Scara Ngobese – beztroski magik z Czarnego Lądu

Martwię się, ponieważ widziałem zawodników tańczących wokół piłki i bawiących się w te shibobos, a ja nie chcę tego w mojej drużynie. Chciałem sześciu bramek, a robiąc takie rzeczy, strzelamy tylko dwie” – powiedział kiedyś rozgoryczony Pitso Mosimane, trener południowoafrykańskiego Mamelodi Sundowns. Dziś piszemy o kimś, kogo większość z was pewnie kompletnie nie kojarzy. Oto krótka historia Emmanuela Ngobese. Warto znać to nazwisko.

Styczeń 2005 roku. W finale Coca Cola Cup spotkały się ze sobą zespoły Kaizer Chiefs oraz SuperSport United. Choć nazwa pucharu jest myląca, to nie jest to byle jaki turniej. Istnieje od 1982 roku (powstał wówczas jako Datsun Challange, dziś nosi tytuł Telkom Knockout), a w rozgrywkach bierze udział szesnaście zespołów z południowoafrykańskiej Premier Soccer League. Chiefs zdołali pokonać rywali 1:0, dzięki trafieniu Collinsa Mbesumy. To nie on jednak był na ustach wszystkich kibiców.

Finałowy mecz rozgrywany był w Bloemfontein, czyli w mieście, gdzie w 1892 roku na świat przyszedł John Ronald Reuel Tolkien. Nawet ten pisarz, autor słynnej trylogii „Władca Pierścieni”, byłby pod wrażeniem sztuczek Emmanuela „Scary” Ngobese. Zaprezentował on w tamtym meczu nienaganną technikę, zwinność oraz fantazję na lewym skrzydle. Sprawił, że Phil Evans, obrońca rywali, przez kilka dni nie mógł dojść do siebie. Ngobese najpierw skradł show w czasie spotkania, a dzień później – nagłówki lokalnych gazet.

Trudne początki

Emmanuel wychowywał się na zakurzonych ulicach Katlehong, w którym przyszedł na świat trzeciego czerwca 1980 roku. Dorastał zatem w Republice Południowej Afryki, gdzie jeszcze do lat 90. obowiązywał apartheid – rasistowski system społeczny rządów białej mniejszości.

Mój tata został zastrzelony, kiedy miałem czternaście lat. Trudno mi było sobie z tym poradzić. Za każdym razem, gdy wychodzę na boisko, to gram dla niego. Nie widzi mnie, ale wiem, że duchowo jest wciąż przy mnie – opowiadał Ngobese w 2005 roku.

W młodzieńczych latach grywał dla kilku lokalnych klubów. Podobnie jak wielu innych afrykańskich chłopców, nie miał możliwości trenowania swoich umiejętności na zielonych, nowoczesnych boiskach. Placem do ćwiczeń był każdy większy obszar ziemi obsypany żwirem lub piaskiem. Właśnie na takich powierzchniach młody Emmanuel doskonalił technikę i sztuczki, którymi w późniejszych latach zachwycał zgromadzoną na stadionie publiczność.

Scara Ngobese

Udało mu się dostać do młodzieżowego zespołu Kaizer Chiefs, czyli najbardziej znanego południowoafrykańskiego klubu. Nie potrafił się tam jednak przebić do pierwszego składu, co zmusiło go do odejścia i tułaczki po innych, mniejszych drużynach. Grał m.in. dla: Moroka Swallows, Hellenic FC Tembisa Classic oraz AmaZulu FC, z którego w 2004 roku powrócił do Chiefs. To właśnie w barwach Amakhosi występował w szczytowym okresie swojej kariery, pomagając tej drużynie wygrać krajowe mistrzostwo w pierwszym sezonie po transferze.

Mistrz shibobos

Dlaczego mieszkańcy RPA pamiętają tego przecież niewiele znaczącego piłkarza? To proste. Afryka i Ameryka Południowa to kontynenty, gdzie gra w piłkę nożną ma przede wszystkim sprawiać frajdę. Zawodnicy na boisku są od tworzenia widowiska, ich gra ma porywać publiczność. W ligach europejskich trenerzy zabraniają jednak zabaw z piłką, kładąc nacisk przede wszystkim na ustalenia taktyczne. Jednym z ostatnich takich czarodziejów jest choćby Neymar, który czasem pozwoli sobie na zagranie „extra”.

Futebol d’arte czy joga bonito są pojęciami na zawsze związanymi z brazylijskim stylem gry. Dryblingi, sztuczki, niecodzienne zagrania – to wszystko kojarzy nam się z grą chłopców wśród ciasnych, biednych dzielnic. Swoją fantazję i kreatywność starają się później przenosić na profesjonalne boiska. Afrykańskim odpowiednikiem futebol d’arte śmiało można nazwać określenie shibobos, które trudno jednoznacznie przetłumaczyć. Jest coś w rodzaju beztroskiego grania, przedkładającego efektowne triki nad bramki. To nieodłączna część afrykańskiej kultury piłkarskiej. Najlepszym jej zobrazowaniem był właśnie Scara Ngobese.

To nie przypadek, że Ngobese najlepiej grał pod wodzą Teda Dumitru, rumuńskiego szkoleniowca Kaizer. Ten trener związał się z afrykańskim futbolem w 1980 roku i prowadził kluby na Czarnym Lądzie przez ponad trzydzieści lat. Karierę zakończył w 2006 roku, a jego ostatnią pracą była posada selekcjonera narodowego zespołu RPA. Zmarł w maju ubiegłego roku.

Dumitru przyczynił się do rozwoju wielu utalentowanych zawodników z Afryki (w założonej przez niego szkółce trenował chociażby Steven Pienaar) i jak nikt inny znał mentalność i przyzwyczajenia piłkarzy z tego kontynentu. Mr Magic, jak był nazywany, pozwolił Ngobese wyrażać na boisku siebie. Nie chciał go ograniczać. Kaizer Chiefs pod wodzą tych dwóch panów zdobyło dwa mistrzostwa z rzędu.

Jestem typowym południowoafrykańskim piłkarzem. Wiem, że kibice płacą za ekscytujący, zwycięski futbol, więc po prostu ciągle trzymałem się dryblingu i ciągle wygrywaliśmy – Ngobese po skutecznej obronie krajowego tytułu z Kaizer.

Oglądając kilka zagrań w Internecie, trudno nie zachwycić się zdolnościami Scary. Dziecięcy luz, polot i niezwykła łatwość w prezentowaniu kolejnych sztuczek. Imponować może przede wszystkim jego lekkość w panowaniu nad piłką podeszwą buta, która przypomina zagrania rodem z futsalu. Popisowe zagranie Ngobese? Zatrzymanie futbolówki i obrót z nią o 360 stopni przed zdezorientowanym rywalem. Ten trik zaprezentował nawet w obecności Paula Scholesa, kiedy Kaizer grało towarzyskie spotkanie z Manchesterem United w 2004 roku. Przeciwnik nie miał dla niego znaczenia. Kochał zabawiać publiczność. Uwielbiał przede wszystkim prezentować sztuczki przy linii bocznej boiska, gdzie kibice z bliska mogli podziwiać jego techniczne umiejętności.

Nie wszyscy trenerzy w Afryce lubią jednak shibobos. Nowym szkoleniowcem Kaizer został Ernst Middendorp. Niemcowi nie przypadł do gustu beztroski artyzm Scary, dlatego piłkarz wkrótce wrócił do AmaZulu FC.

Niespodziewana śmierć

W lipcu 2009 roku przeniósł się do południowoafrykańskiego United FC. Ten klub okazał się być ostatnim w jego karierze. Emmanuel zmarł 11 maja 2010 roku na gruźlicę. Chorował na nią od dwóch lat. Śmierć przyszła niespodziewanie. Wszyscy oczekiwali, że niedługo wróci do regularnego grania. Jak wspominał jego brat, Scara zaczął nawet chodzić na siłownię i planował powrót do futbolu.

Był kochany przez fanów za to, co wyprawiał z piłką. Byłem przekonany, że Scara będzie miał wciąż dużo do zaoferowania, gdy tylko odzyska sprawność – mówił po śmierci Ngobese jego dawny trener, Dumitru.

Na jego pogrzebie w Katlehong pojawiły się setki ludzi, wśród których znajdowała się jego rodzina, przyjaciele i kibice. Ponury nastrój uroczystości przerywany był co jakiś czas przez zabawne anegdotki opowiadane przez jego najbliższych. Cieszył się opinią pogodnego człowieka, lubiącego stroić sobie żarty. W pewnym momencie puszczono nagranie z jego bramką zdobytą w starciu z SuperSport United. Strzelony przez niego gol przemienił nagle kościół w piłkarski stadion – zebrani na pogrzebie ludzie zaczęli wiwatować i trąbić na wuwuzelach. W tłumie dojrzeć można było wiele klubowych koszulek Kaizer Chiefs oraz T-shirty z napisem „Ulale ngoxolo comrade footballer” („Spoczywaj w pokoju, przyjacielu piłkarzu”).

Scara Ngobese był jednym z ostatnich przedstawicieli zawodników, którzy grając w piłkę, chcą tworzyć jednocześnie sztukę. Taki styl porywa tłumy, ale dziś stoi też na przeszkodzie w wielkiej, profesjonalnej karierze. Być może z tego powodu wystąpił tylko raz w barwach reprezentacji RPA. Przez fanów nazywany był Czarnym Jezusem. Z tego świata odszedł zdecydowanie za wcześnie. Miejmy jednak nadzieję, że pozostawione przez niego dziedzictwo shibobos wciąż będzie kultywowane.

KUBA GODLEWSKI

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE

Kuba Godlewski
O Kuba Godlewski 12 artykułów
Licencjat filologii polskiej. Początkujący trener. Kibic Manchesteru United i cichy wielbiciel czarnych koszul Diego Simeone.