Tour the Bałkany i futbol po serbsku

Prawie miesiąc temu wraz z kolegami Grześkiem i Mateuszem udało nam się odwiedzić pięć krajów, a wliczając w to lotnisko w Berlinie – sześć. Niemcy, Rumunia, Serbia, Bośnia i Hercegowina, Czarnogóra, Chorwacja. Od 6 do 14 grudnia. Wreszcie wszystko to spisałem. Klamrami były dwa mecze Crvenej Zvezdy. W czwartek awansowali do fazy pucharowej Ligi Europy, natomiast sześć dni później zremisowali w wielkich derbach Belgradu z Partizanem, choć, co dla nich pewnie ważniejsze – zaprezentowali o wiele lepszy doping i to na stadionie znienawidzonego rywala.

Będzie to sentymentalna opowieść piłkarsko-podróżnicza. Od razu zaznaczam, że znajduje się tutaj trochę prywaty. Po prostu skupienie się tylko na futbolu byłoby dla mnie niezaspokajające. Elementy futbolu wplecione w prywatne wątki, mniej lub bardziej stresujące sytuacje. Pięć krajów, ponad dziesięć miast i tydzień pełen wrażeń. Tekst jest po to, żeby po pierwsze –  zachęcić was do odważnego poznawania świata, a po drugie – żeby po prostu wszystkie te wrażenia przelać w artykuł i już na zawsze o nich pamiętać. Zapraszamy w retrospekcyjną podróż.

Środa i mocna wódka na pusty żołądek

Wszystko zaczęło się pozytywnie, ponieważ wcale nie trzeba było wcześnie wstawać. Autobus na lotnisko do Berlina około południa pozwolił na przyjemną i spokojną noc bez żadnej pobudki o 3:00 czy 4:00 godzinie, jak często bywa w przypadku podróży samolotem. Do tego automat przy kiblach, który po wpłaceniu 2,50 oddał mi 4,50. Z takim dodatkowym budżetem na plusie ta wycieczka musiała się udać. Kierowca sprawdził obecność i towarzyszyliśmy mu w jego debiutanckiej (!) jeździe. Dwie godziny drogi i już byliśmy na lotnisku Berlin Schonefeld. Tam przez bramkę przepuścił nas sam Romeo Jozak. Zdjęcia co prawda nie mam, za duży przypał, żeby cykać mu je przed gębą, ale musicie wierzyć na słowo, że był identyczny. Lecieliśmy do Timisoary, ponieważ taką trasą było po prostu taniej dotrzeć do Belgradu, zamiast bawić się w wycieczki do Warszawy i stamtąd w kilkanaście razy droższy bilet lotniczy.

Już na lotnisku zauważyliśmy niemieckich fanów w kaszkietach, szalikach, koszulkach FC Koeln, którzy wyraźnie nie zdawali sobie sprawy w jaki teren Europy się zapuszczają. Można było przeczytać później o przypadku napaści i kradzieży na kibiców Koziołków już w Timisoarze, a także o zaatakowaniu śpiewających niemieckich kibiców już w samym Belgradzie w środę, w przeddzień meczu. Kiedy my dotarliśmy do stolicy Serbii w czwartek, to na głównym deptaku było już więcej policjantów. Fani Kolonii mogli spokojnie doić piwo w pubach, bez obawy o własną szczękę. W stolicy Serbii zjawili się w gronie ponad 5000 osób. Jakby nie patrzeć, to w Pucharze UEFA/Lidze Europy nie grali od sezonu 1992/93 i mieli okazję na awans do 1/16 finału i osłodę żenującej ligowej jesieni.

Wróćmy jednak do Timisoary, gdyż był to nasz pierwszy przystanek. Dotarliśmy do wcześniej zamówionego mieszkania, zmęczeni całym dniem podróży i przede wszystkim głodni, jednak nie mogliśmy odmówić gospodarzowi, który zaproponował nam „samoróbę” w butelce po Pepsi. Było to tak mocne dziadostwo, że czuliśmy się jak po walnięciu dziesięciu weselnych kielonów. Trzeba było jednak udać się do miasta i coś zjeść. Tak trafiliśmy do firmowej pizzerii Poli, w której to wisiały flagi, szaliki czy też zdjęcia dwukrotnego wicemistrza Rumunii – FC Poli Timisoara, a na nich mój stary znajomy – Costel Pantilimon. We wrześniu 2012 rozwiązano ten klub, który przecież w sezonie 09/10 przegrał kwalifikację do Ligi Mistrzów, odpadając dopiero w ostatniej rundzie ze Stuttgartem. Wcześniej wyeliminowali niespodziewanie ukraiński Szachtar. W sezonie 2010/11 mierzyli się z Manchesterem City w ostatniej rundzie kwalifikacyjnej Ligi Europy.

I tak raczyliśmy się najpopularniejszym browarem rumuńskim, czyli Ursusem, prawdopodobnie najgorszym piwnym dziadostwem, jakie kiedykolwiek zostało wyprodukowane. Ale przynajmniej pizza smakowała i puścili skróty Ligi Mistrzów. „Zamknęliśmy” ten lokal i udaliśmy się z powrotem do mieszkania. Na szczęście Andrea spał, więc nie poczęstował nas na sen kolejną dawką „Pepsi” i choć pozwolił nam na samodzielną degustację, to nawet o tym nie pomyśleliśmy.

Czwartek podzielony na dwa. Goran dostaje mandat

Dzień meczowy. Prawdopodobnie z największą liczbą wrażeń w tej podróży. Zaczęło się od próby naszej cierpliwości i lekko ponad godziny czekania na kierowcę Gorana z Gea Tours, który miał nas dowieźć do Belgradu. Śmiech przez łzy, że nie wybieraliśmy się wówczas na lotnisko… W busie czekali już fani FC Koeln, którzy także jechali na spotkanie Ligi Europy. Goran rzucał żarcikami i próbował nieco nadrobić w czasie, jadąc nieprzepisowo (a zresztą, kto w ogóle jeździ przepisowo?). Skończyło się to dla niego pieniężną tragedią, czyli mandatem w wysokości 50 euro i dodatkowym 20-minutowym postojem. Policjanci zaczaili się tuż za zakrętem, jakieś 50 metrów od końca strefy zabudowanej.

Goran próbuje negocjować, ale policjanci pozostają nieugięci

– Muszę pracować na 50 euro przez dwa dni… – powiedział już nie tak szczęśliwy jak pół godziny temu elegancki kierowca. Grupa niemiecka zrobiła zrzutę, jeden z nich zwinął 50 euro w rulon i powiedział: – To taki rodzaj napiwku! Goran oczywiście przyjąć nie chciał, ale Niemcy również nie chcieli się ugiąć: – Musisz tylko jechać szybciej!

Po tej uwadze wszyscy wybuchnęli śmiechem, Goran napiwek przyjął. Był jak najbardziej zadowolony, że obędzie się bez pięciu dych w plecy i rzeczywiście nadal starał się utrzymywać dobre tempo jazdy. Wcześniej jeszcze doszło do trzepania na granicy rumuńsko-serbskiej, ponieważ dowiedzieli się, że to „bus meczowy”. Gdyby tylko zdawali sobie sprawę, że Niemcy swoją pirotechnikę przewieźli wcześniej ciężarówkami  (jak pisał Express), to pewnie by sobie darowali. Przez dłuższy fragment podróży czas umilał mi numer „Piłki nożnej” z fantastycznym podwójnym Nawałką na okładce i… recenzją naszej książki o europejskich pucharach w środku.

Druga część czwartku. Lewe bilety na Crvenę.

Mieliśmy jeszcze trochę czasu, żeby uraczyć się klasycznym bałkańskim cevapi, czyli grillowanym lub smażonym mięsem w kształcie małych parówek, które można podawać w różnych kombinacjach (tu z cebulką, kapustą, koperkiem i frytkami)

Później czekało nas już tylko odebranie biletów i sam mecz… tak nam się tylko wydawało. Spotkaliśmy się z „legendarnym Vladą”, jak określali go Grzesiek z Mateuszem, znając go już wcześniej. Bilety zakupiliśmy przez Internet, na stronie podobnej do polskiego olx.pl. Wszystko wydawało się zbyt piękne. Vlada, czyli człowiek-orkiestra odebrał je i odkupił, zakładając za nas kasę, mimo że chłopaków widział tak naprawdę tylko raz w życiu. To się nazywa serbskie serce na dłoni. Kolega, który przyszedł z Vladą opowiadał też o przykrej sytuacji z wojny bałkańskiej, kiedy musiał uciekać z Sarajewa, ponieważ do jego mieszkania wkroczyli żołnierze z bronią. Dlatego te narody nie darzą się sympatią, delikatnie mówiąc. Zresztą podobnie było na przykład z Polakami świeżo po II wojnie światowej, kiedy konkretne pokolenie wciąż pamiętało krzywdy sąsiada.

Sama droga na mecz to dopiero niezłe jaja. Vlada zakupił dla każdego po dwa serbskie Bipy. Piwa oczywiście nieprzypadkowe, bo jest to sponsor Crvenej Zvezdy. Początkowo mieliśmy jechać taksówką lub miejskim autobusem, ale złotówy polowały tylko i wyłącznie na niemieckich fanów, płacących w eurasach, a po wejściu do tak zapchanego autobusu, w którym ledwo mogliśmy się ruszać okazało się, że w środku jest… kanar. Wyobrażacie sobie, że w Polsce kanar trzepie bileciki w drodze na mecz?! Wyjątkowa odwaga albo wyjątkowa głupota. Szliśmy więc na pieszo i sączyliśmy to piwo, rozmawiając o różnych rzeczach. Ciekawy był też moment, gdy skonfrontowaliśmy się z policjantami:

– Nie możecie dalej iść z otwartym piwem!
– To co mamy zrobić?
– Dopijcie sobie spokojnie tutaj i dalej was puścimy

Ta sytuacja rozwaliła nam łby. Trzeba było wydoić 3/4 browara, stojąc właściwie przed kordonem policji. Nie byliśmy pierwszymi, którzy prezentowali przed nimi talent szybkiego picia, gdyż na chodniku stał wężyk, a właściwie to gigantyczny wąż zbudowany z puszek po piwach. Takich jak my, pijących vis-a-vis przed policją było już wielu. Co prawda pęcherz potem cierpiał, ale jak trzeba to trzeba.

Kolejka, mnóstwo osób, jesteśmy wreszcie na legendarnej Marakanie, która może pomieścić ponad 50000 fanów. Dotarliśmy odpowiednio wcześnie. Czekamy więc na wejście. Co mogło pójść nie tak? Napięcie coraz większe, stadion może i pojemny, ale z całą pewnością niedostosowany organizacyjnie do takiej liczby fanów. Stoimy przy bramkach, przykładamy bilety: 3x nie. Totalne załamanie. Wszyscy mieli w dupie nasze tłumaczenie, że jesteśmy z Polski, przylecieliśmy specjalnie na ten pojedynek… udaliśmy się do kasy, w której okazało się, że bilety są lewe. Prawdopodobnie gość wydrukował po kilka razy te same sztuki i ktoś już odbił się na ten kod. Mieliśmy pecha. Byliśmy w kondycji psychicznej -1/10. Nagle zaczepił nas jakiś konik-cwaniaczek i zaoferował swoje sztuki. Miał jednak tylko dwie…

Do meczu pozostawało jakieś 25 minut. Niestety pakiet „euromonet” zostawiliśmy w domu. Trzeba było szukać bankomatu i jednocześnie pilnować gościa, żeby nikomu innemu tego nie sprzedał. Mateusz zajął się zagadywaniem typa, a my z Grześkiem rura sprintem w dół. Tam dostajemy informację, że bankomat jest na górze. Więc znowu sprintem w górę. Jest, widać! Niestety… trzeba okazać bilet, bo bankomat jest za bramką. A przecież my chcieliśmy go dopiero kupić. Spieprzajcie, nie wpuścimy was. No tak, jak masz problem, to każdy ma cię gdzieś. Znowu sprint w dół, do meczu zostało jakieś 15 minut, teoretycznie bramki powinny być już dawno zamknięte. Przy około 67 ofertach sprzedaży innych (może lewych, może nie) biletów dotarliśmy wreszcie do stacji benzynowej i czwarty raz kolejnym sprintem ruszyliśmy w stronę stadionu. Sami nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy, że człowiek w momencie kryzysowym ma aż tak dobrą kondycję. Kupiliśmy dwa bilety, Mateusz załatwił sobie jakiś inny na lewo, a konik-cwaniaczek pożyczył nam swój dowód w razie czego i kazał udawać znajomych. Nie chcieliśmy drugi raz dać się zrobić na durniów. Jest! 3x zielone! Co za ulga… przepłacone bilety, sporo kasy w plecy, ale w tym momencie nie miało to większego znaczenia. Liczyło się tylko to, że na jakieś 4-5 minut przed pierwszym gwizdkiem staliśmy na schodach (właściwie już do końca meczu). Od razu rozbrzmiał hymn Ligi Europy.

Nie zdążyliśmy na „pokaz” fanów FC Koeln rzucających na murawę pirotechniką. Na stadionie było bardzo ciasno ze względu na ochronę, która znajdowała się między sektorem gości, a gospodarzami po obu stronach. W sumie w Belgradzie pojawiło się około 5000 niemieckich fanów, a nad bezpieczeństwem czuwało ponad 1000 policjantów, z którymi… ludzie robili sobie na mieście zdjęcia.

Sektor fanów FC Koeln

Sam mecz nie stał na wysokim poziomie. FC Koeln potwierdziło formę, którą prezentują swoim fanom na co dzień w Bundeslidze. Bardzo słabo spisał się też Paweł Olkowski, który zawinił nawet przy jedynej bramce. Marakana oszalała w 22. minucie, kiedy Nenad Krsticic świetnie uruchomił będącego na pełnym biegu Milana Rodicia, a ten po ziemi dograł piłkę do Slavoljuba Srnicia, który pokonał Timo Horna. Niemcy odpowiadali średnio groźnymi strzałami Jojicia, Osako czy Guirassy’ego. To gracze Crvenej powinni podwyższyć prowadzenie, ale w doliczonym czasie Richmond Boakye, biegnąc w dodatku w akcji z drugim kolegą, któremu mógł podać, nie wiedzieć czemu kopnął jakieś 3-4 metry od bramki. Na koniec jeszcze zdarzyła się miła sytuacja. Pan, który miał jakieś 65 lat, usłyszał jak rozmawiamy i zapytał, czy jesteśmy z Polski. Nie udawaliśmy zdziwionych. Opowiedział nam, że jego mama pochodziła z Polski, jednak on sam w tym kraju był tylko raz i to w dalekich czasach komunistycznych. Pytał, jak dziś zmienił się nasz kraj. Niesamowita historia.

Crvena miała nie odpalać pirotechniki ze względu na czekające ich kary, ale… czego się nie robi pod wpływem impulsu? Na tym etapie w końcu ostatnio byli w sezonie 1998/99, kiedy w 1/16 Pucharu UEFA wyeliminował ich Lyon.

Mecz ten był podsumowaniem świetnego roku dla serbskiej piłki. Reprezentacja po ostatnich upokorzeniach, wreszcie awansowała do MŚ, a w fazie pucharowej Ligi Europy oprócz Crvenej znalazł się też Partizan, który wyprzedził w grupie szwajcarskie Young Boys i albańskie Skenderbeu. Gorący mecz czeka Crvenę w 1/16, gdzie zmierzą się z CSKA Moskwa, trzymającym sztamę z… Partizanem, który w tej samej fazie zmierzy się z Viktorią Pilzno.

Piątek na dachu supermarketu

Piątek to kolejny dzień z ligą serbską, tym razem na stadionie, mieszczącym się na… dachu supermarketu. Ci, którzy oglądali materiał kartoflisk pod tytułem „Jak nie zwiedzać Belgradu” wiedzą doskonale o czym mowa. Jeśli nie, to odsyłamy do filmiku. Voždovac Stadium to z całą pewnością wyjątkowa i niesamowita konstrukcja. Jeśli dziewczyna nie pozwala Ci chodzić na stadion, to zawsze możesz powiedzieć, że idziesz do galerii handlowej i nawet nie musisz mieć wyrzutów sumienia, że ją okłamałeś.

Pogoda tego dnia była cudowna. Przed samym wieczornym meczem mieliśmy jeszcze czas na tradycyjnego serbskiego Jelena, w lokalu Viva z widokiem na rzekę Sawę. Zastanawialiśmy się w tamtym momencie jaka jest pogoda w Polsce. Tutaj słońce grzało nas w plecy. Oprócz tego odwiedziliśmy też jeden z najważniejszych zabytków Belgradu, jakim jest Kalemegdan, czyli celtyckie fortyfikacje pochodzące z XVII wieku. Jest to doskonałe miejsce na spacery. Nie wymagają tam żadnych biletów, można podziwiać panoramę Belgradu z widokiem na Sawę i Dunaj. Kalemegdan to turecka nazwa. Zawiera w sobie mnóstwo zabytków, jakimi są bramy, Muzeum Wojska czy też różne pomniki. Bizantyjczycy panowali na tym terenie przez blisko 600 lat.

Samego meczu nie będę tutaj relacjonował. Kogo bowiem obchodzi pierwsza liga serbska i to nie w wydaniu Partizana czy Zvezdy? Bilet kosztował zawrotne 6-7 złotych i kupicie go w punkcie informacji. Najlepsza jest jednak droga na stadion. Wejdziecie tam… podziemnym parkingiem. Jeśli myśleliście, że na polskich stadionach mamy do czynienia z rasizmem, to jest on niczym w porównaniu do udających małpy 40 ultrasów gospodarzy, kiedy czarnoskóry zawodnik gości wchodził na boisko. Samo spotkanie trafiło nam się niezwykle emocjonujące, ponieważ Voždovac uległ ekipie Spartaka Subotica 2:3. Widzieliśmy aż pięć bramek połączonych niestety z absolutnym zezwierzęceniem na trybunach.

Przez cały czas bramkarz gości – Milos Ostojic musiał znosić wyzwiska typu „jebiemy ci matkę” ze strony kibiców swojego byłego klubu, w którym jednak nie zdołał zagrać. Fani wyrywali krzesełka (na swoim obiekcie!) i rzucali je nawet na boisko, podbiegali do siatki, a kiedy Ostojic puścił bramkę, to wpadli wręcz w jakiś narkotyczny szał, aż na sektor wkroczyć musiała policja. A teraz wyobraźcie sobie… która grupa ultras w Polsce wpuściłaby na sektor policję? Warto też podkreślić dobrą dyspozycję „wnuczka” na prawym skrzydle w ekipie gospodarzy. Dlaczego „wnuczka”? Ponieważ siedział przed nami gość, który ciągle przeżywał akcje Voždovacu, a te z reguły szły prawym skrzydłem, jeśli natomiast nie szły, to dziadek i tak domagał się gry na niepilnowanego skrzydłowego. Stąd „wnuczek”. Dobra, to taki żart sytuacyjny, żeby lepiej się oglądało. Warto też podkreślić dobrą frekwencję. Słyszeliśmy język niemiecki, dlatego spore grono fanów to pewnie kibice FC Koeln, którzy pozostali w mieście.

Groundhopperzy a w tle zwierz… ultrasi gospodarzy

Po tym meczu udaliśmy się na ostatnie nocne posiedzenie w Red Barze i pożegnaliśmy (przynajmniej na moment) Serbię. A już najlepsze było to, że łapaliśmy wi-fi, gdzie tylko było można. I tak, siedzieliśmy przy piwku w trzech z telefonami w ręku. Ktoś, kto patrzył na to ze swojej perspektywy mógł uznać nas za kompletnych kretynów, którzy przychodzą do baru poklikać w smartfonach. Jednak Internet w Serbii, Bośni czy Czarnogórze kosztował po 30 zł za jeden megabajt. Tak, megabajt. Nic dziwnego, że mieliśmy w razie czego wyłączoną transmisję danych i jeszcze wciśnięty tryb samolotowy. Taka wycieczka to dobry detoks od telefonów komórkowych i Internetu. Musieliśmy ze sobą rozmawiać!

Sobota i bośniacka imitacja Syberii

Tutaj wkraczamy we fragment podróżniczy. Dlatego od razu ostrzegam niezainteresowanych futbolem. Sobota to również rollercoaster emocjonalny. Tutaj rozpoczynała się prawdziwa wycieczka po Bałkanach. Wypożyczyliśmy opla corsę w Belgradzie, kupiliśmy bilety na Wieczne Derby w oficjalnym punkcie sprzedaży (tym razem musiało być już zielone światło) i udaliśmy się w kierunku Czarnogóry. Czekał nas cały dzień jazdy. Pierwszy szok jaki przeżyliśmy, to sowite opady śniegu (porównajcie sobie z piątkowymi lub niedzielnymi zdjęciami). Dzień wcześniej przecież słońce grzało nasze plecy w lokalu Viva, gdzie raczyliśmy się Jelenem. A tymczasem… tutaj zaspy, śnieżyca, wszędzie biało. Zmiana klimatu o 180 stopni. Absolutny szok pogodowy. Do tego warto też dodać trzy dostępne radia: Radio Praca, Radio Maryja i jeszcze jedno z hitami muzułmańskimi. Świetna rozrywka. Wujek google poprowadził nas przez skrót, który na początku przeoczyliśmy. Nic dziwnego, była to jakaś wąska uliczka, ale okej, jedziemy.

– Byle tylko się z nikim nie mijać – myślał każdy z nas. Właściwie to udało się przeżyć. Zakopaliśmy się na jakiś totalnym wypiździewie w miejscowości o nazwie Milicić i do tego wypożyczonym autem. Pytanie – co robić? Przecież ceny za minutę są w Bośni i Hercegowinie kosmiczne, ale jak trzeba to trzeba… Tylko teraz, dzwonić na jakąś pomoc drogową? Czy najpierw do wypożyczalni? Boże, przecież najpierw ktoś by nas tutaj musiał znaleźć, a my staliśmy zakopani w jakiejś wąskiej uliczce na jakimś pieprzonym końcu świata. Myślałem już, żeby iść do pobliskich domów i prosić kogoś o drobne holowanie. Prawdziwa szkoła życia. Jakimś cudem udało nam się wyjechać z tej przeklętej zaspy i przeklętej do końca naszego życia miejscowości. Od tej pory trzymaliśmy się już głównej trasy. Nauczka na przyszłość.

Zapamiętałem też najdroższe w swoim życiu paluszki, za które zapłacić musiałem na polskie jakieś 80 zł, bo Pan źle nabił w terminal. Co prawda oddał mi część, ale dopiero po drodze zorientowałem się, że chyba jakoś do dupy to w głowie przewalutował i jestem i tak cztery dychy na paluszkach w plecy. Cóż, przynajmniej były dobre. Wreszcie dotarliśmy do celu, jakim był czarnogórski Morinij. Po drodze pełnej przygód, ciężkiej podróży w zimowych warunkach… warto też powiedzieć o niesamowitym przejściu granicznym. Jazda pod górkę, jakaś zabita dechami buda, bardziej przypominająca kurnik albo barak na gołębie. No, ale Pan podbił pieczątkę i można było jechać. A prawdziwie rozwalił nas nakaz jazdy w przepaść. Już po przekroczeniu granicy na drodze stał znak nakazu. Normalnie kierował w stronę przepaści. Ciekawe ilu dało się na to nabrać…

Dzień dobry, chciałem kupić 10 młodych niosek. A, to przejście graniczne? Przepraszam.

Niestety czekała nas kolejna niespodzianka, jaką była Pani gospodarz wynajętej przez nas kwatery. Reklamowała się jako poliglotka znająca niemiecki, angielski, włoski, hiszpański, rosyjski, a tymczasem ani be ani me po angielsku, coś tam mamrotała pod nosem w swoim języku. Babeczka blisko siedemdziesiątki, głupio nawet mieć jakieś pretensje. Chcieliśmy tylko odpocząć. Auto i tak postawiliśmy przy drodze. Na miejscu okazało się, że w domu piździ zimnem, nie wszystkie kontakty działają, lampki to atrapy, prysznic to zwykła rura, do tego jak jej używałeś, to zalewałeś wszystko pod kiblem, który stał obok. Żeby się wykąpać, trzeba było najpierw nagrzać kafelki ciepłą wodą. Do tego uraczyliśmy się najgorszą herbatą jaką piliśmy w życiu, a babcia poprosiła o paszporty, a potem je po prostu bezczelnie zapieprzyła i poszła spać. Nie wychadite bez pazwolenia. Na szczęście rano obudziło nas piękne słońce i cudowna pogoda. Mogliśmy spadać z tego lokum, tak surowo przez nas ocenionego na bookingu.

