Salvatore Schillaci – król jednego lata

Blisko ćwierć wieku temu podczas mundialu rozgrywanego we Włoszech poprowadził Italię do zdobycia medalu na tej imprezie. Był jej najlepszym zawodnikiem, a swoim występem na Mistrzostwach Świata przyćmił takie gwiazdy futbolu jak Roger Milla, Gary Lineker, czy Rudi Voller i Lothar Matthaus. Świat wróżył mu wielką karierę, jednak po zakończeniu mundialu nigdy już nie grał tak wspaniale, jak podczas mistrzostw globu.

1 grudnia obchodził 50. urodziny. To dobry czas na wspomnienie o postaci, która została okrzyknięta „królem jednego turnieju”. Salvatore Schillaci – oto on. 

 

 

Schillaci to prawdopodobnie najmniej znany najlepszy zawodnik mundialu w historii piłki nożnej. Średniego wzrostu Włoch, który gry w piłkę uczył się na ulicach Palermo, a nie w znanym klubie stał się jednak symbolem gorącego lata w Italii. W kraju, który wychował wiele gwiazd światowego futbolu wciąż jest rozpoznawany i ceniony, chociaż jego klubowa kariera to pasmo wzlotów i upadków. Jak na ironię, największe sukcesy odnosił na polu międzynarodowym: dwukrotnie sięgał po Puchar UEFA, podczas gdy ani razu nie udało mu się wygrać Scudetto – mistrzostwa Włoch. Zacznijmy jednak od początku, a żeby to zrobić musimy cofnąć się o pół wieku wstecz na rządzoną potężnymi rodzinami mafii Sycylię, gdzie dorastał przyszły „król lata”.

Dzieciństwo i młodość

Jego dzieciństwo nie należało do najłatwiejszych. Przełom lat 60. i 70. XX wieku na Sycylii stał pod znakoem mafijnym porachunków i wszechobecnej biedy. Schillaci urodził się w najważniejszym mieście na tej wyspie – Palermo, co było dla niego szczęściem w nieszczęściu. Palermo dawało możliwości rozwoju nawet najbiedniejszym mieszkańcom tego miasta, jednak było również główną siedzibą włoskich mafiosów. Na ulicach nigdy nie było spokojnie, a potężne rodziny kontrolowały rozwój przemysłu i gospodarki obsadzając wszelkie możliwe punkty zarobku swoimi ludźmi. Salvatore dorastał w ubogiej rodzinie, w miejscu zwanym „centrum rozwoju biednych” – specjalnej dzielnicy, w której – łatwo się domyślić – mieszkała głównie biedota. Od dziecka miał jednak odmienne cel niż reszta jego rówieśników. W jego okolicy nie było żadnych boisk, parków ani placów, w których mógłby szkolić swoje piłkarskie umiejętności. Mimo to postanowił działać na przekór i marzył o światowej karierze i zostaniu jednym z najlepszych piłkarzy świata.

Pierwsze kroki ku realizacji swoich planów poczynił wstępując do amatorskiej drużyny piłkarskiej – AMAT Palermo. W barwach tego zespołu dał się poznać jako supersnajper. W amatorskich rozgrywkach zdobył 75 bramek, w tym 11 w jednym spotkaniu. Nic więc dziwnego w tym, że już po roku talent 18-latka dostrzegli działacze czwartoligowej Messiny i zaproponowali mu profesjonalny kontrakt. Salvatore bez chwili zawahania zgodził się złożyć podpis pod umową. Messina nie była tak rozpoznawalnym klubem jak Palermo. Drużyna z północy Sycylii występowała dwie klasy niżej od „Rosaneri”, jednak dawała szansę regularnej, zawodowej gry w piłkę. W pierwszym sezonie Schillaci nie prezentował się jednak najlepiej. Zdobył zaledwie trzy bramki i chociaż różnica pomiędzy AMAT-em a Messiną była ogromna to spodziewano się po nim o wiele więcej. Młody Włoch dostał jednak szansę – jego klub awansował do trzeciej ligi, a on wciąż był podstawowym zawodnikiem pierwszego składu.

Salvatore Schillaci

Na przebłysk talentu Schillaciego w Messinie czekano aż do sezonu 1985/1986. Przez dwa lata gry w trzeciej lidze włoskiej zdobył zaledwie osiem bramek, jednak ostatni rok spędzony w Serie C przyniósł mu oklaski i uznanie ze strony trybun. Messina już sezon wcześniej była bliska awansu na zaplecze ekstraklasy, jednak wówczas lepsze okazało się zdegradowane Palermo, które po rocznej banicji powróciło do Serie B. Piłkarze z trzeciego co do wielkości miasta na Sycylii w następnych rozgrywkach podążyli śladem Rosaneri i wygrali rozgrywki Serie C. Walnie przyczynił się do tego Schilaci, który strzelił jedenaście bramek w 31 spotkaniach – dokładnie tyle, ile wcześniej udało mu się uzbierać przez trzy lata. Czekał go jednak kolejny przeskok i w Messinie ponownie pojawiły się wątpliwości, czy Salvatore sprosta dużo wyższemu poziomowi w Serie B i nadal będzie kluczowym zawodnikiem zespołu.

Wielki transfer 

Jak się później okazało, sprostał, ale początki znów były trudne. W pierwszym sezonie zdobył tylko trzy bramki, jednak Messina mimo to skończyła sezon na siódmym miejscu. Schilaci zaczął się jednak rozkręcać. Drugi sezon, znacznie gorszy dla zespołu, (12 miejsce w Serie B) skończył jako najlepszy strzelec z 13 bramkami na koncie, co stanowiło 1/3 goli zdobytych przez jego klub w tych rozgrywkach. Ostateczny popis umiejętności strzeleckich Salvatore miał miejsce rok później. Giallorossi ponownie wrócili do czołowej ósemki, a sam Schillaci zdobył aż 23 bramki (połowa dorobku drużyny), co zapewniło mu tytuł króla strzelców Serie B i przede wszystkim transfer do Juventusu.

Potentat z Turynu przechodził wówczas trudny okres w swojej historii. Schillaci był najtańszym transferem Bianconerich – jego zakup kosztował klub zaledwie 500 tysięcy euro. Dwa razy tyle Stara Dama wydała w tym samym okienku na sprowadzenie Pierluigiego Casiraghiego, a niemalże 3 miliony euro zapłacono za transfer Sergieja Aleynikowa z Dynama Mińsk. Drużyna prowadzona przez Dino Zoffa była gruntownie przebudowywana, a Turyn opuścili latem Michael Laudrup, który przeniósł się do Barcelony, Ian Rush i Alessandro Altobelli. W tych okolicznościach kibice Juventusu nie liczyli na spektakularny sukces swoich ulubieńców ani w krajowych rozgrywkach, ani w Europie, bo Stara Dama brała również udział w rozgrywkach o Puchar UEFA. Transfer Schillaciego nie wlał w serca fanów nadziei, jednak szybko okazało się, że był to strzał w dziesiątkę.

Salvatore Schillaci Juventus
W barwach „Starej Damy”

Salvatore Schillaci szybko zdobył serca fanów Juventusu. W sezonie 1989/1990 z 15 bramkami na koncie został jej najlepszym strzelcem w rozgrywkach ligowych, w których Stara Dama zajęła czwarte miejsce, a jego 4 bramki zdobyte w Pucharze UEFA uczyniły go również najskuteczniejszym piłkarzem Juve w tym turnieju. Bianconeri wygrali Puchar zostawiając w pokonanym polu m.in. Górnik Zabrze, a w dwumeczu finałowym ograli odwiecznego rywala – Fiorentinę. W tym samym roku sięgnął również po Puchar Włoch. Schillaci był wtedy na ustach wszystkich tifosi w Italii, więc nikogo nie dziwił fakt powołania go na Mundial, który miał się przecież odbyć właśnie we Włoszech. Mimo znakomitej formy strzeleckiej Salvatore, niewiele osób widziało go w pierwszej jedenastce Squadra Azzurra. Konkurencja o miejsce w ataku była ogromna: doświadczeni Aldo Serena, Roberto Mancini i Gianluca Vialli, a także młody, robiący furorę we Fiorentinie Roberto Baggio, na papierze byli znacznie lepsi od Schillaciego, nawet gdy ten rozgrywał „sezon życia”. Zresztą wejście napastnika Juventusu do drużyny narodowej nie należało do najprzyjemniejszych. Gdy pojawił się na zgrupowaniu reprezentacji, w Turynie fani wszczęli krwawe zamieszki w okolicy ośrodka treningowego Juventusu, w którym przebywała wówczas włoska kadra. Ich powodem nie była jednak osoba Schillaciego, a Roberto Baggio. Przed mistrzostwami świata ogłoszono, że utalentowany Włoch przeniesie się latem z Fiorentiny do Starej Damy. Kibicom Juventusu nie spodobał się jednak pomysł transferu piłkarza z drużyny odwiecznego rywala, a po ich demonstracji 51 osób trafiło do szpitala z obrażeniami ciała. Sam Schilaci zupełnie przypadkowo znalazł się w centrum wydarzeń. Gdy probówał dostać się do bazy reprezentacji nieświadomy zagrożenia wjechał w uliczki pełne wściekłych kibiców. Ci nie rozpoznali swojego najlepszego strzelca w samochodzie i zaatakowali auto piłkarza. Sam zainteresowany został uratowany przez policjantów, którzy stworzyli mu eskortę aż do ośrodka.

