Redondo – piłkarz z magnesem w bucie

Defensywny pomocnik. Z definicji człowiek od czarnej roboty, odgrywający drugorzędną rolę w estetyce piłkarskiego widowiska, pomagier wielkich futbolowych magików i ten, który laury w prasie i wśród kibiców zbiera najrzadziej. Mimo wszystko drużynie jednak niezbędny, a piłka zna wiele ofiar niedoceniania ich roli. Jednak jeżeli zapytacie mnie o archetyp nowoczesnego pomocnika tej kategorii, piłkarz, którego Wam przytoczę, prezentuje zgoła inny wachlarz swoich umiejętności. Co więcej, często to jego gwiazda na boisku świeciła najjaśniej, a kibice uwielbiali go do tego stopnia, że informacja o jego transferze wywoływała falę protestów przed stadionem. Oto historia Fernando Redondo.

Przeczytaj również: „Horst Dassler – człowiek, który wykreował Blattera

19 kwietnia 2000 roku. Słynne Old Trafford, Teatr Marzeń, a na nim 22 aktorów, grających role w jednym z największych widowisk w historii Champions League. Manchester United gości największego z możliwych rywali, madrycki Real i już na samym początku dostaje prawego sierpowego w postaci samobójczej bramki Roy’a Keane’a. Manchester jednak przeważa, Yorke i Beckham szaleją, a podopieczni trenera Vicente Del Bosque już ledwo trzymają się na nogach, przyjmując huraganowe ataki „Czerwonych Diabłów” we własnym polu karnym. W tym momencie budzą się jednak oni – Raul Gonzalez i nasz dzisiejszy bohater, Fernando Redondo. Najlepsi kumple na boisku i poza nim, postanowili po raz kolejny rozegrać swoją partię zawodów. El Siete, zakończył w drugiej połowie zabójczą kontrę Realu, plasowanym strzałem w długi róg bramki. Jednak prawdziwe trzęsienie miało dopiero nadejść.

52 minuta. Fernando Redondo wziął piłkę na siebie i popędził lewym skrzydłem, biegnąc równolegle z Henningiem Bergiem. Norweg, znany ze swojej solidności i nieustępliwości, wydawał się w tym momencie nie do przejścia, jednak Redondo wykonał taconazo, które na zawsze utkwiło w pamięci całego Madridismo. Zresztą, mój opis nie odda w pełni kunsztu tego zagrania, więc obejrzyjcie je sami.

Jestem oczywiście świadomy tego, że większość z Was zna to zagranie na pamięć, a dla każdego madridisty należy ono do tych z gatunku „must know”. Mimo wszystko trudno jednak nie rozpoczynać opowieści o Fernando Redondo od tamtego wieczoru i zagrania, przez które na stałe zapisał się w annałach futbolu. Zresztą sam Alex Ferguson, nie mogąc wyjść z podziwu, dla występu argentyńskiego pomocnika, skwitował go w następujący sposób: „ Co ten zawodnik miał w butach? Magnes? Przejmował każdą piłkę, którą staraliśmy się wprowadzić w ich strefę obronną…”. No właśnie te słowa idealnie podsumowują ten… idealny występ popularnego „El Flaco” (z hiszp. chudzielec), który do dzisiaj uznawany jest za jeden z najlepszych, jeżeli nie najlepszy indywidualny występ na Old Trafford w wykonaniu zawodnika drużyny przeciwnej.

Była to wisienka na torcie, wieńcząca długą i bogatą karierę „Księcia Madrytu” w ekipie Królewskich, po której zanotował on niestety powolny zjazd w dół. Ale po kolei. Zacznijmy od początku.

„Najpierw szkoła, później piłka”

Oj nasłuchałem się tego stwierdzenia, które przez pewien czas było ulubionym sloganem moich rodziców. Z Fernando Redondo było podobnie, jednak on akurat nie miał z tym najmniejszych problemów. Urodził się w 1969 roku w bogatej dzielnicy Buenos Aires – Adrogué. Pochodził z rodziny, zaliczającej się do szeroko rozumianej „klasy średniej”, jednak byli on na tyle bogaci, że mogli sobie pozwolić na mieszkanie w tej jednej, z najbardziej prestiżowych miejscówek w stolicy Argentyny. Młody Fernando był wyjątkowo uzdolniony, jednak jego życie w zupełności pochłaniała piłka. Jak się okazało, wszystkiego czego się imał w życiu, zamieniało się w złoto i dzieciak był tak dobry, że w wieku 16 lat (!) otrzymał szansę debiutu w argentyńskiej Primera Division w brawach Argentinos Juniors. Co ciekawe grę łączył ze studiami prawniczymi, które jak się później miało okazać, traktował równie poważnie jak piłkę.

W ciągu pięciu lat gry dla Bichos Colorados (z hiszp. Czerwone Robaki) wyrobił sobie markę piłkarza znacznie dojrzalszego, niż wskazuje na to jego wiek. Oczywiście wieści, o uzdolnionym pomocniku szybko dotarły do Europy, a do Argentyny zaczęły ściągać tabuny przedstawicieli klubów, zwłaszcza z Półwyspu Iberyjskiego. Wybrał Teneryfę, do której odszedł w 1990 roku, głównie dzięki perswazji ówczesnego trenera Kanaryjczyków – Jorge Solariego. Redondo zachęciła przede wszystkim renoma argentyńskiego trenera, który doprowadził Independiente Buenos Aires do tytułu mistrza Argentyny w sezonie 1987-1988.

„Jak nie możesz pokonać przeciwnika, to go rozkup”

Rok później jego miejsce zajął jednak Jorge Valdano, co było prawdziwym darem od niebios dla „El Flaco”. Legenda Realu należała bowiem do tej szkoły argentyńskich trenerów, którzy lubili posiadanie piłki, dbali o estetykę widowiska i skupiali się przede wszystkim na grze do przodu. Redondo identyfikował się bliżej z tą grupą trenerów (była jeszcze druga, o niej później) i w systemie Valdano czuł się jak ryba w wodzie, odgrywając w nim kluczową rolę. Zwłaszcza sezon 1991/92 był znamienny, gdyż Teneryfa zajęła wtedy piąte miejsce w tabeli, a w ostatniej kolejce ograła Real u siebie, zapewniając mistrzostwo FC Barcelonie rzutem na taśmę. Scenariusz był więc łatwy do przewidzenia. Valdano powrócił jako syn marnotrawny do Madrytu i zabrał ze sobą reżysera swojej gry, za którego „Królewscy” zapłacili zaledwie pięć milionów dolarów. W kontekście tego, co zawodnik miał osiągnąć w ciągu najbliższych sześciu lat i tego, jak ważną postacią się stanie dla madridismo, kwota co najmniej śmieszna.

Redondo z miejsca otrzymał miejsce w składzie i stał się dla klubu tak istotną postacią jak Manuel Sanchis czy też Fernando Hierro. Już w pierwszym sezonie klub zdobył mistrzostwo Hiszpanii, a wkład Fernando w ten sukces był niepodważalny. W następnym sezonie zespół wreszcie zadebiutował w Lidze Mistrzów, jednak nieudana przygoda z tymi rozgrywkami (odpadnięcie z Juventusem w 1/4 finału), a także odległe miejsce w lidze kosztowały Valdano posadę. W jego miejsce przyszedł Fabio Capello, który był sceptycznie nastawiony do defensywnych możliwości „El Flaco”, głównie przez słabe warunki fizyczne jakie prezentował. Ustawił go więc wyżej, czyniąc z niego mózg drużyny, a Redondo odpłacił się znakomitym sezonem. Capello był tak zachwycony swoim podopiecznym, że w momencie, kiedy Włoch wylatywał z Madrytu za „nudny styl, jaki prezentowała drużyna”, chciał zabrać Argentyńczyka ze sobą do Milanu. Koniec końców wylądował ostatecznie w Milanie, ale trzy lata później…

Lider z krwi i kości

Od sezonu 1997/98 stał się niekwestionowanym liderem madryckiej drużyny, prowadząc ją do zwycięstwa w Lidze Mistrzów. W finale w Amsterdamie, Redondo całkowicie zdominował środek pola, czyniąc z Davidsa i Zidane’a kompletnie bezbarwnymi w przeciągu całego spotkania. Na potwierdzenie uzyskał miano piłkarza tego spotkania, co tylko utwierdzało w przekonaniu, że Redondo był absolutnym królem środka pola Realu Madryt. Jednak to jeszcze nie był szczyt jego możliwości.

Dwa lata później, madrycki Real nie spisywał się najlepiej w lidze i jedyną szansą na powtórne wystąpienie w Lidze Mistrzów w następnym sezonie było zdobycie tytułu. Wtedy właśnie doszło do wspomnianego na początku artykułu spotkania, które na stałe przeszło do historii tych elitarnych rozgrywek. Po wyeliminowaniu Manchesteru United, na drodze Realu stanął Bayern i Redondo ponownie zdominował środek pola, wyłączając całkowicie z gry Stefana Effenberga. Królewscy ograli w dwumeczu Bawarczyków i dotarli do finału, gdzie czekała na nich Valencia, która rok wcześniej ograła Real 6:0 w półfinałach Copa del Rey.

Fernando Redondo Raul
Fernando Redondo i Raul – dwaj przyjaciele z boiska.

Spotkanie było jednak tylko formalnością, a Redondo po raz kolejny zachwycił. Real ograł rywali 3:0, a Redondo jeszcze tego samego wieczoru otrzymał nagrodę dla najlepszego zawodnika całych rozgrywek i rzecz jasna, miejsce w drużynie marzeń. Nie było wątpliwości, Argentyńczyk był w tym czasie najlepszym środkowym pomocnikiem na świecie. Kto mógł się spodziewać, że będzie to jego ostatnie spotkanie dla „Los Blancos”?

Legenda musi odejść

Czas Redondo w Madrycie dobiegał jednak końca. Z jednej strony trudno się było tego spodziewać, wszak Argentyńczyk dopiero zebrał wszystkie możliwe laury i wybierany był do wszelkich „jedenastek marzeń”, dodatkowo zostając piłkarzem roku w Madrycie, sam deklarował chęć spędzenia reszty kariery w zespole „Królewskich”, a kibice go uwielbiali. Jak się jednak okazało, decyzja nie należała do niego.

Był to okres wyborów prezydenckich, a zaciekłą rywalizację między sobą toczyli Lorenzo Sanz i Florentino Perez. Piłkarz popełnił w tym czasie strategiczny błąd, opowiadając się po stronie długoletniego prezesa, który ostatecznie przegrał wybory. Biznesowy pragmatyzm i potrzeba przezwyciężenia finansowych problemów wzięła górę. Perez obiecał sprowadzenie Figo, co w połączeniu z problemami finansowymi klubu, wymagało poszukania środków i oszczędności w szatni. Padło na Anelkę, Karembeu i… Redondo, którego odejście w tamtych czasów można było traktować w kategoriach science-fiction. Jak się okazało, nie była to burza w szklance wody, a rzeczywisty zamach na jeden z symboli ery Lorenzo Sanza, który zakończył się nawet protestami kibiców pod Santiago Bernabeu, niemogących pogodzić się z odejściem swojego idola.

Wobec wieści o chęci sprzedaży Redondo przez Pereza, w Madrycie pojawili się przedstawiciele Milanu z Galianim na czele. Negocjacje trwały zaskakująco szybko, wskutek oczywiste zbieżności interesów obu stron i ostatecznie suma transferu miała wynieść w okolicach 15 milionów euro, kluczowych pieniędzy dla nowego prezesa Realu. Co ciekawe, o całej transakcji nie wiedział sam zainteresowany, który do końca deklarował, że nigdzie się nie wybiera. Ostatecznie, gdy został powiadomiony o ofercie przez swoich przedstawicieli (którzy, go wcześniej nie informowali), zdecydował się odejść, będąc świadomym tego, że z Perezem nie wygra i jego rola będzie marginalizowana.

Fernando Redondo
Redondo dwukrotnie w barwach Realu zdobył Puchar Mistrzów.

Jego odejście spotkało się z gigantyczną falą protestów, a kibice zgromadzili się pod stadionem, niszcząc samochód Galianiego i żądając dymisji Pereza. Popularne wtedy były hasła krytykujące transfer Portugalczyka i sugerujące jego wstrzymanie, co mogłoby doprowadzić do pozostania Redondo w Madrycie. Ostatecznie wszystko rozeszło się po kościach, a Argentyńczyk wylądował w Mediolanie.

Upadek

Jego transfer do Milanu okazał się początkiem końca. Już dzień po jego przybyciu, w trakcie badań medycznych, jego kolano miało problemy z wytrzymaniem testów wydolnościowych na bieżni. Następnego dnia Redondo sygnalizował problemy z udem, jednak najgorsze miało dopiero nadejść. Dwa tygodnie później w trakcie jednego z treningów, wbiegł w dziurę na boisku i przeciążył prawe kolano w taki sposób, że doznał zwichnięcia pierwszego stopnia, co skutkowało operacją. Co gorsza, dokończył trening, co było jego gwoździem do trumny. Kolano miało się już nigdy nie zregenerować…

Potem nastąpiła już kolejna operacja, przedłużająca się rehabilitacja, która spowodowała, że w drużynie zadebiutował dopiero 3 grudnia 2002 roku – 29 miesięcy po transferze do Włoch. W meczu Pucharu Włoch zmienił Andrija Szewczenkę i otrzymał owację na stojąco od 67 tys. ludzi zgromadzonych na San Siro. Łącznie rozegrał dla „Rossonerrich” tylko 29 spotkań, co było nie lada ciężarem dla Redondo, który chciał nawet zrezygnować ze swojego uposażenia, samochodu i domu, o czym zresztą rozmawiał z Galianim jeszcze w 2001 roku. Niespotykana postawa, prawda?

Ostatnią kartę w swojej pięknej, piłkarskiej karierze zapisał 16 maja 2004 w spotkaniu z Brescią, po czym ogłosił zakończenie kariery.

Konfliktowy charakter czy człowiek z zasadami?

Do tej pory pominąłem wątek jego kariery reprezentacyjnej i był to oczywiście zabieg celowy. Jego kariera w barwach Albicelestes nie należała do najokazalszych i swój licznik występów zatrzymał na 29. Trzeba przyznać, że jak na piłkarza tej klasy nie jest to liczba oszałamiająca, jednak jak się można domyślać, aspekty piłkarskie nie odgrywały tutaj żadnego znaczenia.

W kadrze zadebiutował grając jeszcze dla Argentinos Juniors i był brany pod uwagę, jako potencjalny kadrowicz w kadrze Carlosa Bilardo, wybierającej się na mistrzostwa świata do Włoch w 1990. Ostatecznie, po otrzymaniu kilku powołań na mecze towarzyskie przed wyjazdem, odmówił przyjazdu ze względu na… egzaminy z prawa, które miał do zaliczenia. Oczywiście uważa się, że był to tylko oficjalny powód, a prawdziwą przyczyną odmowy była niechęć młodego pomocnika do selekcjonera, który reprezentował bardziej fizyczną i taktyczną stronę argentyńskiej myśli szkoleniowej.

Po mundialu Bilardo został zastąpiony przez Basile, którego młody Redondo mocno szanował i było wrażeniem jego umiejętności trenerskich. „El Loco” również pałał słabością do pomocnika i zrobił z niego etatowego reprezentanta, który stał się liderem drużyny na mistrzostwach świata w 1994 roku. Tam jednak lepsi w 1/8 finału okazali się Rumuni, prowadzeni przez Hagiego. Bielsa musiał odejść, a zastąpił go Passarella, który z kolei należał do tej szkoły argentyńskich trenerów, którzy uważali, że zwycięstwo trzeba wyszarpać, bez względu na koszty. Koszmar Redondo powracał.

Fernando Redondo
Podczas prezentacji w Milanie.

Dodatkowo Passarella wprowadził bardzo surowy regulamin zakazujący np. gry w długich włosach, co uderzało bezpośrednio w Redondo, który za czasów wczesnej gry w Realu mógł się pochwalić bujną czupryną. Efekt? Konflikt i Argentyńczyk nie pojechał na mistrzostwa świata do Francji, bo nie chciał skrócić swoich włosów (mimo, że i tak były już krótsze niż normalnie). Ponownie był to jednak powód oficjalny, gdyż pomocnik najzwyczajniej w świecie nie godził się na rolę żołnierza w armii Passarelli i nie godził się na jego autorytarny sposób rządzenia drużyną.

Po mundialu zagrał jeszcze w dwóch spotkaniach m.in. z Brazylią, zostając graczem meczu, po czym zrezygnował z gry w kadrze, tłumacząc się „potrzebą skoncentrowania się na grze w klubie”. W ten oto sposób skończyła się jego pełna konfliktów kariera w reprezentacji. Nie tak okazała, jak być powinna.

Najlepszy?

Czy to był najlepszy defensywny pomocnik w historii? Pewnie nie. Z pewnością był to jednak najbardziej elegancko grający piłkarz lat 90-tych, którego oglądanie zapewniało doznania estetyczne godne największych wystaw i eksponatów Luwru czy też Museo del Prado. Trudno nie uznać, że argentyński pomocnik był właśnie takim dziełem sztuki, które pojawia się raz na 50 lat i naznacza koniec pewnej epoki i początek nowej. I być może rzeczywiście, nie był on najlepszy, ale trudno nie uznać go za archetyp nowocześnie grającego środkowego pomocnika. Protoplasty Pirlo, Modricia, i wielu, wielu innych.

PIOTR JUNIK


Piotr Junik
O Piotr Junik 18 artykułów
Sympatyk Realu Madryt i wszystkiego, co związane z ligą hiszpańską. Oprócz tego piłka reprezentacyjna i futbol na uboczu. Fan seriali i muzyki elektronicznej.