Wywiad: Marcin Kikut

Kilka lat temu był jednym z najlepszych zawodników Lecha Poznań – każdy z nas pamięta jego rajdy w Lidze Europy, gdzie gwiazdy Manchesteru City czy Juventusu nie mogły sobie z nim poradzić. Dzisiaj, w wieku 33 lat, były prawy obrońca Kolejorza trenuje i gra w IV-ligowej Tarnovii. Może jego losy potoczyłyby się całkowicie inaczej, gdyby nie przenosiny do Ruchu Chorzów, który załamał jego dalszą karierę. O drużynie z Wronek, europejskiej przygodzie Lecha Poznań, zdyscyplinowanym Franciszku Smudzie oraz swoich marzeniach opowie wam Marcin Kikut.

Jak zaczęła się Pana przygoda z piłką?

Pierwsze kroki stawiałem w miejscowości, w której się urodziłem i wychowałem, czyli w Barlinku. Moim idolem piłkarskim był Diego Maradona. Pochodziłem z rejonów Szczecina, więc jako mały dzieciak chciałem zagrać w Pogoni Szczecin. Wcześniej, jako 10-latek zdobyłem pierwsze trofeum na jednym z turniejów juniorów. W lokalnej Pogoni zacząłem pierwsze profesjonalne treningi. Gdy miałem 15 lat, a więc po skończeniu podstawówki, przeniosłem się do szkółki Amiki Wronki, która wtedy była naprawdę na najwyższym poziomie w kraju. Ściągali najlepszych młodzieżowych zawodników z całej Polski, aby mieć w zespole jakość, żeby stworzyć fundamenty dobrze prosperującego klubu piłkarskiego. Dobrze szkoleni juniorzy mieli tworzyć siłę drużyny, która grała w Ekstraklasie, tak też się zdarzyło w moim przypadku. Przeszedłem każdy szczebel rozwoju piłkarskiego – junior młodszy, starszy, druga drużyna, aż trafiłem do pierwszej. W młodzieżowej piłce wygrałem jeszcze mistrzostwo Polski juniorów starszych, cały turniej był czymś wspaniałym. W taki sposób zadebiutowałem w barwach wronieckiego zespołu.

Grzegorz Szamotulski w swojej autobiografii wspominał, że nie mieliście wielu rozrywek we Wronkach.

Każdy piłkarz ma swoje przyzwyczajenia. To miejscowość kilkunastotysięczna, bez jakichś specjalnych atrakcji. Jeśli przychodził do nas piłkarz z innego ekstraklasowego klubu, to wiedział, że trudno będzie mu się na początku przestawić. Przenosiny młodych zawodników tutaj były moim zdaniem strzałem w dziesiątkę. Mocna izolacja od pokus życia młodzieżowego, co niewątpliwie sprzyjało rozwojowi piłkarskiemu. Klub znajdował się także kilka kilometrów od centrum miasta, był po drugiej stronie rzeki. Miejsce idealne do tego, aby się w spokoju uczyć, skupić na tym, co chce się osiągnąć. Odpowiadało mi to miejsce, mieliśmy wielu wspaniałych juniorów. Kolegowałem się dobrze z Rafałem Murawskim, czy w internacie z Darkiem Dudką i Marcinem Burkhardtem. Rocznik 83’ był bardzo mocny, trzymaliśmy się razem.

W 2006 roku doszło do fuzji Amiki z Lechem Poznań. Nadszedł czas wielkich zmian.

Było to coś nowego. Dla zawodników, działaczy i kibiców. Nie da się ukryć, oznaczało wielką szansa dla każdego piłkarza, aby stanąć na nogi, odbić się finansowo, żeby być w Lechu, który ma silne fundamenty i tak też się stało. Dla nas, chłopaków z Wronek to stanowiło perspektywę stania się częścią dużego klubu. Amica miała krótką historię, fajną organizację, ale nie można było jej w żadnym wypadku porównywać do najlepszych klubów. Każdy z nas chciał stać się Lechitą, występować na dużym stadionie, przed tak wspaniałymi kibicami. Już będąc w internacie, każdy o tym marzył. Chłopaki z całej Wielkopolski. To było duże wyzwanie.

To nie był jednak początek końca Marcina Kikuta? Mam wrażenie, że o wiele lepiej rokował Pan w Amice.

Nie jest tak do końca. Faktycznie, to był początek końca mojej kariery… ale na prawej obronie. Tutaj właśnie można rzucić taką tezę, że wiele więcej bym osiągnął grając na skrzydle, tam sprzedałbym więcej swoich możliwości i jakości. Aczkolwiek jakoś na tym boku defensywy się broniłem i uważam, że czas w Lechu był moim najlepszym. W żadnym wypadku nie żałuje, wręcz przeciwnie, bardzo się cieszę, że tak to się potoczyło. W Amice w dwóch pierwszych latach apetyt miałem spory, ponieważ ocierałem się w lidze o tych najlepszych polskich skrzydłowych, a później zostałem przesunięty do linii obrony, gdzie musiałem od początku budować swoją markę.

Zapewne decyzją o przesunięciu Pana do linii obrony, Franciszek Smuda nie zaskarbił sobie sporej sympatii.

Zawsze wspominamy daną sytuację, ludzi, z perspektywy dnia dzisiejszego. Inaczej go postrzegałem trzy lata temu, inaczej myślę o nim dzisiaj. Ale rzeczywiście, nie do końca jego pomysł na moją osobę był trafny. Mimo tego, że później debiutowałem u niego w reprezentacji Polski, co niewątpliwie było jednym z fajnych momentów, to straciłem dużo czasu, aby przekonać go do siebie. To trwało pół roku i przez cały ten czas siedziałem na ławce rezerwowych. Żeby złapać automatyzmy na pozycji prawego obrońcy, potrzebowałem kolejne pół roku, plus kontuzje. Z sześciu lat pobytu w Lechu, na dobrym poziomie grałem tylko półtora roku. Generalnie dzisiaj też bawię się w zawód trenera na amatorskim poziomie i mimo całej mojej krytyki pod adresem Franciszka Smudy, jest wiele rzeczy, które wspominam pozytywnie i jako trener wykorzystuję poprzez współpracę z nim.

Trener Smuda znany jest ze swoich wpadek językowych. Pamięta Pan jakąś śmieszna sytuacje tego typu?

Rzeczywiście, było tych sytuacji komicznych mnóstwo. Zbyt wielu niestety nie pamiętam, ale śmiechu było co nie miara. Jego okrzyki z boku, komentarze typu „gdzie Ty tam biegniesz?!” pod moim adresem, kiedy włączałem się do akcji ofensywnych, za czym trener Smuda nie przepadał. Zawsze mnie to później bawiło. Pamiętam też sam początek, kiedy po fuzji dołączyłem do drużyny, to Pan Franciszek nie darzył mnie ani nikogo z młodych zawodników zbytnią sympatią. Akurat biegałem na sparingu przy linii, od strony ławki rezerwowych, można powiedzieć, że zacząłem smarkać po piłkarsku i słyszałem „tej, biegaj! a nie nosem tylko smarkaj”.

Kiedy Pan mało grał, nie było takiej myśli, żeby zmienić otoczenie?

Próbowałem. Miałem takie zamiary, aby odejść z Lecha. Chyba trzy razy się do tego zabierałem. Pierwszym razem po pierwszym pół roku w drużynie, kiedy nie grałem i byłem podłamany. Jednak działacze byli stanowczy, nie pozwolili mi nigdzie odejść. Fajnie, że tak postąpili, bo miałem się przenieść do Bełchatowa, gdzie na pewno nie osiągnąłbym tyle, ile w Kolejorzu. Druga sytuacja, to kiedy złapałem dołek formy w mistrzowskim sezonie. Chciałem przejść do innego klubu, aby się gdzieś odbudować, ale stwierdziłem, że drużyna z Poznania zdobędzie tytuł, że zostanę i podejmę rękawicę. W sumie podczas mojej całej kariery nie miałem konkretnych ofert z zagranicy. Jakieś zainteresowania, ale nigdy nic konkretnego na biurku nie leżało. Wszystko kończyło się na spekulacjach.

Mistrzostwo z Lechem Poznań musiało być niewątpliwie czymś wspaniałym, nie każdy może stać na najwyższym stopniu podium..

To był niesamowity sezon. Graliśmy jesienią przeciętnie, mieliśmy olbrzymią stratę do Wisły Kraków. Zimą jednak ostro popracowaliśmy, przygotowaliśmy się dobrze fizycznie, ale przede wszystkim mentalnie. W przedostatniej kolejce w kuriozalnych okolicznościach „Biała Gwiazda” straciła zwycięstwo po bramce samobójczej w meczu z Cracovią, a my w Chorzowie strzeliliśmy bramkę i znaleźliśmy się w tabeli nad wiślakami. Coś nieprawdopodobnego. W ostatnim spotkaniu wygraliśmy mistrzostwo, po 13 latach oczekiwań kibiców – to chwile, które będę pamiętał do końca życia. Wygrałem jeszcze Puchar Polski, Superpuchar, więc mimo wielu niepowodzeń i przedwczesnego zejścia ze sceny ekstraklasowej, mogę czuć się piłkarzem spełnionym, który w Polsce zdobył każde trofeum i niejednokrotnie posmakował europejskich pucharów. Razem z Rafałem Murawskim, Jakubem Wilkiem, chłopakami z Serbii plus innymi, z którymi dobrze się kolegowałem, przeżyliśmy wspaniałe chwile.

Pamięta Pan swój pierwszy mecz w europejskich pucharach?

Oczywiście. Węgierski Budapest Honvéd. Miałem 20 lat. U siebie wygraliśmy 1:0. Zaliczyłem wtedy asystę, więc można powiedzieć, że dobrze się wprowadziłem. Zacząłem czuć się swobodnie i grać bez większej presji. Rewanż, dla mnie, zawodnika, który 2-3 miesiące wcześniej grał w rezerwach, był wielkim przeżyciem. Sam lot do stolicy kraju, później przejazd eskortą przez centrum miasta. Niestety samo spotkanie nie ułożyło się po naszej myśli i awans wywalczyliśmy dopiero po serii rzutów karnych. W kolejnej rundzie przeciwko łotewskiej Windawie nie zagrałem ze względu na drobny uraz. Na szczęście wygraliśmy i dostaliśmy się do fazy grupowej Pucharu UEFA.

Grupowi rywale nie dali Wam cienia szans. Wysokie przegrane z Rangersami oraz Auxerre. Niewiele lepiej było z Grazer i Alkmaar. Zapłaciliście frycowe jako kopciuszek rozgrywek?

Myślę, że kilka czynników razem na to wpłynęło. Byliśmy debiutantem. Zabrakło nam doświadczenia. Pomimo tego, że wielu z nas w lidze już się ograło, to w pucharach ten bagaż był nijaki. Olbrzymi przeskok dla mnie, jak i dla innych zawodników. Inne tempo, kultura gry, a przede wszystkim wyższy poziom w porównaniu do gier eliminacyjnych. Pomimo mojego dobrego przygotowania motorycznego, czułem, że to jeszcze wyższa półka. Nie mogliśmy nawiązać z nikim równorzędnej walki. Dobra lekcja, która zaprocentowała w przyszłości. Pamiętam mecz z Alkmaar, dla wszystkich w grupie była to anonimowa drużyna. Nawet podśmiewaliśmy się, że to taki anonimowy zespół z Holandii, który wziął się z nikąd, że może jakoś tam sobie z nimi poradzimy. Rzeczywistość okazała się jednak całkiem inna i przecierałem oczy ze zdumienia. Mimo tego, że nie byłem najwolniejszym zawodnikiem, nie mogłem ich w ogóle dogonić… Nie mogłem odebrać im piłki. Mieli wysoką kulturę gry, całkowicie wybili nam z głowy Europę.

Jak czas pokazał, nie tylko oni. Na ziemię sprowadził was także FC Tiraspol, mołdawski zespół, który wyeliminował Lecha Poznań z rozgrywek Pucharu Intertoto. Byliście niekwestionowanym faworytem, a jednak się nie powiodło.

Zagrałem w pierwszym spotkaniu tego dwumeczu. Byliśmy po bardzo ciężkim okresie przygotowawczym, w mojej opinii, zbyt ciężkim. Trener Smuda nie zwracał uwagi na ten dwumecz, tylko szedł własnym cyklem, który ustalił. Zapłaciliśmy wysoką cenę, przegrywając z mołdawskim zespołem. Można powiedzieć, że wywalczyli sobie awans na boisku, grając siłowo i konsekwentnie przez 90 minut. Byli szybsi, dynamiczniejsi, wygrywali więcej pojedynków. Technicznie od nas wyraźnie słabsi, ale zabrakło nam pary.

Czy mała liczba minut w rozgrywkach Pucharu UEFA z 2008 roku spowodowana była nieciekawymi relacjami z trenerem Smudą? Rozegrał Pan wówczas minutę z Feyenoordem i wszedł na końcówkę z Udinese.

Akurat wtedy wracałem do drużyny po kontuzji. Faza grupowa to okres rekonwalescencji, a u trenera Smudy wbić się do składu po urazie to prawdziwe mission impossible. Bardzo trudna sprawa. Miałem spory problem, siedziałem tylko na ławce w Moskwie i z Nancy u siebie. Zaliczyłem te epizody, ale nie odegrałem tam żadnej roli. Generalnie stanowiłem tylko„sztukę”, aby kadra drużyny była do końca skompletowana. Moja forma fizyczna jak i mentalna nie była najwyższa. To też złożyło się na błąd, który popełniłem z Udinese…

Wielu pyta, co skłoniło właśnie w tym spotkaniu Marcina Kikuta do dryblingu w środku boiska, gdzie każda strata może być wyrokiem, który wykonał w tym przypadku Antonio Di Natale.

Nie nazwałbym tego załamaniem. Mam mocną psychikę, choć byłem po tym trochę przybity, ale jednocześnie niesamowicie zmotywowany do tego, aby pokazać wszystkim, że to tylko wypadek przy pracy. Chciałem pokazać wszystkim, że to niefortunny splot zdarzeń, na które złożyły się wcześniejsze czynniki, o których wspominałem, z formą, ze zmianą. Goniliśmy wynik, nie spodziewałem się, że trener wpuści mnie na prawą obronę. Sądziłem, że zostanę wprowadzony, by dać świeżości na skrzydle. Trochę mnie to zdezorientowało, jednak to żadne wytłumaczenie. Są chwile w życiu piłkarza, że w takich momentach albo jesteś silny, albo kończysz. Ja postanowiłem walczyć, nie pierwszy raz pokazałem w Lechu, że mam mocny charakter.

Była również przegrana w karnych z FC Brugge. Europejskie puchary odjechały w ostatnim momencie.

To było spore rozczarowanie. Zagraliśmy świetny mecz we Wronkach. Mając nowych zawodników, np. Roberta Lewandowskiego, jechaliśmy wspólnie z kibicami do Brugge z dużymi nadziejami. Mogliśmy pokusić się o dobry rezultat w podstawowym czasie gry. Lewy miał sytuację sam na sam jak dobrze pamiętam. Doprowadziliśmy do karnych, ale to już jest loteria… Nie pamiętam, który stałem w kolejce do strzelania karnych. Kojarzę tylko tyle, że Ivan Djurdjevic nie trafił, no i odpadliśmy.

Po zmianie trenera, gdy Franciszka Smudę zastąpił Jacek Zieliński było widać, że złapał Pan drugi, czy też kolejny oddech w drużynie Kolejorza.

Niewątpliwie była to dobra zmiana. Trener Zieliński słynął z tego, że ma podejście do zawodników. Tak było również z moją osobą, praca między nami świetnie się zazębiała, sztab szkoleniowy dobrze skomponowano, z trenerem Juskowiakiem, Kuźmą, Primelem, tworzyli fajną ekipę. Sporo skorzystałem na przyjściu tego szkoleniowca do Lecha.

Da się w jakikolwiek sposób porównać warsztat trenerski obu tych trenerów?

Myślę, że to są dwie odrębne osobowości. Trener Zieliński ma większy dystans, potrafi pożartować, trzymając przy tym dyscyplinę w zespole i stawiając każdemu zawodnikowi odpowiednie kryteria podczas treningów. Ale w porównaniu do Franciszka Smudy, jest bardziej człowiekiem w tym co robi, niż trenerem. Trener Smuda miał mocną, charyzmatyczną osobowość, nie uznawał kompromisów. Mocno wierzył w swoje racje i przekonania, co przejawiało się codziennie, podczas współpracy z nim. Trener Zieliński dawał więcej swobody na boisku swoim piłkarzom, nie trzymał się tak kurczowo założeń taktycznych, a u trenera Smudy była żelazna, niemiecka dyscyplina. Włącznie z podaniem kierunkowym, tym, gdzie piłka ma dotrzeć, do kogo, do tego dzielił drużynę na tych, którzy mieli więcej luzu i tych, którzy musieli być bardziej zdyscyplinowani.

Za trenera Zielińskiego rozpoczęliście eliminacje do Ligi Mistrzów. Na początek wymęczone zwycięstwo w karnych z Interem Baku, w kolejnej fazie porażka ze Spartą Praga. Wielu pyta, czego zabrakło w tym spotkaniu. Być może Artjomsa Rudnevsa?

Pojawiały się takie komentarze. Mieliśmy wysokiej klasy napastnika – Artura Wichniarka, ale być może nie był wtedy w optymalnej formie. Cała drużyna jednak zapracowała na negatywny wynik. Zabrakło nam trochę więcej pokory. Po zdobytym mistrzostwie byliśmy mocno napompowani, z siłą i wiarą we własne umiejętności. Sparta po losowaniu nie budziła w nas takiego respektu, jak w przypadku innego losowania. Nie zlekceważyliśmy drużyny z Pragi, ale czuliśmy, że ich przejdziemy. Mieliśmy w sobie wielką moc, która została szybko zweryfikowana przez czeską drużynę.

Później był wygrany dwumecz z Dnipro Dniepropietrowsk i losowanie grup Ligi Europy. Jakie nastroje panowały w drużynie, gdy zobaczyliście swoich przeciwników?

Na Ukrainie spisano nas na porażkę. Raz, że Dnipro było mocną drużyną ze sporym budżetem, dwa, pojawiła się w naszej drużynie plaga kontuzji zawodników kluczowych, którzy grali w poprzednich meczach. Okazało się, że zmiennicy stanęli na wysokości zadania i umiejętnościami oraz serduchem pokonaliśmy drużynę z Dniepropietrowska. Moim zdaniem kluczowy dwumecz, gdzie pokazaliśmy prawdziwy charakter, co zaprocentowało w fazie grupowej. A samo losowanie? Trafiliśmy do grupy marzeń, niesamowite. Chciałem jak najtrudniejszych rywali, bo jak spadać to z wysokiego konia. My z niego nie spadliśmy i zapisaliśmy się w kartach historii niesamowitymi meczami, które do dzisiaj wszyscy wspominają.

Szliście przez całe rozgrywki jak prawdziwa maszyna. Tylko jedna porażka z Manchesterem City. Przeprowadzał Pan niesamowite rajdy na prawej stronie. Które z tych spotkań będzie najcieplej wspominane?

Z perspektywy czasu to oczywiście najpiękniejszy okres w mojej grze. W pucharach wyglądaliśmy oszałamiająco. Wdarłem się dzięki temu do reprezentacji trenera Smudy, który nie do końca był przekonany do mojego powołania. Byłem w bardzo dobrej formie, nie miał wyjścia. Każde z tych spotkań to niesamowite przeżycie, jednak najmilej wspominał będę wygrany mecz z Manchesterem City oraz pierwszy z drużyną Salzburga. To było pierwsze spotkanie na nowym stadionie, komplet widzów. Niesamowite natężenie decybeli, kiedy kibice na rozgrzewce zawołali „Kolejorz!”. Dało nam to motywacyjnego kopa.

W trakcie sezonu zarząd pożegnał trenera Jacka Zielińskiego. Jak cała sytuacja wpłynęła na drużynę?

Decyzja zapadła przed meczem z Wisłą Kraków, który tak naprawdę odmienił oblicze drużyny. Wtedy był z nami jeszcze trener Zieliński w szatni. Gdyby trener został, to w mojej opinii z korzyścią na następne sezony. Moglibyśmy to wszystko odrobić, po spotkaniu z „Białą Gwiazdą” odbudowaliśmy się, to nie był odpowiedni moment na zmianę szkoleniowca. Trener Bakero całkowicie się różnił. Miał odmienne podejście do piłki nożnej i światopogląd. Nie do końca pasował do naszych realiów, nie mógł trafić do polskich piłkarzy, do naszej mentalności. Podchodził do nas jak do Hiszpanów, chociaż nimi nie byliśmy. Jednak można było wiele się od niego nauczyć. On też w pewnym momencie stworzył wielkiego Lecha, który początkiem sezonu każdego dominował i miażdżył. Później coś się zatrzymało, nastąpił mały kryzys, doszła przegrana w Pucharze Polski i tak się to skończyło.

To właśnie tym brakiem zrozumienia José Maria Bakero pogrążył drużynę w rewanżowym meczu z Sportingiem Braga?

To jest moja największa porażka w życiu. W kolejnej rundzie czekał na nas Liverpool. Mieliśmy zaliczkę z pierwszego meczu. Trener Bakero przekombinował. Miał swoją wizję, ale niepotrzebnie wprowadził ją w takim momencie. Ustawienie z Rudnevsem na skrzydle, Stiliciem w ataku… Wcześniej tego nie trenowaliśmy. Potem argumentował to zejściem do środka Stilicia i rozrzucaniem lewą nogą do Artjoma. To było nieprzygotowane. Nie wiedzieliśmy co mamy robić w takim ustawieniu, jak działać. Potężny błąd, który kosztował nas wiele. Ten mecz będzie we mnie siedział do samego końca, bo taką szansę mieliśmy przed tym spotkaniem…

Jeszcze dość niedawno było słychać głosy, że drużyna z sezonu 2010/2011 kosztowała klub zbyt wiele, a dzisiaj grają zawodnicy gorsi jakościowo.

Trudno się zgodzić z tą opinią finansową, ponieważ zarobiliśmy dla klubu sporo pieniędzy. Dostawaliśmy za to wynagrodzenie i to niemałe, ale działacze nie rozrzucali też kasy na lewo i prawo. Byłem przekonany, że zarządzanie klubem stało wówczas na wysokim poziomie. Potwierdzeniem tego były dobre transfery za niewielkie pieniądze, takie jak Robert Lewandowski czy Artjoms Rudnevs. Stworzyła się nieprawdopodobnie silna grupa ludzi, o mocnych charakterach, która wyniosła Lecha na najwyższy poziom. Ekipa, która trafiła przed 2010 rokiem do klubu wyczyniała później cuda w Europie. Moim zdaniem później trzeba było zmienić trochę taktykę. To była pokoleniowa zmiana systemu finansowania w Polsce. Po 2012 roku sam wpadłem w pułapkę i zapłaciłem za to wysoką cenę. Wszystkim wydawało się, że piłka u nas w kraju zaliczy niesamowity progres pod każdym względem finansowym, sportowy, wielu działaczy wpadło w to po uszy, nastąpił regres, zmiana nakładów finansowych. W tym aspekcie dopatrywałbym się tych problemów. Ważne, żeby do klubu trafiały silne charaktery, poparte umiejętnościami. Tego brakuje obecnie w Lechu, dlatego też nie może się napędzić moim zdaniem do widowiskowego grania.

W Lechu wówczas grało sporo zawodników, którzy mocno identyfikowali się z klubem. Po zakończeniu kariery nadal wiążą z nim przyszłość. Ivan Djurdjevic pracuje z rezerwami, Krzysztof Kotorowski trenuje młodzież, Manuel Arboleda ciągle współpracuje z klubem. Mam wrażenie, że tamci zawodnicy byli w stanie umierać na boisku za Kolejorza.

Zdecydowanie tak. Tutaj też jest pole do popisu i manewru dla działaczy, żeby zawodników dobierać pod względem umiejętności, ale także tej identyfikacji z klubem. Ciągle do pierwszego zespołu wdzierają się wychowankowie, ale to melodia przyszłości. Trzeba szukać nawet za granicą prawdziwych wojowników, którzy wskażą drogę tym młodym. Zawodników, którzy poczują klimat, miasto, drużynę, a nie będą tutaj tylko przejazdem. Wcześniej, gdy ktoś przychodził do Lecha, to była dla niego nagroda. Niech przyjdą, zostawią serce na boisku, zaskarbią sympatię kibiców swoją grą, zachowaniem, sukcesami, a potem odejdą w glorii i chwale.

Jednym z przyjemniejszym momentów niewątpliwie był debiut w reprezentacji Polski. Jak Pan wspomina ten dzień?

Na pewno fajna sprawa. Ale nie oszukujmy się, to nie był duży tort z wisienką, tylko mały i to bez dodatków. Nie odbierałbym jednak sobie satysfakcji, że te dwa razy w niej wystąpiłem. Marzenie, które spełniłem. Nie do końca jestem zadowolony z liczby występów, ale selekcjonera było trudno przekonać. Albo nie grałem, a jak już wskoczyłem na dobry poziom, to łapałem drobne urazy, które mi przeszkadzały. Zwykłe zrządzenie losu. Niektórzy prezentowali dobrą formę, a tego powołania nie dostali, więc jest z czego się cieszyć.

Po dobrych spotkaniach w Lidze Europy, miał Pan nadzieję na powołanie do kadry Euro 2012?

No pewnie. To była zima 2011, kiedy grałem w reprezentacji. Gdybym wiosnę miał tak dobrą jak jesień, to zakończyłbym sezon z wysokiego C. Niestety nabawiłem się kontuzji kolana, która wykluczyła mnie na dłuższy czas i marzenia trzeba było rzucić w kąt.

Po przygodzie z Lechem Poznań, były krótkie epizody w Chorzowie, Łodzi oraz Bytowie. Dlaczego nie zagrzał Pan miejsca na dłużej w żadnym z tych miast?

Przede wszystkim decyzyjność piłkarza w życiu jest ważna. A nieprzemyślane decyzje nie prowadzą do niczego dobrego. Gdy idziesz do słabszego klubu, to trudno jest się odnaleźć. Szedłem do Ruchu Chorzów, nie dlatego, że chciałem, tylko musiałem. Przez miesiąc nie miałem pracodawcy. To był dla mnie szok. Jak wszedłem do klubu, to wiedziałem od razu, że to się nie uda. Może to taki instynkt człowieka, który podpowiadał mi, że nic z tego. Mimo mojej zaciętości, pracowitości jaką tam pokazywałem, to nie było szans. Bardzo żałuję przenosin do Chorzowa, dajmy na to gdybym trafił do Piasta Gliwice, pewnie zupełnie inaczej wszystko by wyglądało. Gwóźdź do trumny… Przykład Marcina Zająca czy mój pokazują, że niektóre kierunki powinny być całkowicie zamknięte dla piłkarzy. Dla piłkarzy z Poznania w Chorzowie jest całkowicie inny świat, otoczenie i specyfika. Szedłem do wicemistrza Polski, a cofnąłem się w czasie. Oczywiście gra dla takiego zasłużonego klubu jak Ruch to zaszczyt, ale to nie miejsce dla mnie. To jedyna rzecz, którą w swojej karierze chciałbym zmienić, gdybym mógł.

Mówiono, że Formacja 2000 Mostki do której Pan trafił, będzie walczyć o awans do 2 ligi, jednak wyglądało to całkowicie inaczej..

To już była raczej opcja po to, aby znaleźć sobie zajęcie, wypełnić jakoś wolny czas. Żadne sprawy ambicjonalne. Osiadłem obok Poznania z rodziną, zapuściłem korzenie. Akurat trafił się klubik, w którym mogłem zagrać. Pojeździłem trochę rozrywkowo. Jednak właściciel klubu przestał bawić się w piłkę i tak się to skończyło.

Czyli oferta z IV ligowej Tarnovii Tarnowo Podgórne była najlepszą opcją?

Oczywiście, mieszkam w tej gminie. Na stadion mam 7 minut. Również bawię się w trenerkę, zaczynam swoją przygodę. Złapaliśmy się z Zbyszkiem Zakrzewskim, chcemy zrobić jakiś ciekawy projekt piłkarski. Prezes był bardzo ucieszony, że chcemy stworzyć klub, który daje szanse młodym. Na początku grałem, teraz prowadzimy ten klub i chcemy go rozwijać. Już w Chorzowie zauważyłem, ze nie dzieje się zbyt dobrze i pilnowałem tematu kursów trenerskich, żeby ich nie zaniedbać. Jestem zadowolony, że trafiłem tutaj, gdzie grają ze mną byli koledzy z Lecha – Zbigniew Zakrzewski i Bartosz Ślusarski. Nasza współpraca dobrze wygląda. Świetnie się rozumiemy, warto mieć takich kolegów, którzy ciągle mnie wspierają.

Jeśli ktoś zerknie na skład Tarnovii, to zauważy, że nie jest Pan jedynym Kikutem w kadrze klubu.

Tak, to mój najmłodszy brat. Również zajmuje się trenowaniem dzieciaków, a przy okazji gra w piłkę. Mam też średniego brata, który jest pomiędzy nami dwoma. Też grał w Amice w juniorach, a obecnie jest trenerem przygotowania fizycznego w akademii Lecha Poznań.

Czy trenowanie zespołu ekstraklasowego to melodia przyszłości?

Oczywiście, że widzę siebie za sterami jakiegoś klubu w najwyższej klasie rozgrywkowej, ale zdaje sobie sprawę, jaki to jest twardy orzech do zgryzienia. Za marzenia nikt nie kara, dlatego chciałbym kiedyś objąć Lecha Poznań. To byłoby coś niesamowitego dla mnie, jako byłego piłkarza. Nabieram coraz więcej szacunku do tego zawodu, mam w sobie dużo pokory, nigdzie się nie pcham, chcę się tutaj rozwijać i przygotować do tego fachu. Na początek jak najbardziej chciałbym spróbować jako asystent pierwszego trenera, zamiast pchać się na głęboką wodę, aczkolwiek takie sytuacje też w życiu bywają. Jeden telefon – wóz albo przewóz? Ale pochodzę do tego ze spokojem i dystansem.

Czego Panu życzyć na przyszłość?

Oczywiście, zdrowia, jak dla każdego człowieka. A jako trenerowi rozwoju i żebym wrócił do Ekstraklasy na stanowisku trenera. To będzie coś pięknego.

ROZMAWIAŁ: MARIUSZ ZIĘBA

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE

Mariusz Zięba
O Mariusz Zięba 59 artykułów
Obserwator i pasjonat niemieckiego futbolu, otwarty na inne kraje. Kibic 1. FC Köln.