Retro wywiad #18: Daniel Dubicki

Jak wyglądała korupcja w Polkowicach? Dlaczego ochroniarze nie chcieli go wpuścić na stadion? Jak wygląda życie po profesjonalnej karierze? O tym wszystkim mówi Daniel Dubicki – były piłkarz m.in. Wisły Kraków.

Puck kojarzy mi się z Morzem Bałtyckim, plażami i pięknymi dziewczynami, jak to się stało, że młody Daniel zamiast za dziewczynami ganiał za piłką? A może ganiał i za piłką i za dziewczynami?

Ganianie za piłką zawsze było moim marzeniem, chyba nawet większym niż posiadanie dziewczyny. Od szóstego roku życia co roku dostawałem piłkę od rodziców i zawsze starczała mi na rok. Wiadomo, że były ciężkie czasy – PRL, stan wojenny – bardzo trudno było wtedy dostać skórzaną piłkę, a ja ją dostawałem i zawsze byłem z tego powodu szczęśliwy. Rodzice chyba też, bo dzięki temu nie musieli mnie pilnować.

Można powiedzieć, że jak już zacząłeś grać profesjonalnie, to ruszyłeś z kopyta, bo już na samym początku kariery zagrałeś w meczu derbowym z Lechią Gdańsk, w którym strzeliłeś dwie bramki. Wtedy zrobiło się o Tobie głośno.

Była taka śmieszna anegdota dotycząca tego meczu, bo wstawiali mnie na ten pojedynek dość niespodziewanie. Ochroniarze mnie nie znali, nie wiedzieli kim ja jestem. Mając 15 czy 16 lat, nie wyglądałem na zawodnika, który miał grać w piłkę. Wyszedłem na chwilę poza stadion, żeby wziąć sprzęt i potem oni nie chcieli mnie wpuścić, bo sądzili, że taki młody chłopak nie może grać w zespole. Dopiero interwencja kierownika drużyny pozwoliła mi wejść. Ogólnie to trochę dziwne przeżycie, bo mając 16 lat grałem z piłkarzami, którzy mieli rodzinę i często byli już po trzydziestce, a na przykład taki Mietek Gierszewski miał bodajże 36 czy 37 lat, więc różnica wieku ogromna.

No właśnie, jak to jest wejść do szatni, gdzie w większości znajdowali się piłkarze z dużym doświadczeniem, którzy – wiemy, jakie były czasy – za kołnierz nie wylewali, a młodym potrafili urządzić niezłą szkołę życia?

Czasy były naprawdę ciężkie. Nie mówię, że jak w wojsku, ale trzeba być mocnym psychicznie, żeby przetrwać. Nie uważam, że to było jakieś złe, bo my jako młodzi, musieliśmy wykonywać różne rzeczy, przynosić sprzęt i tak dalej, i chyba tak powinno to wyglądać. Z czasem troszkę się to pozmieniało, ale ja uważam, że szacunek dla starszych zawodników powinien być zawsze. Później ja wszedłem na miejsce tych doświadczonych, ale zawsze uważałem, że noszenie sprzętu to nic haniebnego. Inna sprawa, że jak grasz nieźle i pomagasz wygrać mecz, to ciebie też szanują. To, czy masz 16, czy 35 lat nie ma znaczenia. Ważne, żeby pokazać, że jesteś potrzebny drużynie.

Jednak pomimo tego, że w Gdyni grali bardzo utalentowani piłkarze, to miasto przez długi czas nie miało swojego przedstawiciela w ekstraklasie, dlaczego tak się działo? Brakowało klimatu dla futbolu?

Na początku było dobrze, ale to był czas wielkich przemian i później zaczęły się problemy finansowe. Na pewno stworzyliśmy tam coś fajnego – połączenie rutyny z młodością. Grali między innymi Andrzej Golecki czy Mietek Gierszewski, a nas było trzech młodych, którzy wchodzili do zespołu – ja, Michał Smarzyński, Michał Biskup i jeszcze Maciej Pudysiak – ta mieszanka pozwalała nam wygrywać mecze. Ci starsi trzymali zespół, a my mieliśmy większą fantazję, bo nie czuliśmy presji.

W 1995 roku odszedłeś z Bałtyku i trafiłeś do ŁKS-u Łódź. Ciężko było odnaleźć się w szatni, w której rządzili weterani boisk ekstraklasy?

Tam już panował wielki respekt wobec tych piłkarzy. Musiałbym wymienić wszystkich zawodników, żeby nikogo nie pominąć, ale kilku z nich miało po 300 czy 400 występów w ekstraklasie. Dla chłopaka, który przychodzi z drugiej ligi, na pewno nie jest łatwo, ale jakoś udało się przebić. Później w tym ŁKS-ie razem z Markiem Saganowskim stworzyliśmy chyba najmłodszy atak w ekstraklasie, a razem mieliśmy tyle lat co Marek Chojnacki.

Z tego, co wiem, to na treningach ŁKS-u trzeszczały wtedy kości…

Te czasy kształtowały charakter. Mieliśmy gierki w środę i graliśmy do tego czasu, kiedy starzy nie wygrali. I to nie w grę taką delikatną, a bardzo ostrą. Starsi zawodnicy w ten sposób kształtowali charakter młodszych. Uczyli, że ten młody chłopak nie może być miękki, że ma być twardy, musi wyjść na to boisko i zasuwać.

Jesienią 1995 roku wraz z Marcinem Mięcielem stworzyłeś jeden z najlepszych duetów ofensywnych w lidze. To chyba wtedy nazwisko Dubicki zaczęło poważnie liczyć się w polskim futbolu.

Z Marcinem znamy się jeszcze od czasów juniorskich. Ja zaczynałem w Bałtyku, a on w Lechii Gdańsk i graliśmy przeciwko sobie na poziomie makroregionu. Graliśmy też razem w reprezentacji U-21. Zawsze dobrze się rozumieliśmy. Marcin nigdy nie był egoistycznym zawodnikiem, ja też nie i to było widać, że żadnemu z nas nie zależy na tym, żeby koniecznie strzelić bramkę. Chyba dlatego ta gra stanowiła kolektyw. Poza meczami i treningami też często trzymaliśmy się razem i być może w ten sposób to nam wypaliło.

Nie miałeś wtedy ofert z zagranicy?

Wtedy jeszcze nie, ale później dostałem ofertę wyjazdu do Brazylii razem ze świętej pamięci Krzyśkiem Nowakiem i Mariuszem Piekarskim. Zrobiliśmy jakieś tam wrażenie na brazylijskich menadżerach. Krzysiek z Mariuszem zostali, ale ja nie dogadałem się z prezesem Ptakiem i musiałem zostać w Polsce.

Odszedłeś z Łodzi, bo zgłosiła się po Ciebie Wisła. Co cię przekonało?

Przyszedł wtedy do klubu Mirek Trzeciak i stworzył duet z Markiem Saganowskim, więc dla mnie zwyczajnie zabrakło miejsca w składzie. Ja wtedy jeszcze nie wiedziałem, że w Krakowie będzie tak silny zespół. Byłem pierwszym nabytkiem Wisły za czasów Tele-Foniki. Zajmowali wówczas 13. miejsce, więc przychodziłem do zespołu, który miał walczyć o utrzymanie, a potem przyszli tacy zawodnicy, że zajęliśmy czwarte miejsce.

Trudno było zaaklimatyzować się w Krakowie?

Niełatwo. Rywalizacja od początku była bardzo duża. Ja też nie grałem tam pierwszych skrzypiec, ale myślę, że jak wchodziłem, to nie przeszkadzałem, tylko pomagałem tej drużynie. Nie odgrywałem tam kluczowej roli, bo Wisła na brak klasowych napastników wtedy nie narzekała. Cieszę się, że dostawałem te kilkanaście minut i mogłem coś wnieść.

Trenerem był wtedy Wojciech Łazarek, który potrafił porządnie przegonić swoich piłkarzy. Nie czułeś, że trenujecie zbyt ciężko?

Z perspektywy czasów uważam, że te metody powinny być dostosowane do zawodnika. Ja jestem typowym szybkościowcem i bieganie po górach mnie nie przygotuje, tylko zarżnie mój organizm, a wówczas nie będzie ze mnie żadnego pożytku. I to było widać po przygotowaniach u Pana Łazarka, bo potem na testach szybkościowych skończyłem chyba przedostatni, gdzie zawsze było na odwrót. Jedynym plusem czegoś takiego jest to, że człowiek może wyrobić sobie charakter. Nie raz i nie dwa nie było siły, ale charakter kazał biec dalej. Nie wiem czy część dzisiejszych młodych piłkarzy dałaby radę pójść w góry i biegać trzy godziny, bo nie dość, że to jest mentalnie ciężkie, to jeszcze wyczerpujące.

Trenowałeś też pod okiem trenera Smudy. Czy to prawda, że kilka lat wcześniej przy okazji derbów Łodzi nazwałeś go volksdeutschem?

Tak, to prawda, ale to były emocje. Ktoś, kto nie grał w takich derbach jak mecz Widzew – ŁKS może tego nie zrozumieć. Trener coś mi powiedział, ja mu odpowiedziałem i tyle – pyskówka jak pyskówka. Potem mi to wypomniał, ale doszedłem do wniosku, że jak ktoś mnie zaczepia, to nie ma sensu odpowiadać. Nauczyłem się na tym przykładzie, że nieraz lepiej trzymać gębę na kłódkę.

Pod okiem trenera Smudy, Wisła zagrała jeden z najlepszych meczów pucharowych, w którym rywalem była włoska Parma. Jak wspominasz rywalizację z tym zespołem?

U siebie naprawdę było blisko, ale na wyjeździe już zauważalna była różnica. Oni wyszli na boisko z przekonaniem, że muszą wygrać ten mecz. Nie byliśmy w stanie w tym meczu połasić się o lepszy wynik. Do dziś, jak oglądamy z synem jakąś Ligę Mistrzów, albo Juventus, to wspominam, że tata grał przeciwko Buffonowi. Oni mieli wtedy rewelacyjną drużynę. Największe wrażenie zrobił na mnie Juan Sebastian Veron. Miał niesamowity spokój i bajeczną technikę, prezentował zupełnie inny poziom. Jak się go ogląda, to tak tego nie widać, ale jak człowiek zagra przeciwko niemu, to dopiero widzi tę różnicę, że pomimo tego, że miał tak mało miejsca, to potrafił zrobić z piłką wszystko.

Z Wisłą zdobyłeś mistrzostwo, ale później wypożyczano cię do Ruchu, Zagłębia, Pogoni i Widzewa. Tak częste zmiany nie pomagają w rozwoju.

Na pewno, ale ja przede wszystkim chciałem grać. Nie lubiłem być zawodnikiem, który nawet nie znajduje się w 18. Miałem ambicję, a czas dla piłkarza szybko upływa, więc próbowałem swoich sił w innych miejscach. Są plusy i minusy tych wypożyczeń, bo przeżyłem dzięki temu piękne chwile, poznałem wielu wspaniałych ludzi, nowe miejsca. Na pewno najłatwiej byłoby być tak dobrym, żeby grać w Wiśle, ale tam mieli lepszych, a ja chciałem grać. Od małego marzyłem o grze w piłkę, to teraz miałem teraz siedzieć i brać za to pieniądze? Nie. Granie było dla mnie najważniejsze.

Kiedy wróciłeś, nie spodziewałeś się, że będziesz odgrywał kluczową rolę, ale to właśnie twój gol zamknął rywalizację Wisły Kraków z włoską Parmą, dzięki czemu udał wam się rewanż za wcześniejszą porażkę.

