Piekło eliminacyjnych meczów, czyli na mistrzostwa przez Kaukaz

Losowanie eliminacji mundialu to zawsze istotne wydarzenie w życiu każdego kibica. Telefony ekspertów rozgrzewają się do czerwoności, dziennikarze wydzwaniają, aby zasięgnąć informacji o rywalu. Warto troszeczkę wyluzować, wszak w rok zmienić się może bardzo wiele. Odżywają też wspomnienia, gdyż często mecz eliminacyjny dla polskiej reprezentacji przeradzał się w prawdziwe piekło. Pastwiska Armenii, ogłuszające petardy w Czarnogórze, czy rozwścieczony, zarzucający korupcję brazylijski trener Azerbejdżanu. W eliminacjach do mistrzostw świata widzieliśmy już naprawdę sporo.

Eliminacje MŚ 82’ – czas trudny, bo ze względów raczej wiadomych nikt nie chce z nami grać meczów towarzyskich. W grupie mamy NRD i Maltę. Polacy jako faworyci ostatniej eliminacyjnej grupy musieli wykorzystać do maksimum możliwość skonfrontowania się z jakimkolwiek rywalem. W grudniu 1980 roku reprezentacja Polski Antoniego Piechniczka miała wylecieć z lotniska Okęcie do Valetty. W teorii miał być to projekt nieobarczony żadnym ryzykiem. Malta – otoczona Morzem Śródziemnym, rywal niewymagający, a przecież Polska to czołowa drużyna świata.

„Wszelkie drogi ucieczki zablokowane” i wrogowie socjalizmu

Zaczęło się od tzw. „afery na Okęciu”, w wyniku której z drużyny wydalono Zbigniewa Bońka, Józefa Młynarczyka, Władysława Żmudę i Stanisława Terleckiego. Postaci absolutnie pierwszoplanowe. Brak „bandy czworga” – jak nazwano ich w kraju – był tylko preludium do tego, co spotkało naszych w meczu wyjazdowym.

Oto, co napisał wysłannik Przeglądu Sportowego, który poleciał wraz z reprezentacją Polski na Maltę:

„Kibice gospodarzy chwycili za kamienie, maltańscy zawodnicy niestety ewidentnie ich prowokowali. Wysoki płot z drutu kolczastego odgradzał trybuny od boiska, ale kamienie wielkości pięści i tak leciały na murawę niczym grad. Następnie grupa kibiców z Malty zaatakowała polską ławkę rezerwowych. Piłkarze i sędziowie stanęli na środku boiska, kompletnie zdezorientowani. Bowiem wszelkie drogi ucieczki były zablokowane, a każda próba przedostania się przez deszcz kamieni groziła tragedią.”

Przegląd Sportowy – grudzień 1980

Mecz został zakończony w 77. minucie. Zasłynął mianem najdłuższego i najkrótszego meczu jednocześnie w dziejach naszej reprezentacji. FIFA postanowiła oficjalnie uznać wynik, który widniał na świetlnej tablicy w chwili zakończenia meczu. Malta 0:2 Polska.

Drugim przeciwnikiem Polaków byli NRD-owcy. Już na tydzień przed przyjazdem zapowiadano naszą wizytę jako najazd kontrrewolucjonistów. Na granicy postawiono służby celne, których jedynym zadaniem było represjonowanie kibiców. Sprawdzano wszystko – każdą literkę na transparencie. Rekwirowano nawet polskie gazety, które pod ręką mieli Polacy chcący zobaczyć mecz kadry na wyjeździe.

Sztab kadry postanowił zabrać ze sobą wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy – z jedzeniem i wodą na czele. Bano się spisku. Obawiano się, że korzystając z miejscowych przysmaków polscy piłkarze mogą nie nadawać się do gry.

Bohaterem meczu został Włodzimierz Smolarek, który na stadionie w Lipsku dwukrotnie uciszał buczenie miejscowych – zebranych w liczbie 85 tysięcy na Zentralstadion. NRD 2:3 Polska.

[youtube http://www.youtube.com/watch?v=b95qpBlX6tY?rel=0&w=560&h=315]

Zwycięstwo odebrało nadzieję reprezentacji NRD na awans. Polacy zapewnili sobie wyjazd na hiszpański mundial w ostatniej kolejce. W ostatniej nie dali szans Malcie, wygrywając już u siebie 6:0.

Ormiańska nagonka na Polaków

W latach 80. NRD chciało nas unicestwić poza boiskiem. Podczas eliminacji MŚ 2002 nasi przeciwnicy z Armenii wymyślili inny sposób. Armenia nie miała szans na awans, więc teoretycznie nie mieli nic do stracenia. Chcieli zemścić się za wcześniejszą porażkę (0:4) w Warszawie, a że piłkarskich argumentów brak, zdecydowali się po prostu polować na naszych najlepszych zawodników. Nie były to czasy Mchitarjana. Ormianie byli znani z boiskowej, bezlitosnej wręcz brutalności. Skończyło się – uwaga – na dziewięciu żółtych kartkach i czterech czerwonych. Trzy czerwone dostali Ormianie – jedną polski piłkarz – Jacek Bąk. W prasie powiedział, że dostał „czerwień” za to, że dał się powalić i skopać. W 88. minucie z pięści w twarz dostał Tomasz Hajto podczas awantury w polu karnym.

[youtube http://www.youtube.com/watch?v=I6xo9co58-o?rel=0&w=420&h=315]

Uroki podróży na Kaukaz poznała również drużyna Pawła Janasa – w eliminacjach MŚ w Niemczech 2006. Na boisku w meczu z Azerbejdżanem w Baku szło jak z płatka. Po strzelonej bramce na 3:0 przez Macieja Żurawskiego trener Azerbejdżanu – słynny Carlos Alberto Torres – zaczął rzucać się do sędziego technicznego, po czym pobiegł w kierunku sędziego głównego wykłócać się o sprawiedliwość. Według niego bramka Żurawskiego została zdobyta z pozycji spalonej. Uderzył technicznego, pluł wymachiwał rękami. Młody i mało doświadczony jeszcze wtedy sędzia, Alberto Undiano Mallenco, kazał wyrzucić na trybuny mistrza świata z roku 1970.

Wściekły szkoleniowiec postanowił, że przejdzie na trybuny przez całe boisko w proteście przeciwko rzeczywistości. Mallenco już nie interweniował i pozwolił Torresowi usunąć się z boiska. Carlosowi Alberto nie było mało. Złapał się swojej kieszeni, a cały stadion imienia Tofika Bachramova w Baku przeraźliwie wył. Gospodarze wysłali jasny komunikat – oszukaliście nas, sprzedaliście mecz! Była to oczywista bzdura, bo Azerowie po prostu nie potrafili grać w piłkę. Dość wspomnieć słynne 8:0 z Warszawy.

To był koniec Torresa na stanowisku selekcjonera reprezentacji Azerbejdżanu.

[youtube http://www.youtube.com/watch?v=1BRQ1n9e5Wk?rel=0&w=420&h=315]

Carlos Alberto Torres tym występkiem zniszczył swoją legendę w oczach wielu ludzi. Zniszczył ją dla Azerbejdżanu – kraju, z którym jedyne co go łączyło, to pieniądze za kontrakt. Po latach bardzo szkoda tego człowieka.

Zlinczowany Artur Boruc

Kibice w Wielkiej Brytanii od lat uważają Polaków za podludzi. Kiedyś ktoś powiedział, że trybuny stadionu piłkarskiego są lustrzanym odbiciem społeczeństwa. Coś, o czym milczy się na ulicy czy w autobusie, głośno krzyczy się podczas meczu. „Tłumaczyłoby” to zachowanie angielskiech kibiców, którzy na Wembley w 1973 roku otwarcie dawali do zrozumienia Janowi Tomaszewskiemu, że jest zwykłym klaunem. I tak to było jedno z tych „lżejszych” szyderstw wysyłanych w stronę polskiego bramkarza. Klaun – to określenie gazet. Tomaszewski się nie przejął i jak to się skończyło – wszyscy wiemy.

Tyle szczęścia nie miał inny polski bramkarz w meczu z Anglikami – Andrzej Woźniak. Alan Shearer strzelał bramkę na 1:1 po jego katastrofalnym błędzie, kiedy Woźniak po prostu minął się z piłką. Przegraliśmy 1:2, tym samym świetnie grająca reprezentacja Antoniego Piechniczka została mentalnie rozmontowana. Mistrzostwa we Francji nasi piłkarze obserwowali wraz z kibicami w telewizji.

Jeszcze gorzej poszło Arturowi Borucowi w Irlandii Północnej w eliminacjach MŚ 2010. Jako piłkarz „katolickiego” Celtiku Glasgow mocno akcentującym swoją wiarę, miał na pieńku z protestanckimi kibicami z Belfastu. Przeraźliwym gwizdom nie było końca na Winsor Park tamtego upalnego popołudnia. Już pierwsze interwencje Boruca wyglądały dosyć niemrawo. Oślepiony promieniami słońca mijał się z piłkami jak amator. Pierwsza bramka dla rywali padła po jego trudno wytłumaczalnym błędzie. Potem nastąpiło to:

[youtube http://www.youtube.com/watch?v=k_6xJb0NJ84?rel=0&w=420&h=315]

Samobój Michała Żewłakowa urósł do miana największego kuriozum w dziejach reprezentacji Polski, zaraz po przerzuconym Kuszczaku przez kolumbijskiego bramkarza. Nie jesteśmy Pudelkiem, ale jedna z hipotez mówi, że Boruc w czasie feralnych meczów eliminacyjnych rozwodził się z żoną – i to przez to jego forma była w opłakanym stanie.

Kompromitacja z San Marino, armia zacieżna i ogłuszony Tytoń

Wyjazd na mistrzostwa świata do Brazylii przez moment naprawdę był możliwy. Z perspektywy czasu można sądzić, że gdyby udało się ograć Anglików w Warszawie (październik 2012), na wiosnę roku następnego ruszylibyśmy z zupełnie innego poziomu. Tymczasem eliminacje MŚ 2014 przysporzyły nam kolejne upokorzenia. Po remisie z Anglią polskie środowisko popadło w straszną chorobę – ślepego optymizmu. Oprócz remisów z Czarnogórą  i Anglią reprezentacja Fornalika nie dokonała niczego spektakularnego. Zwycięstwo z Mołdawią we Wrocławiu – byłem, widziałem, nie polecam.

Najgoręcej z meczów wyjazdowych było w Czarnogórze. Awantury z policją, lecące na murawę petardy i race… W dodatku był początek września, a w Podgoricy upały o tej porze nie ustają. Po EURO 2012 wydawało się, że remis na trudnym terenie da tej drużynie motywację do dalszej walki. Finał był niezwykle smutny.

„Finał” to mecze wyjazdowe z Ukrainą i Anglią. Żegnający się już powoli Fornalik dał upust swojej fantazji, powołując ludzi, z usług których wcześniej nie korzystał. Co mecz inny skład. Skończyło się źle, ale przewidywalnie.

Warto wspomnieć jeszcze, że niejaki Alessandro Della Valle strzelił nam bramkę we wrześniu 2013 roku. Tym samym jesteśmy ostatnią reprezentacją w Europie, której drużyna z tej małej enklawy strzeliła bramkę.

Nawiasem: równy z niego był człowiek. Kiedy dogadałem się z nim telefonicznie na rozmowę, sprawiał wrażenie bardzo uradowanego. Po angielsku mój rozmówca mówił słabo, ale cieszył się z tego, że zadzwonił do niego ktoś spoza San Marino i chciał rozmawiać. Della Valle mówił, że choć przez chwilę mógł poczuć się jak piłkarz sukcesu.  – Nam, Sanmaryńczykom chodzi przede wszystkim o grę w piłkę i reprezentowanie naszego małego państwa. To element naszej tożsamości – zakończył.

To tak w skrócie. Wszyscy pamiętamy eliminacje, więc nie będziemy zamęczać długimi opisami. Mamy dla Was dwie rady. Po pierwsze – musicie uzbroić się w cierpliwość, a po drugie – uczulić się na sytuacje, jak ta poniższa, kiedy jest nóż na gardle.

[youtube http://www.youtube.com/watch?v=x9uVmddh3_E?rel=0&w=560&h=315]

Wylosowana grupa eliminacyjna na papierze jest bardzo korzystna. Lepiej grać z Rumunią niż Niemcami – to nie ulega wątpliwości. Aczkolwiek meczu poza boiskiem wygrać nie można. Można co najwyżej przegrać. 

KAMIL ROGÓLSKI


Redakcja
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: kontakt@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl