Tomasz Hajto – od piłkarza po krytyka

Dla wielu osób piłkarski wzór, który pracowitością i sumiennością dostał się do Bundesligi, dla innych zaś cyniczny, sceptyczny, uchodzący za krytyka piłki nożnej „cham”. Były reprezentant kraju Tomasz Hajto, czyli kontrowersja w czystej postaci.

Zawsze pewny siebie – tak można opisać Tomasza jako człowieka. Bez względu na to, czy miał rację, czy  też nie, jego było na wierzchu. Nie można mu jednak odebrać ciekawej kariery. Nie jeden piłkarz na pewno pozazdrości mu występów w niemieckiej ekstraklasie, na zapleczu Premier League czy reprezentowania naszej ojczyzny na arenie międzynarodowej.

Swoją juniorską karierę zaczynał w rodzimym Makowie Podhalańskim, z którego przeniósł się do Górala Żywiec. Pierwszy zawodowy kontrakt, który rozpoczął jego seniorską karierę, podpisał w Krakowie, miał zostać zawodnikiem lokalnego Hutnika. Po dwóch solidnych sezonach po Tomasza zgłosił się Górnik Zabrze, uznana marka oraz wielokrotny mistrz Polski. To właśnie w tym klubie wypłynął na „głęboką wodę”.

W 1997 roku do klubu z Zabrza wpłynęła oferta w postaci 375 tysięcy euro. Pochodziła z Niemiec, mianowicie od drużyny, której siedziba leży nad Renem – MSV Duisburg. Po czterech udanych sezonach w barwach Górnika klub postanowił nie robić większych problemów i pozwolił odejść Gianniemu na zachód. Podczas swojej przygody na Górnym Śląsku strzelił 8 bramek w 105 występach. Nie był bramkostrzelnym obrońcą, ktoś może się zaśmiać i powiedzieć „Glik strzelił w jednym sezonie tyle, co Hajto w cztery lata”. Jednak Tomasz posiadał inne atuty w postaci dalekich wyrzutów z autu, świetnych krosowych podań czy nieprzeciętnego strzału z dystansu co jak na obrońcę jest rzadkością.

Jego początek w Duisburgu był wyśmienity, w swoich pierwszych 9 meczach pięciokrotnie trafiał do jedenastki kolejki według magazynu Kicker. Nie uszło to uwadze innym niemieckim drużynom. Jego solidność i zadziorność zauważyło Schalke, do którego trafił w 2000 roku. Był to najlepszy „przystanek” w wieloletniej karierze Hajty. W Gelsenkirchen był ceniony. Wraz z Tomaszem Wałdochem, który wówczas również grał w SO04, stanowił o sile obrony klubu z Zagłębia Ruhry.

Tomasz Hajto
W barwach Schalke Hajto rozegrał 104 oficjalne mecze.

Od zawsze jego atutem były dalekie wyrzuty z autu, długie dokładne podania oraz niezły strzał z dystansu. Jak sam zawsze powtarzał, w Niemczech przede wszystkim ceniono jego solidność.

Die Details. Die Details. Co wygrywa w spotkaniu? Detale. Jakie detale? Ano takie, czy nie zaspałeś, czy byłeś skoncentrowany, czy wszedłeś dobrze w mecz, czy odpowiednio szykowałeś się na przeciwnika – Tomasz Hajto

W barwach „Die Koningsblauenświęcił liczne triumfy, zdobywając dwukrotnie Puchar Niemiec, a także wicemistrzostwo kraju! Świetna forma zaowocowała w rozgrywkach międzynarodowych, został wybrany najlepszym piłkarzem Schalke w Lidze Mistrzów. Po dobrym meczu z Arsenalem w Champions League ponoć wpłynęły za niego oferty z Manchesteru City, Szachtara Donieck i Newcastle United. Dobra forma nie mogła ujść uwadze trenera oraz działaczy klubu. W nagrodę przygotowano dla niego nową umowę, która była swego rodzaju gratyfikacją – oczywiście nowy kontrakt został przyjęty.

W swej karierze reprezentował również takie kluby jak Norymberga, Southampton, Derby County, po czym wrócił do polskiej ligi. Karierę kończył w A-klasowym klubie LUKS Gomunice.

Reprezentacja – zaszczyt czy bankiet?

Pierwszym znaczący sukces w reprezentacji nadszedł w 1994 roku, w którym to reprezentacja U21 dotarła do ćwierćfinału rozgrywek Mistrzostw Europy. To było świetne pokolenie piłkarzy – Jacek Bąk, Piotrek Świerczewski, Piotr Mosór czy Adam Ledwoń dotarli do takiego etapu, do którego do dzisiaj nasza młodzież nie potrafi dotrzeć.

Tomasz swoją seniorską przygodę z orzełkiem na piersi rozpoczynał u Antoniego Piechniczka, który to dał mu zadebiutować w meczu z Cyprem. Nikt nie mógł mu odmówić umiejętności, serca i zdrowia, które pozostawiał na boisku. Swoją dobrą formę z klubu potrafił przenieść na poczynania reprezentacyjne, a to również wielki plus. Gdy przyjeżdżał na kadrę, był gwiazdą, jedną z osób trzymających władze, które „ciągną” drużynę tak jak można to powiedzieć dzisiaj o Krychowiaku, Lewandowskim czy Szczęsnym.

Dzięki dobrej postawie całej drużyny w eliminacjach do Mistrzostw Świata przełamaliśmy złą passę i po 16 latach udało nam się zapewnić awans na turniej w Korei i Japonii. Był to jego największy sukces osiągnięty z reprezentacją. Tak jak i w klubie, tak i tutaj razem z Wałdochem królowali na środku obrony. W reprezentacji panowała świetna atmosfera, drużyna była zgrana, a wszyscy pewnie siebie marzyli o wielkich sukcesach – „jedziemy po medal!” takie oto stwierdzenia padały przed turniejem. Jednak już pierwszy mecz szybko zweryfikował naszą drużynę. Przegrany mecz z Portugalią, porażka z Koreą Południową, której sprzyjali sędziowie oraz wygrana w rezerwowym składzie z USA, a następnie poszukiwanie kozła ofiarnego. Niewątpliwie jednym z nich stał się Gianni, któremu wypominano błędy w obronie.

Po turnieju to Zbigniew Boniek stwierdził, że czas dokonać zmian w reprezentacji:

Chciałem, aby zawodnicy przyjeżdżali na zgrupowania kadry grać w piłkę, a nie jak dotychczas. Stwierdzenie jadę na reprezentację, oznaczało, że jadę spotkać się z kumplami, pobawić, wyrwać z domu, z klubowego kieratu i przy okazji zaliczyć mecz w kadrze

Była to tak zwana grupa „bankietowa”. Włączano w nią osobę Tomasza. Co prawda wrócił w późniejszym czasie do kadry, trafiając następnie do klubu wybitnego reprezentanta.

2
„6” – prawdziwa skała w obronie reprezentacji Polski.

Arogancja i pewność siebie

Tomasz nigdy nie krył swoich myśli. Można go było określić „Bońkiem” swojej epoki. Wiadome było od zawsze, że obecny Prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej słynął z ciętego języka i pewności siebie. No tak, bo kto by się zdecydował na strzał z około 60 metrów – w dodatku było to uderzenie z którego padła bramka.

Jak na kontrowersyjną osobę przystało, miał wiele prywatnych problemów. Zasłynął z afery papierosowej czy zabawy w gry liczbowe. W 2007 roku spowodował wypadek samochodowy, ze skutkiem śmiertelnym, za który został skazany na dwa lata więzienia, na jego szczęście sąd zawiesił karę na okres lat czterech.

Zawsze wiedział co odpowiedzieć dziennikarzom, często popadał w konflikty z trenerami, jednym słowem po czasie zaczynał niektórych irytować.

Z szanowanego piłkarza, stał się w opinii publicznej znienawidzonym krytykiem. Stwierdzenia, że Rafał Murawski to największa pomyłka ligi czy jawne krytykowanie sędziów zwłaszcza w okresie, w którym trenował Jagiellonie, odbiły się szerokim echem. Tak oto ten zawsze elegancki Pan, którego pseudonim „Gianni” pochodzi od garniturów firmy Versace, w których tak lubi chodzić, stał się częstym pośmiewiskiem internautów.

Plus oraz minus?

Jego styl, często nie pasował piłkarskiemu otoczeniu. Niemniej jednak, w 2011 roku pełniąc funkcję grającego trenera LUKS Gomunice (Klasa A), awansował do piotrkowskiej klasy okręgowej. Był to początek jego trenerskiej przygody. Jak głoszą plotki, a wiadomo, że zawsze w plotkach jest ziarnko prawdy, na weselu Kamila Grosickiego, Tomasz tak spodobał się prezesowi klubu z Białegostoku, aż ten zdecydował się zatrudnić go w roli nowego szkoleniowca Jagiellonii – mimo braku odpowiednich papierów. Tak zaczęła się jego ciężka przygoda z Ekstraklasą.

W Białymstoku wymagania były wysokie. Tomasz od zawsze hołdował niemieckiej piłce, ponieważ sam jej doświadczył. Swoją drogą niemiecki wzorzec jest powszechnie uważany za bardzo dobry w Polsce, chociażby produkt „Ekstraklasa” stara się na nim wzorować. Nowy szkoleniowiec Jagi chciał, aby długie utrzymywanie się przy piłce i granie po ziemi skutkowało dobrymi akcjami i widowiskową grą. Jednak jego oczekiwania przerosły samych piłkarzy, którzy często grając ładnie dla oka, przegrywali. Dopiero wtedy zaczęły się schody, wszyscy po przeciętnym sezonie, zaczęli go zwalniać. Od cichych pomruków prezesów, przez dziennikarzy, trenerów, piłkarzy po klubowych woźnych. Przez cały ten czas, szukano tylko powodu do rozstania się z Giannim. Moim zdaniem ciężko w spokoju pracować, wykonywać założenia i myśleć, gdy wszyscy są przeciwko Tobie. Gdy drużyna z Hajto wyjeżdżała na mecze do Krakowa, Warszawy czy Poznania z góry była spisywana na straty. Wszyscy chcieli wyprawiać przyjęcia pożegnalne. Jednak zawsze ku zdziwieniu swoich przeciwników, wracał z tarczą. Nie można było mu odmówić tego, że gdy jako trener Jagiellonii ściągał jakiegoś piłkarza, potrafił się przyznać do „swojego wynalazku” i błędu. Tak było ze słabo sobie radzącym Chorwatem Luką Gusiciem.

Konflikty w klubie, ciągła presja, kłótnie z legendą białostockiego klubu Tomkiem Frankowskim doprowadziły do zwolnienia. Po dłuższej przerwie, wrócił na ławkę jako trener pierwszoligowego GKS Tychy, którego głównym zadaniem było utrzymanie się w lidze. Walczył o to do ostatniej kolejki, jednak nie udało się i po raz kolejny został pozbawiony pracodawcy.

Lepszy komentator niż trener?

Po zakończeniu kariery stał się również komentatorem sportowym. Zaczął pracować w stacjach telewizyjnych Polsatu. Odwiedza również Eurosport2, w którym relacjonuje mecze Bundesligi oraz polskiej Ekstraklasy. Zawsze świetnie przygotowany, znający realia piłki niemieckiej i polskiej, wiedzący sporo na temat zawodników, trenerów czy historii klubów został jednym z ulubionych komentatorów w opinii publicznej.

Moim zdaniem Tomasz Hajto jest wspaniałą postacią, pomimo różnych perypetii zasłużył na szacunek, chociaż nie zawsze ciężko przyjąć taką postawę wobec niego. W Polsce lubimy cięte języki, kontrowersyjnych ludzi. Skoro Hajto mówi, że ciągle się rozwija, a kiedyś może poprowadzi kadrę Polski jako selekcjoner to, czemu ma tak nie być? Co sądzicie o jego osobie? Podzielcie się uwagami w komentarzach.

MARIUSZ ZIĘBA

 
//

Mariusz Zięba
O Mariusz Zięba 60 artykułów
Obserwator i pasjonat niemieckiego futbolu, otwarty na inne kraje. Kibic 1. FC Köln.