Roberto Baggio – przeklęty geniusz

Kiedy ktoś mówi o Roberto Baggio, pierwszym skojarzeniem, jakie przychodzi do głowy, jest uśmiechnięty zawodnik z charakterystycznym kucykiem, któremu gra w piłkę przychodziła z niezwykłą lekkością. Kiedy jednak zagłębiamy się w jego karierę, jawi nam się obraz genialnego piłkarza, który mimo niebywałych umiejętności, wygrał w swojej karierze bardzo niewiele.

Przeczytaj także: „Piękniejsza strona polskiego futbolu”

Roberto Baggio po raz pierwszy

Baggio urodził się w północnych Włoszech, w niewielkiej miejscowości Caldogno 18 lutego jako szósty z ósemki rodzeństwa. Już w wieku 14 lat trafił do największego klubu swojego regionu Vicenzy, gdzie rozpoczął profesjonalną karierę. Od najmłodszych lat widać było u niewysokiego zawodnika niesamowity luz na boisku, wielką fantazję i nienaganną technikę, która cechowała go przez całą karierę. Miał rzadko spotykaną lekkość prowadzenia piłki, co najlepiej scharakteryzował były reprezentant Anglii Matt Le Tissier, który powiedział, że patrząc na Baggio piłka nożna wydawała się niezwykle prosta.

Nie zagrzał długo miejsca w Vicenzie, bo w wieku 18 lat trafił do Fiorentiny, gdzie w 1986 roku zadebiutował w Serie A, a w kolejnym sezonie zdobył swoją debiutancką bramkę. To właśnie w barwach Violi po raz pierwszy wystąpił we włoskiej reprezentacji, a także po raz pierwszy poczuł gorzki smak porażki, kiedy jego zespół przegrał w finale Pucharu UEFA w 1990 roku z Juventusem Turyn. Dla Baggio był to jednak wstęp do świata wielkiego futbolu, bo zarówno fani, jak i eksperci coraz bardziej doceniali jego fantazję na boisku i wizję gry, dzięki której nie tylko sam zdobywał wiele bramek, ale również wypracowywał sporo sytuacji kolegom z drużyny.

Rok 1990 był niezwykle ważny dla całych Włoch, ponieważ gościli u siebie finalistów piłkarskich mistrzostw świata. Co prawda Squadra Azzurra nie była faworytem imprezy, targało nią sporo wewnętrznych problemów, ale włoscy fani wiązali spore nadzieje z występem swoich ulubieńców. Powołanie do kadry otrzymał również Roberto Baggio, dla którego była to pierwsza wielka impreza. Nie był on pierwszoplanową postacią, bo selekcjoner Azeglio Vicini wolał stawiać na bardziej doświadczonych zawodników. Swoją szansę Baggio otrzymał dopiero w ostatnim meczu fazy grupowej z Czechosłowacją, kiedy Włosi mieli już pewny awans do dalszej fazy turnieju. Występujący w charakterystycznym kucyku piłkarz odwdzięczył się, strzelając przepiękną bramkę na 2:0, która została uznana za jedną z najwspanialszych w historii mundiali. Wydawało się, że genialny rozgrywający, jakim stawał się Baggio i skuteczny egzekutor Salvatore Schillaci mogą zapewnić Italii złoty medal. Niestety w półfinałowym starciu z reprezentacją Argentyny rozpoczął się koszmarny sen Baggio, który trwał przez całą jego karierę – rzuty karne. Włosi przegrali serię jedenastek i pożegnali się z marzeniami o mistrzostwie świata. Na pocieszenie w meczu o trzecie miejsce pokonali Anglików 2:1, a pierwszą z bramek zdobył właśnie Baggio.

Demetrio-Albertini-rushes-to-congratulate-Roberto-Baggio-after-his-second-goal-for-Italy-in-their-2-1-win-over-Bulgaria-in-the-1994-FIFA-World-Cup-USA-semi-finals.
Demetrio Albertini gratuluje Roberto Baggio drugiej bramki. Półfinał mistrzostw świata 1994 – Włochy – Bułgaria 2:1.

Rozbudzone nadzieje 

Po mundialu Baggio przeniósł się do Juventusu, gdzie w końcu miał nadzieję na powiększenie swojej gabloty trofeów. Pobyt w Starej Damie był najlepszym okresem w jego karierze. W sezonie 1992/1993 udało mu się to, czego nie osiągnął z Fiorentiną, czyli wygrał Puchar UEFA, a w 1993 roku został uznany za najlepszego piłkarza świata w plebiscycie FIFA. Jego dryblingi, strzały z rzutów wolnych czy pełne fantazji podania zostały docenione przez fanów na całym świecie. Nic więc dziwnego, że kiedy nadeszły kolejne mistrzostwa świata, tym razem rozgrywane w Stanach Zjednoczonych, wszyscy fani z Italii liczyli, że to właśnie zawodnik zwany Boskim kucykiem przywiezie do ich kraju Puchar Świata. Baggio od samego początku imprezy grał jak natchniony. Mimo, że kadra Włoch znowu nie była szczególnie mocna, jej lider praktycznie w pojedynkę ciągnął ją do przodu. Faza grupowa była drogą przez mękę, najpierw nieoczekiwana porażka z Irlandią, później minimalna wygrana z Norwegią i na koniec remis z Meksykiem dały Włochom awans, ale dopiero z trzeciego miejsca. Pierwsze spotkanie fazy pucharowej z Nigerią wyglądało podobnie, Afrykanie od początku prowadzili i wydawało się, że będzie to pożegnanie Squadra Azzurra z imprezą, ale dwie minuty przed końcem regulaminowego czasu gry Baggio wyrównał i przywrócił Włochom nadzieję. Dokładnie w 100 minucie ten sam piłkarz wykorzystał rzut karny, dzięki któremu drużyna mogła cieszyć się z awansu do ćwierćfinału. Tam już czekała Hiszpania i znowu bramka Baggio w samej końcówce pozwoliła Włochom wygrać mecz 2:1. Oczekiwania rosły, bo wszyscy widzieli, że piłkarz Juve jest w fantastycznej formie i niczym alchemik może zamienić marzenia w złoto.

Pudło w finale

Półfinał mundialu to spotkanie dwóch najlepszych piłkarzy globu, czyli Baggio i kapitana reprezentacji Bułgarii Christo Stoiczkowa. Swoją wyższość na boisku pokazał Włoch, na którego dwie bramki krnąbrny napastnik z Bałkanów odpowiedział tylko golem z rzutu karnego i finał dla kadry Italii stał się faktem. Mecz o złoto na stadionie Rose Bowl w Pasadnie nie był pokazem pięknego futbolu. Brazylijczycy, którzy byli finałowym rywalem Włoch, nie mogli poradzić sobie z defensywą zespołu ze Starego Kontynentu, a z kolei Baggio był z przodu nieco pozbawiony wsparcia. O wszystkim miały zatem zadecydować rzuty karne. W czwartek serii do piłki podszedł Daniele Massaro i przestrzelił, natomiast Dunga wykorzystał jedenastkę i to Brazylijczycy byli bliżej tytułu. Jako ostatni w kadrze Włoch do piłki podszedł niezawodny jak dotąd Baggio i miliony kibiców przed telewizorami czekały tylko na znajomy odgłos trzepotania piłki w siatce. Niestety ulubieniec trybun przestrzelił i to Brazylijczycy mogli cieszyć się z triumfu, a Włochy zalały się łzami. Tak jak i Baggio, który po raz drugi w swojej karierze przeżywał koszmar porażki w rzutach karnych. Tym razem to na jego barkach spoczywała największa odpowiedzialność i jej nie udźwignął. Co z tego, że przed nim spudłowali Baresi i Massaro, to na niego patrzył cały świat i on został uznany za winnego. W niepamięć odeszły mecze, które praktycznie sam wygrał. Liczył się tylko ten karny. Do ojczyzny wrócił podłamany, chociaż kiedy opadły pierwsze emocje uznano drugi z rzędu medal mistrzostw świata za sukces. Jednak nietrafiona jedenastka ciągnęła się za nim długo, nawet w plebiscycie FIFA zajął drugie miejsce, bo wyżej oceniono Stoiczkowa.

Karne i kolejne rozczarowanie

Sezon 1994/1995 był dla Baggio niespecjalnie udany. Co prawda sięgnął po swoje pierwsze mistrzostwo Włoch i po krajowy Puchar, ale przez kontuzję grał niewiele i w obliczu pojawienia się konkurenta w osobie Alessandro Del Piero postanowił odejść do Milanu. Tam znowu cieszył się z mistrzostwa kraju, a na boisku mógł pełnić swoją ulubioną rolę cofniętego napastnika. Niestety drugi sezon w barwach Rossonerich był już mniej udany, a powrót do klubu Fabio Capello przypieczętował jego odejście do Bolonii. Tam znowu błyszczał, ratując swój klub przed spadkiem, dzięki czemu mógł znowu zagrać na mundialu, który tym razem odbywał się na boiskach Francji.

Baggio Juventus Borussia
Wraz z Michaelem Zorciem z Dortmundu. Finał Pucharu UEFA 1992/1993.

Na francuskich boiskach Włosi zaczęli lepiej niż zwykle, w fazie grupowej rozpoczęli od remisu z Chile, po czym odnieśli dwa zwycięstwa nad Kamerunem i Austrią i pewnie awansowali do kolejnej fazy. Baggio zdobył dwie bramki i był ważną postacią drużyny. W 1/8 finału Italia po golu Christiana Vieriego pokonała Norwegię i w ćwierćfinale zmierzyła się z gospodarzami turnieju. Na nowopowstałym stadionie Saint-Denis pod Paryżem zasiadło 77 tysięcy widzów, którzy jednak nie doczekali się ani jednej bramki. Konkurs jedenastek to jak zwykle gwarancja emocji, chociaż jedna ze stron czuła zdecydowanie większe zdenerwowanie. Włoscy fani pamiętali mecz finałowy w USA i musieli czuć spore zdenerwowanie. Tym razem jako pierwszy do piłki podszedł Roberto Baggio i pewnie wykorzystał rzut karny. W drugiej serii pomylił się Demetrio Albertini ale tym samym odwdzięczył się Bixente Lizarazu i obie drużyny szły łeb w łeb. Niestety fatum znowu dało o sobie znać i w ostatniej serii spudłował Luigi di Biaggio i to Francuzi cieszyli się z awansu do półfinału, a Włosi przeklinali w duchu autora powiedzenie do trzech razy sztuka.

Po mistrzostwach Baggio wrócił do wielkiego futbolu i podpisał kontrakt z Interem Mediolan. W jego barwach zdążył zagrać w Lidze Mistrzów i znowu błysnąć kilkoma genialnymi zagraniami, ale po dwóch latach pobytu w klubie z Mediolanu i konflikcie z Marcelo Lippim postanowił odejść. Mimo 33 lat jego osobę łączono z takimi ekipami jak FC Barcelona, ale Włoch postanowił zostać w swoim kraju i podpisał umowę z Brescią, przez cztery lata zagrał w 95 meczach i zdobył 45 bramek. Mając 37 lat zakończył swoją niezwykle barwną, choć nie usłaną różami karierę.

Bohater popkultury

Z jednej strony Baggio był geniuszem, trafiającym do masowej wyobraźni. Był bohaterem japońskich bajek, gier komputerowych, wierszy na swoją część, teledysków muzycznych i wielu reklam. Jego alter-ego Roberto Paggio znalazło się w jednym z komiksów o Myszce Miki. Praktycznie wszędzie gdzie się pokazywał, witały go rzesze fanów, zakochanych w stylu jego gry. Przeciwnicy wyrażali się o nim z szacunkiem, podkreślając jego niesamowitą technikę i fantazję. W opozycji do tego stoi niestety jego dorobek. Dwa mistrzostwa Włoch i krajowy puchar, triumf w rozgrywkach pucharu UEFA, a także tytuł najlepszego piłkarza świata według FIFA to wszystko, co wygrał. Ktoś powie, że to niemało, ale skala jego talentu była nieporównywalnie większa. Wicemistrzostwo świata on sam zapewne traktuje jako porażkę, zwłaszcza biorąc pod uwagę sytuację, w jakiej stracił szansę na złoto. Brąz w ojczyźnie pewnie smakował nieco lepiej, ale sam Baggio podkreśla, że trzy mundiale przegrane w rzutach karnych to jednej z najgorszych wspomnień w jego karierze. Trzy razy był też wicekrólem strzelców w Serie A, a karierę rozpoczął od przegranego finału pucharu UEFA w barwach Fiorentiny. Niewielu tak dobrych piłkarz może się pochwalić tyloma spektakularnymi porażkami. Chyba tylko Karl Malone rozumie, co czuje Baggio. Geniusz przeklęty, którego magia na boisku nie ma teraz odzwierciedlenia w gablocie z trofeami. A przecież jak powiedział brytyjski aktor Paul Elliot, Baggio miał ten rodzaj daru, o którym inni mogą tylko marzyć.

KUBA KĘDZIOR

 

OBSERWUJ NAS NA INSTAGRAMIE! POLUB NAS NA FACEBOOKU!

Kuba Kędzior
O Kuba Kędzior 22 artykuły
Fan futbolu i sportów wszelakich, ekscytuje się zarówno derbami Belgradu jak i Pucharem Świata w bobslejach. Kiedy już nie śledzi sportowych zmagań, chętnie sięga po dobrą książkę albo płytę z ambitną muzyką.