Piękny sen Blackburn

W dwudziestopięcioletniej historii Premier League zaledwie sześć zespołów zdobywało mistrzowski tytuł. Bezapelacyjnym liderem w tym zestawieniu jest Manchester United, który po koronę sięgał aż trzynaście razy. Obecność Arsenalu, Chelsea i Manchesteru City na tej liście nie jest żadnym zaskoczeniem. Niespodziewanie do tego grona dołączyło też Leicester, będące autorem być może największej sensacji w dziejach angielskiego futbolu. Tym szóstym klubem jest Blackburn Rovers, które dokonało podobnego wyczynu w 1995 roku. Jak do tego doszło?

Prolog

Wielki sukces Niebiesko-Białych miał wielu ojców, z Kennym Dalglishem, Alanem Shearerem i Chrisem Suttonem na czele. Nie byłoby jednak tego wszystkiego, gdyby nie marzenia pewnego człowieka. Jack Walker był obrzydliwie bogatym biznesmenem. Pochodził z Blackburn i pewnego dnia postanowił, że uczyni klub ze swojego miasta najlepszym w Anglii. Fortunę zbił na przemyśle stalowym, a jego majątek szacowano na około 600 milionów funtów. Gdy w styczniu 1991 roku przejmował Rovers, ci błąkali się jeszcze w Division Two. W pierwszym sezonie jego rządów klub ledwo utrzymał się na tym poziomie. Walker postanowił wykorzystać swoje pieniądze, aby przywrócić Blackburn na topowy poziom. Mógł sobie pozwolić na sprowadzenie w październiku tego samego roku Kenny’ego Dalglisha, który przed chwilą, jako menedżer Liverpoolu, zdobył trzy krajowe mistrzostwa i dwa Puchary Anglii.

W sezonie 1991/92 podopieczni szkockiego szkoleniowca wrócili do najwyższej klasy rozrywkowej, a dokładniej – do nowo powstałej Premier League. Na tym szczeblu nie było ich przez 26 lat. Po awansie Walker miał jeden cel – chciał, żeby Manchester United przy jego zespole wyglądał na biedaków. Z tego powodu w ciągu trzech lat wydał na transfery 25 milionów funtów, sprowadzając na Ewood Park m.in. Shearera z Southampton. W międzyczasie wpompował także 20 milionów w przebudowę stadionu, by ten mógł pomieścić ponad 30 tysięcy widzów. Jako beniaminek zajęli czwarte miejsce, a w kolejnym sezonie – już drugie. Blackburn gotowe było na zrobienie kolejnego kroku.

Jack Walker. To od niego wszystko się zaczęło… Źródło: fourfourtwo.com

Rok 1994. W polskiej telewizji zostaje wyemitowany pierwszy odcinek „Mody na sukces”, startuje także „Familiada”. Do kin trafiają „Pulp Fiction” i „Forrest Gump”. Na świat przychodzą Arkadiusz Milik oraz Piotr Zieliński. Edyta Górniak zajmuje drugie miejsce w konkursie Eurowizji, a największym przebojem Radia RMF wybrany zostaje kawałek „Love is All Around” zespołu Wet Wet Wet. Blackburn po raz drugi bije angielski rekord transferowy. Wcześniej zrobili to, wydając 3.2 miliona na Shearera w 1992 roku. Chris Sutton, napastnik przychodzący z Norwich, kosztował 5 milionów. Ten ruch okaże się pokerową zagrywką.

Narodziny duetu kilerów

Mistrzem Anglii w sezonie 1993/94 został Manchester United, który wyprzedził Blackburn o osiem punktów. Czerwone Diabły sięgnęły również po FA Cup. Dla zespołu Dalglisha oznaczało to, że nowe rozgrywki rozpoczną od starcia z podopiecznymi sir Aleksa Fergusona w ramach Tarczy Dobroczynności (od roku 2002 znana jest już jako Tarcza Wspólnoty). Udział w tym pojedynku biorą mistrz oraz zdobywca krajowego pucharu. Tak się złożyło, że Manchester zagarnął oba te trofea, dlatego jego rywalem zostało Blackburn, czyli wicemistrz Anglii.

Ponad 60 tysięcy ludzi zjawiło się w połowie sierpnia na Wembley, aby podziwiać spotkanie dwóch kandydatów do zdobycia krajowego tytułu. Niebiesko-Biali przystąpili do tego starcia bez swoich dwóch największych armat w kadrze – Sutton dołączył do zespołu parę tygodni wcześniej i nie był jeszcze do końca zdolny do gry, z kolei Shearer… zatruł się owocami morza. Absencja tych napastników ułatwiła zadanie Manchesterowi, który wygrał 2:0 po golach Erica Cantony i Paula Ince’a.

Ligę zespół Blackburn rozpoczął od remisu na wyjeździe z Southampton. Debiutujący Sutton mógł od razu zdobyć dwa gole, jednak ta sztuka mu się nie udała. Zanotował za to asystę przy pierwszym z wielu goli Shearera. Nowy napastnik Rovers nie musiał długo czekać na premierowe trafienie – zaledwie trzy dni później, na Ewood Park, gospodarze gładko pokonali Leicester 3:0, a on otworzył wynik. Do siatki trafił także Shearer, wcześniej asystujący przy bramce kolegi z ataku. Powoli rodził się imponujący duet. Tydzień później były gracz Norwich popisał się hat-trickiem w meczu z Coventry.

Sutton jako… stoper

Sutton publiczności zaprezentował się jeszcze w innej, zupełnie niespodziewanej roli, kiedy w trakcie potyczki z Arsenalem musiał… zagrać na środku obrony. Jason Wilcox został ukarany czerwoną kartką, a Colin Hendry zszedł z powodu urazu głowy. Blackburn zdołało bezbramkowo zremisować na Highbury, a Chris zebrał zdecydowanie lepsze noty za występ w defensywnie niż w ataku. Na długo przed Franciszkiem Smudą i Przemysławem Pitrym w Górniku Łęczna, Dalglish wpadł na identyczny pomysł ze swoim snajperem.

Shearer & Sutton, czyli po prostu SaS. Źródło: telegraph.co.uk

Następne tygodnie przynosiły Rovers kolejne dobre rezultaty i bramki Shearera oraz Suttona. Media do opisywania tego duetu zaczęły korzystać ze skrótu SaS. Ich współpraca wyglądała imponująco. Niemal we wszystkich spotkaniach maczali palce (a raczej nogi) w bramkowych akcjach Blackburn. W sumie para zdobyła razem 49 bramek w lidze – 15 było dziełem Suttona i aż 34 Shearera. Obaj panowie byli odpowiedzialni zatem za aż 60% goli całej drużyny w Premier League. Gdybyśmy dodali do tego asysty, to procent byłby jeszcze większy.

Podopieczni Dalglisha świetnie spisywali się przede wszystkim na własnym obiekcie. Pierwszy raz przegrali dopiero 23 października, gdy na ich teren przyjechał Manchester United. Mimo że dwukrotnie prowadzili – to obecny mistrz kraju wyszedł z tego pojedynku zwycięsko, m.in. dzięki dwóm bramkom Andrieja Kanczelskisa. Po starciu z Czerwonymi Diabłami zespół Dalglisha wcale się nie podłamał. Przeciwnie. Zanotowali serię 12 kolejnych spotkań bez porażki, wygrywając aż 11 z nich. W tych meczach Rovers strzelili aż 29 bramek. Pokonali wtedy takie ekipy jak: Tottenham, Wimbledon czy dwukrotnie Nottingham Forrest.

Ich passa zakończył 22 stycznia… Manchester United! Na Old Trafford nie padło jednak tyle goli, co w poprzednim starciu. Tym razem przesądziła jedna bramka zdobyta przez Cantonę (trzecie trafienie Francuza w trzeciej rywalizacji z Blackburn) na dziesięć minut przed końcem. Po tym spotkaniu liderem w tabeli wciąż pozostawali podopieczni Dalglisha, ale aktualnemu mistrzowi udało się zmniejszyć stratę do dwóch punktów. Na tamtym etapie sezonu wyglądało, że w biegu po mistrzowski tytuł udział biorą już tylko dwa konie – trzecie w tabeli Newcastle na początku lutego traciło do United dziewięć oczek.

Kung-fu Cantona osłabia Manchester

Niewiele później przegrali także z Tottenhamem na White Hart Lane, ale po wizycie Północnym Londynie znów wrócili na właściwe tory i tym razem zaliczyli dziesięciomeczową serię bez przegranej (bijąc po drodze takie firmy jak: Chelsea, Arsenal, Leeds czy Queens Park Rangers).

Czerwone Diabły miały swoje problemy. Pod koniec lutego, kiedy grali na wyjeździe z Crystal Palace, Cantona zademonstrował całemu światu swoje umiejętności kung-fu i ciosem prosto z filmów walki zaatakował kibica gospodarzy, który mu ubliżał. To (dziś już legendarne) uderzenie kosztowało go piłkarską dyskwalifikację aż na osiem miesięcy. Musiał też zapłacić 20 tysięcy funtów grzywny i odpracować 120 godzin społecznie. Sir Alex Ferguson stracił swojego lidera, a jego brak mógł być odczuwalny zwłaszcza przy dwóch wyjazdowych porażkach – z Liverpoolem oraz Evertonem.

Manchester i Blackburn niemal cały sezon szli ze sobą łeb w łeb. Ciągle to podopieczni Fergusona gonili. Shearer i spółka sami sobie utrudnili sytuację, kiedy w sześciu kwietniowych spotkaniach zanotowali remis i dwie porażki. 17 kwietnia Manchester City przerwał ich wyżej wspomnianą serię meczów bez przegranej. To niepowodzenie musiało boleć szczególnie, ponieważ Niebiesko-biali prowadzili do przerwy 2:0 (gole niezawodnego Shearera oraz Hendry’ego), a mimo to w drugiej połowie dali sobie wbić trzy bramki i to goście wywieźli z Ewood Park komplet punktów. Zaledwie trzynaście dni później ulegli także West Hamowi. W tej samej kolejce Czerwone Diabły, po dramatycznej wymianie ciosów, pokonały na wyjeździe Coventry 3:2. Wszystko miało się rozstrzygnąć w ostatnich, majowych seriach gier.

W korespondencyjnych starciach w przedostatniej ligowej kolejce obie drużyny solidarnie zwyciężyły 1:0. Manchester pokonał u siebie Sheffield Wednesday, a dzień później Blackburn wygrało na Ewood Park z Newcastle. Będzie to dla czytelników ogromnym zaskoczeniem, ale jedyną bramkę w tamtym spotkaniu strzelił Alan Shearer. United mieli jeszcze do rozegrania mecz zaległy. W środku tygodnia zwyciężyli Southampton. Ten wynik oznaczał, że oba zespoły o mistrzostwo miały zawalczyć na obcych terenach.

Ta ostatnia niedziela

14 maja 1995. Ostatni dzień długiego i wyczerpującego wyścigu o krajowy tytuł. Warto wspomnieć, że był to ostatni sezon, gdy w Premier League grały aż dwadzieścia dwa zespoły (w praktyce oznaczało to spadek czterech klubów, ale dziś nimi się nie zajmujemy). Manchester United przyjeżdża na Upton Park, aby zmierzyć się z West Hamem. Blackburn jedzie na Anfield (mecz o podwójnym znaczeniu dla Kenny’ego Dalglisha). W lepszej pozycji startowej znajdują się Niebiesko-Biali, ponieważ mają dwa punkty przewagi nad aktualnymi mistrzami.

W 20. minucie Shearer wyprowadza gości na prowadzenie. Parę chwil później Michael Hughes w Londynie pokonuje Petera Schmeichela i Młoty prowadzą z Czerwonymi Diabłami. Scenariusz idealnie układa się dla ekipy Rovers. To oni są w tej chwili nowymi mistrzami Anglii. Podopieczni Fergusona nie zwykli się jednak poddawać, nawet w najtrudniejszych momentach. Kilka minut po przerwie Brian McClair perfekcyjną główką doprowadza do wyrównania na Upton Park. Z kolei po ponad godzinie gry gola dla Liverpoolu strzela John Barnes. Przy takim wyniku każde zwycięstwo Manchesteru dałoby im tytuł. Zaczynają dominować na stadionie rywali – sędzia nie dyktuje karnego za zagranie ręką obrońcy gospodarzy, a Andy Cole przegrywa pojedynek z Ludkiem Mikloško. Emocje tego dnia sięgają zenitu, kiedy w 90. minucie na Anfield Jamie Redknapp kapitalnym uderzeniem z rzutu wolnego zapewnia The Reds zwycięstwo nad Blackburn. Graczy Dalglisha czeka nerwowe wyczekiwanie na wieści z Londynu. Tam, w doliczonym czasie gry, Młoty dwukrotnie wybijają piłkę niemal z linii bramkowej. Chwilę później arbiter gwiżdże po raz ostatni w sezonie. Stało się: Blackburn zostaje nowym mistrzem Anglii!

14 maja 1983 roku doszło do erupcji wulkanu Etna na Sycylii. Dwanaście lat później temperatura powietrza w Blackburn była sto razy wyższa. Rovers odzyskali miano najlepszej drużyny w kraju po 81 latach posuchy. Dalglish wygrał nagrodę trenera sezonu, choć statuetkę trenera miesiąca odebrał w tamtym sezonie zaledwie raz. Królem strzelców został oczywiście Shearer, zdobywając aż 34 bramki dla swojego zespołu (do dziś niepobity rekord – dzierży go razem z Andym Cole’em, jeszcze z czasów gry w Newcastle). Angielski snajper został wybrany także piłkarzem sezonu i znalazł się w drużynie sezonu razem z klubowymi kumplami – Hendrym, Timem Sherwoodem (kapitanem Rovers) oraz Graemem Le Sauxem.

Kenny Dalglish i Tim Sherwood świętują zdobycie mistrzostwa na murawie Anfield Road.
Źródło:
dailyrecord.co.uk

Gdy ludzie wspominają tamto zwycięstwo Blackburn, zazwyczaj jego trzy przyczyny wymieniają w następującej kolejności: pieniądze Jacka Walkera, bramkostrzelny duet SaS oraz trenerskie zdolności Dalglisha. Nie ma wątpliwości, że na Ewood Park spotkały się odpowiednie osoby w odpowiednim czasie. W tamtym sezonie piłkarze i kibice żyli pięknym niebiesko-białym snem. Szkoda jednak, że potrwał on tak krótko. Ale jest to temat na zupełnie inną, już mniej kolorową historię…

 KUBA GODLEWSKI

Kuba Godlewski
O Kuba Godlewski 18 artykułów
Licencjat filologii polskiej. Początkujący trener. Kibic Manchesteru United i cichy wielbiciel czarnych koszul Diego Simeone.
  • Pet

    Świetny artykuł. Fajnie się czytało. Czekam na drugą część, tę mroczną.

    • Dzięki za ciepłe słowa! Mamy nadzieję, że druga również Ci się spodoba.