Później było już jednak tylko lepiej. W meczu otwarcia mistrzostw świata, w którym Włosi mierzyli się z Austrią,w pierwszym składzie Squadra Azzurra trener Azeglio Vicini zdecydował się wystawić Giuseppe Viallego. W meczu utrzymywał się jednak rezultat remisowy, który nie zadowalał żadnej ze stron. Azeglio Vicini zawołał wówczas Schillaciego i nakazał mu zdjąć dres i wejść na boisko na kwadrans przed końcem. Król strzelców po latach wspominał ten moment w jednym z wywiadów: „To było niesamowite. Gdy Vicini powiedział, że mam wejśc na boisko zapytałem go ze zdziwieniem czy na pewno chodziło mu o mnie. Na mundial pojechałem jako ostatni zawodnik z listy, wiedziałem o tym i prawdę mówiąc spodziewałem się, że mecze obejrzę z trybun lub z ławki rezerwowych. Zbytnio mi to nie przeszkadzało, bo sama obecność w tej drużynie była dla mnie ogromnym zaszczytem. Wtedy jednak wszystko się zmieniło. Sam moment, w którym pojawiłem się w koszulce reprezentacji na mundialu był dla mnie czymś cudownym, ale strasznie się bałem. Tak naprawdę był to mój pierwszy poważny mecz dla Squadra Azzurra, wcześniej występiłem tylko raz w meczu towarzyskim. Spojrzałem na zapełnione trybuny Stadio Olimpico i przeszły mnie dreszcze. Chciałem pokazać się z jak najlepszej strony… bramka? To było szalone. Nie sposób to opisać, po prostu dostałem piłkę i strzeliłem. Potem pamiętam już tylko szał radości i mój bieg w kierunku ławki, gdzie siedział mój przyjaciel Stefano Tacconi.

 

Salvatore Schillaci – król lata 

Cztery minuty po wejściu na plac gry, Schillaci wpakował piłkę do siatki zapewniając Włochom zwycięstwo nad Austriakami. W drugim spotkaniu fazy grupowej ponownie pojawił się na boisku dopiero w drugiej połowie. Tym razem jednak bramki nie zdobył, co jednak nie przeszkodziło Azzurrim w zdobyciu kolejnego kompletu punktów. Włosi na turnieju nie grali efektownie, ale dopóki wygrywali nikt nie mógł mieć pretensji o zbyt asekuracyjną postawę na boisku. Szkoleniowiec reprezentacji Italii, Azeglio Vicini był wiernym fanem Catenaccio i uważał, że sukces drużyny możliwy jest tylko, gdy zespół będzie się skutecznie bronił, stąd też brały się niskie zwycięstwa Włochów. W ostatnim spotkaniu w grupie Vicini postawił na Schillaciego. Squadra Azzurra nie miała już nic do stracenia, a tifosi domagali się od trenera szansy dla śniadoskórego Sycylijczyka. W tym spotkaniu swoją szansę otrzymał również Roberto Baggio. Obaj zdobyli po jednej bramce, dając gospodarzom imprezy awans z pierwszego miejsca do kolejnej rundy, i trafiając na czołówki wszystkich gazet sportowych w kraju i na świecie. Włosi dosłownie oszaleli na jego punkcie, gdy w meczu z Urugwajem otworzył wynik spotkania w 65 minucie gry. W kraju, w którym rozgrywany był mundial zaczęto mocno wierzyć w to, że właśnie Schillaci jest tym, który poprowadzi Italię do zwycięstwa. Kibice śpiewali na jego cześć, a on dziękował im za to bramkami.

 

https://www.youtube.com/watch?v=rM18U2K6eEg

W ćwierćfinale mundialu Włosi spotkali się z rewelacją turnieju. Irlandia, która do tej pory nie należała do światowej czołówki, postawiła się jednak Azzurrim, i mimo porażki zostawiła po sobie świetne wrażenie. Irlandczyków do domu wysłał… oczywiście, Schillaci. „Toto”, bo tak zdrobniale nazywano snajpera Juventusu, ukłuł już w 38 minucie, ale jak sam przyznał spotkanie z wyspiarzami nie należało do najłatwiejszych:

Pamiętam ten mecz bardzo dobrze. Szczególnie postawę irlandzkich defensorów – to byli ludzie stworzeni do destrukcji. Najciężej grało mi się przeciwko Argentyńczykom i Irlandczykom, ale Ci drudzy byli silniejsi fizycznie co dawało im nade mną sporą przewagę.

Koniec końców  awansowali do półfinału, gdzie czekała na nich reprezentacja Argentyny. „Toto” otworzł wynik w 17 minucie gry, ale tym razem nie skończyło się to tak dobrze jak wcześniej. Albicelestes z Diego Maradoną i Claudio Caniggą w składzie, jako pierwsza drużyna na turnieju zdołała strzelić Włochom bramkę. Canigga w 67 minucie spotkania wyrównał wynik meczu. Później goli już nie zobaczyliśmy, i w efekcie tego czekała nas dogrywka, a później również rzuty karne. W nich lepsi okazali się Argentyńczycy i to oni awansowali do wielkiego finału. Schilaci był załamany…

Po porażce z Argentyną nie mogłem się pozbierać. Przez ponad dwie godziny siedziałem w pokoju płacząc i paląc papierosy. Nie wiedziałem jak to się stało, że nagle pożegnaliśmy się z marzeniami o zwycięstwie. Oddałbym Złotego Buta za złoty medal bez chwili zawahania. Dlaczego nie podszedłem do jedenastki? Bolała mnie noga, nie chciałem ryzykować, że coś pójdzie nie tak.

To jednak nie był koniec turnieju dla Włochów i ich najlepszego zawodnika. W meczu o trzecie miejsce rywalem gospodarzy byli Anglicy, którzy w półfinale okazali się gorsi od RFN. W wyjściowym składzie ponownie zobaczyliśmy, już podstawowy, duet Schilaci – Baggio. Znakomita angielska drużyna przez długi czas walczyła jak równy z równym z naładowaną złością reprezentacją Italii. Na bramki czekaliśmy aż do końcówki spotkania. Wtedy to pierwsze trafienie dla Squadra Azzurra zapisał na swoim koncie Roberto Baggio. „Toto” tym razem wystąpił w roli asystenta. Włoscy kibice cieszyli się już ze zwycięstwa, ale Synowie Albionu nie złożyli broni. Na dziewięć minut przed końcem spotkania doprowadzili do remisu i uciszyli wypełniony po brzegi stadion San Nicola w Bari. Gdy wszyscy czekali już na ostatni gwizdek arbitra i dogrywkę, nagle zupełnie niespodziewanie Anglicy popełnili błąd we własnej szesnastce i faulowali Schillaciego wychodzącego na czystą pozycję. Sędzia Joel Quiniou odgwizdał rzut karny i serca kibiców zamarły. Do piłki podszedł sam poszkodowany, który wówczas miał na koncie tyle samo bramek co Czech Tomas Skuhravy. Po chwili stadion wręcz eksplodował radością – piłka zatrzepotała w siatce, a Salvatore ruszył w szalonym biegu w stronę band reklamowych. Ta cieszynka stała się jego znakiem rozpoznawczym, a jej nieodłączną częścią był wyraz twarzy „Toto” z charakterystycznymi „obłąkanymi oczami”. Były piłkarz Messiny często żartował, że później na ulicach wielu kibiców przedrzeźniało go wytrzeszczając oczy w jego kierunku.

Wciąż miałem żal w sercu. Bolało mnie to, że nie zagraliśmy w finale i byłem pewien, że wygralibyśmy ten turniej. Zdobyliśmy jednak medal, ja sam zostałem królem strzelców. To może zabrzmieć zabawnie, ale nie zależało mi na tym tytule. Chciałem, żeby rzut karny wykonał Roberto (Baggio – przyp.), ale on podszedł do mnie i powiedział, że to moja szansa bo ten Czech miał na koncie tyle samo bramek co ja, więc się zgodziłem – mówił w wywiadach wspominając spotkanie z Anglią.

Wielki zjazd

 

Mundial dobiegł jednak końca, a piłkarze wrócili do klubów po urlopach. Kolejny sezon w Juventusie nie był już tak udany, jak poprzedni. „Toto” zdobył zaledwie pięć bramek, z czego trzy w jednym spotkaniu, i osłabił swoją pozycję w zespole. Równie słabo szło mu w reprezentacji – do siatki trafił tylko raz, a Włosi nie zdołali zakwalifikować się do Mistrzostw Europy w 1992 roku. Dobrze radził sobie jedynie w rozgrywkach Pucharu Zdobywców Pucharów, ale i tam przyćmił go fenomenalny Baggio. Salvatore dostał jeszcze jedną szansę na rehabilitację i pozostał w drużynie Bianconerich. Następny sezon był jednak równie nieudany i Schillaci usłyszał, że w klubie szukają nowego snajpera. 25 września 1991 roku po raz ostatni zagrał w reprezentacji narodowej, a latem 1992 roku, dwa lata po mundialu w Italii przystał na ofertę odwiecznego rywala Juventusu – Interu Mediolan i podpisał kontrakt z ekipą Nerazzurrich.

Salvatore Schillaci Inter
Salvatore Schillaci w barwach Interu

Po transferze do Mediolanu „Toto” zaczęły trapić kontuzje. Pierwsza z nich wykluczyła go z gry na dziesięć spotkań. Ostatecznie sezon 1992/1993 zakończył z zaledwie sześcioma trafieniami na koncie. Słaba dyspozycja Salvatora zmusiła działaczy Interu do transferu kolejnego napastnika. Był nim Dennis Bergkamp – utalentowany Holender, który robił furorę w barwach Ajaksu. Dla Schillaciego rozgrywki Serie A w sezonie 1993/1994 zaczęły się niezwykle udanie. W pierwszych trzech spotkaniach zdobył trzy bramki i kibice odzyskali nadzieję, że gwiazda mundialu wróci do strzelckiej formy. Sielanka nie trwała jednak długo. Kolejne urazy zaczęły trapić Salvatore, który ostatecznie wystąpił w zaledwie dziewięciu ligowych meczach. Na pocieszenie pozostaje mu fakt, że Inter wygrał wówczas Puchar UEFA i „Toto” mógł dopisać sobie kolejne trofeum do swojego CV. Jego kariera nieubłaganie dobiegała jednak końca i wtedy zdecydował się na zaskakujący ruch, którym był transfer do… Japonii.

W Azji rozpoczął nowe życie. Z dala od wielkiej piłki, w miejscu, w którym był ambasadorem i gwiazdorem futbolu. Nikt nie kładł na nim presji zdobywania bramek, a on sam na tle dużo słabszych przeciwników czarował. Schillaci został pierwszym Włochem w historii ligi japońskiej. Przez 4 lata w J. Leauge zdobył łącznie 56 bramek w 78 występach i wywalczył jedyne w swojej karierze mistrzostwo kraju. W 1997 roku zakończył swoją przygodę z futbolem i wrócił do ojczyzny. W Palermo założył własną szkółkę piłkarską, często występuje także w meczach charytatywnych i wszelkiego rodzaju benefisach. Zajmuje się również polityką. W wywiadach chętnie wspomina mundial i przyznaje, że cieszy się z popularności jaką udało mu się zdobyć.

Chętnie wracam do tych chwil, dla mnie to wspaniałe. W całych Włoszech ludzie szaleli na moim punkcie – to bardzo miłe i nie miałem z tym żadnych problemów, a wręcz więcej śmiechu. Naprawdę, to było przezabawne, że ludzie zaczęli nazywać zwierzęta moimi imieniem! Przez chwilę „Toto” było chyba najpopularniejszym imieniem dla psa w Italii, ale najbardziej uśmiałem się gdy usłyszałem, że nie istnieją nie tylko „Toto” psy, a także jeden koń! Koń, wyobrażacie to sobie? To wszystko było szalone. Później było już nieco spokojniej, ale ludzie o mnie nie zapomnieli. To fajne, że jedziesz gdzieś na drugi koniec kraju, a ktoś zawsze przyjdzie po autograf i podziękuje za bramki. Dzięki temu wiem, że zrobiłem coś ważnego. A smutek? Oczywiście, nigdy się go nie pozbędę. Zawsze będę miał w głowie myśl, że powinniśmy wygrać te mistrzostwa…

Taki właśnie jest „Toto”. Zabawny i skromny piłkarz, który nigdy nie został najlepszym zawodnikiem świata, ale w swojej karierze nie ma czego żałować. Nie każdy dostąpił przecież zaszczytu zostania królem strzelców i zarazem najlepszym zawodnikiem Mistrzostw Świata. Chociaż świat nigdy więcej o nim nie usłyszał, to we Włoszech już na zawsze pozostanie Królem Lata 1990 roku.

Redakcja
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: kontakt@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl