Rok 1922 i nasze pierwsze razy

Piłkarze uczestniczący w pierwszym meczu reprezentacji na polskiej ziemi

W poprzednim odcinku naszej serii omawiającej historię Reprezentacji Polski przedstawiliśmy czasy sprzed powstania PZPN, a także omówiliśmy pierwszy mecz kadry narodowej, w ramach którego Polacy nieznacznie ulegli faworyzowanym Węgrom. Dziś przenosimy się do roku 1922, w którym nasi rodacy rozegrali aż cztery spotkania.

Okres 20-lecia międzywojennego był bardzo burzliwy w historii Polski, a rok 1922 był szczególnie ważny, za sprawą wyborów do I kadencji Sejmu i Senatu, a także powołania Gabriela Narutowicza jako pierwszego prezydenta Demokratycznej II Rzeczypospolitej. Niestety okres jego rządów trwał niespełna tydzień, gdyż został on zamordowany niedługo po przejęciu zwierzchnictwa nad państwem. Tym samym jeszcze w 1922 roku Zgromadzenie Narodowe wybrało Stanisława Wojciechowskiego na drugiego prezydenta w historii Polski Demokratycznej.

Rok 1922 obfitował również w wydarzenia sportowe. Ddo życia powołano wiele innych klubów, wśród których należy wymienić chociażby Odrę Wodzisław czy Dyskobolię Grodzisk. Również w tym roku Legia Warszawa rozegrała swój kolejny mecz międzynarodowy, w ramach którego uległa Viktorii Žižkov. Czeski klub oprócz Legii pokonał również lwowską Pogoń i warszawską Koronę. My jednak skupimy się na tym, jak na początku lat XX. radziła sobie Reprezentacja Polski.

Pierwszy mecz kadry na polskiej ziemi

Po bardzo obiecującym występie kadry narodowej w Budapeszcie, przedstawiciele PZPN ustalili z Węgrami datę rewanżu na 14 maja 1922 roku. Mecz był zaplanowany jako piłkarskie święto dla naszych rodaków, którzy nie mieli dotąd możliwości oglądania polskiej kadry na żywo (jak podają niektóre źródła w Budapeszcie Polaków dopingowało jedynie dwóch rodzimych dziennikarzy oraz członkowie PZPN). Jako miejsce spotkania ustalono stadion Cracovii. Nie było to zaskoczeniem, wobec głębokiego zakorzenienia PZPN na ziemiach Galicji.

Związek miał blisko 6 miesięcy do wytypowania kadry na rewanżowy mecz. W tamtym okresie reprezentacja nie miała trenera z prawdziwego zdarzenia, a o składzie drużyny decydowała komisja selekcyjna składająca się z trzech członków PZPN. Tzw. „Komisja Trzech” otrzymała nawet dodatkowe fundusze ze związku, by mogła podróżować po Polsce i na żywo obserwować najlepszych piłkarzy lokalnych klubów. Selekcjonerzy nie byli jednak skorzy do podróży. Zamiast tego Józef Lustgarten, Adam Obrubański i Stanisław Ziemiański postanowili oprzeć skład na graczach z Krakowa, co spotkało się z krytyką w prasie. Dziennikarze byli przekonani o spadającej formie krakowskich drużyn, a rosnąca popularność piłki w innych okręgach z pewnością pozwalała na większą różnorodność etniczną kadry.

Zanim doszło do ostatecznego wytypowania składu na mecz z Węgrami, selekcjonerzy postanowili rozegrać sparing wewnętrzny, w ramach którego Reprezentacja A zmierzyła się z Reprezentacją B. W tej pierwszej znalazło się zaledwie 3 piłkarzy spoza Krakowa, a w drugiej 4 takich zawodników. Resztę stanowili gracze Wisły, Cracovii i Jutrzenki Kraków. 9 maja, czyli na 5 dni przed spotkaniem międzypaństwowym, kadra B niespodziewanie wygrała z kadrą A 4:3, co dodatkowo wzbudziło niepokój wśród kibiców i dziennikarzy. Zwracano uwagę, że reprezentacja nie ma trenera, który przygotowałby zespół pod względem taktycznym, a za zaniedbania organizacyjne odpowiada PZPN. Mimo to studzono nastroje, zwracając uwagę, że Węgrzy są zespołem o dużym doświadczeniu i porażka jest zaplanowana, a ważniejsze jest dobre zaprezentowanie się i udowodnienie, że wynik 0:1 z Bukaresztu nie był przypadkiem.

Musimy światu udowodnić, że ostatni chlubny dla nas wynik 0:1 nie był przypadkowym. A potem należy się oczyścić z wrażenia, jakie zrobiły na zagranicy wyniki mistrza naszego w Pradze i w Krakowie z Morawską Slavią. Zadanie to niełatwe, gdyż trzeba wziąć pod uwagę, iż Węgrzy z całą pewnością chcą się zrehabilitować, z wyniku poprzedniego uzyskanego z nami, a którego dla nich zbyt pochlebnym nazwać nie można

14 maja na stadionie Cracovii zebrało się blisko 16 tysięcy kibiców wspierających kadrę z orłem na piersi. Mimo to w obszernej relacji Przeglądu Sportowego nie zabrakło słów krytyki wobec zebranych obserwatorów. Zwrócono uwagę, że Polacy nienauczeni kultury kibicowania, nie potrafili odpowiednio wspierać swoich piłkarzy.

Nasza publiczność, nauczona podczas zawodów międzyklubowych tylko szydzić i naigrywać się z przeciwnika, nie myślała nigdy o tem, jak swoją drużyną zachęcać do walki; dodawać jej werwy i życia, gdy nadzieja zwycięstwa i siły zdają się ją opuszczać. Nie tak głucho jest na placach sportowych za granicą.

Mecz nie rozpoczął się po myśli gospodarzy. Już w czwartej minucie Polacy byli zmuszeni odrabiać straty, po niefortunnej bramce samobójczej Ludwika Gintela. Na podwyższenie prowadzenia Węgrzy czekali niespełna 40 minut, gdy przed przerwą piłkę  do polskiej bramki skierował głową Solti. Napastnik ustalił wynik spotkania w 79. minucie gry. Różne źródła podają, że to nie Solti a Seiden był strzelcem bramek dla drużyny gości.

Piłkarze uczestniczący w pierwszym meczu reprezentacji na polskiej ziemi

Pomimo wysokiej porażki nastroje wokół drużyny były bardzo pozytywne. Madziarzy nie zaprezentowali się najlepiej. Polacy wciąż szturmowali bramkę przeciwnika, a świetna postawa bramkarza gości wielokrotnie ratowała drużynę przed utratą gola. Naszym piłkarzom wyraźnie brakowało szczęścia i spokoju pod bramką. Krytyka spotkała linię ofensywną, a w szczególności Reymana, który nie poradził sobie z presją występu przed tak dużą publicznością. Również Kuchar nie spełnił oczekiwań, bo pomimo dobrej gry kombinacyjnej był rażąco nieskuteczny.

Pozytywnie o polskiej ekipie wyrażała się nie tylko polska prasa, ale również dziennikarze z Węgier. Zwrócili oni uwagę, że Polacy zaprezentowali się dużo lepiej niż w Budapeszcie i zasługiwali na 2-3 bramki. Dotkliwa porażka była niezasłużona, zwłaszcza wobec braków kadrowych Węgrów. Warto wiedzieć, że Madziarzy wystawili na mecz z Polską osłabiony skład, gdyż równocześnie odbywał się mecz Budapeszt – Berlin. Pomimo niekorzystnego wyniku, główny cel został osiągnięty. Polska udowodniła, że potrafi sprostać organizacji meczu międzypaństwowego, oraz podniosła zainteresowanie piłką w narodzie.

Do trzech razy sztuka, czyli pierwsze zwycięstwo

Po porażce z Węgrami Polacy mieli zaledwie dwa tygodnie na przygotowanie do starcia ze Szwedami. Mecz miał się odbyć w Sztokholmie, gdzie 10 lat wcześniej odbywały się Igrzyska Olimpijskie. Oczywiście nie umknęło to prasie, która przy okazji spotkania nawiązała do braku możliwości udziału będącej pod zaborami Polski na ówczesnej olimpiadzie. Mimo to jeden Polak w Sztokholmie wystąpił, ale w barwach Austrii, a drugi zrezygnował z występu na zawodach z uwagi na niechęć do reprezentowania zaborcy. Został on później wiceprezesem PKOL.

PZPN szybko wykorzystał możliwość sławienia Polski w Europie po odzyskaniu niepodległości. Spotkanie towarzyskie ze Szwedami miało być już trzecim meczem na poziomie międzypaństwowym, a dwa dni później nasi rodacy mieli rozegrać mecz międzymiastowy, pomiędzy drużyną Sztokholmu i Krakowa. Trzeba przyznać, że rozkwit polskiej piłki i jego istnienie na arenie europejskiej za sprawą PZPN-u trwał w najlepsze.

Starcie ze Szwedami było dla Polaków niewiadomą. Nie znali oni poziomu gry rywala i jego taktyki, a o umiejętnościach ekipy ze Skandynawii miały świadczyć ich wyniki. Dwumecz z Austriakami zakończył się wynikami 2:2 na wyjeździe i 1:3 u siebie. Węgrzy przegrali ze Szwedami 2:4 w Bukareszcie, Jugosławia oraz Czechosłowacja wywalczyła remisy 2:2. Wyniki nie mówiły wiele, natomiast z pewnością Szwedów obawiano się z uwagi na ich narodowe podejście do sportu. Szwedzi obok Brytyjczyków i Amerykanów stanowili potęgę na kolejnych igrzyskach olimpijskich.
Podobnie jak w przypadku wyprawy do Węgier, tak też wyjazd do Sztokholmu nie należał do najłatwiejszych organizacyjnie. Transport obejmował kolej oraz promy. Na trasie, która była nacechowana wieloma przesiadkami, Polacy odwiedzili między innymi Warszawę, Berlin, Stralsund, czy Rugię a cała podróż zajęła kilka dni. Dodatkowo polska ekipa wyruszała do Sztokholmu w atmosferze niezadowolenia i krytyki wobec komisji selekcyjnej. Po raz kolejny zarzucano jej lekkomyślność i lokalny nepotyzm. „Kurjer Polski” nawet posunął się do zatytułowania artykułu „mecz Małopolska – Szwecja”, a reprezentacje określił mianem „polskiej drużyny kompromitacyjnej”. Może być to niezrozumiałe, wobec początkowo dobrych nastrojów po porażce z Węgrami, ale główne zarzuty dotyczyły „Komisji Trzech”, a nie piłkarzy.

Uwagi wobec Komisji są zresztą ciekawym zagadnieniem. Początkowo miała ona łatwe zadanie, bo drużyny z Krakowa stanowiły o potędze polskiej piłki. Gdy Cracovia była w najlepszej formie, wystarczyło powołać kadrę złożoną z jej reprezentantów, uzupełnioną o dwóch, trzech piłkarzy innych klubów. Mecz z Węgrami wywołał krytykę prasy, ale wynikała ona raczej z braku powołania ich ulubieńców, a nie rzeczywistej wiedzy o formie i jakości piłkarzy. Zgrabnie odniósł się do tego Przegląd Sportowy:

Pisma np. krakowskie ubolewały, że nie wystawiono do teamu tego lub owego ich ulubieńca, gazety lwowskie zapewniały, że tylko drużyna ze Schneiderem i Grabieniem ma widoki powodzenia, a znalazł się nawet sportowiec warszawski, który proponuje nie tylko graczy warszawskich, ale i krakowskich, których tego roku grających oglądać nie miał sposobności. Wszyscy autorzy podkreślali, że mają jedynie dobro naszego sportu na oku.

Bez wątpienia krytyka może przynieść korzyść, o ile jest bezstronna i konstruktywna, a zamiast tego dziennikarze kierowali się swoimi sympatiami. Oczywistym jest, że Polska może dostarczyć dobrych piłkarzy zaledwie z kilku centrów futbolowych, dlatego zadaniem komisji było odwiedzanie ich i wstępna selekcja. Niestety z tym bywało różnie, o czym świadczyły powołania na wcześniejsze mecze.

Ostatecznie do Szwecji pojechał zespół zbliżony do tego, jaki mierzył się z Węgrami. Piłkarzy Cracovii uzupełniało dwóch przedstawicieli Pogoni Lwów, a także jeden obrońca z Jutrzenki Kraków, i bramkarz z krakowskiej Wisły. I to właśnie ci „odmieńcy” zdecydowali o historycznym sukcesie reprezentacji. W 27 minucie po błędzie technicznym Einara Hemminga, który zagrał ręką w swoim polu karnym, sędzia przyznał jedenastkę dla naszego zespołu. Tę na gola zamienił wspomniany Józef Klotz. Całą sytuację opisał Przegląd Sportowy:

Jedynym graczem, który w swojej drużynie bije z dobrym skutkiem jedenastki był Józef Klotz, jemu też oddaje kapitan z całym zaufaniem wykonanie rzutu, od którego skuteczności tak wiele zawisło. Klotz z całym spokojem, bez rozpędu pakuje piłkę w lewy róg pod poprzeczkę. Bramkarz ani drgnął!

Prowadzenie 1:0 utrzymało się do przerwy, ale w drugiej połowie Szwedzi udowodnili swoje sportowe zacięcie. W 56 minucie spotkania Olof Svedberg wyrównał rezultat meczu i gdy wydawało się, że remis utrzyma się do końca spotkania, w 81. minucie gola dla Polaków zdobył Józef Garbień. Tym sposobem Polacy wrócili do kraju „z tarczą”, zamykając jednocześnie usta krytykom z lokalnej prasy.

O krok od blamażu

Na kolejny mecz międzypaństwowy w wykonaniu Polaków trzeba było czekać całe wakacje. Po historycznym tryumfie nad Szwedami, nastroje wokół polskiej piłki były bardzo optymistyczne. Prasa rozpisywała się o rosnącym znaczeniu piłki w narodzie polskim, a kibice wyczekiwali kolejnego spotkania. Mimo to mecz z Rumunią nie odbił się szczególnym echem w prasie, która ograniczała się do krótkich sprawozdań, a nawet notatek. Oczywiście wynikało to między innymi z niewielkiej historii piłki w Rumunii.

W odróżnieniu od poprzednich meczów kadra, która wyruszyła do Czerniowic, nie była tak jednolita klubowo, a można nawet rzec, że stanowiła drugi garnitur. Czołowe polskie kluby miały na ten czas zaplanowane rozgrywki i  nie wyraziły zgody na udział czołowych zawodników w grze międzypaństwowej. Tym samym oprócz oczywistej dominacji piłkarzy z Cracovii, do zespołu dołączyło dwóch przedstawicieli poznańskiej Warty, Jerzy Bułanow z warszawskiej Korony, oraz Leopold Duźniak z krakowskiej Olszy. O Bułanowie możecie przeczytać szerzej  http://rfbl.pl/jerzy-bulanow-pierwszy-farbowany-lis/

Możliwe, że Polacy poczuli się zbyt pewnie po zwycięstwie nad Szwecją i dobrych występach przeciwko Węgrom. Wielu uważało, że nasza kadra wyrobiła sobie dobrą markę i z pewnością ogra początkujących Rumunów, nawet wystawiając mniej znanych piłkarzy, którzy nigdy wcześniej nie odbyli nawet wspólnego treningu. To się zemściło wynikiem remisowym. Polacy co prawda objęli prowadzenie w pierwszej części spotkania, ale w drugiej połowie Rumuni doprowadzili do wyrównania, a mecz zakończył się wynikiem 1:1. W wywiadzie pomeczowym  sędzia spotkania tak podsumował widowisko:

Pierwsza połowa należała do Polaków; kombinowali oni wspaniale, tylko czasem zapominali o strzale. Po przerwie, zdaje się zmęczeni tempem, które sami sobie podyktowali, osłabli, przez co po początkowym bombardowaniu bramki przeciwnika, Rumunia przyszła do głosu. […] W drugiej połowie grała Rumunia już lepiej, ale za wysoko, przy czym przeważały akcje solowe. […] Zawody były szybkie i wielce urozmaicone, przy czym gra była fair.

Remis został potraktowany w kraju jako porażka, a winą obarczono PZPN. Związkowi zarzucono, że wyraził zgodę na termin meczu, który kolidował z innymi rozgrywkami. Zamiast odrzucić propozycję Rumunów, związek wystosował do okręgów zapytanie o możliwość udostępnienia piłkarzy. Zaplanowane w Krakowie zgrupowanie nie odbyło się z powodu zbyt małej ilości piłkarzy. Tym samym gdyby nie życzliwość Cracovii, która ostatecznie zgodziła się na udostępnienie swoich graczy, mecz w Czerniowcach by się nie odbył z uwagi na brak skompletowanego składu.

Zwycięstwo nad Jugosławią

Czwarte i zarazem ostatnie spotkanie kadry narodowej w 1922 roku wyrzuciło naszych rodaków aż do Zagrzebia, gdzie reprezentacja Polski była podejmowana przez Jugosławię. Polacy mieli więc już pewną rutynę i doświadczenie w meczach międzypaństwowych, a osiągane rezultaty napawały raczej optymizmem. W odróżnieniu od Rumuńskiej wycieczki tym razem kadra była lepiej zorganizowana, co skutkowało dużo wyższym poziomem gry. Pomimo że nie wszyscy prezentowali tak doskonałą formę, jak w klubach, i tak w drużynie ciężko było znaleźć słaby punkt.

Oprócz sportowego ujednolicenia drużyny i jej wewnętrznego spokoju nasz zespół cechowała również świetna atmosfera w kadrze. Reprezentacja była złożona z graczy Cracovii, Pogoni i Warty. Dwie ostatnie drużyny miały wkrótce stanąć naprzeciw siebie w ramach walki o tytuł mistrza Polski, więc można było obawiać się wewnętrznych docinek i nawiązań do rywalizacji klubowej. Zamiast tego piłkarze zjednoczyli się we wspólnym reprezentowaniu barw narodowych, a animozje klubowe nie miały tu miejsca. Jeśli wierzyć prasie, nasi piłkarze cechowali się w tym okresie dużą swobodą, beztroską i świetnymi humorami.

Polacy zagrali bardzo dobre spotkanie, ale również Jugosłowianie zagrali gorzej niż zwykle. Drużyna, która wydawała się kandydatem do zwycięstwa, zagrała bez energii i planu. Nasi rodacy byli wyraźnie szybsi, mieli więcej pomysłu i dobrze ustawiali pressing. Co ciekawe, zagraliśmy systemem jednego obrońcy, przez co nasi rywale byli wciąż łapani na pozycji spalonej. Widowisko zakończyło się wynikiem 3:1 dla Polski, co z pewnością dodatkowo wzmocniło morale zarówno piłkarzy, jak i całego narodu.

Rewanż z Jugosłowianami został zaplanowany na czerwiec 1923 roku, ale o tym przeczytacie w kolejnym odcinku naszej serii.

BARTŁOMIEJ MATULEWICZ

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE i INSTAGRAMIE.

Bartłomiej Matulewicz
O Bartłomiej Matulewicz 43 artykuły
Od lat związany z publicystyką - kiedyś o Manchesterze United, dziś o historii futbolu. Anonimowy Korespondent. Strzelałem w Manchesterze, Mediolanie, Monako, Monachium, Marsylii, Liverpoolu, Londynie i wielu innych... fotki. Czasami złapiesz mnie na trybunach prasowych. Poza studiami i pracą pochłaniam Premier League oraz Ekstraklasę