Przede wszystkim muszę podziękować tutaj trenerowi Kasperczakowi, który na mnie postawił. Miałem pewne problemy z Wisłą, bo sądziłem się o pieniądze. Wcześniej też przez pół roku nie grałem, bo w Widzewie miałem złamaną rękę. Wróciłem i trenowałem z drugim zespołem, z chłopakami którzy mieli po 17 i 18 lat, chociaż miałem już wtedy 28. Pracowałem z trenerami rezerw, którzy bardzo dobrze mnie przygotowali. W każdym sparingu udowadniałem, że potrafię grać w piłkę i kiedy Tomasz Frankowski doznał jakiejś kontuzji, dostałem szansę w pierwszym zespole i później jakoś to poszło. Trener widział moje zaangażowanie i chyba sądził, że coś tam mogę wnieść do tej drużyny. Na pierwszy mecz wyjazdowy Kasperczak mnie nie wziął i trochę się załamałem, bo wyglądałem bardzo dobrze fizycznie i myślałem, że mnie zabierze. Zdziwiłem się, że wybrał mnie do 18 na drugi mecz. Przegrywaliśmy 0:1 i zacząłem się grzać. W końcu trener spojrzał na mnie i powiedział, że wchodzę. Znów się zdziwiłem, zapytałem czy to na pewno chodzi o mnie, czy to ja mam wejść, a on mnie zawołał i powiedział, że mam grać tak, jak umiem najlepiej. Poczułem się tak, jakby to miał być mój ostatni mecz w życiu, no i poszło. Miałem jakieś takie szczęście do pucharów, bo chociaż nie strzelałem tam dużo bramek, to dobrze się czułem i tak też mi się grało.

Potem graliście z Schalke Gelsenkirchen. Jeśli dzisiaj ktoś powie, że polski klub może wyeliminować z europejskich pucharów czołowy klub niemiecki, to pewnie wszyscy zaczęliby się pukać w głowie. Wy tego dokonaliście i wyrzuciliście Schalke za pucharową burtę.

My, jako drużyna z Polski, nie byliśmy wysoko oceniani w Niemczech. Dziś się to zmienia, ze względu na Lewandowskiego czy Piszczka, ale wtedy nie. W 80. minucie, przy stanie 4:1 kibice już opuszczali stadion, bo nie mogli uwierzyć w to, że niemiecki zespół przegrywa tak wysoko z polską drużyną. Oni nie mogli tego znieść, bo przecież pod względem sportowym czy finansowym byli od nas dużo silniejsi. Nawet już nie kibicowali, bo to dla nich kompromitacja. U nas z kolei wszystko się zgrało – trener, drużyna – wszystko to przyszło w odpowiednim miejscu i czasie i mieliśmy bardzo silną drużynę.

Z każdym mogliście grać jak równy z równym, również dzięki znakomitej atmosferze. Jak udało wam się ją wypracować?

Atmosfera w szatni była bardzo dobra, a poza szatnią jeszcze lepsza. Każdy czuł się potrzebny w tej drużynie i to było widać, że nawet my zmiennicy, byliśmy tak głodni gry, że wnosiliśmy coś do zespołu. Na tamtą chwilę Wisła miała jeszcze jedną jedenastkę, która spokojnie wygrałaby rozgrywki ekstraklasy.

Legia miała swój Garaż, Widzew miał lokal o nazwie John Bull, Wisła też miała swój lokal, w którym były wyjaśniane pewne sprawy?

Mieliśmy taki lokal, który nazywał się Akwarium i tam zawsze siadaliśmy przy piwku, żeby porozmawiać o meczu. Z atmosferą jest tak, że zawsze się ją robi najpierw na boisku, kiedy są wyniki, bo jak ich nie ma, to trudno o zbudowanie pozytywnego nastawienia. A jak już jest atmosfera, to jest całkiem inne podejście do tego, żeby usiąść i porozmawiać o różnych rzeczach i my tak właśnie robiliśmy.

Lazio skończyło Waszą pucharową przygodę. Czy ten zespół rzeczywiście był nie do przejścia?

Z perspektywy czasu uważam, że Wisła mogła wtedy dojść gdzieś do półfinału Pucharu UEFA. Z meczu na mecz czuliśmy się coraz pewniejsi. Przygotowywaliśmy się we Francji, w Holandii i graliśmy z zespołami francuskimi jak Monaco czy Lyon i nigdy nie było widać między nami różnicy. Z Lazio strzeliliśmy trzy gole na wyjeździe i u siebie wystarczyło nam 1:1. Myślę, że duże znaczenie miała sprawa tego nieszczęsnego boiska, przez które mecz został początkowo przełożony. My byliśmy naprawdę dobrze przygotowani na ten pierwszy termin, ale niestety warunki atmosferyczne nam nie sprzyjały. Włosi też bardzo chcieli przełożyć to spotkanie. Szkoda. Prowadziliśmy nawet 1:0, ale później straciliśmy dwie bramki i nie potrafiliśmy nic strzelić. Tam mieli super zawodników. Pamiętam jak dziś, kiedy się zderzyłem z Jaapem Stamem, to poczułem to naprawdę mocno.

Oglądałem ten dwumecz z Lazio i pamiętam doskonale jak w drugiej połowie meczu rewanżowego Włosi ustawili to swoje catenaccio…

Naprawdę ciężko było ich wtedy ugryźć. Kiedy graliśmy u nich, oni ciągle doprowadzali do tego, że graliśmy jeden na jednego, ale kiedy przy stanie 2:1 w meczu rewanżowym oni się zamurowali, to już nie było o czym mówić. Mieliśmy chyba tylko jedną akcję, po której ktoś oddał strzał, ale nie tak jak w pierwszym meczu, gdzie zostawiali sporo miejsca do grania.

Jak wspominasz trenera Kasperczaka?

To najlepszy trener, jakiego w życiu spotkałem. On zdecydowanie preferował futbol do przodu i my też tak graliśmy, co było bardzo miłe dla oka. Nigdy nie ograniczaliśmy się do obrony i może dlatego te inne drużyny z europejskich pucharów myślały, że przyjadą i nas nastraszą, a my zawsze graliśmy konsekwentnie w lidze i to samo przekładaliśmy na europejskie puchary. Jak posiadasz piłkę i grasz do przodu nawet z tymi silniejszymi drużynami, to rywal musi się skupić na defensywie, co wcale nie jest takie łatwe.

Z Wisłą przeżyłeś wiele wspaniałych przygód, ale też sądziłeś się o pieniądze. Jak wpłynęło to na twoje dalsze piłkarskie losy?

Chodziło o to, że ja wróciłem z wypożyczenia z Widzewa w maju, ale ani Widzew, ani Wisła nie chciały mi zapłacić. Teoretycznie byłem już wtedy piłkarzem Wisły i o to się sądziłem. Dostałem wszystkie pieniądze i później zostałem odesłany do drugiego zespołu, ale z perspektywy czasu uważam, że takie rzeczy się zdarzają. Walczyłem o swoje, bo uważałem, że skoro jestem piłkarzem Wisły, to należy mi się to, co mam zapisane w kontrakcie.

Chyba najtrudniejszy moment w Twojej karierze to czas spędzony w Górniku Polkowice, gdzie zostałeś zamieszany w aferę korupcyjną. Opowiesz o tym?

Z tą aferą korupcyjną trzeba zacząć od samego początku. Wszyscy dziś uważają, że winni są piłkarze, ale nie wszyscy chcą wiedzieć, jaki wtedy był system. A funkcjonowało to tak, że tą stroną, która bardzo wymuszała pewne podejście do takich rzeczy byli sędziowie i działacze. Piłkarz to tylko mały trybik w tym wszystkim, ale on zawsze zostawał w pierwszej kolejności skazany. Ciekawe, że nikt z PZPN-u nigdy za to nie odpowiedział. Nie mówię o tym dlatego, że chcę się wybielić. Prawda jest taka, że wtedy nie zrzucaliśmy się na sędziego dlatego, żeby zyskać jego przychylność, tylko po to, żeby on sędziował normalnie. Dostawał z dwóch stron i dla niego to bez różnicy, tylko jakby nie dostał z tej drugiej strony, to byłoby jasne komu wtenczas pomoże. W Wiśle tego nie robiliśmy, nawet Pan Cupiał kiedyś powiedział, że jakby usłyszał o jakiejś korupcji to by zaorał klub. Byliśmy tak dobrzy, że sędzia i tak nie zrobiłby nam krzywdy, a pewnie tylko by się zbłaźnił. W Polkowicach inna sprawa, bo walka o utrzymanie i z perspektywy czasu jest to dla mnie straszne, że musiałem w tym uczestniczyć. Swoją karę już odbębniłem, bo dostałem zawiasy. Dziwne czasy. Ciężko było powiedzieć, że nie będę się zrzucał – chodziło o pewną presję otoczenia, która miała na to wpływ. Kiedy już mnie zaprosili do prokuratury, to od razu się przyznałem, bo dlaczego miałem ściemniać, że nie wiem… Byłem już starszym zawodnikiem. Przyznałem się i tyle. Żałuję tego, bo całe życie człowiek grał i nagle wyszła taka sytuacja. Wszystkich przed tym przestrzegam, ale prawda jest taka, że wszędzie, gdzie są duże pieniądze, tam jest ryzyko korupcji.

Potem trafiłeś do Podbeskidzia, ale to już zmierzch Twojej kariery…

Tam już się lekko rozsypałem, bo miałem problem z kolanem, później z kręgosłupem i lekki niedowład lewej nogi. Zdawałem sobie sprawę z tego, że już zbliżam się do końca kariery, chociaż gdybym wtedy wiedział to, co wiem teraz na temat fizjologii i przygotowania, może bym pobiegał jeszcze trochę za piłką. W sumie zacząłem grać w seniorach mając 15 i pół roku. Grając w Podbeskidziu miałem 30, a przeważnie jest tak, że ludzie grają na wysokim poziomie przez 15 lat, jeśli uda im się uniknąć kontuzji. Dziś gra się trochę dłużej, bo są inne możliwości. Dużo powiedział mi Pan Szul, który pracował w Wiśle i dopiero wtedy dowiedziałem się co i dlaczego mam robić, a to przynosiło efekty.

Po zakończeniu kariery próbowałeś różnych rzeczy, zajmowałeś się między innymi rozwożeniem warzyw. Ludzie nie pytali Cię jak to się stało, że były piłkarz zajmuje się takimi rzeczami?

Wstawałem o wpół do trzeciej, o trzeciej jechałem 10 kilometrów na rowerze, potem ładowałem busa z warzywami i jeździłem po punktach, w których trzeba było to zrzucić. Nie uważam, że jakaś praca hańbi. Była potrzeba znalezienia pracy, bo budowałem dom, funduszy trochę zabrakło i nie miałem z tym problemu. Nie myślałem o tym, co ludzie powiedzą, bo ja chcę utrzymać rodzinę i tyle. Słyszałem dużo takich uwag, jak mogę się czymś takim zajmować, bo przecież kiedyś nawet w telewizji się pojawiałem, ale to mnie nie interesuje.

Teraz można Cię spotkać w sopockim klubie, gdzie decydujesz kto może wejść do lokalu…

Ludzie mnie czasem poznają i pytają, jak to jest, że były piłkarz stoi na bramce. Wciąż lubię piłkę nożną, ale istnieje też życie poza nią i nie mam z tym problemu. Nie zarobiłem tyle pieniędzy, żeby w ogóle nie pracować. Moi rodzice byli nauczycielami i u mnie nigdy się nie przelewało, więc teraz też nie wstydzę się iść do pracy, żeby rozwozić warzywa, czy pracować w dyskotece. Jestem tym złym, który nie wpuści do lokalu, ale jeśli ktoś jest pijany, naćpany, awanturujący się czy niechlujny, to wiadomo, że nie wejdzie. Wiadomo też, że ten ktoś może być agresywny, ale wtedy mam z tyłu takich trochę większych kolegów, który w razie czego reagują.

Lubisz tę pracę?

Myślę, że tak, bo mam dużo kontaktu z ludźmi, a ja lubię z nimi rozmawiać. Może gdyby jeszcze to nie były nocki, bo w zimie coraz gorzej to człowiek znosi. Chociaż jak jest z kim porozmawiać, to czas fajnie mija. Gorzej, kiedy trzeba gdzieś pojechać, wsiąść nad ranem w auto, wtedy trzeba być skoncentrowanym i kiedy człowiek chce przysnąć, to musi się zatrzymać i trochę przespać.

Pomimo tego, że robisz wiele innych rzeczy, zostałeś też przy piłce nożnej, bo jesteś czynnym trenerem.

Mam swoją akademię i jestem trenerem w Zatoce Puck. Gra tu kilku fajnych chłopaków i widzę w nich taką chęć grania w piłkę. To wszystko zaczyna się od marzeń. Jeśli ktoś je ma to fajnie, ale jeśli rodzic chce, żeby dziecko grało w piłkę, to trudno, żeby przyniosło to coś pozytywnego. Pamiętam jak dziś, że kiedy poszedłem na pierwszy trening Zatoki, to mi powiedzieli, że nie nadaje się do niczego, a jak wróciłem za rok, to już się nadawałem. Dlatego, że przez rok trenowałem lekkoatletykę. Młodemu chłopakowi nie można powiedzieć, że się nie nadaje. On może sam do tego kiedyś dojdzie, ale każde dziecko zasługuje na to, żeby trenować i rozwijać się fizycznie. Jak taki pseudo trener powie mu – ty się nie nadajesz, to on nigdy nie wróci do sportu, bo będzie zrażony opinią. Moja szkółka jest nastawiona na trening koordynacyjno-rozwojowy z elementami piłki nożnej i te dzieciaki się cieszą. Nie wymagam, żeby trenowali tylko najlepsi. Mam różnych chłopców, którzy przychodzą i dobrze się czują. To jest taka ich społeczność, dzięki której do czegoś przynależą.

Na koniec zapytam Cię jak to jest, kiedy wchodzisz do wody w temperaturze zero stopni i jeszcze masz z tego przyjemność?

Kiedyś myślałem, że jest to jakieś wyzwanie, ale teraz dużo ludzi wchodzi do takiej wody. W Pucku są teraz dwie grupy morsowania i bardzo dużo osób z tego korzysta. Mam z tego radość, kiedy trochę pobiegam i pójdę chwilkę się zanurzyć. Teraz jest trochę trudniej, bo przeszedłem operację kolana i mam trochę metalu w sobie. Też czuję czasem zmęczenie i jest mi zimno, ale ten efekt, kiedy wychodzisz z wody, to jest takie „wow”. Nie choruję. Od 1999 roku nie miałem żadnej temperatury. To naprawdę nie jest nic strasznego. Dziś żałuję, że nie mogę biegać, bo największy efekt jest wtedy, kiedy przebiegniesz pięć – sześć kilometrów i wówczas wejdziesz do wody.

ROZMAWIAŁ: GRZEGORZ IGNATOWSKI

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE

Grzegorz Ignatowski
O Grzegorz Ignatowski 103 artykuły
Fanatyk historii futbolu i związanych z nim ciekawostek. Pochłania wszystko od meczów ligi argentyńskiej Primera Division aż do ligi kostarykańskiej, o ile czas pozwala. Twierdzi, że oddycha futbolem i coś w tym jest, bo dzień bez piłki działa na niego jak brak świeżego powietrza.