Rok 1929 i wygrana w turnieju amatorów

Tylko pozornie w polskiej piłce doszło do porządku. Rok 1929 to trzy potyczki reprezentacji Polski z amatorami. Kluby nie chciały zwalniać swoich najlepszych zawodników na mecze międzynarodowe. Większe znaczenie od rozwoju kadry narodowej miały starcia ligowe. 

  • Polska – Węgry (amatorzy) 5:1
  • Polska – Czechosłowacja (amatorzy) 2:2
  • Austria (amatorzy) 1:3 Polska

Nie doszło do poprawy poziomu gry naszej drużyny narodowej w 1928 roku. W opisywanym dziś 1929 też trudno o tym mówić, skoro przez ten cały rok nie rozegraliśmy ani jednego spotkania z profesjonalnym rywalem. Wciąż szukano stabilizacji. Było kilku dużej klasy zawodników, którzy śmiało mogliby rywalizować z lepszymi. To rozgrywki o mistrzostwo ligi miały większy priorytet niż mecze międzynarodowe. Dobitnie wskazywało na to porozumienie zawarte pomiędzy PZPN a przedstawicielami Ligi, które ograniczało możliwość organizacji spotkań międzynarodowych, jak również powoływania najlepszych piłkarzy.

Kluby były skupione na walce o prym w kraju i nie chciały, żeby ich kluczowi gracze narażali swoje zdrowie. Do tego trzeba było jeszcze dotrzeć na zgrupowanie, a to także zabierało wiele siły. To przecież nie czasy swobodnych przelotów samolotem. Wypracowane w ramach porozumienia terminy gier międzynarodowych miały być rozwiązaniem problemu, jednak okazały się tylko pozorem. Powołania były realizowane po linii najmniejszego oporu, często mając podłoże polityczne. Ucierpiały przy tym również mecze międzymiastowe, które wcześniej stanowiły niemalże tradycję polskiej piłki klubowej.

Polski pomysł na kongresie FIFA

Rozłam polskiej piłki w 1927 roku wpłynął negatywnie na poszanowanie polskiej piłki w Europie, a brak udziału w igrzyskach olimpijskich dodatkowo to spotęgował. W 1928 roku Polska wzięła udział w w kongresie FIFA, który odbył się w Amsterdamie. Tadeusz Kuchar (brat Wacława Kuchara), który reprezentował nasz kraj na konferencji, był bardzo aktywny w prezentowaniu inicjatyw, a jedną z nich była wizja „Pucharu środkowo-europejskiego dla amatorów”. Pomysł ten zyskał ogólną aprobatę. Udział w turnieju zadeklarowały Austria, Węgry i Czechosłowacja. Inauguracja rozgrywek przypadła na 2 czerwca w Poznaniu. Kolejne mecze zostały zaplanowane na sierpień i październik. Cały turniej trwał więc cztery miesiące. Wynikało to przede wszystkim z terminów reprezentacyjnych ustalonych wcześniej z władzami ligi.

Zebranie piłkarzy zdolnych do godnego reprezentowania barw narodowych nie było łatwe. Stefan Loth, pełniący funkcje kapitana związkowego, otwarcie przyznał przed meczem, że nie ma zbyt szerokiego pola do manewru. Wynikało to przede wszystkim z odmładzania składów w klubach całej polski. Dodatkowym problemem wskazanym przez Lotha był niekorzystny terminarz rozgrywek ligowych. Starcie z Węgrami miało być trzecim meczem na przestrzeni tygodnia. Nasze dotychczasowe starcia z Węgrami kończyły się porażkami, więc respekt przed rywalem był naturalny. Z drugiej strony tym razem zamiast drużyny zawodowej, przyszło nam się zmierzyć z zespołem amatorskim. Nasza drużyna także była niewiadomą. Czterech debiutantów i brak powołania dla napastników Wisły nie pozwalały na jednoznaczne przewidywania.

Polska przystąpiła do meczu w następującym składzie:

Bramkarz: Marian Fontowicz
Obrońcy: Henryk Martyna, Jerzy Bułanow
Pomocnicy: Aleksander Mysiak, Jan Wojciechowski, Symplicjusz Zwierzewski,
Napastnicy: Józef Kałuża, Karol Kossok, Karol Pazurek, Leon Sperling, Witold Wypijewski

Mecz rozegrano na stadionie Warty, choć w tym samym roku ukończono budowę nowego obiektu, który swoją pojemnością przewyższał inne w Polsce. Stadion im. 22 lipca (później przemianowany na stadion im. Edmunda Szyca) otwarto przy okazji Powszechnej Wystawy Krajowej, jednak wady konstrukcyjne obiektu groziły katastrofą budowlaną. Dlatego to stadion Warty gościł reprezentacje Węgier i Polski.

Drużyna polska przed meczem z Węgrami. Stoją od lewej: Symplicjusz Zwierzewski, NN, Karol Pazurek, Aleksander Mysiak, Karol Kossok, Jan Wojciechowski, Józef Kałuża, Leon Sperling. Klęczą od lewej: Józef Mila, Henryk Martyna, Marian Fontowicz, Jerzy Bułanow.

Mecz miał się odbyć przy obecności blisko 12 tysięcy kibiców, jednak nie najlepsza pogoda sprawiła, że na trybunach pojawiła się zaledwie połowa tej liczby. Już od pierwszych minut oba zespoły udowodniły, że nie zamierzają grać do jednej bramki. Zawodnicy szybko rozgrzali publiczność. Już w 10. minucie spotkania mogliśmy wyjść na prowadzenie, gdy po zagraniu piłki ręką przez rywala w polu karnym otrzymaliśmy rzut karny, który został jednak zmarnowany. Węgrzy mieli również wiele szczęścia, gdy kolejne ataki kończyły się niecelnymi strzałami naszych napastników. Kiedy wydawało się, że wszystko jest pod kontrolą, to na prowadzenie wyszła drużyna gości. Szczęśliwie dla nas radość piłkarzy węgierskich nie trwała długo, bo chwilę później doprowadziliśmy do wyrównania, a wynik 1:1 utrzymał się do przerwy.

Druga połowa to prawdziwa dominacja naszej drużyny. Szybkie prowadzenie w 55. minucie meczu uskrzydliło naszych piłkarzy, a obroniony rzut karny przez naszego golkipera dodatkowo spotęgował pewność siebie w naszych szeregach. I to prawdopodobnie ten karny z 70. minuty zadecydował o tym, że Węgrzy nie zdołali już wyrwać nam zwycięstwa. Chwilę później było już 3:1, a czwarta i piąta bramka na przestrzeni niespełna 10 minut ukoronowały historyczny tryumf nad Węgrami (choć wiadomo, że amatorskimi). Karol Pazurek i Karol Kossok zdobyli po dwie bramki. Jedną dołożył Józef Kałuża. Wynik 5:1 poszedł w świat, jednak trochę przekłamywał rzeczywistą przewagę Polaków. W opinii obserwatorów polski zespół był lepszy, natomiast Węgrzy nie zasłużyli na tak wysoką porażkę.

Polacy grali 90 minut, Węgrzy tylko 45, dlatego pierwsi wygrali. Polska była lepsza o 1 do 2 bramek. W pierwszej połowie Polacy wskutek grząskiego terenu nie wykorzystali szeregu sytuacji. W tej części goście byli nieco lepsi i wynik powinien brzmieć 2:1 na ich korzyść. Po przerwie Polacy wykorzystali niemal wszystkie momenty podbramkowe, dlatego wynik brzmi tak wysoko  tak po meczu powiedział sędzia.

Przesadzone ambicje

Wysoka wygrana z Węgrami podbudowała ambicje polskiej piłki. Dziennikarze nie szczędzili pochwał, a mecz z Czechosłowacją miał być potwierdzeniem wysokiego poziomu. Starcie z rywalami zostało zaplanowane na 4 sierpnia i miało się odbyć na stadionie Cracovii. Publicyści zapomnieli chyba o tragicznym bilansie naszej drużyny przeciwko Czechosłowakom, a także o porażce na własnym terenie 1:2 trzy lata wcześniej. Budowali swoją narrację wokół niemal pewnego zwycięstwa.

Polska przystąpiła do meczu w następującym składzie:

Bramkarz:
Marian Fontowicz
Obrońcy: Henryk Martyna, Jerzy Bułanow
Pomocnicy: Tadeusz Kotlarczyk, Jan Kotlarczyk, Karol Bajorek
Napastnicy: Józef Kałuża, Karol Pazurek, Leon Sperling, Karol Kossok, Stefan Rusinek

Przewidywania dziennikarzy nie miały wiele wspólnego z rzeczywistością. Pierwszym sygnałem był mecz treningowy rozegrany trzy dni przed właściwym starciem. W ramach treningu reprezentacja polski zmierzyła się z drużyną Krakowa i przegrała 1:4. Spotkanie z Czechosłowacją również nie ułożyło się po myśli naszych rodaków. Rywale wyszli na szybkie prowadzenie po mocnym strzale Uhera. Nasza drużyna zdołała wyrównać za sprawą indywidualnej akcji Kossoka, a przed przerwą wyszła na prowadzenie po bramce Pazurka.

Druga połowa to dominacja Czechosłowaków. Kolejne ich ataki spychały biało-czerwoną drużynę do defensywy. W 70. minucie po strzale z rzutu wolnego Fontowicz wybił piłkę przed siebie, co wykorzystał zawodnik rywali i ustalił wynik na 2:2. Pomimo amatorskiego charakteru widowiska, drużyna gości zaoferowała skład pełen piłkarzy o wysokiej kulturze gry, dobrym przysposobieniu technicznym i dynamice. Czesi grali nieszablonowo i ambitnie i byli lepszą drużyną. Polacy zagrali poniżej oczekiwań. Na wyróżnienie zasługiwała nasza linia obrony, która umiejętnie rozbijała ataki rywala. W drugiej części brakowało błysku i ambicji, a momentami szczęścia. W odróżnieniu od meczu z Węgrami, tym razem to druga część spotkania wypadła gorzej. Remis był jednak bardzo dobrym rezultatem wobec dotychczasowych porażek z Czechosłowacją.

Wyjazd do Austrii w atmosferze zamętu

Ostatni mecz Pucharu środkowo-europejskiego dla amatorów miał odbyć się w Austrii. Polacy stanęli przed szansą objęcia prowadzenia w rozgrywkach. Wygrana z Węgrami i remis z Czechosłowacją, a także wyniki innych spotkań oznaczały, że w przypadku wygranej z Austrią, to Polska zajmie pierwsze miejsce. Paradoksalnie więcej mówiło się o kryzysie w Lidze i nieuczciwej postawie niektórych drużyn walczących o utrzymanie w rozgrywkach. Wyniki sezonu ligowego, a także kontrowersje związane z niektórymi meczami to jednak temat na inny artykuł.

Austriacy przystąpili do meczu w roli faworyta. Zwycięstwa z Czechosłowacją i Węgrami dawały im pierwsze miejsce w rozgrywkach. Potrzebowali więc tylko remisu. Polacy byli wyjątkowo zmotywowani, pomimo niekorzystnych okoliczności. Boisko odbiegało od standardów, do których przyzwyczajeni byli nasi piłkarze. Płytę stanowiła ubita ziemia bez nawet kępki trawy, a jej wymiary nie były zgodne z założeniami. Było zbyt szerokie i krótkie, co ograniczało możliwość szybkich kontrataków i długich podań. Uwagi zgłoszono także wobec zbyt lekkiej piłki (została zmieniona po przerwie). Również liczba 3500 zgromadzonych kibiców nie zachwyciła.

Polska przystąpiła do meczu w następującym składzie:

Bramkarz: Stefan Domański
Obrońcy: Henryk Martyna, Jerzy Bułanow
Pomocnicy: Tadeusz Kotlarczyk, Jan Kotlarczyk, Bronisław Makowski, Witold Wypijewski
Napastnicy: Karol Pazurek, Józef Nawrot, Henryk Reyman, Mieczysław Balcer

W pierwszej połowie piłkarze obu reprezentacji nie mogli opanować piłki na nierównym i twardym terenie. Zarówno Polacy jak i Austriacy próbowali sporadycznych ataków, ale bez efektu. Dopiero w 25. minucie nastąpiło przełamanie. Było ono jednak wynikiem błędu rywala, który zagrał piłkę ręką w swoim polu karnym. Jedenastkę wykorzystał nasz obrońca – Henryk Martyna. W odwecie nasi przeciwnicy spróbowali kilku odważniejszych ataków, jednak świetnymi interwencjami popisał się Stefan Domański.

Druga połowa odbywała się już pod wyraźne dyktando Polaków, którzy oswoili się z boiskiem. 6 minut po przerwie podwyższyliśmy prowadzenie. Chwilę później Austriacy stanęli przed szansą zdobycia bramki kontaktowej, jednak piłkarz drużyny przeciwnej przestrzelił rzut karny. Nasza drużyna zawzięcie atakowała i to mimo prowadzenia. Jeden z ataków zakończył się bramką Reymana, jednak sędzia dopatrzył się zagrania ręką i gola nie uznał. Trzy minuty później nie było już wątpliwości, gdy Pazurek umieścił piłkę w siatce bramkarza Austrii. Przeciwnika było stać tylko na gola honorowego. Polacy wygrali zainicjowany przez siebie turniej.

Gra warta świeczki

Udział w turnieju amatorskim był wyzwaniem, które miało zwiększyć prestiż polskiej reprezentacji w Europie. Działacze związku byli świadomi, że porażka nawet z najbardziej prestiżowym rywalem nie przyniesie nam chwały. Wygrane przeciwko amatorom pozwalały zainteresować prasę zagraniczną naszym krajem. Dominacja nad amatorami z Austrii i Węgier pozwoliła wierzyć, że jesteśmy godni do rywalizacji z poważniejszymi drużynami.

BARTŁOMIEJ MATULEWICZ

Źródła, z których korzystałem:

  • „Przegląd Sportowy”
  • „Stadjon”
  • Historia Wisły
  • „Kurjer codzienny”
Bartłomiej Matulewicz
O Bartłomiej Matulewicz 55 artykułów
Od lat związany z publicystyką - kiedyś o Manchesterze United, dziś o historii futbolu. Anonimowy Korespondent. Strzelałem w Manchesterze, Mediolanie, Monako, Monachium, Marsylii, Liverpoolu, Londynie i wielu innych... fotki. Czasami złapiesz mnie na trybunach prasowych. Poza studiami i pracą pochłaniam Premier League oraz Ekstraklasę