie Roar of Thunder i jego koledzy z szatni Cagliari sprawili, że mistrzowski tytuł pierwszy i jedyny raz w historii opuścił Italię na rzecz jednej z wysp.

Zwieńczeniem najlepszego roku w karierze Rivy był wyjazd z reprezentacją Włoch na mundial do Meksyku. Bohater eliminacji do tego turnieju, był nadzieją kadry na zdobycie Pucharu Świata. Squadra Azzura w fazie grupowej mistrzostw globu zdobyła jednak zaledwie jedną bramkę. Mimo to Italia wyszła z grupy z pierwszego miejsca i rozpoczęła marsz ku wielkiemu finałowi. W kolejnych rundach Gigi trafiał już regularnie, a turniej zakończył z trzema bramkami na koncie – co było najlepszym wynikiem we włoskiej kadrze. Świetna forma i wiele gwiazd nie pomogło Włochom w zwycięstwie. W finale lepsi okazali się Brazylijczycy, którzy rozbili rywala aż 4:1. Riva był jednak zadowolony. W jednym roku zdobył przecież dwa cenne trofea, a miał dopiero 26 lat. Roar of Thunder czekał na jesień bez żadnych obaw. Sezon 1970/1971 był jednak dla niego i dla całego Cagliari fatalny. Mistrz kraju nie obronił tytułu. Mało tego, zakończył rozgrywki na odległym, siódmym, miejscu w tabeli. Riva rozegrał zdążył rozegrać ledwie trzynaście spotkań, w których zdobył osiem bramek. Na więcej nie pozwoliła mu kontuzja. 31 października ponownie złamał nogę – znów podczas meczu reprezentacji, która mierzyła się z Austrią w ramach kwalifikacji do Euro 1972. Najgroźniejsza broń Rossoblu spisała ten rok na straty. Koronę króla strzelców i mistrzowski tytuł przejął po nim Roberto Boninsegna, były partner Rivy z ataku Cagliari, który dwa lata wcześniej w wyniku konfliktu z włoskim gwiazdorem zasilił Inter. Luigi nie powiedział jednak ostatniego słowa i wrócił silniejszy. Drugi raz wyleczył złamaną nogę i drugi raz udowodnił, że żadna kontuzja nie powstrzyma go przed seryjnym trafianiem do siatki. Cagliari ponownie liczyło się w walce o tytuł, ale ostatecznie skończyło rozgrywki na 4 miejscu w tabeli. Riva, tradycyjnie, zdobył 21 bramek ale znów musiał uznać wyższość Boninsegny, który wyprzedził go jednym trafieniem. Wraz z końcem rozgrywek ekipa z Sardynii pożegnała „Filozofa” Manilo Scopingo. Jego miejsce zajął dobrze znany Gigiemu, Edmondo Fabbri. Scopingo nigdy później nie odniósł już tak spektakularnych sukcesów, jak te popełnione w Cagliari. Pewnego dnia powiedział, że dla jedno mistrzostwo wywalczone z Rossoblu znaczy dla niego więcej niż dziesięć, które mógłby zdobyć w innych klubach.

rivaPodobnej myśli był zresztą Riva, który odrzucał kolejne oferty ze strony Juventusu. Największa, opiewająca na miliard lirów, została nawet zaakceptowana przez władze Cagliari, ale sam zainteresowany nie zamierzał opuszczać klubu. Jednak wraz z odejściem Scopingo, wielki zespół Rossoblu przestał istnieć. Żaden kolejny trener nie potrafił zdziałać z drużyną tego, co legendarny Filozof. W kolejnych rozgrywkach Cagliari zajęło ósme, a rok później dziesiąte miejsce. Riva wciąż błyszczał, ale bez pomocy drużyny jego bramki (27 w dwa lata) nie pozwalały na walkę o najwyższe cele. W reprezentacji jednak wiodło mu się dużo lepiej i mimo niepowodzenia na Euro 1972 nadal był jej kluczowym zawodnikiem. Kolejne bramki zdobywane przez lewonożnego asa z Sardynii zapewniły Włochom awans na mundial w 1974 roku, który odbywał się w RFN. Włosi nie wyszli jednak z grupy, w której rywalizowali z Polską, Argentyną i Haiti. Squadra Azzura pokonała jedynie tych ostatnich, a Riva zakończył swoją przygodę z drużyną narodową w drugim meczu fazy grupowej przeciwko Albicelestes. Nigdy później nie pojawił się już na boisku w niebieskim trykocie. Wcześniej jednak zdołał po raz ostatni zapisać się na kartach historii. 20 października 1973 roku w towarzyskim starciu ze Szwajcarią zdobył swoją 35 bramkę w narodowych barwach. Tym samym ustanowił rekord, którego żaden inny Włoch nie był wstanie przebić aż po dziś dzień. Zbyt szybkie pożegnanie Rivy z kadrą było bezpośrednio powiązane z kolejnymi urazami, które dręczyły genialnego napastnika. W sezonie 1974/1975 pojawił się na boisku zaledwie ośmiokrotnie. Ponownie jednak zdecydował się wrócić do futbolu. Ostatnie jego spotkanie  w barwach Cagliari miało miejsce 1 lutego 1976 roku. Rywalem Rossoblu był Milan, a mecz ten kończył pierwszą rundę rozgrywek włoskiej Serie A. W jednym ze starć z obrońcą Rossonerich, Aldo Betem, Gigi doznał poważnej kontuzji mięśna przywodziciela, która okazała się być gwoździem do trumny dla jego kariery. Nie skusił się już na powrót na boisko, chociaż był do tego wielokrotnie namawiany. Kilka miesięcy później Cagliari spadło do Serie B zajmując ostatnie miejsce w lidze.

Luigi Riva zawiesił buty na kołku w wieku 31 lat. Z pewnością za wcześnie, bo przecież po trzydziestce wielu napastników wciąż potrafi utrzymać światową klasę. W lidze włoskiej strzelił blisko 160 bramek, ale pozostaje postacią prawie zupełnie zapomnianą, schowaną gdzieś między wieloma znakomitymi zawodnikami. Riva był jednak kimś więcej. W swojej epoce był prawdziwym królem, niezłomnym wojownikiem, którego powinno się stawiać w gronie najwybitniejszych postaci w historii futbolu. Dlaczego więc tak nie jest? Być może przez brak klubowych sukcesów na arenie międzynarodowej lub wielkich indywidualnych osiągnięć. Gigi nigdy nie zdobył nawet „Złotej Piłki” dla najlepszego piłkarza świata – w 1969 roku o cztery głosy przegrał z innym Włochem, Giannim Riverą, a rok później był trzeci za Bobby Moorem i Gerdem Mullerem. Być może również przez niedoszły transfer do Juventusu, który sprawiłby, że Riva stałby się najdroższym piłkarzem świata… Na Sardynii zawsze jednak będzie postacią legendarną. Ku jego pamięci numer „11” jest przez Rossoblu zastrzeżony. Po zakończeniu kariery pozostał w Cagliari, gdzie otworzył pierwszą na wyspie szkółkę piłkarską, a w latach 1986-1987 na kilka miesięcy objął posadę prezesa klubu. Następnie przez blisko ćwierć wieku (1990-2013) współpracował z włoską federacją piłkarską, gdzie pełnił funkcje kierownika i menedżera zespołu.

Pobierz najnowszy numer Retro Futbol! 

Redakcja
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: kontakt@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl