Piłkarski poker we Wrocławiu

Klubowa piłka nożna w Polsce, w swojej historii widziała wiele dziwnych i niedających się opisać splotów sytuacji. Choć rok mundialu w Hiszpanii, który okazał się niezwykle korzystny dla naszej drużyny, był chyba wyjątkowym. Pomimo, że o tytuł walczyły tylko dwie drużyny, które nie chciały go zdobyć w sposób „czysty” – pieniądze wędrowały niczym w szwajcarskich bankach.

Preludium

Podczas rundy wiosennej sezonu 1981/1982 o mistrzostwo rywalizowały głównie zespoły Śląska Wrocław w składzie z Tadeuszem Pawłowskim czy Ryszardem Tarasiewiczem oraz Widzewa Łódź, o którego sile decydowali Zbigniew Boniek i Włodzimierz Smolarek. Co prawda do znamienitego grona próbowała jeszcze dołączyć Stal Mielec, lecz szybko odpadła w przebiegach. Na dwa tygodnie przed końcem rozgrywek to gracze „Wojskowych” byli niemalże pewni zdobycia tytułu. Wrocławianie pokonali w meczu u siebie Górnika Zabrze, a Widzew przegrał z finansowo umotywowaną Gwardią Warszawa. W tej sytuacji tylko katastrofa mogła im odebrać mistrzostwo. Na cztery możliwe „oczka” do zdobycia, „Zielono – biało – czerwoni” mieli aż trzy przewagi. Każda wpadka Widzewiaków zostawiała ich w pokonanym polu.

Po 29. serii rozgrywek różnica zmalała jednak do jednego punktu, gdyż mielecka Stal (również umotywowana pieniędzmi, tym razem z Łodzi) okazała się lepsza w starciu ze Śląskiem, a drużyna Zbigniewa Bońka zdecydowanie wygrała z walczącą o utrzymanie Arką. Mimo wszystko katastrofy na Dolnym Śląsku nie przewidywano, chociażby dlatego, że niewalcząca już o nic Wisła Kraków – ich ostatni rywal – miała być łatwym „partnerem biznesowym”. Układ ten miał kosztować w sumie pół miliona złotych, a jego ostateczna transakcja została rzekomo sfinalizowana w ubikacji klubowej przez partnerki piłkarzy. Wcześniej 400 tysięcy złotych miało zostać przekazanych w jednym z wrocławskich mieszkań Zdzisławowi Kapce. Dodatkowe sto tysięcy było efektem podniesienia stawki przez graczy „Białej Gwiazdy”. Żeby było jeszcze ciekawiej, swoje „trzy grosze” do całej sytuacji wtrącił Widzew, który zaoferował 600 tysięcy dolarów za „sportową walkę” Wiślakom…

Dzień Zwycięstwa? 

Była piękna niedziela, 9 maja 1982 roku. W komunistycznej Polsce data ta oznaczała Dzień Zwycięstwa, który hucznie był obchodzony w cały kraju. We Wrocławiu oprócz zakończenia II wojny światowej i zwycięstwa Armii Czerwonej nad faszystowskimi Niemcami, miało odbyć się jeszcze jedno święto – piłkarskie. Po pięciu latach miejscowy Śląsk miał wrócić na tron mistrza Polska. Jedynym warunkiem było uzyskanie w meczu z Wisłą Kraków takiego samego rezultatu jak w pojedynku Ruch – Widzew.

Stadion przy ulicy Oporowskiej pękał w szwach, a kibice byli tak pewni swego, że wywiesili nawet transparent „Witamy nowego mistrza Polski na rok 1982”. W klubowych lodówkach mroziły się szampany, po meczu zaplanowany był bankiet. Nikt z sympatyzujących z „Zielono – biało – czerwonymi” nie spodziewał się tego, co nastąpiło kilka godzin później…

z6662664Q,Fragment-pamietnego-meczu-Slaska-z-Wisla-z-1982-roku-
Fragment meczu Śląsk – Wisła. Zdjęcie: Agencja Gazeta.

Spotkanie w Chorzowie, które miało bezpośredni wpływ na losy mistrzostwa, rozpoczęło się osiem minut później niż starcie w ówczesnym województwie wrocławskim. Zapewne było to spowodowane faktem, że poza Widzewem, który grał o tytuł, swój korespondencyjny pojedynek o wysoką stawkę rozgrywali też gospodarze. Ich marzeniem było uniknięcie pierwszego w historii Ruchu spadku z I ligi. Aby tak się stało, potrzebowali – tak samo jak Śląsk w przypadku Widzewa – identycznego dorobku punktowego jak Arka Gdynia w starciu z Górnikiem Zabrze. Wszystko to sprawiało, że pieniądze z Łodzi nie były wystarczającym argumentem. W grę wchodziła zbyt duża stawka. Na Śląsku nikt nie chciał losów sezonu pozostawić przypadkowi.

Pierwszy gol batalii o wszystko padł właśnie na stadionie „Niebieskich”, gdy sędzia uznał bądź co bądź kontrowersyjną bramkę po strzale napastnika Ruchu – Romana Grzybowskiego. W tym momencie to Wrocław był mistrzem Polski. Kilka minut później nadzieje na tytuł przywrócił Widzewowi Marek Filipczak, strzelając wyrównującą bramkę.

Sytuacja jak w kalejdoskopie zmieniła się w 51. minucie meczu na Oporowskiej po bramce dla Wisły. Gol ten przyniósł nieco rozczarowania miejscowym, jednak wszyscy wierzyli w wynegocjowany układ z Wisłą, który mówił, że tego dnia to Śląsk będzie piłkarskim mistrzem. Pewność tą potwierdził podyktowany przez naszego eksportowego arbitra Alojzego Jarguza, który prywatnie był w bliskich stosunkach z kierownictwem Śląska. To właśnie sędzia spotkania miał dbać, by gospodarzom nie stała się krzywda.

Do stałego fragmentu gry podszedł Tadeusz Pawłowski, lecz jego strzał pewnie obronił Janusz Adamczyk. Strzał, który mógł dać „Wojskowym” mistrzostwo. Zamiast tego podarował wielki smutek i niedowierzanie. Rzut karny, który okazał się rysą na karierze Tadeusza Pawłowskiego i drogą ku potępieniu, był jednym z ostatnich aktów meczu. Wyniki na obu stadionach nie uległy już zmianie i to Widzew niespodziewanie mógł cieszyć się z triumfu dzięki lepszemu bilansowi bezpośrednich spotkań.

Pechową „jedenastkę” wspomina jeden z uczestników tamtego meczu Andrzej Iwan:

Tadek myślał, że sprawy są pozałatwianie. Do Jasia podszedł zawodnik Śląska i powiedział, że Pawłowski zawsze strzela w prawy róg. Powiedziałem Jasiowi, by rzucił się w przeciwny i obronił.

Co ciekawe w autobiografii Iwana zatytułowanej „Spalony” opisywana sytuacja miała miejsce przy stanie 0:0, co oczywiście jest bzdurą.

Jeśli chodzi o pechowy rzut karny, wątpliwym jest jednak, że decydującą o tytule sytuacją było pudło Pawłowskiego. Czy mając kontrolę nad wynikiem w opóźnionym meczu, Widzew pozwoliłyby sobie na klęskę? Dołóżmy do tego fakt, że dzięki zwycięstwu Górnika w Gdyni, w ostatnich chwilach spotkania Ruch miał pewne utrzymanie i nie walczył o nic. Te trzy boiskowe sytuacje powinny dać nam odpowiedź co do tego zagadnienia. Owszem bramka z rzutu karnego mogła być tylko początkiem popisów strzeleckich Śląska, jednak ten gol nie dawał 100% mistrzostwa. Pewnym jest to, że największym wygranym 9 maja – poza Widzewem – zostali gracze z Krakowa, którzy osiągając jakikolwiek wynik mogli liczyć na premię od którejś ze stron.

Tadeusz-Pawlowski-w-barwach-Slaska-Wroclaw_500x300

Po spotkaniu urządzili sobie imprezę we wrocławskim Novotelu, gdzie ponoć odwiedziło ich kilku piłkarzy Śląska. Po co tam przybyli? Być może po pieniądze za kupiony, a być może za sprzedany mecz…

Po latach Ryszard Tarasiewicz tak skomentował ową sytuację:

Nie będę mówił, że ktoś go sprzedał, ale wiadomo, o co chodzi. W tamtym meczu nie wszystko było w porządku… – Nie mam żalu do Wisły, ale do tych ludzi, którzy mieli z naszej porażki profity. Chciałbym ich dziś zapytać, gdzie mają tego poloneza czy jakieś korzyści materialne? Zamiast nich mogli mieć złoty medal i zapisać się w historii Śląska. Ale może jedno mistrzostwo z 1978 roku im wystarczyło?

Tadeusz Pawłowski:

Mam czyste ręce i każdy czlowiek, który oficjalnie oskarży mnie, że celowo coś źle zrobiłem, zostanie podany do sądu. Chciałem zrobić wszystko, by tytuł pozostał we Wrocławiu.

Czy Tadeusz Pawłowski celowo nie wykorzystał rzutu karnego? A może był to czysty przypadek lub wielka wspólna intryga Wisły i Widzewa? Prawdy zapewne tak szybko się nie dowiemy, ponieważ większość z zainteresowanych nabiera wody w usta. Faktem jest, że mistrzem Polski na roku 1982 została drużyna Widzewa Łódź, a nie jak wszyscy prognozowali – Śląska Wrocław.

DAMIAN BEDNARZ

 

Damian Bednarz
O Damian Bednarz 75 artykułów
Redaktor naczelny Retro Futbol. Jeden z ostatnich przedstawicieli gatunku romantyków futbolowych. Wyznawca kultu Erica Cantony.