Mecz Śmierci

Piłka nożna jest piękna, dlatego że słabeusz może w niej pokonać silnego. Czasem uciemiężona społeczność choć przez chwilę może poczuć się wywyższona, kiedy na boisku zwycięży swego oprawcę. Tak było w 1942 roku w Kijowie, kiedy traktowani jako „podludzie” Ukraińcy pokonali w „Meczu Śmierci” reprezentację niemieckich żołnierzy, dając mieszkańcom miasta choć na chwilę radość i poczucie wyższości nad niemieckimi ciemiężycielami.

Niektórzy twierdzą, że piłka nożna to sprawa życia i śmierci. Zapewniam, że jest to coś o wiele poważniejszego – te słowa legendarnego trenera Liverpoolu Billa Shankly’ego przynajmniej raz w historii okazały się nie być jedynie zgrabną metaforą. 9 sierpnia 1942 roku doszło w Kijowie do meczu piłkarskiego, który stał się znany jako „Mecz Śmierci”. Na stadionie Zenitu naprzeciw siebie stanęły FC Start Kijów i Flakelf. W pierwszym zespole grali Ukraińcy, zawodnicy przed wojną występujący w kijowskich drużynach Dynama i Lokomotiwu. Drugi składał się z niemieckich lotników. Była to reprezentacja Luftwaffe. Dla nazistów miał on wielkie propagandowe znaczenie, gdyż niemieccy piłkarze mieli udowodnić wyższość aryjskiej rasy panów nad gorszą rasą słowiańską. Na stadionie zjawiły się tłumy ludzi – przedstawiciele niemieckiej armii i administracji, ich węgierscy, rumuńscy oraz ukraińscy sojusznicy, a przede wszystkim rzesze cierpiących pod niemiecką okupacją mieszkańców Kijowa.

Po pierwszej połowie Ukraińcy prowadzili 3:1. W przerwie wszedł do nich oficer SS i nienagannym rosyjskim powiedział, że jeśli nie przegrają tego meczu, czeka ich śmierć. Piłkarze z Kijowa nie ugięli się, wygrali spotkanie, a po nim cała jedenastka została wywieziona do Babiego Jaru na przedmieściach miasta, gdzie wszyscy zostali rozstrzelani w strojach sportowych.

Taka wersja legendy „Meczu Śmierci” obowiązywała oficjalnie aż do upadku Związku Radzieckiego. Bohaterscy piłkarze, którzy woleli poświęcić swoje życie niż dać się upokorzyć nazistom, doczekali się dwóch pomników – jeden znajduje się koło stadionu Dynama, drugi koło obiektu Startu. Jeszcze w wydanej w 1995 roku książce „Blaski i cienie futbolu” urugwajski pisarz Eduardo Galeano podtrzymuje tę wersję legendy, w której cała drużyna Startu miała zapłacić najwyższą cenę za zwycięstwo nad Niemcami. Prawdziwa historia wyglądała jednak nieco inaczej.

Pomnik „Meczu śmierci” przy stadionie Dynama
Pomnik „Meczu śmierci” przy stadionie Startu

Niemcy w Kijowie

W czerwcu 1941 roku Adolf Hitler zaatakował Związek Radziecki, realizując plan Barbarossa. Sowiecki Kijów znalazł się pod okupacją niemiecką aż do schyłku 1943 roku. Ukraińcy nie mieli łatwo w reżimie stalinowskim, wystarczy chociażby wspomnieć o tzw. Hołodomorze (w latach 1932-1933 pochłonął minimum 3,5 mln osób), spowodowanym ustanowieniem niemożliwych do zrealizowania poborów zboża od ludności ukraińskiej. Dlatego nacjonaliści ukraińscy zaczęli chętnie współpracować z nazistami, jednak większość mieszkańców Kijowa była lojalna wobec swej sowieckiej ojczyzny. Jednym z takich patriotów był z pewnością Mykoła Trusewicz, świetny przedwojenny bramkarz Dynama Kijów.

Trusewicz pochodził z Odessy i tam rozpoczynał swoją karierę piłkarską, broniąc barw Charczowyka oraz Dynama Odessa. W 1936 roku przeszedł do Dynama Kijów, z którym osiągał największe sukcesy (m. in. mistrz Ukrainy 1936 i wicemistrz ZSRR w tym samym roku). Po agresji niemieckiej w 1941 roku wszelkie rozgrywki ustały, a Kijów opuszczony przez Armię Czerwoną pogrążył się w chaosie. Jego mieszkańcy byli poddawani rozmaitym represjom, zsyłano ich do obozów koncentracyjnych bądź zabijano w publicznych egzekucjach. Tylko w dniach 29-30 sierpnia 1941 r. ponad 33 tysiące Żydów zostało zamordowanych w Babim Jarze, znanym miejscu kaźni na przedmieściach stolicy Ukrainy. Do końca listopada 1941 około 100 tysięcy mieszkańców Kijowa straciło życie z rąk okupanta. Piłkarze w tej sytuacji w ogóle nie myśleli o sporcie, lecz skupiali się na przeżyciu każdego kolejnego dnia. Mykoła Trusewicz jednak przeszłości sportowej zawdzięczał poprawę swej sytuacji w okupowanym mieście.

Mykoła Trusewicz – drugi od prawej, w pasiaku

Josif Kordik był wielkim fanem piłki nożnej i Dynama. Dzięki niemieckim korzeniom został zarządcą jednej z piekarni w Kijowie. Zwolniony z obozu jenieckiego Trusewicz błądził bez celu po ulicach miasta, kiedy wypatrzył go właśnie Kordik. Nietrudno było rozpoznać potężną sylwetkę świetnego bramkarza. „Skaut” zaproponował mu pracę w swej piekarni – dzięki temu zapewniał Trusewiczowi bezpieczeństwo i łatwy dostęp do wyżywienia. Wpadł na pomysł zebrania innych zasłużonych piłkarzy w swej piekarni i utworzenia drużyny. Niedługo później odnalazł mieszkającego nielegalnie u swej teściowej na ulicy Chreszczatyk Makara Honczarenkę. Skrzydłowy nie dał się długo namawiać i także zaczął pracę w piekarni. Skontaktował się z Iwanem Kuźmenką i Mychajło Swiridowskim, a ci z kolei znaleźli innych piłkarzy i niebawem udało się skompletować pełną jedenastkę.

Latem 1942 roku Niemcy zezwolili na organizację rozgrywek piłkarskich w Kijowie. Ich przeprowadzeniem zajął się były piłkarz Georgi Szwiecow. Założył on drużynę ukraińskich nacjonalistów Ruch, która miała do dyspozycji sprzęt piłkarski i godne wyżywienie. Kiedy 7 czerwca 1942 r. Ruch stanął do pojedynku z obdartymi (ubranymi w spodnie ucięte nad kolanami i robocze buty) i przemęczonymi wielogodzinną pracą w piekarni piłkarzami zebranymi przez Josifa Kordika, był zdecydowanym faworytem. Mykoła Trusewicz został kapitanem i nazwał swój zespół FC Start. Drużyna ta pokonała Ruch 7:2. Wynik rozwścieczył Szwiecowa. Wymógł on u niemieckiego komendanta zakaz treningu na jego stadionie dla zawodników Startu. Nie przeszkodziło to jednak zespołowi prowadzonemu przez Trusewicza zaliczyć zwycięskiej serii – pokonali oni węgierski garnizon 6:2, a Rumunów rozgromili 11:0. FC Start dzięki tym wynikom zyskał popularność w mieście. Ludzie odzyskali choć odrobinę nadziei na lepsze jutro i zaczęli gromadnie dopingować swoich piłkarzy. W tych trudnych czasach nie powstrzymywała ich nawet cena pięciu rubli za bilet wstępu na mecz.

Sprawa stała się poważna i wzbudziła niepokój nazistów, kiedy Start 17 lipca strzelił aż sześć goli niemieckiej drużynie wojskowej RSG. Dwa dni później Ukraińcy wygrali z zespołem węgierskich żołnierzy MSG Wal 5:1. Tydzień później w rewanżu z Węgrami Start znowu wygrał 3:2. Pozbawieni treningu, sprzętu i odpowiedniego wyżywienia Ukraińcy byli niepokonani. Do akcji musieli wkroczyć naziści.

Start kontra Flakelf

Tej samej niedzieli, kiedy Start w drugim meczu pokonał MSG Wal 3:2, Ruch prowadzony przez Szwiecowa przegrał sromotnie z nowo uformowaną reprezentacją Luftwaffe, nazywającą się Flakelf. Spotkanie Niemców z Ruchem było jedynie treningiem przed czymś, co, używając dzisiejszej terminologii, moglibyśmy nazwać meczem sezonu. Spotkanie Startu z Flakelfem wyznaczono na 6 sierpnia. Niemcy i kibicujący im ukraińscy nacjonaliści z Ruchu spodziewali się łatwego zwycięstwa. Nieoczekiwanie Start wygrał bez problemu 5:1. Niemcy zadbali, aby informacja o rezultacie tego spotkania nie ukazała się w żadnej z kijowskich gazet. Rewanż wyznaczono na niedzielę 9 sierpnia. Spotkanie zapowiadano na afiszach – kolejnej przegranej Niemców nie dałoby się już zatuszować.

Program meczowy Startu z Flakelf. 6 sierpnia 1942 roku

Tłumy kibiców zebrały się na stadionie Zenitu. Pilnowali ich niemieccy strażnicy z psami, wspomagani przez ukraińską policję. Tuż przed meczem do szatni Startu wszedł oficer SS i według późniejszej relacji Makara Honczarenki, wypowiedział takie słowa:

Jestem sędzią dzisiejszego meczu. Wiem, że jesteście świetną drużyną. Proszę was o grę zgodną z zasadami, nie przekraczajcie przepisów, a przed i po spotkaniu pozdrówcie rywali w nasz sposób.

To wydarzenie wywołało burzliwą dyskusję w szatni, sędzia-esesman nie wróżył niczego dobrego. Część zawodników miała ochotę podłożyć się przeciwnikowi. Ostatecznie jednak ustalono, że wszyscy po prostu zagrają w piłkę najlepiej jak potrafią. Przed pierwszym gwizdkiem Niemcy z uniesionymi dłońmi krzyknęli „Heil Hitler” i oczy wszystkich zwróciły się na Ukraińców. Podnieśli ramiona do góry, następnie przyłożyli dłonie do brody i głośno krzyknęli „FizkultHura”. Był to sowiecki slogan, wykrzykiwany często przed zawodami sportowymi. Dodatkowo zaakcentowali okrzyk „Hura”, z którym na ustach bolszewicy szli do ataku podczas walki z Niemcami. Rozpoczęła się gra.

FC Start wystąpił w tym meczu w następującym składzie:
Mykoła Trusewicz (Dynamo) – Ołeksij Kłymenko (Dynamo), Iwan Kuźmenko (Dynamo), Mychajło Swiridowskyj (Dynamo), Mykoła Korotkych (Dynamo), Fedir Tiutczew (Dynamo), Mychajło Pustynin (Dynamo), Wasyl Suchariew (Lokomotiw), Wołodymyr Bałakin (Lokomotiw), Mychajło Melnyk (Lokomotiw), Makar Honczarenko (Lokomotiw).

Łącznie grało wtedy siedmiu piłkarzy Dynama i czterech Lokomotiwu. Trzeba jednak zaznaczyć, że w tym wypadku pod uwagę braliśmy ich przynależność klubową w 1940 roku, czyli w ostatnim sezonie przed wybuchem wojny. Kilku z nich miało za sobą występy dla obydwu kijowskich klubów.

Wracając jednak do samego meczu – arbiter nie zwracał uwagi na brutalną grę Niemców. Nie zareagował na kopnięcie w głowę Trusewicza. Nim bramkarz doszedł do siebie, Niemcy objęli prowadzenie. Niedługo później wyrównał z rzutu wolnego Kuźmenko, a na 2:1 strzelił po ładnym dryblingu Honczarenko. Start zdobył jeszcze jedną bramkę przed przerwą i prowadził po pierwszej połowie 3:1. Porażka i upokorzenie Niemców wisiały w powietrzu. W przerwie w szatni Startu pojawiło się dwóch gości. Pierwszym był zdenerwowany Georgi Szwiecow, który powiedział jedynie do zawodników, że w ich interesie powinno być chronienie samych siebie. Następnie wszedł esesman i znowu po rosyjsku przemówił:

Zagraliście świetnie w pierwszej połowie, ale nie ma takiej możliwości, żeby udało wam się wygrać cały mecz. Powinniście zdawać sobie sprawę z konsekwencji waszej gry.

Te apele odniosły skutek przeciwny od zamierzonego. Ukraińcy w drugiej połowie zagrali niesamowicie ambitnie. Obie drużyny strzeliły po dwie bramki i na kilka minut przed końcem Start prowadził 5:3. Wtedy obrońca, Ołeksij Kłymenko, wyszedł sam na sam z bramkarzem, minął go, pobiegł w stronę pustej bramki, zatrzymał piłkę na linii, lecz zamiast skierować ją do siatki, odwrócił się i kopnął na środek boiska. Tego upokorzenia Niemcy już nie znieśli. Sędzia odgwizdał koniec spotkania przed upływem regulaminowych 90 minut. Na stadionie powstało ogromne zamieszanie. Niemieccy strażnicy spuścili psy na rozentuzjazmowaną publiczność, piłkarze czym prędzej opuścili boisko. Wbrew legendzie, nie aresztowano ich wtedy i nigdzie nie wywieziono. Póki co, wrócili do swojej piekarni. Tydzień później rozegrali swój ostatni mecz w historii. Rozbili Ruch 8:0. Nikt z nimi nigdy nie wygrał.

Legendarna i niepokonana drużyna Startu. Rok 1941.

Konsekwencje

Po meczu z Ruchem do piekarni wkroczyło Gestapo. Zidentyfikowani piłkarze zostali aresztowani i przewiezieni do siedziby policji na ulicę Korolenki. Byli przesłuchiwani i torturowani, chciano ich zmusić do przyznania się do przestępstw kryminalnych i sabotażu, za co mogliby zostać rozstrzelani na miejscu. Żaden z nich się nie złamał, nie uchroniło to jednak przed śmiercią Mykoły Korotkycha – siostra doniosła o tym, że był oficerem NKWD. Była to pierwsza ofiara „Meczu Śmierci”. Zmarł na zawał serca w wyniku niemieckich tortur. Tak więc już pierwsza śmierć nie wpisywała się w kanon „bohatersko rozstrzelanych”.

Dziewięciu aresztowanych w piekarni (Trusewicz, Putystin, Kuźmienko, Kłymenko, Honczarenko, Tiutczew, Swiridowskyj, Bałakin, Komarow – nie grał w „Meczu Śmierci”, ale występował w innych spotkaniach Startu) umieszczono w obozie koncentracyjnym na przedmieściach Kijowa. W lutym 1943 roku jako odwet za akcję partyzantów władze obozu postanowiły rozstrzelać co trzeciego więźnia. Zły los padł wtedy na strzelca gola z rzutu wolnego w meczu z Niemcami, Kuźmenkę. Następny był obrońca Kłymenko, który brawurowo upokorzył drużynę Flakelf w ostatniej akcji meczu. Do rozstrzelania wyznaczony był także Mykoła Trusewicz, legendarny bramkarz i kapitan drużyny FC Start. Położono go na ziemi, jednak on wstał i krzyknął:

Czerwony sport nigdy nie zginie!

Po czym Niemiec wypalił mu w głowę z pistoletu. Według świadków miał na sobie bluzę bramkarską (widać ją na dwóch wstawionych tu zdjęciach powyżej), w której grał w zwycięskich meczach. Ciała trzech świetnych piłkarzy, wraz z innymi tego dnia zamordowanymi, wrzucono w wąwóz w Babim Jarze i zakopano. Kolejna trójka ze zwycięskiej jedenastki (Honczarenko, Tiutczew i Swiridowski) akurat pracowała na mieście, kiedy dotarła do nich ta smutna wiadomość. Spodziewali się, że może ich spotkać podobny los, więc zaryzykowali ucieczkę – udało się, ukrywali się w Kijowie aż do wyzwolenia miasta przez Armię Czerwoną w listopadzie 1943.

Poza pechową czwórką, reszta zawodników FC Start przeżyła wojnę, a większość wróciła do gry w piłkę nożną. Wołodymyr Bałakin został nawet trenerem Dynama Kijów, a jego uczniem był legendarny szkoleniowiec Walery Łobanowski. W sumie przez kadrę Startu przewinęło się 17 piłkarzy – oprócz tych grających w „Meczu Śmierci” w innych spotkaniach występowali także: Timofiejew, Gundariew, Czerniega, Komarow, Sotnik i Tkaczenko.

Skazani na zapomnienie

Ocaleli piłkarze wcale nie byli bohaterami w powojennych, stalinowskich czasach. Po pierwsze, zgodzili się występować w lidze zorganizowanej przez Niemców, co można było uznać za akt kolaboracji. Po drugie, ich decyzja o zwycięstwie, bez względu na późniejsze konsekwencje, była przejawem indywidualizmu, który w komunistycznych realiach był traktowany jako skrzywienie burżuazyjne. Po trzecie, bohaterowie ze Startu byli Ukraińcami. Trusewicz sławił w chwili śmierci czerwony sport i większość z nich z pewnością utożsamiała się ze Związkiem Radzieckim, jednak Ukraińcy ogólnie byli traktowani podejrzliwie jako potencjalny element wywrotowy w wielkim imperium. Propaganda sowiecka utrwalała mit o heroicznym zwycięstwie i śmierci wszystkich zawodników jeszcze tego samego dnia. O bohaterskich piłkarzach Startu opowiadano dzieciom. Honczarenko czy Swiridowskyj nie mogli ujawniać się ze swoją przeszłością, aby się nie narazić na niepotrzebne kłopoty.

Dopiero po śmierci Stalina i pewnym odprężeniu mógł się ukazać w 1958 r. artykuł Petro Sewerowa o „Meczu Śmierci”. Rok później wraz z Naumem Chalemskim napisał on książkę „Ostatni pojedynek”, w której starał się podważyć mit i podawał informację, że tylko trzech zawodników zostało zastrzelonych i to dopiero kilka miesięcy po spotkaniu. Wersja oficjalna jednak nie została zmieniona i na podważenie mitu o rozstrzelaniu całej jedenastki trzeba było czekać aż do schyłku XX wieku.

Historia „Meczu Śmierci” zainspirowała reżyserów i literatów. Pisał o nim angielski pisarz i rusycysta James Riordan, powstały dwa filmy radzieckie, wiele nagród zdobyła węgierska produkcja „Dwie połowy w piekle” z 1961 roku. Historia „Meczu Śmierci” została także wykorzystana w „Ucieczce do zwycięstwa” (ang. Escape to Victory) z 1981 roku. Film w reżyserii Johna Hustona zawierał gwiazdorską obsadę. W bramkarza wcielił się Sylvester Stallone, jednego z piłkarzy grał Michale Caine, poza tym zaangażowano prawdziwe gwiazdy futbolu – w filmie wystąpili Pele, Bobby Moore i nasz Kazimierz Deyna. W 2017 r. powstał kolejny obraz o tym wydarzeniu – rolę Mykoły Trusewicza w Dynamie zagrał Gerard Butler.

Skład drużyny jeńców wojennych z filmu „Ucieczka do zwycięstwa: Osman, van Himst, Summerbee, Stallone, Wark, Deyna, Lindsted. Dolny rząd: Thoresen, Ardiles, Caine, Pelé, Moore, Prins.

„Mecz Śmierci” przez lata obrósł legendą i jest jeszcze wiele szczegółów wymagających wyjaśnienia. Na pewno jest to jednak piękna historia o pasji, honorze i miłości do piłki nożnej. W jednej z końcowych scen „Pianisty” Romana Polańskiego, w wyniszczonej przez wojnę Warszawie, Władysław Szpilman gra na fortepianie na rozkaz niemieckiego oficera. Niemal pewny już swojej śmierci, w tej być może ostatniej chwili swojego życia oddaje całe serce muzyce, która jest jego wielką pasją. Podobnie uczynili piłkarze Startu – żyjąc w ciągłej niepewności, gdzie śmierć mogła na nich spaść w każdym momencie, w chwili, kiedy pozwolono im robić to, co potrafili najlepiej, zagrali wspaniały mecz. Pokazali swe mistrzostwo i serce do gry, a ślepy los dopisał dalszy, czasami tragiczny ciąg ich życiorysów.

BARTOSZ BOLESŁAWSKI

Redakcja
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: kontakt@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl