Rudolf Patkolo – polski Węgier

Żyjemy w czasach, gdy nadawanie obywatelstwa to nie problem. Niektórzy zdobywają je poprzez odpowiednio długi pobyt, inni pukają do prezydenta kraju w celu przyśpieszenia tej procedury. Byłe kraje kolonialne, wspierane są przez zawodników innego pochodzenia, summa summarum, dzisiaj jest prościej. Mówimy o Olisadebe czy Boenischu jednak jednym z pierwszych był o dziwo, reprezentant Węgier – Patkolo.

W dzisiejszych czasach ciężko jest przejść przez procedury gry w innej reprezentacji. Oczywiście istnieją jasne przepisy, które mówią chociażby o tym, że towarzyski mecz się nie liczy, tak jak w przypadku Diego Costy, który zamienił reprezentacje Brazylii na Hiszpanię. W latach 40-stych czy 50-tych można było swobodnie „poruszać się” między reprezentacjami.

Tak właśnie zrobił Rezso Patkolo, Węgier, który rozegrał dwa mecze w kadrze tego kraju. Grał z wielkim piłkarzem, którego chyba wszyscy kojarzą, Ferencem Puskasem. Wracając jednak do samego Rezso, w czasie wojny został wysłany na przymusowe roboty do Niemiec, gdzie poznał swoją przyszłą żonę – Polkę. Po roku spędzonym w Polsce dostał obywatelstwo naszego kraju. Po jego otrzymaniu zmienił swoje imię na bardziej Polsko brzmiące Rudolf. Do dzisiaj tradycja imienia podtrzymywana jest w rodzinie.

W reprezentacji Polski rozegrał trzy mecze. Debiutował 2 października 1949 roku w spotkaniu przeciwko Bułgarii, które wygraliśmy 3:2.

Radość po meczu była wielka, publiczność wpadła na boisko i na barkach entuzjastów zjechał do szatni… Patkolo

Drugim meczem było starcie z Czechosłowacją, w którym rozczarował. Sam przyznał, że nie można wygrać meczu samymi sztuczkami technicznymi. Ostatnim jego występem, był mecz z Rumunią.

Specyficzna Mowa – Wspomnienie

Kazimierz Trampisz, bardzo ciepło wspominał Rudolfa. Był uważany za bardzo sympatycznego człowieka, który mówił jak.. Murzyn! Tak to opisywali jego koledzy, którzy żartowali z jego węgierskiego akcentu. Jego obecność w kadrze była krótka, był podatny na kontuzję i miał słabe warunki fizyczne, jednocześnie czarował swoją techniką. Jak sami wiemy, w tamtych czasach Węgrzy byli jedną z lepszych reprezentacji.

Świetny piłkarz, niezwykle lubiany człowiek. Nie znałem go zbyt dobrze, nie spotykaliśmy się w kawiarniach, bo mieszkał daleko, w Łodzi. Ale czasami zdarzyło się zamienić kilka zdań po meczach. Lubiliśmy go słuchać. Żartowaliśmy, że po polsku mówi jak Murzyn. Miał taki śmieszny, melodyjny węgierski akcent. Przyjmowaliśmy go ciepło. W końcu ożenił się z Polką
– Kazimierz Trampisz

Niestety gra Patkolo często była sinusoidalna. Jego rajdy, wspaniałe zagrania i strzały były przeplatane brakiem angażowania się w większy sposób w grę całej drużyny, gdy inni biegali – Rudolf przechadzał się po boisku. Szczególnie zauważano to w Łódzkim Klubie Sportowym, w którym występował. W reprezentacji też mówiono, że zawiódł, szczególnie w meczu z Czechosłowacją. Potem sprawa trochę ucichła, gdy na jaw wyszło, że występował z kontuzją. Sam poprosił, aby nie uwzględniano go na mecz z Albanią, chciał się wyleczyć, niestety ŁKS go potrzebował i do końca sezonu musiał grać z urazem.

2

Sympatyczna postać klubowa

Swoją przygodę klubową zaczynał w węgierskich klubach. Następne lata spędził w ŁKS Łódź, zaliczył także epizod w Polonii Bydgoszcz. Jednak ulubieńcem kibiców stał się dopiero po przybyciu do krakowskiej Wisły. . Był jednym z pierwszych zagranicznych piłkarzy (chociaż w tym okresie miał już Polskie obywatelstwo) w historii Białej Gwiazdy, nie licząc sporadycznych występów Czechów i Węgrów przed 1914 rokiem. Nigdy nie miał fenomenalnych statystyk, zagrał zaledwie w 14 spotkaniach. Pomimo tego, zaskarbił sobie wielką sympatię kibiców spod Wawelu. Zachwycające były jego techniczne zagrania, często jednak nie przynosiły one zamierzonych efektów, w swoim pobycie nie strzelił ani jednego gola.

Patkolo dryblował sam siebie, popisywał się niepotrzebnymi sztuczkami
– Przegląd Sportowy

Własne miejsce na ziemi

Po zakończeniu kariery w Kujawiaku Włocławek, osiedlił się w Stalowej Woli, gdzie wcześniej grał przez trzy lata. Od 1960 roku mieszkał na tak zwanym „Osiedlu Cyganów”. Na stadion przyjeżdżał motorynką, był bardzo lubiany, a do każdego treningu świetnie się przygotowywał, zawsze pokazywał swoim wychowankom, jak strzelać, kontrolować piłkę, wszystkie fundamentalne czynności, jakie piłkarz powinien opanować, trener Patkolo wykonywał perfekcyjnie.

3
Patkolo (po prawej) w barwach Wisły Kraków

Jerzy Hnatkiewicz, który prowadził drużynę juniorów w innej kategorii wiekowej, podkreślał to jakim skromnym człowiekiem był Patkolo. Mimo tak wielu fanów pozostawał normalnym człowiekiem, potrafił włożyć serce w pracę ze swoimi wychowankami. Zawsze zapisywał coś w swoim notatniku, rozrysowywał ćwiczenia, a następnie skrupulatnie wpajał je swoim zawodnikom. Przywiązywał wielką wagę do kształcenia swoich podopiecznych. Miał dar do trenowania, a wiadomo, że nie każdy zawodnik zostaje dobrym trenerem.

Rodzinna tragedia

Jak wspominają wnuki, dziadkowie nie chcieli opowiadać o czasach wojny. Zapewne był to dla nich ciężki temat. Jednak chciałem wspomnieć o prywatnej tragedii Patkolo. W 1984 roku samobójstwo popełniła jego żona, Janina. Po jej śmierci całkowicie się zagubił, nie dawał sobie rady w codziennym życiu, był skryty i nikt nie wiedział, co tak naprawdę przeżywał. Zmarł 8 lat później, w Stalowej Woli.

Wszyscy do dzisiaj ciepło go wspominają, co roku w tym mieście odbywa się turniej juniorów im. Rudolfa Patkolo.

4
Grupa juniorów, którą prowadził Patkolo

MARIUSZ ZIĘBA

 

Mariusz Zięba
O Mariusz Zięba 59 artykułów
Obserwator i pasjonat niemieckiego futbolu, otwarty na inne kraje. Kibic 1. FC Köln.