Ole!: Futbol w czasie wojny domowej vol.2

Jest noc, z 12. na 13. lipca 1936 roku. Nikomu nie wydaje się realne by postanowienia traktatu wersalskiego mogły zostać złamane a nowy kanclerz Rzeszy niemieckiej zdołał pogrążyć cały świat w chaosie wojny. A jednak tak właśnie się stanie. Nim jednak to wszystko się wydarzy Hiszpania sama przeleje swoją krew. Jest poranek, 13. lipca 1936 roku. José Calvo Sotelo, były minister finansów w rządzie generała Primo de Rivery, zostaje zamordowany strzałem w tył głowy. Iskra pada na proch i ogień wojny domowej ogarnia cały kraj. Nim się wypali upłyną trzy lata.

Jest wczesne, wiosenne popołudnie; początek kwietnia 1964 roku, Navarra. Na łóżku, w celi klasztoru ojców dominikanów, leży zakonnik. Modlą się przy nim cztery kobiety, trzy z nich są jego siostrami, najmłodsza to córka – Rosario. Nosi imię swojej matki, która zmarła cztery lata wcześniej. To właśnie po jej śmierci ojciec Rosario postanowił powrócić do Hiszpanii i wstąpić do zakonu dominikanów. Każda z czterech kobiet przesuwa w palcach różaniec. Nim jeszcze skończą odmawiać Salve Regina, mężczyzna leżący na klasztornym łóżku umrze. Kilka dni później do klasztoru przyjdzie, przysłany ze stolicy Hiszpanii, wieniec białych kwiatów. Dla zmarłego prezydenta Realu Madryt.

Niech żyje Republika!

– Niech żyje Walencja! Niech żyje Madryt i Hiszpania! – krzyczy Ricardo Zamora.
Podnosi w górę swoją nieodłączną czapkę tak, jakby wznosił puchar, który przed chwilą zdobył wraz z drużyną.
– Niech żyje Republika! – dobiega krzyk jednego z dziennikarzy.
Zamora nie odpowiada. Portero madryckiej drużyny jest bohaterem tego dnia. To on uratował wynik w ostatnich minutach, gdy jego zespół grał już w osłabieniu, w niewiarygodny sposób broniąc strzał José Escoli. Madryt sięgnął po Puchar Republiki pokonując na walenckiej ziemi FC Barcelonę. Josep Sunyol, prezydent katalońskiego klubu, przyjął wynik ze spokojem, choć nie obojętnie:
– Zwyciężył Madryt, tak jak mogła wygrać Barcelona. Udało im się szybko strzelić bramkę a potem, przez cały mecz, dobrze się bronili. To pozwoliło im wywalczyć zwycięstwo.
Nie da się ukryć, że Sunyol ma rację. Od chwili, gdy do klubu dołączył Zamora i Ciriaco, potem zaś Quincoces, Madryt może się poszczycić najlepszą defensywą na świecie. To ona od czterech lat zapewnia stołecznej drużynie nieprzerwane pasmo sukcesów. Rafael Sánchez Guerra, który śnił o tym od chwili gdy jako chłopiec zaczął kopać piłkę w klubowej canterze, z uśmiechem patrzy na puchar. Jego pierwszy wielki sukces, jako prezydenta Realu. Nie zdaje sobie sprawy, że jest to jednocześnie jego ostatnie trofeum. Jest koniec czerwca 1936 roku w Walencji. Za dwadzieścia dni Hiszpanię ogarnie wojna.

Przed finałem Pucharu Republiki | Foto: Marca

Decyzja

Po swoim ojcu, José, Rafael Sánchez Guerra odziedziczył zamiłowanie do polityki. José Sánchez Guerra był ministrem za panowania Alfonso XIII. Dyktatura Primo de Rivery wygnała go z kraju, jednak po dwóch latach powrócił by działać na rzecz Republiki. Syn podzielał poglądy ojca, sam pisywał artykuły do monarchistycznej, konserwatywnej gazety ABC, w których nie oszczędzał dyktatury. Praktykujący katolik, demokrata, liberał, całkowicie oddany Republice. Mieszanka wybuchowa, tak mogłoby się wydawać. Po latach sam siebie określi jako centrystę. „Odcinam się od wszelkiego ekstremizmu, zarówno tego z lewej, jak i z prawej strony”.

Z dwóch kochanek Rafaela, jakimi były polityka i futbol, to piłka nożna będzie jego pierwszą miłością. Jako dziecko grał w canterze Realu, jednak los poskąpił mu talentu do tego sportu. To wtedy, nie mogąc osiągnąć sukcesu jako piłkarz, postanowi, że zostanie prezydentem Los Blancos. Nie zapomniał o tym marzeniu mimo mijających lat i kolei życia, które bynajmniej nie popychały go w stronę piłki.

Rafael ma dwadzieścia pięć lat, niedawno ukończył prawo na madryckim uniwersytecie, jednak teraz leży na szpitalnym łóżku w San Sebastián. Przez okno z grubego szkła pada na niego łagodne słońce Donostii. Rafael parzy na swoją prawą nogę, owiniętą szczelnie białym opatrunkiem i po raz kolejny podejmuje decyzję. Oberwał kilka dni wcześniej w wąwozie Farhana, trzy kilometry od Melilli. Jako ciężko ranny po powrocie do zdrowia nie musi wracać na front. Jednak on podjął już decyzję, a to znaczy, że nie ma człowieka, który byłby w stanie odwieść go od niej. Wróci do Maroka i najbliższe lata spędzi walcząc w Afryce. Kiedy będzie mu dane znów znaleźć się w Hiszpanii, kraj będzie już o krok od ustanowienia Drugiej Republiki. Gdy stanie się to faktem to właśnie on pojawi się na balkonie madryckiego ratusza trzymając w dłoniach republikańską flagę.

Rafael Sánchez Guerra | Foto: corazonblanco.com

Mimo że powrót Republiki zapewni mu wysokie stanowiska państwowe Sánchez Guerra nie zrezygnuje z realizacji swojego marzenia. W 1933 roku, mając trzydzieści siedem lat, po raz pierwszy wystartuje w wyborach na prezydenta Realu Madryt. Mimo porażki Rafael się nie podda. Już dwa lata później znów stanie do wyborów. Ironia losu sprawi, że kontrkandydatem będzie jego przyjaciel, Santiago Bernabéu. Napływ socios o poglądach socjalistycznych sprawi, że zwycięstwo Rafaela będzie niekwestionowane. Rywalizacja o stanowisko nie jest jednak w stanie zniszczyć przyjaźni pomiędzy Sánchezem a Bernabéu. Mimo to czas pokaże, że bynajmniej nie jest ona niezniszczalna.
– Franco nie posiada, ani nigdy nie posiadał, najmniejszych walorów intelektualnych – oznajmi Rafael.
To przesądzi sprawę.

Futbol za pesetę

Przejęcie sterów przez Rafaela Sáncheza Guerrę da Realowi Madryt nadzieję na prawdziwy rozkwit. Nowy prezydent wkroczy do klubu z przytupem, wprowadzając zmiany i burząc skostniały porządek.„Futbol za pesetę” – to jego marzenie. Rafael chce sprawić, by każdy mógł obejrzeć mecz Realu, by klub stał się jeszcze większy dzięki rzeszom kibiców. Prezydent posuwa się krok dalej i mimo gorących protestów konserwatywnych członków klubu przyznaje prawo głosu każdemu socio. Egalitaryzm, jaki wprowadza Sánchez Guerra przeraża najbardziej zasiedziałych członków klubu, jednak wyniki sportowe bronią jego decyzji. Real Madryt zdobywa Copa de la República, zaś prezydent marzy o tym, by Los Blancos mogło oglądać jeszcze więcej ludzi. Tak, trzeba wybudować nowy, wielki stadion. Miejsce jest już wybrane – ulica Alcalá, naprzeciwko areny walk byków. Sen zostanie przerwany w najbrutalniejszy możliwy sposób. Kula drążąca czaszkę José Calvo Sotelo oznajmi Hiszpanii wojnę.

Santiago Bernabéu | vavel.com

Rafael Sánchez Guerra znika z klubu, który przechodzi w ręce Juana José Vallejo. Władzę nad Realem przejmuje Sportowa Federacja Robotnicza. Tylko nieliczni widzą, że Sánchez Guerra pozostał w Madrycie. Przeciwnie do Santiago Bernabéu. Gdy wybucha wojna przyszły prezydent Realu ukrywa się w szpitalu, dzięki sfałszowanym dokumentom udając pielęgniarza. Zostaje tam tylko przez chwilę, niebawem uda mu się przedostać do francuskiej ambasady i stamtąd uciec do Francji. Za północną granicą także nie spędzi dużo czasu. Santiago Bernabéu ma czterdzieści trzy lata, gdy powraca do kraju. Przedostaje się do strefy opanowanej przez nacjonalistów i na ochotnika zaciąga się do sił generała Franco. Ta decyzja sprawi, że w marcu 1939 roku, przyszły prezydent Realu Madryt znajdzie się pośród żołnierzy, których równy, mierzony krok poprowadzi przez Avinguda Diagonal by zająć Barcelonę. Upływ czasu odmieni jednak spojrzenie Bernabéu na tamte wydarzenia. „Podczas wojny domowej opowiedziałem się po jednej ze stron i później tego żałowałem. […] Najgorszą rzeczą w wojnie jest to, że więcej ludzi czyni złymi, niż zabija”.

Upadek

Rafaela, który został sekretarzem pułkownika Segismundo Casado, budzi telefon. Zaspany mężczyzna spogląda na wiszący na ścianie zegar – nie ma jeszcze siódmej. Podnosi słuchawkę i dobiega go znajomy głos:
– Madryt upadnie. Przyjedź natychmiast do biura, lecimy do Walencji. Na pokładzie jest miejsce dla ciebie i twojej żony – mówi Casado.
Sánchez Guerra trzeźwieje w ułamku sekundy.
– Co zrobi Besteiro?
– Zostaje.
– Więc nie ma o czym gadać. Ja też zostaję. Nie opuszczę Madrytu, nie ma znaczenia co się wydarzy.
Casado wzdycha do słuchawki.
– To zła decyzja. Nacjonaliści mogą się tu zjawić w każdej chwili. Nienawidzą cię. To nie jest rozsądne.
Jednak Sánchez Guerra już podjął decyzję.

Madryt upadł. Dla Rafaela Sáncheza Guerry upadło wszystko. Były prezydent Realu znalazł się wśród dziesiątek tysięcy ludzi, którym koniec wojny bynajmniej nie przyniósł pokoju. Wraz z nastaniem reżimu generała Franco rozpoczęto Causa General, proces rozliczenia się ze zwolennikami Republiki. Rafael jako „jednostka niebezpieczna, identyfikująca się z czerwonymi” został skazany na trzydzieści lat więzienia. Fakt, że w trakcie wojny uratował życie wielu ludziom opowiadającym się po stronie aktualnych zwycięzców oraz to, że nie wahał się ani chwili przed wydaniem najgorszych lewicowych zbrodniarzy, nie miał już znaczenia. Jego pielgrzymka od więzienia do więzienia, przez całą Hiszpanię, trwała pięć lat. W 1944 roku, w wyniku amnestii zostanie zwolniony warunkowo jedynie po to, by znów zostać obłożonym nakazem aresztowania. Gdy jednak policja zjawi się w jego domu nie będzie go już tam. Przedostanie się do Francji, gdzie zostanie ministrem bez teki hiszpańskiego rządu na wygnaniu. Kiedy nałożony na niego wyrok dobiegnie końca Rafaela Sáncheza Guerry nie będzie już wśród żywych.

Prezydent bez klubu, klub bez prezydenta

Gdy podczas fety z okazji zdobycia Pucharu Republiki rozległ się okrzyk ¡Viva la República! Ricardo Zamora milczał. Wieczór, który był momentem jego chwały – legendarna parada przy strzale Escoli przejdzie do historii – zasiał jednocześnie ziarno wątpliwości. Gdy wybucha wojna jest już ono w pełni dojrzałe. Zamora to faszysta, plotka rozpełza się po kraju. Bramkarz Realu zostaje aresztowany w republikańskiej strefie wpływów. Wolność zapewni mu fakt, że zostanie rozpoznany przez więziennych strażników. Umożliwią mu oni ucieczkę do Francji. W Nicei, gdzie Zamora zakotwiczy przed powrotem do powojennej Hiszpanii, napotka Josepa Samitiera. Kolejnego uciekiniera i kolejnego piłkarza, który w swojej karierze grał zarówno dla Realu Madryt, jak i Barcelony.

Legendarna parada Ricardo Zamory | ABC.es

Gdy nadeszła wojna Rafael Sánchez Guerra przestał być prezydentem Realu Madryt, klubu, który takżede facto przestał istnieć. Piłkarze Los Blancos udali się na wyganianie, trafili do więzień – jak Zamora, lub zginęli. Kiedy w 1939 roku powróciły rozgrywki ligowe z dwudziestoosobowego składu pozostało jedynie czterech zawodników. Czterech ludzi i klub, który niemal zniknął z piłkarskiej mapy Hiszpanii.Chamartín, wielokrotnie zbombardowane, zrujnowane i pełne gruzu, przemieniono na więzienie.Mieszkańcy Madrytu wynosili krzesełka z trybun, by rozpalić nimi w piecach. Jedynym życiem, jakie dostrzec można było na płycie niegdysiejszego stadionu był mężczyzna, którego pobliski dom runął po wybuchu bomby. Bezdomny, zamieszkał w szatni Chamartín. By się wyżywić w rogu boiska uprawiał ogródek warzywny.

19 kwietnia 1939 roku Pedro Parades zwołał posiedzenie w sprawie rekonstrukcji Realu Madryt. Nowym prezydentem został wybrany Adolfo Meléndez. Rozpoczął się długoletni proces odbudowy klubu, po którym nie zostało niemal nic. Klubu, który upodoba sobie nowy dyktator Hiszpanii, Francisco Franco. Klubu, który z tego powodu do dziś utożsamiany będzie niekiedy z obozem nacjonalistów. Realu Madryt – najbardziej utytułowanego klubu w Hiszpanii, który był o krok od tego, by przestać istnieć.

 

Autor: Magdalena Żywicka

11082863_10203864068313105_1046985980_n

Tekst pochodzi ze strony ¡Olé! Magazynu

 

retro-magazyn-web5

Redakcja
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: kontakt@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl