Materazzi – z boiska piłkarskiego do WWE

Włochy przeciętnemu kibicowi piłki nożnej kojarzą się głównie z fantastycznymi obrońcami. Defensorzy rodem z Italii zawsze wzbudzali strach i podziw uchodząc za jednych z najlepszych w swoich fachu. Galeria najwybitniejszych obrońców pełna jest zdjęć wybitnych Włochów. Wśród nich znalazł swoje miejsce człowiek, który jest jedną z najbardziej znienawidzonych piłkarzy na świecie. Oprócz jednego miejsca na Ziemi, w którym czczony jest jako legenda, nie zyskał ogólnej sympatii. Nic dziwnego, bowiem gdy słyszymy o Marco Materazzim każdy ma przed oczami słynną scenę z finału Mistrzostw Świata w 2006 roku. Dziś przybliżymy wam postać mocno kontrowersyjnego defensora o czarno-niebieskim sercu!

Czytelniku, spróbuj wytężyć umysł i przypomnieć sobie kilku włoskich obrońców. Spróbuj chociaż w małym stopniu przypomnieć sobie ich charaktery, poruszanie się na boisku i sylwetkę. Wielu z was w pierwszej chwili pomyślało zapewne o Paolo Maldinim, czy Alessandro Nescie, którzy w XXI wieku są jednymi z najbardziej rozpoznawalnych „mistrzów destrukcji”. Do wspomnianej dwójki można doliczyć również Fabio Cannavaro – zdobywcę Złotej Piłki A.D. 2006. Każdy z nich był wirtuozem, który nawet z tak prostej czynności jak odbiór piłki (ok., pozornie prostej) potrafił wyczarować arcydzieło. Gracja, szyk, elegancja. Jednym słowem: klasa. Pierwszy etap masz już za sobą. Teraz przypomnij sobie stereotypowy pogląd typowego piłkarza z Półwyspu Apenińskiego. Wygląd: bynajmniej niezbyt sympatyczny, agresja: mniej więcej na poziomie wybujałego ego, ego: mniej więcej na poziomie stratosfery. Z pewnością wiele razy spotykaliście się z takim właśnie opisem: brutalni, przebiegli, cwani, nie znający litości rzeźnicy. Cannnavaro i jego piłkarscy „przodkowie” mogli aspirować do zdobycia przynajmniej kilkunastu Złotych Piłek. Ci wywodzący się z drugiej „rodziny” nie mieli na to szans. W rzadkich przypadkach zdarzały się jednak wyjątki – mieszańcy, którzy znakomitą grę w destrukcji często przekreślali swoimi brudnymi zagrywkami. Nasz bohater należy do grona najbardziej rozpoznawalnych obrońców tego gatunku. Usiądźcie głęboko w fotelach, ale na wszelki wypadek nie zapinajcie pasów. Jeśli zerwie się z łańcucha, nie zdążycie ich odpiąć i uciec. Przed Państwem Marco „Killer” Materazzi.

Materazzi przyszedł na świat 19 sierpnia 1973 roku w niewielkim, stutysięcznym, mieście Lecce, w południowych Włoszech. Wtedy zapewne nikt nie wiedział jak bardzo nietuzinkowa postać dorasta za rogiem. Zanim jednak wyrósł na piłkarskiego skurczybyka miał spokojne dzieciństwo. Jego ojciec był piłkarzem, ale nie zrobił tak wielkiej kariery jak syn, natomiast brat Marco – Matteo, jest agentem. Materazzi w 1988 roku wstąpił do szkółki Lazio, które było ulubionym klubem młodego adepta futbolu. W tym samym roku, kilkanaście dni po piętnastych urodzinach zmarła jego matka, Anna. To zdarzenie mogło mieć znaczący wpływ na kształtowanie się osobowości Marco, który od czasu rozpoczęcia kariery przejawiał skłonność do nadmiernej agresji. Złą sławę przyniosły mu także nie do końca przemyślane, mocno kontrowersyjne wypowiedzi, które stały się jego znakiem rozpoznawcznym.

Pierwsze lata przygody z piłką nie zapowiadały wielkiej kariery krnąbrnego Włocha. Po opuszczeniu młodzieżowej drużyny Lazio trafił do Messiny grającej w Serie B, ale już po roku kontynuował karierę w pół-amatorskim Tor di Quinto. Stamtąd natomiast trafił do Marsali. Wreszcie, w wieku 21 lat mógł liczyć na stałe miejsce w pierwszym składzie i zdobywanie niezwykle cennego w tym wieku doświadczenia, chociaż trzeba przyznać, że w dzisiejszych czasach jego ówcześni rówieśnicy grający na poziomie lig amatorskich często nie łudziliby się nawet, że osiągną w piłce coś więcej niż awans na czwarty bądź piąty poziom ligowy. Pobyt w Marsali Materazzi zapamiętał na długo, głównie za sprawą incydentu, który opisał w swojej autobiografii („Życie Wojownika”). Podczas meczu z Rosarnese doszło do starcia Killera z Lello Scevolą, które zakończyło się odesłaniem obydwu zawodników do szatni. Tam jednak niespodziewanie postanowili oni „rozegrać” między sobą „dogrywkę”. Poważną bijatykę przerwali dopiero mundurowi, którzy siłą rozdzielili bijących się zawodników. Włoch wspomina ten dzień jako jeden z najważniejszych w jego wczesnej karierze. Jego zdaniem wtedy dobitnie przekonał się, że na boisku należy być twardym i bezwględnym. Nic nie uczyło takiej postawy lepiej, niż wycieczki po niższych ligach w Italii. Tymczasem Matrix zaczął powoli wspinać się coraz wyżej. Jego talent dostrzegali trenerzy kolejnych zespołów, którzy tłumami zabiegali o jego usługi. Tak trafił do trzecioligowego Trapani, a po kolejnym udanym sezonie przeniósł się na zaplecze włoskiej ekstraklasy – do Perugii. Był to pierwszy naprawdę poważny transfer Materazziego.

Marco nie przebił się w zespole Griffone. Pół roku w Perugii przyniosło mu jedynie 19-minutowy epizod na boisku, ale działacze nie tracąc nadziei na końcowy sukces swojej inwestycji zdecydowali się jedynie wypożyczyć młodego obrońcę do grającego o klasę niżej Capri. Powrót do trzeciej ligi okazał się strzałem w dziesiątkę. Matrix wiosną zdobył siedem bramek w osiemnastu występach dzięki czemu dostał ponowną szansę w Perugii, która awansowała do Serie A. Wtedy też po raz pierwszy przed tak szeroką widownią Materazzi pokazał się z mniej sympatycznej strony. Swoją niebywale bogatą kolekcję kartek (60 żółtych, 25 czerwonych) zaczął zbierać właśnie w ekipie beniaminka ze środkowych Włoch. Początkowo znów długo czekał na debiut, który nastąpił dopiero drugiego lutego w meczu z… Interem, a więc jego przyszłym klubem. Od tego czasu regularnie pojawiał się w składzie Griffone, oczywiście wykluczając przymusowe pauzy. Już w szóstym spotkaniu w najwyższej klasie rozgrywek został ukarany czerwoną kartką. Swój wyczyn powtórzył pięć meczów później schodząc z boiska w 24 minucie gry. Mimo to znajdował uznanie w oczach obecnego szkoleniowca, który ani myślał dodatkowo karać Materazziego. Matrix zdobył również dwie bramki, ale nie pomogły one w utrzymaniu Perugii. Zespół spadł do Serie B, ale Marco pozostał w klubie. Stał się liderem Griffone – zagrał w 33 spotkaniach i strzelił pięć goli. Wyśrubował swój prywatny rekord – 13 żółtych kartek w jednym sezonie i „tylko” jedna czerwona. We Włoszech stawał się już rozpoznawalny, zyskał solidną markę wśród trenerów, złą reputację wśród boiskowych rywali i względną sympatię kibiców. Względną, bo zależało to od tego jak mocno poturbował piłkarzy danego klubu.

Bez nazwy-2

Jak się okazało sława Materazziego wykraczała poza granice Italii. Latem 1998 roku Marco podpisał kontrakt z grającym w Premier League Evertonem. The Toffies, którzy nie należeli wówczas do ligowych hegemenów szukali wzmocnień linii defensywnej, które pomogą w walce o utrzymanie się w Premier League. 25-letni Włoch szybko zaaklimatyzował się na wyspach, gdzie dominował siłowy, agresywny futbol. Matrix miał duży wkład w utrzymanie ekipy z Liverpool’u, mimo że w ostatnich pięciu meczach nie zagrał. Była to kara za czerwoną kartkę otrzymaną w spotkaniu z Coventry City. Co ciekawe zdaniem wielu Materazzi na kartkę nie zasłużył. Zdaniem relacjonujących to spotkanie kibiców sędzia nabrał się na aktorski upadek rywala i odesłał Włocha z boiska. Killer mógł zostać w Anglii i z powodzeniem kontynuować karierę w Premier League, ale postanowił wrócić do Ojczyzny i tam zbierać kolejne skalpy, dzięki którym zyskał swój przydomek. Ponownie trafił do Perugii, zaliczył średni sezon, ale wciąż był ważnym elementem układanki Carlo Mazzone, który miał do dyspozycji całkiem niezłych jak na warunki niewielkiego klubu piłkarzy. Gdy Griffone po raz pierwszy grali w najwyższej klasie rozgrywkowej przeciętny kibic rozpoznałby tylko dwóch jej piłkarzy: Gennaro Gattuso i właśnie Materazziego. Tym razem w szatni Perugii było kilka głośnych nazwisk: Nicola Amoruso, Hidetoshi Nakata, Giovanni Tedesco, Ibrahim Ba, czy Dmitryi Aleynychev. Zespół wciąż jednak walczył jedynie o miejsce w górnej połowie tabeli i rzadko sprawiał niespodzianki swoich kibicom. Matrix wchodząc w nowe milenium myślał pewnie o rozwoju kariery, która widocznie zatrzymała się w miejscu. Jeśli właśnie tego zażyczył sobie 27-latek, to jego marzenie spełniło się bardzo szybko. Materazzi znów wysunął się przed szereg – tym razem stając się postrachem nie tylko napastników, ale i… bramkarzy! „Killer” strzelił aż 12 goli w sezonie 2000/2001 co stanowi do dziś niepobity rekord Serie A wśród obrońców. Był świetnym wykonawcom rzutów karnych, które stanowiły znaczną część jego dorobku bramkowego. Być może jego wynik byłby jeszcze większy, ale nie mógł sobie odmówić kilku łamiących kości wejść, które poskutkowały trzynastoma żółtymi kartonikami i jednym czerwonym. To jednak nie było ważne dla działaczy Interu, którzy zapragnęli sprowadzić go do Mediolanu. Tak rozpoczęła się prawdziwie wielka kariera niepokornego chłopca z Lecce.

To właśnie na San Siro Materazzi spędził najlepsze lata swojej przygody z piłką, ale również tutaj ukształtował się jego charakter i opinia kontrowersyjnego gwiazdora, który nie przebiera w słowach na boisku i poza nim. Chociaż, może już wcześniej nie stronił od prowokacji, jednak grając w Perugii niewiele osób zwracało na to uwagę. Jako Nerazzurri patrzył na niego cały świat, co niewątpliwie go motywowało. W pierwszym roku nie zarobił, uwaga – ani jednej (!) czerwonej kartki w Serie A, dostał również możliwość debiutu w europejskich pucharach. Inter grając w Pucharze UEFA doszedł aż do półfinału, a po drodze o tym jak ciężko gra się przeciwko cwanym włoskim obrońcom mogli przekonać się m.in. piłkarze krakowskiej Wisły (2:0 i 0:1 w 2 rundzie). Marco zatracił skuteczność – strzelił zaledwie jedną bramkę w lidze włoskiej, ale wywalczył sobie miejsce w podstawowym składzie Interu, z którego wyleciał tylko na chwilę, po tym jak pierwszy raz pauzował za nadmiar żółtych kartek. Sezon 2001/2002 zakończył z wielkim sukcesem – mediolańczycy sięgnęli po mistrzostwo kraju co oznaczało, że w przyszłym roku zagrają w Lidze Mistrzów. Inter świetnie sobie w nich radził, do czasu półfinałowego dwumeczu z Milanem. Wówczas lepsi okazali się rywale zza miedzy, a w Serie A na tron wrócił Juventus. Materazzi nie zaliczył udanego sezonu. Zagrał w zaledwie dwudziestu meczach ligowych, jednak rok później było jeszcze gorzej. „Loco” poszedł w odstawkę, a nie należał przecież do najmłodszych piłkarzy. 29-latek z wysokości ławki rezerwowych oglądał fatalne występy swoich kolegów z zespołu, którzy zawiedli na całej linii. Jego sytuacja poprawiła się, gdy z klubu odszedł Cannavaro. Pomimo transferu Sinisy Mihaljovica, Materazzi wrócił do łask pod skrzydłami nowego szkoleniowca, Roberto Manciniego. Sezon 2004/2005 był odrodzeniem Killera, ale Inter wciąż nie potrafił wyprzedzić ligowych rywali. W Lidze Mistrzów ponownie trafili na Milan, tym razem jednak dwumecz ten przeszedł do historii. Niestety, nie jako wspaniałe widowisko piłkarskie, a za sprawą pewnego zdjęcia. Fotka Materazziego i Rui Costy jest wam pewnie dobrze znana, ale warto ją przypomnieć.

Inter Milan's Materazzi and Rui Costa of AC Milan wait on the pitch during their Champions League soccer match in Milan
Słynne zdjęcie

W rewanżowym spotkaniu fani Interu rozwścieczeni fatalną grą swoich ulubieńców (w pierwszym meczu Milan wygrał 2:0, w drugim prowadził po goli Szewczenki) kilkukrotnie przerwali grę wrzucając na boisko race. Wreszcie, gdy trafiony jedną z nich Dida musiał opuścić boisko, mecz został przerwany, a Rossoneri zwyciężyli walkowerem. Dla Nerazzurrich zbliżały się jednak lepsze czasy. Inter odzyskał mistrzostwo Włoch w sezonie 2005/2006, a Materazzi był jednym z kluczowych zawodników zespołu. Rozegrał łącznie ponad 40 spotkań, co biorąc pod uwagę mnogość wielkich nazwisk w defensywie mediolańskiej drużyny (Burdisso, Cordoba, Samuel, Mihaljović, Materazzi – wszyscy to nominalni środkowi obrońcy) było naprawdę dobrym wynikiem. W nagrodę Marcelo Lippi powołał go do drużyny narodowej na nadchodzące mistrzostwa świata w Niemczech. Jak się później okazało, turniej ten zapoczątkował nowy rozdział w karierze i życiu Materazziego.

Czym wyróżniał się Killer? Prawdę mówiąc, do czasu mundialu w Niemczech znany był jedynie z brutalnych wejść, które pokazaliśmy kilka akapitów temu. Nie był zbytnio rozgadany, może również dlatego, że nie był gwiazdą zespołu, która była rozchwytywana przez dziennikarzy. Turniej w Niemczech rozpoczął na ławce rezerwowych i pewnie nie powąchałby nawet murawy, gdyby nie pech piłkarza Milanu, Alessandro Nesty. Jeden z najlepszych obrońców w historii futbolu doznał urazu już w 17. minucie ostatniego meczu fazy grupowej z Czechami, a jego miejsce na boisku zajął właśnie Materazzi. Niespodziewanie, w 26. minucie gry obrońca Interu otworzył wynik spotkania strzelając pięknego gola głową. Walczący o pierwsze miejsce w grupie Włosi ostatecznie wygrali 2:0, a Marco zyskał poparcie tifosich, którzy początkowo obawiali się, czy będzie on w stanie zastąpić „Boskiego Nestę”. Killer nie byłby jednak sobą, gdyby nie pokusił się o łamiące nogi wejście. W meczu 1/8 finału przeciwko Australii w 50 minucie meczu powalił rywala brutalnym wślizgiem, za co natychmiast wyleciał z boiska. Przeważająca do tej pory Italia miała spore kłopoty, jednak w doliczonym czasie gry Franscesco Totti wykorzystał rzut karny i zapewnił Azzurrim awans do kolejnej rundy rozgrywek. Killer powiedział później, że Totti ocalił mu życie. Jego miejsce w ćwierćfinałowej potyczce z Ukrainą zajął Andrea Barzagli, jednak w półfinale ponownie zobaczyliśmy Materazziego. Wyczerpujący, dwugodzinny pojedynek z Niemcami był widowiskiem godnym finału rozgrywek. Marco rozegrał bardzo dobre spotkanie, a Włosi zwyciężyli po bramkach w ostatnich minutach spotkania. Prawdziwie wielki miał być jednak dopiero finał, którego bohaterem został nie kto inny, a właśnie Materazzi. Wszystko w tym meczu należało do niego: najpierw sprokurował rzut karny powalając Maloudę na ziemię wejściem w stylu „karate-kid”, następnie zdobył wyrównującego gola strzałem głową, a potem w pamiętnej starciu z Zidanem zapisał się na kartach historii piłki nożnej. Najbardziej kontrowersyjne wydarzenie w historii futbolu, czyli słynny „byczek” Francuza w znaczącym stopniu pomógł Włochom w odniesieniu końcowego zwycięstwa. Materazzi w serii rzutów karnych zdobył bramkę numer cztery, a kilka chwil później cieszył się ze zwycięstwa w mistrzostwach globu. Prawdziwa burza rozpętała się jednak nazajutrz.

Gazety huczały od plotek, umieszczając na swoich okładkach Materazziego. Dla Włocha był to moment wielkiej, ale też niechlubnej sławy. Niewiele osób pamiętało o tym, że to „Killer” zdobył wyrównującego gola. W mediach rozpoczęła się burza dotycząca konfrontacji z Zizou. Według pierwszych informacji Włoch miał obrazić rodzinę Francuza, jednak poszkodowany po czasie wyjawił, że to były piłkarz Juventusu naśmiewał się z niego, a on zareagował w typowym włoskim stylu. Obrońca Interu opisał całą sytuację dziennikarzom:
„Trzymałem Zidane’a za koszulkę, wtedy on zaczął się ze mnie śmiać i spytał, czy chcę dostać jego t-shirt po meczu. Odparłem, że wolę jego siotrę, która jest kurwą.”

193685hp2
Chwilę po ciosie głową.

Marco nie schodził z ust dziennikarzy, a falę popularności podtrzymał w sezonie ligowym, który ponownie zakończył się mistrzostwem w wykonaniu Interu. Były piłkarz Evertonu zdobył aż dziesieć goli, a jego absencje najczęściej były spowodowane pauzą za kartki. Dodatkowo został uznany najlepszym obrońcą sezonu we Włoszech. Niestety, jego kariera zaczęła szybko pikować w dół jesienią 2007 roku. Po groźnej kontuzji rozerwania mięśnia stracił sporą częsć sezonu, a gdy wrócił nie błyszczał już tak jak sezon wcześniej . Na boisku zdobył jeszcze jeden mistrzowski tytuł. Triumf Nerazzurrich w sezonie 2008/2009 oglądał już głównie z ławki rezerwowych. Coraz więcej kłopotów zdrowotnych i słaba forma nie pomagały mu w powrocie do składu. Mimo to zdążył dopisać do swojej kolekcji kolejną kontrowersyjną czerwoną kartkę w wielkim meczu – tym razem w derbach Mediolanu. W 2010 roku znów stał się częścią historii, gdy Inter zdobywał potrójną koronę. Matrix ustąpił miejsca młodszym kolegom, ale pojawił się na boisku w finale Ligi Mistrzów na symboliczną minutę. W Mediolanie zawsze darzono go dużym szacunkiem. Karierę piłkarską zakończył w 2011 roku jako jedna z legend Nerazzurich.

Jego życie poza boiskowe po mundialu w Niemczech również diametralnie się zmieniło. Częściej pojawiał się w mediach, zabierał głos i wydawał opinie – często kontrowersyjne. Matrix był również tak samo cwany, jak na murawie. W 2008 roku wygrał dwie duże sprawy sądowe o zniesławienie wytoczone angielskim brukowcom – Daily Star i The Sun. Gazety, które dotychczas nie widziały przeszkód w obsmarowywaniu piłkarzy dostały bolesny policzek od Włocha, który uzyskał spore odszkodowanie i oczywiście przeprosiny na łamach obydwu gazet. Wszystko przez obraźliwe karykatury i niezgodne z prawdą informacje dotyczące słów wypowiedzianych przez Marco w kierunku Zizou. Dwa lata później zabłysnął po meczu z Milanem, gdy paradował w masce… właściciela Rossonerich – Silvio Berlusconiego. Jedną z największych „ofiar” Matrixa stał się Rafa Benitez. Hiszpański trener wielokrotnie słyszał gorzkie słowa na swój temat. Materazzi miał okazję poznać Beniteza za czasów jego pracy w Interze i najwidoczniej nie ma z tamtego okresu najlepszych wspomnień:

Benitez udawał wszechwiedzącego bossa, a tak naprawdę bał się własnego cienia. Jedyne co potrafi, to udawanie.
Benitez wymyśla swoje chore zasady, żeby pokazać jaki jest silny. Czuliśmy się w szatni jak w szkole, nikt go nie rozumiał.
Gdybym był właścicielem klubu nigdy, przenigdy nie powierzyłbym prowadzenia zespołu komuś takiemu jak Benitez.
Benitez ma kompleks Mourinho. Kiedyś ze ściany ze zdjęciami byłych trenerów zdjął jego fotografię ujawniając swoją słabość.

Były szkoleniowiec Liverpool’u oczywiście zaprzeczył wszystkim zarzutom i nazwał Materazziego kłamcą, na co Włoch odpowiedział w typowym dla siebie stylu: „Jeśli ja jestem kłamcą, to on jest chudy.” Ciekawa historia wiąże się także z wspomnianym wcześniej Jose Mourinho. The Special One po wygraniu Ligi Mistrzów z Interem wprost ze stadionu miał udać się na rozmowę z Florentino Perezem dotyczącą pracy w Realu Madryt. Portugalczyk chciał niepostrzeżenie czmychnąć ze stadionu podstawioną na parking taksówką, jednak gdy już odjeżdżał zauważył stojącego przy autokarze „Killera”. Mou wysiadł, podbiegł do Materazziego i ze łzami w oczach pożegnał się z obrońcą. Wzruszający moment nagrały kamery.

Zidane-Headbutt-Statue-
Pomnik upamiętniający słynny cios

Jose Mourinho miał być również sprawcą spotkania po latach Matrixa i Zizou. W hotelu, w którym Mou miał zobaczyć się z Materazzim po jednym z meczów, przebywał również Zidane – członek sztabu Portugalczyka w Realu Madryt. Według relacji Włocha obaj Panowie wpadli na siebie i podali sobie rękę, a on sam przeprosił Francuza za incydent z finału Mistrzostw Świata. Killer nie dał zapomnieć Zidane’owi o swojej osobie. W ubiegłym roku podczas akcji Ice Bucket Challange na wideo pojawił się w koszulce Zizou z czasów gry w Juventusie, którego nominował do dalszej zabawy. Piłkarz miał również konflikt z Lucio, a także równie niepokornym Zlatanem Ibrahimovicem. Matrix zarzucił Szwedowi egoizm, na co piłkarz PSG zareagował odbiciem piłeczki w stronę Włocha mówiąc, że gdyby nie Zidane nigdy nie byłby sławny. Innym razem Killer skontrował prezydenta Juventusu, który stwierdził, że tylko Stara Dama i Torino wygrały Scudetto pięć razy z rzędu, bo Inter dostał je w spadku po aferze Calciopoli. Wtedy Marco stwierdził, że jedni wygrywają pięć tytułów w pięć lat, a inni w jeden sezon mając na myśli totalną dominację Interu w 2010 roku. Włoch potrafił „załatwić” nawet swoich kolegów. Mario Balotelli, jeden z jego najbliższych przyjaciół (zastanawiająco pasujące podobieństwo charakterów, prawda?), po tym jak rzucił koszulką Interu o ziemię i pokazał w jej kierunku środkowy palec spotkał się z brutalnym powitaniem przez Matrixa w tunelu. Po konfrontacji Mario trafił do szpitala, ale nie miał Marco za złe poturbowania go. Wręcz przeciwnie, obrońca przyznał, że po całej sytuacji pojechał do kolegi do szpitala i przyniósł mu… jedzenie z automatu.

Materazzi po zakończeniu piłkarskiej kariery zdecydował, że będzie kontynuował pracę związaną ze sportem. Po skończeniu kursu trenerskiego został grającym menedżerem jednego z zespołów Indyjskiej Super Ligi – Chennaiyin FC, które dotarło do półfinału rozgrywek. W wywiadzie dla jednej z włoskim stacji Matrix przyznał, że chciałby podjąć pracę w Bundeslidze, ponieważ włoski futbol jest zacofany i skorumpowany. Kontrowersyjny gwiazdor rozważa jednak inną opcję kontynuacji kariery w świecie sportu. Według amerykańskich mediów Materazzi niedługo podpisze kontrakt z największą federacją światowego wrestlingu – WWE. Trzeba przyznać, że krnąbrny Włoch i jego cięty język świetnie pasują do koncepcji tego sportu. Oby tylko jego śladem nie poszedł Zidane, bo w ringu ich starcie nie zakończyłoby się po jednym nokaucie głową.

Redakcja
O Redakcja 353 artykuły
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: kontakt@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl