Retro Wywiad #15: Sławomir Majak (cz. II)

Zdjęcie główne: dwadozera.pl

Tydzień temu na naszym portalu ukazała się pierwsza część wywiadu ze Sławomirem Majakiem. Oto zapowiadany, drugi rozdział tej rozmowy z 22-krotnym reprezentantem Polski. Będzie o spartańskich warunkach w armeńskiej szatni, między innymi ze skorpionami ganiającymi po podłodze! A także o korupcji w polskiej piłce, czy relacjach z Januszem Wójcikiem. Oto druga część. Poprzednia skończyła się na spadku Igloopolu i wyjeździe Majaka do Szwecji. Jeśli nie czytaliście, to możecie nadrobić [KLIK].

No właśnie, Szwecja i Koping FF. Jak odczułeś zmianę otoczenia? Zupełnie inny świat był wtedy w Szwecji.

Nawet w najśmielszych snach nie myślałem, że będę coś robił w Szwecji. Miałem 21 lat, kiedy wyjechałem do tego kraju i było to dla mnie zderzenie się z zupełnie inną rzeczywistością. Dużym problemem był brak komunikacji. Nie znałem języka i trudno było mi się porozumieć. Miałem jednak szczęście, bo trafiałem na bardzo fajnych ludzi i bardzo otwartych, którzy mi pomagali. Strzeliłem tam też wiele bramek, już dobrze nie pamiętam, ale chyba 13 goli w 13 meczach. Ten pobyt dał mi jeszcze coś innego, pokazał jak można żyć na zachodzie, jak to wszystko wygląda, że może być czysto i spokojnie. Nikt nie musi pracować na wariata. Potem, jak wróciłem do kraju, do tej szarej rzeczywistości Igloopolu, który już był w totalnym rozkładzie, spadła mi z nieba propozycja z Zagłębia.

W Zagłębiu miałeś okazję grać przeciwko gwiazdom wielkiego Milanu, ale zanim do tego doszło, graliście z Szirakiem Gumri. Z tego co wiem, to tam w Armenii ganiały was skorpiony.

To była dla nas totalna niewiadoma. Nie było wtedy takich możliwości, że oglądasz mecz, analizujesz, i rozpracowujesz rywala, więc nie wiedzieliśmy czego się po nich spodziewać. Zaskoczyli nas na naszym obiekcie, a przy odrobinie szczęścia mogli nawet ten mecz wygrać. Skończyło się na 0:0 i przed rewanżem mieliśmy duże obawy. Te warunki, jakie tam zastaliśmy, były wręcz tragiczne. To była totalna komuna, szaro, brudno, jakieś baraki, w których mieszkali ludzie… Rzeczywiście pamiętam taką sytuację, kiedy siedzieliśmy w szatni i szykowaliśmy się do meczu, a tam ktoś wybiegł z łazienki, bo jakiś skorpion ganiał po muszli. Położyliśmy na niej deskę, żeby stamtąd nie wyszedł. Potem coś zaczęło chodzić po szatni, a my wskakiwaliśmy na górne półki, żeby się schować. Te stworzonka były dosyć szybkie, więc nie było czego nam zazdrościć. Przed wyjazdem wszystko wyrzucaliśmy z toreb, żeby czasem czegoś nie przywieźć do Polski. Pamiętam też lot Jakiem-40, który robił trzy albo cztery międzylądowania.

Zanim przejdziemy do Milanu, chciałem Cię zapytać o trenera Wojnę, który przed tym meczem został zwolniony. Tygodnik Piłka Nożna pisał, że to piłkarze go zwolnili. Jak to było?

Krążyły jakieś tam legendy, ale powiem tak: jeśli coś takiego miało miejsce, to ja nic o tym nie wiedziałem. Trener Wojno był człowiekiem bezkompromisowym i jeżeli coś się mu nie podobało, to mówił o tym oficjalnie. Miałem wtedy dość mocną pozycją w zespole i słyszałem, że toczyły się jakieś rozmowy i gdzieś tam między wierszami, można było wyczytać, że wszyscy się zastanawiają co będzie dalej. Wydawało mi się jednak totalnym nietaktem, żeby zwalniać trenera przed tak ważnym meczem. Ostatecznie mogę powiedzieć tyle, że to nie my decydowaliśmy o takich aspektach.

No to przejdźmy wreszcie do tego meczu. Jak się czuliście grając przeciwko gwiazdom światowego futbolu?

Do tej pory kojarzyliśmy tych piłkarzy tylko z telewizji. Baggio, Costacurta, Baresi, Boban, Weah, można tak wymieniać i wymieniać… Co może zrobić taki zespół jak Zagłębie Lubin, który był Kopciuszkiem i pojechał tam na łojenie skóry? 0:4 to był najniższy wymiar kary, aczkolwiek do przerwy to w miarę fajnie wyglądało. Prawda jest taka, że oni przeważali nad nami pod każdym względem i dali nam potężną lekcję pokory. Dziś zostały wspomnienia, że graliśmy przeciwko najlepszym piłkarzom na świecie. Teraz marka Milanu jest zupełnie inna, ale tamtejszy Milan możemy porównać chyba tylko z Barceloną czy Realem.

Po dość długim pobycie w Zagłębiu Lubin, trafiłeś do Hannoveru, jak do tego doszło?

Mój etap w Zagłębiu się skończył. Być może dlatego, że choć klub miał duże pieniądze, to nie było osób, które potrafiłyby zarządzać nimi w taki sposób, żeby powalczyć o coś więcej. W efekcie poczułem się tym Lubinem lekko zmęczony i potrzebowałem nowego wyzwania. Najatrakcyjniejszym kierunkiem, jaki mogłem wybrać, był Hannover. Trafiłem tam do zespołu, który nie miał zbyt mocnego składu i też nie był zbyt znaczący finansowo. Klub stworzył nam dobre warunki, bo byliśmy w Stanach na obozie, w sparingach graliśmy bardzo dobrze, ale czegoś ostatecznie zabrakło. Początek oceniam jako jeszcze w miarę udany, jednak z czasem trzeba było się pogodzić z tym, że ten zespół spada. I tutaj musiałem nieco zmienić swoje myślenie. Zdecydowałem się na wykonanie kroku wstecz i powrót do Polski, do Widzewa. To miała być próba zagrania o całą pulę.

W Widzewie spędziłeś tylko rok i znów wybrałeś kierunek niemiecki. Tym razem trafiłeś do Hansy Rostock, gdzie spędziłeś cztery lata. Tutaj już Bundesliga zweryfikowała Cię pozytywnie.

Też tak uważam. Miałem wzloty i upadki, tak jak każdy piłkarz, ale jak powiedziałeś, spędziłem tam cztery lata. Wystarczy spojrzeć ile osób teraz wyjeżdża do Bundesligi, albo w ogóle na zachód, a ile wraca. Teraz jest odwrotność tego, co było za moich czasów. Wtedy w Bundeslidze spotykało się Polaków, choć wydawało się to rzadkością, ale teraz tych Polaków jest jeszcze mniej. Wydaje mi się, że dziś zawodnicy są ulepieni z nieco innej gliny. Ja w Rostocku, podczas czterech lat, zagrałem w 90 procentach spotkań i to też o czymś świadczy.

Miałeś w Rostocku trudne momenty, bo władze klubu rzucały Ci kłody pod nogi przy powołaniach do reprezentacji. Z tego, co wiem, przed jakimś meczuem dano Ci wyraźnie do zrozumienia, że lepiej by było gdybyś na kadrę nie pojechał, ale nie bardzo się tym przejmowałeś.

Dano mi odczuć, że moja decyzja była nie w smak włodarzom klubu. Chociaż to było trochę źle rozegrane. To, że pojadę na kadrę nie podlegało dla mnie żadnej dyskusji. Myślę, że można było się dogadać, żebym przyjechał po meczu sobotnim, bo jeszcze miałbym trochę czasu na dojazd, ale sytuacja zaistniała taka, że obie strony postawiły ultimatum. Ja oczywiście pojechałem i poniosłem pewne konsekwencje finansowe. Przez jakiś czas nie występowałem też w pierwszej jedenastce, ale moja pozycja była już na tyle mocna, że trener szybko zrozumiał, że odstawienie ważnego zawodnika od składu, na dłuższą metę nic nie da.

Kadra była dla Ciebie najważniejsza, ale czy czujesz się w niej spełniony?

Nie można czuć się spełnionym w kadrze, jeżeli nie zagrało się na żadnej wielkiej imprezie. Miałem taką możliwość, bo początkowo trener Engel brał mnie pod uwagę przy ustalaniu kadry, która miała grać w eliminacjach do mistrzostw świata w Korei i Japonii. Zagrałem nawet w meczu z Hiszpanią. Wiedziałem, że nie byłem wtedy w wysokiej formie, ale podjąłem to ryzyko i zapłaciłem za to wysoką cenę, bo przegraliśmy 0:3 i więcej powołań już nie otrzymałem.

Najczęściej powoływał Cię Janusz Wójcik. Za czasów jego kadencji, Polska walczyła o awans na mistrzostwa Europy m.in. z Anglią i ze Szwecją, ale Wójcik chyba się Anglików przestraszył…

Za trenera Wójcika miałem duży handicap, choćby z tego powodu, że ja zawsze mówiłem oficjalnie o tym, że kadra jest dla mnie najważniejsza i nawet jeśli miałem być ukarany, to na tę kadrę przyjeżdżałem. A trener Wójcik uważał mnie za wojownika i on właśnie takich lubił. Zawsze stawiał na zawodników, którzy walczą na boisku. W meczu z Anglią rzeczywiście trochę za bardzo się cofnęliśmy, bo oni chyba zagrali jeden z najsłabszych meczów. Gdybyśmy byli bardziej odważni, to być może istniała szansa na historyczny moment, żeby wywieźć punkty z tego terenu. Trener ustawił jednak drużynę defensywnie, dostaliśmy 1:3 i mit trenera Wójcika runął.

Z trenerem Wójcikiem pojechałeś aż na Cypr. Jak do tego doszło?

Zaczęło się od tego, że podjąłem błędną decyzję, która zaważyła o moim dalszym losie. Otrzymałem ofertę przedłużenia kontraktu w Rostocku, ale to wiązałoby się z tym, że już do końca kariery zostałbym w Niemczech. To skutkowałoby wysłaniem dzieci do szkoły i związaniem się z tym krajem na dłużej. Miałem wtedy zaklepany transfer do Chin, gdzie gwarantowano mi takie pieniądze, że nie opłacałoby mi się zostawać w Niemczech, nawet na trzy lata, bo tam miałbym takie pieniądze w rok. Nie przedłużyłem kontraktu. Byłem przygotowany na ten transfer i wyjechałem na urlop, ale tam dostałem informacje od mojego ówczesnego menadżera, że kierunek chiński nie wypalił, bo zmienił się tam zarząd. Zostałem na lodzie. Uratował mnie właśnie trener Wójcik. Zadzwonił do mnie, zapytał mnie co robię, a ja na to, że jestem na urlopie w Mikołajkach. Powiedział mi, żebym się pakował, bo o 17:00 mam samolot z Warszawy i lecę na Cypr. Pytam się – po co? a on odpowiada – Bo ja jestem tam trenerem. Na Ciebie będzie czekał Andrzej Czyżniewski, Radek Michalski i Wojciech Kowalczyk. Pomyślałem, czemu nie, fajna ekipa, spakowałem się i pojechałem. Tak wylądowałem na Cyprze.

Cypryjczycy wtedy płacili?

W pierwszym roku płacili regularnie, w drugim było różnie, czyli albo mniej albo wcale. W trzecim roku już był totalny bałagan, więc złożyłem papiery do UEFA i w 75 procentach odzyskałem pieniądze. Pomimo tego miło wspominam ten pobyt, ponieważ klimat robił swoje, ludzie byli bardzo otwarci, a ja podczas pobytu w Anorthosisie zdobyłem wicemistrzostwo i dwa razy Puchar Cypru, a do tego jeszcze grałem w Pucharze UEFA.

Mówiliśmy o pozytywnych rzeczach, ale musimy też porozmawiać o negatywnych. Zmierzyłeś się w swoim życiu z korupcją. Jak patrzysz na to z perspektywy czasu?

To nie była jakaś litania, jak w przypadku niektórych osób, a tylko jeden zarzut. To idzie w świat i nazwisko jest narażone na szwank, szczególnie jeśli ktoś zajeżdża pod dom o szóstej rano i wchodzi z nakazem przeszukania, a następnie zabiera na przesłuchanie. Ja od tego nie uciekałem. Jeśli zawiniłem, to wiadomo, że kara musi być. Moje przewinienie natomiast nie było adekwatne do kary, jaką dostałem. Ludzie, którzy mieli po 20, 30, 50 zarzutów, otrzymali niższą niż ja. To mnie bolało. Tylko dlatego, że nazywam się Majak dostałem więcej niż osoby, które brały udział w wielu takich sytuacjach. Ja podkreślam, że nie miałem z tego absolutnie żadnych korzyści finansowych. Dostałem bana na rok, w zawieszeniu na pięć, a po interwencji adwokata na cztery, czyli bardzo wysoko jak na jeden zarzut. Tym bardziej, że nie otrzymywałem korzyści finansowych. Oczywiście karę przyjąłem, bo wiedziałem, że gdzieś w jakimś momencie swojego życia zbłądziłem i muszę ponieść konsekwencje. Nie zgadzam się jedynie z wysokością tej kary. Myślę, że to była też próba dostania się informatorów, śledczych, policjantów na wyższy szczebel, bo nie rozumiem po co spokojnego faceta, który nikogo nie zabił, zabierać o szóstej rano. Co rano w telewizji na pasku było napisane, że kogoś tam złapano. Zawsze, kiedy tak się działo, na miejscu byli już dziennikarze i telewizja, a moim zdaniem takie sprawy powinno się załatwiać kulturalnie. Komu na tym zależało? Przecież można było powiedzieć – Panie Sławku, mamy coś, proszę przyjechać i złożyć zeznania. Czy ja bym nie pojechał? Oczywiście, że bym pojechał. Po co cały ten cyrk?

Dziś jesteś trenerem. Wyznaczasz sobie jakieś cele, które chciałbyś osiągnąć? Na przykład trenowanie klubu w ekstraklasie?

Grałem na poziomie reprezentacyjnym i nie chcę skończyć swojej drogi trenerskiej na trzeciej lidze, tym bardziej, że widzę kto prowadzi kluby na poziomie ekstraklasy. Część ludzi, która w ogóle nie grała w piłkę, albo mało. Są też ci, z którymi grałem i byli moimi przeciwnikami, i chwała im za to. Pozostali to ci, którzy w ogóle nie są znani, ale trenują na poziomie ekstraklasy. A ja do tej pory nie mogę się dostać na kurs UEFA Pro i to mnie boli.

A dowiedziałeś się chociaż dlaczego nie możesz się na ten kurs dostać?

Ostatnio złożyłem wniosek na kurs UEFA Pro i otrzymałem odpowiedź, że nie spełniam wymogów, bo nie prowadziłem samodzielnie klubu wystarczająco długo, że brakuje mi jakichś trzech miesięcy. Ja się pytam o co chodzi, bo z tego, co pamiętam, to mam znacznie większe doświadczenie niż niektórzy trenerzy, którzy teraz pracują w ekstraklasie. Dodam, że na kurs są przyjmowane osoby, które też tych wymogów nie spełniają, więc ja tego nie rozumiem. Muszę się cały czas szarpać na poziomie trzeciej ligi albo czwartej, bo tylko tam mogę pracować oficjalnie.

To zastanawiające dlaczego traktuje się w taki sposób człowieka, który przecież zostawił trochę zdrowia na boisku w koszulce reprezentacji Polski.

Nie żądam specjalnych względów. Nie chcę, żeby przyjmowano mnie tam za zasługi. Chcę za to zapłacić, tak jak wszyscy. Chcę odbyć kurs, pojechać tam i się czegoś nauczyć, tylko dajcie mi szansę. Jeżeli nie daje się szansy człowiekowi z trzydziestoletnim doświadczeniem, to kto na tę szansę zasługuje?

ROZMAWIAŁ: GRZEGORZ IGNATOWSKI

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE

Grzegorz Ignatowski
O Grzegorz Ignatowski 110 artykułów
Fanatyk historii futbolu i związanych z nim ciekawostek. Pochłania wszystko od meczów ligi argentyńskiej Primera Division aż do ligi kostarykańskiej, o ile czas pozwala. Twierdzi, że oddycha futbolem i coś w tym jest, bo dzień bez piłki działa na niego jak brak świeżego powietrza.