Przygody szalejącego reportera… Legia o dwa kroki od raju

Kiedy na dzień przed meczem z Trencinem, sprawdzając skrzynkę mailową natknąłem się na wiadomość od warszawskiej Legii, nie dało się ukryć na mojej twarzy zdziwienia. Nie był to kolejny mail informujący o nowych inicjatywach klubu, ale potwierdzenie przyznania akredytacji prasowej na pierwszy w moim życiu mecz (eliminacji) Ligi Mistrzów.

Nazajutrz obudziłem się z myślą, że niewątpliwie czeka mnie świetne przeżycie, kolejna całkowicie nowa rzecz jako pasjonata futbolowego bazgrania. W pociągu do Warszawy nie czuło się jeszcze meczowej atmosfery tak dobitnie, jak ma to zwykle miejsce. Niewielu bowiem jego pasażerów zmierzało czwartkowego wieczora na Łazienkowską. Mimo braku kibiców wśród podróżnych emocje nie ustępowały.

Prawdziwie dało się je odczuć dopiero w okolicach stadionu Legii. Coraz gęstsze tłumy kibiców zmierzających na stadion sugerowały nawet zwykłym przechodniom, co się dzieje. Śpiewy o „Ukochanej Legii” i „Warszawskiej braci” sprawiały, że każdy w lot chwytał, że atmosfera się pozytywnie zagęszcza. Na Łazienkowskiej 3 znalazłem się idealnie w chwili, kiedy autokar ze Słowacji sygnowany z przodu hasłem „My sme Trenčania” przekraczał bramę stadionowego parkingu. Pasażerami oczywiście byli mistrzowie kraju – zespół AS Trencin.

Pierwsze komplikacje napotkałem przy odbiorze akredytacji, kiedy to musiałem przedzierać się przez kolejki kibiców w drodze do odpowiedniej bramki. Problemów nastręczyło także porozumienie się z pracownikiem ochrony, który wprowadził mnie w błąd i gdy już znalazłem się przy wejściu do punktu akredytacyjnego polecił mi cofnąć się do innego wyjścia. Na szczęście, po przejściu niepotrzebnych kilkuset metrów i ponownym znalezieniu się w punkcie wyjścia obyło się bez komplikacji i mogłem szukać swego stanowiska. Nie byłbym sobą, gdybym nic nie pokręcił. Wszedłszy na Stadion Wojska Polskiego prawie równo godzinę przed pierwszym gwizdkiem sędziego, usiadłem sektor dalej od środka boiska, niż widniało to na bilecie. Na szczęście dosyć szybko zjawili się prawowici właściciele zajętego przeze mnie miejsca i kilka minut później mogłem zasiąść na przeznaczonym tego dnia dla mnie krzesełku nieopodal Trybuny Prasowej oraz stanowisk komentatorskich. W tej chwili na murawę wkroczyli Legioniści, by się rozgrzewać.

Samo spotkanie, nie wiązało się z ładunkiem emocjonalnym, którego oczekiwali liczni fani „Wojskowych” zgromadzeni na Żylecie i pozostałych sektorach trybun. Nudny mecz nie pozbawił właścicieli tysięcy gardeł ochoty na wykrzykiwanie (nie tylko cenzuralnych) haseł, by zmobilizować ulubieńców do włożenia pełni energii w grę. Mimo wsparcia tłumów przez półtorej godziny piłka nie przekroczyła linii bramkowej po żadnej ze stron.

Rarytasem dla pismaka takiego jak ja stały się kuluarowe rozmowy w przerwie, kiedy to zamieniłem kilka zdań z cenionymi w całym kraju członkami pezetpeenowskiej redakcji Łączy Nas Piłka Kubą Polkowskim i Łukaszem Wiśniowskim (kolejność przypadkowa, bo jeszcze spowoduję konflikt). Nie obyło się bez pochwał z ich strony dla pracy całego Retro Futbol, co niechybnie spowodowało głupio wyglądający na mej i tak niezbyt urokliwej twarzy.

Po ostatnim gwizdku arbitra z Rosji dość pokaźna grupa dziennikarzy z Polski i udała się do sali konferencyjnej, gdzie trenerzy odpowiadali na ich pytania podczas konferencji. Na pierwszy ogień poszedł Martin Sevela wypytywany przez rodaków. Szkoleniowiec gości wyraził jednocześnie żal, że mimo stworzonych sytuacji nie udało się pokonać Legionistów, jak i nadzieję, że jego młodzi podopieczni w niedalekiej przyszłości pokażą, na co ich stać. Wspomniał także o obciążeniach, z jakimi zmagają się podstawowi piłkarze Trencina. W końcowych słowach podziękował odchodzącemu do Turcji Matusowi Bero za grę dla klubu.

Jako drugi pod gradobiciem pytań znalazł się Besnik Hasi. Albańczyk stwierdził prawie na wstępie, że pomimo szansy na wręcz epokowy sukces dla polskiej piłki, nie zamierza odpuszczać spotkań, które Legia rozegra jeszcze przed ostatnią rundą kwalifikacji do fazy grupowej LM. Były trener Anderlechtu zwrócił także uwagę na braki w kreatywności. Wreszcie mikrofon wpadł w moje ręce i nie omieszkałem skorzystać z okazji do zabrania głosu na konferencji pytając, w jakim stopniu zespół zaadaptował się do filozofii nowego szkoleniowca. Hasi odparł: „Nie, chciałbym grać inaczej, ale brakuje kilku graczy jak Gui, a Pazdan z Jodłowcem później rozpoczęli okres przygotowawczy. Gdy wszyscy wrócą, wówczas będziemy mogli zaprezentować moją filozofię, polegającą między innymi na szybkiej wymianie pozycji. Dodatkowo rozgrywamy dużo meczów, toteż brakuje nam treningów taktycznych”. Trener rodem z Bałkanów dał na odchodne do zrozumienia, że ma świadomość krytyki, jaką wywołało jego pojawienie się w legijnej szatni.

Sala konferencyjna opustoszała, co oznaczało, że czas na powrót do domu… Dwadzieścia minut później odpoczywałem już w oczekiwaniu na pociąg i tak o to eskapada szalejącego reportera spod znaku Retro Futbol dobiegła końca.

JAKUB BARANKIEWICZ

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE

Redakcja
O Redakcja 354 artykuły
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: kontakt@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl