Od bohatera ekstraklasy do sprzedawcy bułek

Miał być gwiazdą. Niektórzy mówili, że mógł stać się nowym Lubańskim, co można potraktować jako wyolbrzymienie, ale mógł przynajmniej stać się kimś na miarę Ryszarda Cyronia czy Ryszarda Krausa. Marek Szemoński miał wszelkie predyspozycje do tego, żeby stać się postrachem bramkarzy w polskiej ekstraklasie. Niestety w tym przypadku ogromny talent okazał się niewystarczający.



Przeczytaj także: „Wysoki lot Sokoła Pniewy”

Marek Szemoński wszedł do ligi polskiej, tak jak kowboj wchodzi do Saloonu. Trzasnął drzwiami, przekraczając próg i zwrócił na siebie uwagę wszystkich bywalców lokalu. Dodatkowo uczynił to w jednym z najbardziej szanowanym miejscu, na stadionie Górnika Zabrze, który walczył wtedy o tytuł mistrzowski. W tym saloonie postrachem byli Grzegorz Mielcarski, Henryk Bałuszyński i Ryszard Kraus i nikt się nie spodziewał, że jakiś gołowąs, wyglądający jakby ktoś właśnie wyciągnął go z reklamy lalki Barbie, zacznie budzić postrach wśród przyjezdnych. Jednak ten młokos miał już wystarczające umiejętności, żeby zepchnąć doświadczonego Krausa na drugi plan (33 gole w ekstraklasie w 99 występach) i pokazać, że jest gotowy na rywalizację z „Balu” i „Mielcarem”. Mało tego, niewiele brakowało, żeby ten młody i gniewny gołowąs zapewnił Górnikowi mistrzostwo Polski. To właśnie Szemoński strzelił bramkę na 1:0 w meczu z pamiętnym meczu z Legią Warszawa w ostatniej kolejce sezonu 1993/94. Niestety zabrzanie obejrzeli w tym spotkaniu trzy czerwone kartki, a Legia w drugiej połowie doprowadziła do wyrównania, co przesądziło o tym, że mistrzostwo Polski powędrowało do Warszawy. Zabrakło 20 minut, żeby Szemoński dał Górnikowi 15 tytuł mistrza kraju.

Po efektownym wejściu kariera młodego zawodnika wciąż rozwijała się harmonijnie. Piłkarz skończył 18 lat i przebił się do pierwszego składu Górnika Zabrze, notując dwa udane sezony. Zadebiutował w europejskich pucharach (strzelił dwie bramki w meczu z Shamrockiem Rovers i jedną z Admirą Wacker Wiedeń) oraz stał się czołowym strzelcem Górnika Zabrze. Chodzą też pogłoski, że miał ofertę z niemieckiego Bochum, lecz na przeszkodzie stanęła kontuzja, a Niemcy zdecydowali się ostatecznie na Henryka Bałuszyńskiego. I w tym miejscu sprawy zaczęły się komplikować. O Szemońskim krążyły legendy. Mimo młodego wieku zawodnik miał być widywany w dyskotekach w towarzystwie różnych kobiet. Sam zainteresowany w wywiadzie dla Piłki Nożnej zaprzeczał. – To są plotki rozgłaszane przez ludzi zawistnych, którzy nie mogą zaakceptować, że jestem młody, że gram w pierwszej lidze, reprezentacji młodzieżowej i na dodatek zdobywam bramki. W efekcie doszło do tego, że Górnik chciał się go za wszelką cenę pozbyć, bo 21-letni wówczas zawodnik źle wpływał na szatnię.

Szemoński odszedł, a z jego usług chętnie skorzystał Widzew Łódź, który marzył o awansie do Ligi Mistrzów. Początkowo wydawało się, że był to sportowy awans, jednak wyniki łodzian były bardzo odległe od oczekiwań. Czasy potęgi Widzewa bezpowrotnie dobiegły końca, a nasz dzisiejszy bohater po roku gry z niewielkim hakiem znów szukał nowego klubu. Dla tak wielkich talentów znalezienie nowego pracodawcy nie jest problemem, więc szybko jego nazwisko pojawiło się w kadrze Lecha Poznań, ale w poznańskim saloonie Szemoński okazał się nieproszonym gościem. 10 meczów i jeden gol w ciągu roku to wynik niegodny historii piłkarza, który miał być drugim Lubańskim.

Później drugą szansę dał mu Górnik Zabrze, ale tuż po jego przyjściu do zespołu z ulicy Roosevelta opowieści o jego podbojach stały się jeszcze popularniejsze. Potem znów był epizod w Widzewie Łódź i krótki pobyt w Szczakowiance Jaworzno. Szemoński był też testowany przez Ruch Chorzów i Piaście Gliwice, ale tam nie znalazł uznania. W końcu w 2003 roku został piłkarzem Przyszłości Ciochowice.

– Przed rundą jesienną popełniłem błąd. Bez przygotowania poszedłem na testy do Ruchu Chorzów i Piasta Gliwice. Wcześniej prawie rok nie trenowałem. Nie mogłem więc nikogo oczarować swoją grą. Postanowiłem więc teraz spokojnie przygotowywać się do rundy wiosennej. Skorzystałem z oferty Andrzeja Orzeszka, który był trenerem Przyszłości. Mimo że zmienił się szkoleniowiec – jest nim Grzesiek Dziuk – nadal tam gram i trenuję. W końcu Grzesiek też był kiedyś piłkarzem Górnika. Wszystko zostało w rodzinie (cytat ze strony sport.wp.pl).

Po rocznym pobycie w Ciochowicach do swojego cv zawodnik dołączył jeszcze kilka klubów. Najpierw była Polonia Bytom a następnie Tempo Paniówki i Tęcza Wielowieś. Potem zniknął. Zakończył karierę i podobno wyjechał za chlebem do Irlandii. Tam miał stać się rozwozicielem bułek. Czujecie to? Jeden z największych talentów polskiej piłki w latach dziewięćdziesiątych, mając około 30 lat wyjechał do Irlandii rozwozić bułki.

W wywiadzie udzielonym w 2004 roku dla Super Expresu piłkarz przyznał, że jego słabym punktem były kobiety. Wyjawił też, że był czas, kiedy nie stronił od alkoholu. Szkoda, że nikt nie potrafił zahamować jego ciągu do tego typu uciech, być może gdyby ktoś nim właściwie pokierował, ta opowieść miałaby inne zakończenie.

– Nigdy nie twierdziłem, że byłem grzecznym chłopcem. 99 procent piłkarzy lubi się zabawić i lubi się napić. Mój problem polegał na czymś innym. Czy to w Zabrzu, Łodzi czy Poznaniu. Jak szedłem z drużyną na piwo, to wszyscy zawsze widzieli tylko to, że pije Szemoński. Innych nie widzieli. Później tworzyły się legendy, że wypiłem 10 czy 11 piw… – Gdyby trzeba było – wypiłbym tyle bez problemu… Przyznaję, że po rozwodzie miałem bardzo ciężki okres. Rozstaliśmy się dwa lata temu. Od rozwodu minął już rok. Nie ukrywam, że wtedy miałem dołek (cytat z tygodnika Super Expres).

Łatwo powiedzieć, że Szemoński zmarnował karierę i być może zmarnował sobie życie. Jednak kiedy dziś patrzymy na piłkarzy, ich praca wydaje się bajecznie łatwa. Są menedżerowie, którzy szukają silniejszych klubów, lekarze, którzy troszczą się o nich przy najdrobniejszych urazach, jest psycholog, który może pomóc w razie problemów osobistych, nawet specjaliści od PR-u, dosłownie wszystko, co jest potrzebne, by młody człowiek mógł myśleć tylko o futbolu. Wtedy tak nie było. Sława i pieniądze szybko uderzały do głowy, a plotki, prawdziwe bądź nie, szybko niszczyły wizerunek i wpływały na psychikę. Nie każdy sobie z tym radził. Szemoński nie udźwignął tego ciężaru. Zresztą nie on jeden, ale akurat w tym przypadku rzeczywiście można żałować zmarnowanego talentu. Bo Marek Szemoński był talentem wyjątkowym.

 

GRZEGORZ IGNATOWSKI

Grzegorz Ignatowski
O Grzegorz Ignatowski 108 artykułów
Fanatyk historii futbolu i związanych z nim ciekawostek. Pochłania wszystko od meczów ligi argentyńskiej Primera Division aż do ligi kostarykańskiej, o ile czas pozwala. Twierdzi, że oddycha futbolem i coś w tym jest, bo dzień bez piłki działa na niego jak brak świeżego powietrza.