Retro Wywiad #19: Piotr Polczak

Zdjęcie:sport.lovekrakow.pl

Zdarzało się, że po meczu zostawaliśmy w Groznym dzień dłużej na specjalnych spotkaniach. Organizował je Ramzan Kadyrow, honorowy prezes Tereka. Braliśmy udział np. w Dniu Kobiet i przebywaliśmy z samymi kobietami. Tam to bardzo ważne święto. Zapraszani goście jeszcze wzmacniali znacznie, bo Kadyrow zaprosił kiedyś np. Gerarda Depardieu. Fani bardzo nas lubili i byli zwariowani na naszym punkcie. Nie była to liczna, acz bardzo wierna i żywiołowa grupa – mówi Piotr Polczak. Obrońca Cracovii jest bohaterem kolejnego Retro Wywiadu.

 

Jak zaczęła się Pana przygoda z futbolem?
Jako dziecko mieszkałem w Dąbrowie Górniczej, gdzie przebywam również i teraz. Znajdował się tam Miejski Międzyszkolny Klub Sportowy. Był nabór do sekcji piłki nożnej i jeden z trenerów widząc nas na turnieju pięcioosobowych zespołów w IV klasie szkoły podstawowej zaproponował nam przyjście na trening. Później zacząłem jeździć do oddalonych od 20 km Katowic na treningi juniorów, później juniorów starszych.

Czy miał Pan jakiegoś idola piłkarskiego w młodości?
Nie było jednej takiej osoby. Ogólnie interesowałem się sportem, ale najbardziej piłką nożną. Podpatrywałem wybitnych wówczas reprezentantów Polski. Zbierałem różne naklejki z zawodnikami, ale nie miałem jednego idola.

Jak Pan wspomina okres gry w Katowicach?
Bardzo dobrze. Odpowiadał mi śląski klimat. Ciepło wspominam tamten czas. Miałem tam kilku bardzo dobrych trenerów, m.in. Zbigniewa Waśkiewicza, późniejszego rektora AWF Katowice. Jakiś czas temu został prezesem Rozwoju Katowice. Trenowałem też pod opieką Jana Furtoka. To dzięki niemu weszliśmy na wyższy poziom. Z juniorskiej drużyny przebiłem się wraz z kilkoma chłopakami do kadry seniorów. GKS nigdy nie miał zbyt wielu pieniędzy i bazował na miejscowych zawodnikach. Podobało mi się to. Atmosfera była tam wspaniała. Mówiło się nawet, że im mniejsze pieniądze w Katowicach, tym lepsze wyniki.

Dobre występy w Cracovii sprawiły, że dostrzegł Pana ówczesny selekcjoner reprezentacji Leo Beenhakker. Co Pan czuł debiutując w biało-czerwonych barwach?
Był to okres, w którym dużo się działo w moim życiu. Niedawno zmieniłem klub, nie wszystko poukładałem sobie w głowie, a tu nagle mówi się o zainteresowaniu mną ze strony selekcjonera drużyny narodowej. Wszystko działo się nagle. Należało podejść do tego ze spokojem. Do tamtego momentu byłem podstawowym zawodnikiem reprezentacji młodzieżowej prowadzonej przez Andrzeja Zamilskiego. Graliśmy w eliminacjach do Mistrzostw Europy do lat 21 w roku 2009. Niestety nie udało nam się awansować. Mnie w decydujących meczach już nie było. Pamiętam, że kilku chłopaków z tamtego rocznika pojawiało się w kadrze Beenhakkera, jak np. Adam Kokoszka.

W 2011 roku w końcu wyjechał Pan za granicę do Tereka Grozny. Były inne oferty?
Pojawiło się kilka wstępnych ofert. Dochodziło nawet do rozmów, ale nie były one zobowiązujące. O propozycji z Tereka dowiedziałem się będąc na zgrupowaniu w Turcji z Cracovią. Przyleciał do mnie mój agent Jarosław Kołakowski i powiedział, że jest już praktycznie dogadany. Musiałem szybko podjąć decyzję. Wszystko działo się z dnia na dzień. Minął dzień, a z obozu przygotowawczego Cracovii przeniosłem się na zgrupowanie Tereka. Wszystko przebiegło sprawnie, ponieważ obydwa kluby przebywały w Turcji. O swoich decyzjach komunikowałem rodzinę. Sporo czasu w tej Turcji spędziłem. To były dwa zgrupowania, z czego to drugie bardzo długie, ponieważ liga rosyjska startowała wtedy na początku marca.

Czytaj także: Wywiad z Sebastianem Milą 

Jak działa futbol w Rosji? Jakie są różnice między Polską a Rosją?
Przede wszystkim widać większe zainteresowanie futbolem ze strony polskich kibiców. Nad Wisłą piłka nożna jest najważniejsza. W Rosji to tylko jedna z najchętniej oglądanych dyscyplin. Mocno trzymają się sporty zimowe, w szczególności hokej. Wielu ludzi emocjonuje się siatkówką i koszykówką. W Polsce ludzie chętniej i liczniej zapełniają stadiony. Rosyjskich kibiców bardzo mocno interesują tylko kluby z dużych ośrodków, chodzi głównie o zespoły moskiewskie. Dużo mniejsze wsparcie trybun dało się odczuć w mniejszych miastach. Moskwa miała sporo drużyn w ekstraklasie, co oznaczało, że co dwa – trzy tygodnie dochodziło do spotkań derbowych. Było tego za dużo, przez co nawet na derbach nie czuło się klimatu wyjątkowego meczu. Absolutnie nie można tamtych spotkań porównać chociażby do derbów Krakowa. Co do infrastruktury to Rosji wiele dadzą zbliżające się mistrzostwa świata. Obiekt w Krasnodarze wygląda naprawdę pięknie. Polsce w podobnym stopniu przysłużyły się mistrzostwa Europy z 2012 roku. Mimo to nawet przedtem otoczka przedmeczowa przy okazji najważniejszych polskich meczów była większa niż w Rosji, choć powoli to się zmienia. Rosjanie starają się czerpać z zachodnich wzorców.

Piłkarze grający w Rosji często porównują tamten okres do polskiej rzeczywistości lat 90, czyli np. wypłat wynoszonych w reklamówkach. Ile jest w tym prawdy?
To prawda. Trenowaliśmy w oddalonym 400 km od Groznego Kislowodzku, gdzie mieliśmy swoją bazę, coś na wzór pensjonatu. Tam co jakiś czas przyjeżdżał konwój z pieniędzmi. Trafiały one do księgowej, a my szliśmy do jej pokoju na piętrze i otrzymywaliśmy należne nam pieniądze. Później szło się do banku i tam lokowało otrzymaną wcześniej gotówkę. Taki proceder miał miejsce jednak tylko kilka razy. Ludziom z tamtych stron taka forma wypłacania pieniędzy nie wydaje się dziwna. W Europie jesteśmy przyzwyczajeni do innych standardów.

Do Groznego lataliście jedynie na mecze domowe. Ciężko było nawiązać więź z kibicami widującymi was tylko podczas spotkań?
Podróże bywały uciążliwe. Przejeżdżaliśmy przez Inguszetię, Osetię i inne niezbyt bezpieczne tereny. Na każdej granicy musieliśmy się legitymować. Czasami jechaliśmy z eskortą. Kibice oczywiście chcieli się do nas zbliżyć, lepiej poznać. Zdarzało się, że po meczu zostawaliśmy w Groznym dzień dłużej na specjalnych spotkaniach. Organizował je Ramzan Kadyrow, honorowy prezes Tereka. Braliśmy udział np. w Dniu Kobiet. Tam to bardzo ważne święto. Zapraszani goście jeszcze wzmacniali znacznie, bo Kadyrow zaprosił kiedyś np. Gerarda Depardieu. Fani bardzo nas lubili i byli zwariowani na naszym punkcie. Nie była to liczna, aczkolwiek bardzo wierna i żywiołowa grupa. Zazwyczaj na mecze przychodziło 10 tys., choć na otwarcie stadionu przyszło 30 tys. Uwielbieniem dzieliliśmy się z zapaśnikami czy też zawodnikami MMA, którzy również są tam bardzo szanowani.

Żyjąc w Czeczenii dało się odczuć, że kilka lat temu wcześniej prowadzono tam działania wojenne?
Kiedy przyjechałem do Groznego, miasto zaczęła przeobrażać się w naprawdę ładne miejsce. Na początku mojego pobytu niektóre tereny były mocno zniszczone. Z czasem jednak wypiękniały. Zbudowano nowy uniwersytet, nowe szkoły, a przede wszystkim pałac prezydencki. Rozwój był dynamiczny. Region jest jednak specyficzny. Po jednej strony ulicy bawią się dzieci, a po drugiej żołnierze spacerują z bronią. Tamtejsza ludność jest jednak do tego przyzwyczajona i nie widzi w tym nic złego. Nas na początku to zaskakiwało. Za często nie wypuszczaliśmy się na spacery, zwłaszcza, że ludzie rozpoznawali w nas piłkarzy. Jeśli już się gdzieś pokazywaliśmy to jako cała drużyna.

Po Panu do Tereka trafili Maciej Rybus i Marcin Komorowski. Czy pomagał im Pan w aklimatyzacji na tym specyficznym terenie?
Miło było zobaczyć rodaków w tym samym klubie. Chciałem, żeby czuli się lepiej i pewniej niż ja. Ja byłem sam w obcym kraju i pośród ludzi z obcej kultury. Po angielsku nie wszyscy mówili. Na szczęście język rosyjski nie jest dla Polaka trudny. Wraz z Maćkiem i Marcinem stworzyliśmy polską kolonię w Groznym.

W Tereku grał też Zaur Sadajew, inna postać znana dobrze polskim kibicom. Jak go Pan zapamiętał?
Zaur to wychowanek Tereka. Kiedy po raz pierwszy go zobaczyłem, miałem wrażenie, że chłop ma 35 lat i jest w klubie od zawsze. Tymczasem był trzy lata młodszy ode mnie. Wydawało się, że bliżej mu do końca kariery niż dalej. Pokładano w nim spore nadzieje, chyba największe z grupy siedmiu – ośmiu Czeczeńców. Był ulubieńcem Ramzana Kadyrowa. Sądziłem, że zawsze będzie grać w Tereku. Nie spodziewałem się, że wyjedzie, a tym bardziej do Polski. Grając dla Lecha bardzo tęsknił za domem i pewnie dlatego dość niespodziewanie zdecydował się na powrót do Czeczenii. Zaur to dobry piłkarz i sympatyczny chłopak. Na początku wydaje się bardzo zamknięty, jednak kiedy dobrze się go pozna, ma się o nim tylko dobre zdanie.

Niewiele grał Pan w Tereku, co poskutkowało transferem do Wołgi Niżny Nowogród. Czy to była jedyna oferta?
Do Tereka ściągnięto kolejnego obrońcę. Przez dwa lata mojego pobytu w Groznym, kadra klubu zmieniła się w 70%. Pewnego dnia ówczesny trener Stanisław Czerczesow wziął mnie na rozmowę. Poinformował mnie, że będę mieć kolejnego konkurenta. Grałem mało, więc Czerczesow zasugerował mi, że najlepszym wyjściem dla mnie będzie zmiana otoczenia. Szybko pojawiła się oferta z Wołgi. To był błyskawiczny transfer. Miałem jeden dzień na zastanowienie, gdyż okienko transferowe powoli się zamykało. Wołga to nie był klub z wielką historią. Mówiło się też o problemach finansowych. Miałem jednak szansę pograć w dobrej lidze rosyjskiej zdecydowanie więcej niż w Czeczenii. Poza tym mogłem żyć w dużym, liczącym półtora miliona mieszkańców mieście. To uniwersyteckie miasto. Budowany jest tam stadion na mundial. Niżny Nowogród był oddalony od Moskwy o 400 km. Patrząc na różnice między niektórymi rosyjskimi klubami, nie było to dużo.

Czytaj także: Wywiad z Sonią Śledź 

Jakie były różnice w funkcjonowaniu Wołgi i Tereka?
Wołga przede wszystkim nie dokonywała tak drogich transferów jak Terek. Klub często sprowadzał za darmo doświadczonych piłkarzy, byłych reprezentantów swoich krajów. Obozy także były skromniejsze, choć dobre. Terek mierzył w to co najlepsze. Jako piłkarz tego klubu mieszkałem w tym samym hotelu co piłkarze Anderlechtu czy Red Bull Lipsk.

Narody polskie i rosyjskie nie są do siebie przyjaźnie nastawione. Odczuł to Pan żyjąc przez kilka lat w Rosji?
Na początku byłem zaskoczony pozytywnym nastawieniem i życzliwością Rosjan. Później trochę to się zmieniło. Nie brakowało żartów o tym, że im, Rosjanom nie są potrzebne nasze polskie jabłka, ponieważ są samowystarczalni. Co do kolegów z zespołu to żartów również nie brakowało, ale nie odnosiły się one do historii i polityki. Nikt mnie od ,,polaczków” nie wyzywał.

W 2015 roku wrócił Pan do Cracovii. Powrót był planowany od dłuższego czasu?
Wołga miała coraz większe problemy finansowe. Klub nie płacił zawodnikom od kilku miesięcy, co spowodowało kiepską atmosferę w szatni. Niewielu myślało o grze, ale o tym jakby tu uciec z klubu i związać się z kimś innym. Nie było więc nic dziwnego w tym, że spadliśmy z rosyjskiej ekstraklasy. Po sezonie spotkaliśmy się z gubernatorem obwodu niżnonowogrodzkiego Walerijem Szancewem. Oświadczył nam, że tak dużych pieniędzy łożyć na klub już nie będzie. Proponowano nam obniżenie pensji. Wprowadzono też limit zawodników spoza Rosji. W efekcie tych zarabiających najwięcej odsuwano od składu, co skutkowało transferami z klubu. W zamian do Wołgi sprowadzono młodych piłkarzy z regionu, o wiele słabszych. Kilku piłkarzy sądzi się z klubem do dzisiaj. Odszedłem i musiałem myśleć, co dalej. Przez miesiąc trenowałem sam. Odbyłem kilka rozmów z polskimi klubami, ale uznałem, że najbardziej związany jestem z Cracovią. To dzięki temu klubowi wyjechałem za granicę i zadebiutowałem w reprezentacji Polski. Znałem się z profesorem Filipakiem. W zespole widział mnie ówczesny trener Robert Podoliński. Najpierw podpisałem z „Pasami” krótki, kilkumiesięczny kontrakt. Później go przedłużyłem i jestem w Cracovii już ponad dwa lata.

Czytaj także: Wywiad z Siergiejem Szypowskim 

Kilka miesięcy temu Cracovia odpadła z macedońską Shkendiją. W mediach pojawiło się wiele komentarzy o tym, że skompromitowaliście się jako zespół. Zgadza się Pan z tymi słowami?
Jeśli popatrzymy na rywalizację Cracovii ze Shkendiją tylko z racji na rankingi, które pokazują, że polskie kluby są znacznie lepsze od tych z Albanii czy Armenii, to można to tak powiedzieć. Te czasy jednak minęły. Polskie zespoły już nie gromią drużyn z tamtych stron świata. Dość powiedzieć, że Shkendija ma dwa razy większy budżet od nas. Nikogo to nie interesuje, ponieważ mieliśmy rozbić zespół z Macedonii i tyle. Owszem, powinniśmy awansować. Zgadzam się, że odpadnięcie z europejskich pucharów w pierwszej rundzie jest dużym ciosem. Cały zespół mocno to przeżył. Nie będę oryginalny, ale po takich meczach trzeba wyciągać wnioski i się poprawiać. Należy w skupieniu pracować i unikać podobnych wpadek w przeszłości. Szanuję zdanie tych, którzy uważają, że się skompromitowaliśmy. Sam uważam tamten dwumecz za ujmę, ale należy pamiętać, że kluby z Macedonii i Armenii potrafią ściągnąć piłkarzy za spore jak na nasze warunki pieniądze. Moim zdaniem powinniśmy jednak przejść Shkendiję, ponieważ mamy lepszych skład personalny.

Czego Panu życzyć na przyszłość?
Zdrowia. Dzięki niemu będę mógł kontynuować to, co lubię, czyli grać w piłkę. Poza sportem zdrowie również bardzo się przyda.

SEBASTIAN CHROSTOWSKI (więcej tekstów tego autora)

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE

Piotr Polczak 

Sebastian Chrostowski
O Sebastian Chrostowski 44 artykuły
Sympatyk wszystkich potężnych klubów zbudowanych za pieniądze obrzydliwie bogatych właścicieli, futbolowych zdrajców i czarnych charakterów. Ktoś musi ich lubić. Ma słabość do piłki nożnej lat 50. i 60. minionego stulecia. Oprócz futbolu uwielbia filmy o przygodach Jamesa Bonda i muzykę Lany Del Rey.