Niedziela i piękne widoki w Czarnogórze

Niedziela to najpiękniejsze widoki i najpiękniejsze miejscowości, jakie dane nam było oglądać. Kotor i Budva po prostu urywają wszystko, chociaż już sama droga to krajobrazy na absolutnie rewelacyjnym poziomie.

Piwo na plaży w Budvie z widokiem na Adriatyk można ocenić 10/10. Kotor jest otoczony masywami górskimi i z masą średniowiecznych budowli, a do tego ze swoimi klimatycznymi wąskimi uliczkami jest doskonałym wakacyjnym miejscem. Na twierdzę św. Jana na wysokości prawie 300 m.n.p.m nie mieliśmy niestety czasu, ale Kotor i tak zapisał się w naszych sercach. Jest to popularny kierunek wśród polskich turystów. Dostaliśmy nawet przewodnik po mieście w naszym języku.

Żeby jednak nie odbiegać od futbolu, to po drodze zajechaliśmy na końcówkę meczu drużyn ze strefy spadkowej czarnogórskiej ekstraklasy. Grbalij kontra OFK Petrovac. Na trybunach jakieś 50-60 osób. Zainteresowanie jak na polskiej okręgówce. Poziom też raczej nie najlepszy, ale mecz odhaczony, a skoro był po drodze, to żal nie zajechać. To dla tych, których interesują piłkarskie fragmenty podróży. Tak wygląda futbol na najwyższym poziomie w Czarnogórze.

Bośnia i Hercegowina ma dostęp do Morza Adriatyckiego, ale tylko na około 20-kilometrowym odcinku w okolicy Neum. To jedyny nadmorski kurort w kraju, oddziela część chorwackiego terytorium z Dubrovnikiem. Promem przedostaliśmy się właśnie do Dubrovnika i przeżyliśmy tam prawdziwy szok cenowy. Nie mogłem odpuścić derbów Manchesteru i tak znalazłem lokal z prawdopodobnie najdroższym piwem 0,3 jakie piłem w życiu, jednak bramka Otamendiego i wygrana Manchesteru City w derbach wszystko zrekompensowała i poprawiła mi jeszcze bardziej humor na resztę wyprawy. Obiady w okolicach 50-60 złotych. No ładnie. Udało nam się znaleźć lokal z względnie tanim cevapi (które jednak dla mnie smakowało jak kebab). Gdy wróciliśmy do auta, to zauważyliśmy… mandat za szybą. Fora internetowe podpowiadały, że jednak możemy go sobie zachować na pamiątkę, bo przecież nikt nie będzie ścigał jakichś tam Polaków, zwiedzających Chorwację autem na belgradzkich blachach. Na koniec dnia mogliśmy sobie jeszcze w mieszkaniu obejrzeć ligę brazylijską w Arena Sport 1, jednak z fioletowym obrazem.

Zrobiliśmy też małe posiedzenie przy kuchennym stole, gdzie właścicielka zostawiła dla nas alkoholowe podarunki do skosztowania. Jeszcze raz oberwało się babci i skandalicznym warunkom, jakie u niej panowały.

Poniedziałek i modlitwa w Medziugorie

W poniedziałek wyruszyliśmy na poranną dogrywkę po Dubrovniku, który widzieliśmy tylko w nocnym klimacie, jednak pogoda tym razem była wietrzna, choć należy pamiętać, że wiatr jest w tamtych terenach przyjemniejszy niż w Polsce. Kolejny futbolowy akcent podróży: wchodzimy wyżej, wyżej, wyżej, wyżej, aż tu nagle po naszej lewej stronie zauważamy kort z małymi bramkami i koszami. Trochę się podjaraliśmy. Aż żal, że nie mieliśmy przy sobie piłki. Położenie tego małego obiektu było niesamowite. Gry w tym miejscu z pewnością mają w sobie dodatkowy efekt. Trzeba też uważać, żeby nie walić z całej pety, bo futbolówkę możesz stracić raz na zawsze. Sami spójrzcie mniej więcej jak to wygląda:

Pograłby

Znów udaliśmy się w kierunku Bośni. – E, e, e, e – takimi słowami zawrócił nas gościu po zbyt szybkim przejechaniu bramki. Jeszcze nie było nam dane jechać po takich serpentynach. Drogi w Bośni to istny dramat. Klimatyczne jest to, że możesz jednak za trzy minuty spojrzeć w górę – o stamtąd właśnie zjechaliśmy. Wąsko i niebezpiecznie, jeden ruch i możesz skończyć w przepaści. A już najlepsze jest to, że na zakrętach nie ma barierek. Bo przecież bardziej potrzebne są na prostym odcinku. Logiczne. Miejscowi kierowcy nic sobie z tego nie robią, jadąc po 100 km/h. Aż dziwne, że Bośniacy nie są mocni w rajdach samochodowych i nie mają swojego kierowcy w F1.

Po drodze odwiedziliśmy słynny most w Mostarze, wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO, zniszczony przez Chorwatów w 1993 roku. Most ma formę symboliczną, zbudowało go Imperium Osmańskie w XVI wieku i do dziś jest symbolem pojednania Wschodu z Zachodem. Stąd dużo turystów. Smutne było to, że ścierały się tam dwa światy – robiących sobie selfie 70-letnich Chińczyków z żebrakami i biedakami na głównym deptaku. Bośnia to piękny, ale biedny kraj.

Koszulki Edina Dzeko na bazarach w Mostarze to stały widok

Odwiedziliśmy też Medziugorie, czyli miejsce, w którym Matka Boska ukazuje się do dziś, według relacji sześciu osób. Pierwszy raz miał miejsce 24 czerwca 1981 roku. Kościół do tej pory nie potwierdza objawień, choć co roku do miejscowości przybywa ponad dwa miliony pielgrzymów. Najbardziej rzucił nam się w oczy hotel… Wojtyła. Tak, hotel w tej miejscowości właśnie tak się nazywał.

Można przenocować w hotelu Wojtyła
W Medziugorie odprawia się msze na zewnątrz. Mnóstwo ławek.

Punktem końcowym tego dnia był Split, w którym auta stały zaparkowane od siebie o 1 cm, nie dało się nigdzie wcisnąć. Objeżdżaliśmy jedną uliczkę trzy albo cztery razy i udało się znaleźć cudem miejsce. Tego się po prostu nie da opisać. Tam kompletnie nie było gdzie stanąć. A jeszcze weźcie pod uwagę, że to zima, nie lato! Nigdy nie narzekajcie na parkowanie w Polsce. Na koniec tego wieczoru zjedliśmy w małym klimatycznym lokalu, popijając dwa najlepsze piwa z tego wypadu – Karlovačko i Ożujsko.

Wtorek i ruszanie z ręcznego na Poljudzie

Wtorek był ostatnim dniem zwiedzania objazdowego. Rano jeszcze udaliśmy się pieszo, żeby odwiedzić stadion Hajduka, czyli Poljud. Hajduk to ośmiokrotny mistrz Chorwacji i dziewięciokrotny mistrz Jugosławii, pozostający jednak w ostatnim okresie w cieniu Dinama. Dość powiedzieć, że ostatni tytuł mistrzowski zdobył dawno, bo w sezonie 2004/05. Musieliśmy obejść dookoła, ponieważ trochę przestraszyliśmy się grupy przed stadionem (Grzesiek i Mateusz mieli już kiedyś nieprzyjemne spotkanie z fanami Partizana, na szczęście dobrze tam postrzegają Polaków). Co się rzuciło w oczy? Mnóstwo aut z nauką jazdy. Stąd też tytuł tego podrozdziału. Wielu kierowców uczy się pierwszych nawyków jazdy właśnie przy stadionie Hajduka.

Później odwiedziliśmy jeszcze Szybenik i Trogir, ale trzeba przyznać… mieliśmy już dość zwiedzania, właściwie widoki w Czarnogórze sprawiły, że już nigdzie nie dane nam było obejrzeć czegoś lepszego. Mogliśmy jedynie pójść na mały spacer i zaliczyć kupno pocztówki. Takim też sposobem trafiliśmy do kompletnie pustego Trogiru na stadion miejscowego klubu, w którym to kiedyś grał nawet sam Igor Tudor.

Na koniec tego dnia dotarliśmy do Zagrzebia, gdzie mieliśmy przystanek. Udaliśmy się na główny deptak. Było tam kilka koncertów i jarmark adwentowy. Mimo deszczowej pogody, widać było, że znajdujemy się w stolicy, która tętni życiem. Tym razem zjedliśmy w lokalu podobnym do McDonalda, trochę się pokręciliśmy i wróciliśmy do mieszkania, ciasnego i podobnego warunkami jak w „Symetrii”, dlatego też właśnie cytaty z tego filmu przypominaliśmy sobie przed snem. A później jeszcze inne klasyki, jak choćby „Poranek kojota”. Trzeba było bardzo wcześnie wstać, żeby zdążyć z oddaniem auta w Belgradzie tak, by nie nabiło kolejnej doby. Niestety Maksimiru nie udało się odwiedzić, brakło po prostu czasu.

Środa i wieczne derby Belgradu

Środa to podsumowanie naszej wyprawy Wiecznymi Derbami Belgradu. Oddaliśmy auto i w mieszkaniu, w którym już nocowaliśmy na początku wycieczki, czekaliśmy na godzinę 18:00, a właściwie to trochę wcześniejszą, żeby mieć czas na dotarcie na Świątynię Partizana. Na samym początku zamówiliśmy pizzę z jajem, podobno tanią i dobrą. Choć czekaliśmy na nią blisko dwie godziny i Grzesiek miał problem, żeby dogadać się po angielsku, to ostatecznie było warto. Była tak syta, że nawet nie udało się wcisnąć giganta na trzech. Tak najedzeni mogliśmy się udać na punkt kulminacyjny całej tej wyprawy, czyli najważniejszy w Serbii mecz i podobno najbardziej gorące derby w Europie. Niestety dobre humory popsuli nam kibice Widzewa, którzy właściwie stanęli tuż przed nami, aż głupio było się cokolwiek odzywać, żeby jeszcze nie dostać w gębę. Tym bardziej, że wyglądali na prawilniaków, a jeden z nich pozował dumnie z szalikiem Widzewa na tle każdej strony stadionu. Partizan ma bowiem układ z łódzkim klubem. Nie będziemy jednak oglądać najważniejszego elementu naszej wyprawy słuchając „kurew” rzucanych przez widzewiaków. Szanujmy się.

Wieczne Derby Belgradu i moja facjata.

W tym starciu wydarzyło się coś absolutnie szokującego. Kibice Partizana ośmieszyli się w niedającej się zmierzyć skali. Wśród fanów tego klubu swego czasu doszło do rozłamu. Główna grupa kibicowska to Alcatraz, która pozostaje w konflikcie z Zabranjeni. Podczas meczu nastąpił  konflikt dwóch grup: Zabranjeni zaatakowali Alcatraz z nadzieją, że uda im się przejąć młyn. Spalili część oprawy, nadpalili flagi wywieszone przez Alcatraz. Główna grupa kibicowska odparła jednak atak i wypuściła napastników ze stadionu albo w karetkach, albo nago w eskorcie policji. Zmarnowali prawie całą pirotechnikę na nawalanie się między sobą, a także obrzucanie wyrzuconych z sektora. Totalny wstyd.

Jeśli chodzi o Crvenę, to zrobili na mnie olbrzymie wrażenie. Zebrali się w młynie w większej grupie niż gospodarze. Zaprezentowali o wiele lepszy doping, przeważali też na boisku. Tu obejrzycie obszerny skrót tego spotkania. Zachowali 9 punktów przewagi nad Partizanem, choć należy pamiętać, że następuje tu dzielenie punktów, tak jak w ostatnich sezonach polskiej Ekstraklasy. Vladimir Stojkovic swoimi interwencjami uratował gospodarzy przed blamażem. Mogli nawet wygrać, jednak tuż przed końcem spotkania wyrównał niezawodny Richmond Boakye. Właśnie w tym momencie pirotechniki prezentowanej przez Zvezdę, po drugiej stronie stadionu doszło do krwawych scen.

Tak natomiast Partizan bawił się po zdobytej bramce z karnego przez Soumaha:

 

Czwartek i coś się kończy

Czwartek to już udanie się na lotnisko w Niszu, które w ogóle lotniska nie przypomina. Bardziej jakiś zajazd autobusowy. Miałem pecha i nakleili mi nalepkę, że mój bagaż będzie jechał osobno. Pani jednak powiedziała, że mogę to zerwać, bo nie ma to żadnego znaczenia. Cóż, fajnie. Witamy w tanich liniach lotniczych. Do zamówionego wcześniej busa po wylądowaniu w Berlinie mieliśmy tylko kilka minut, więc się ucieszyłem. A, no i Serbowie też biją brawo po wylądowaniu. Nie tylko Polacy. Sam jestem świadkiem. Wieczorem w czwartek przywitał nas deszczowy Szczecin. Trudno było pojąć, że ten aktywny tydzień właśnie się skończył.

Olbrzymi szacunek dla Grzegorza, który zarezerwował wszystkie noclegi i był Andreą Pirlo całej tej wycieczki. Niezmordowany też prowadził wypożyczony samochód. Można powiedzieć, że zagrał w każdym ligowym meczu od deski do deski. Na pewno warto udać się na taką wycieczkę. Podróżujcie. Tekst powstał po to, żeby wspomnienia nie uciekły z pamięci, tylko trwały wiecznie. Dzięki dla wszystkich czytelników, którzy dotrwali do tego momentu. Daliście radę.

Na koniec jeszcze wspólne zdjęcie. Radość po wygranej Zvezdy z FC Koeln

PATRYK IDASIAK

Patryk Idasiak
O Patryk Idasiak 31 artykułów
Licencjat dziennikarstwa. Na razie szczecinianin. Zakochany w pieniądzach szejka Mansoura. Największy polski celebryta wśród fanów Manchesteru City. Uwielbia grzebać w starych gazetach sportowych. Moje alter ego to Ilkay Gündoğan.