Valentino Mazzola – pierwsza supergwiazda calcio

 Zdjęcie główne: biografieonline.it

Tylko dwóm reprezentacjom w historii udało się obronić tytuł mistrza świata. Pierwsi dokonali tego Włosi, którzy triumfowali w 1934 i 1938 roku. Być może gdyby nie przerwa spowodowana II wojną światową, Vittorio Pozzo i jego zawodnicy świętowaliby po raz trzeci. Po wojnie dysponowali równie dobrą drużyną. Przed turniejem w Brazylii wymieniano ich w gronie faworytów. Trzon ówczesnej reprezentacji stanowili zawodnicy słynnego Grande Torino. Główną postacią zarówno w klubie, jak i w reprezentacji był Il Capitano – Valentino Mazzola – jeden z najlepszych rozgrywających w historii calcio.

10-letni bohater – Mazzola

Valentino urodził się 26 stycznia 1919 r. Dorastał w miejscowości Cassano d’Adda, która leży niedaleko Mediolanu. Kiedy jego ojciec stracił wszystko wskutek wielkiego kryzysu w 1929 r., Valentino zaczynał właśnie swoją przygodę z futbolem. Już od dziecka był odważny, dzielny i bohaterski. W wieku 10 lat uratował topiącego się w rzece kilkuletniego chłopca. Tym chłopcem był cztery lata młodszy Andrea Bonomi, który kilkanaście lat później założył kapitańską opaskę AC Milan i stał się jedną z legend klubu, zaliczając ponad 250 występów w jego barwach. Mazzola, na początku, zamiast piłki kopał puszki. Wraz ze swoimi czterema braćmi często grali na ulicach miasta, które były areną ich zmagań i na których wygrywali swoje pierwsze mecze. Jego dzieciństwo nie należało jednak do najłatwiejszych. Kiedy ojca zwolnili z pracy, zaczął na własną rękę szukać jakiegoś zajęcia, żeby wspomóc rodzinę. Wkrótce znalazł zatrudnienie jako pomocnik piekarza, a kiedy już trochę podrósł, zaczął pracę w młynie.

Grywał amatorsko dla lokalnych zespołów: Tresoldi i Fara d’Adda. W 1938 r. zwrócił na siebie uwagę klubu Alfa Romeo. Zauważył go jeden z pracowników fabryki i wkrótce zaproponowano Mazzoli pracę mechanika w fabryce i miejsce w zakładowej drużynie piłkarskiej, która grała wówczas w Serie C. Ta oferta spadła rodzinie Valentino z nieba. Zmagała się ona wówczas z poważnymi problemami finansowymi, bo niedługo wcześniej ojciec zginął pod kołami ciężarówki. Mazzola nie tylko zyskał stałe źródło utrzymania, ale mógł równolegle rozwijać swoją pasję. Sam tak to wspominał:

Alfa Romeo to był naprawdę dobry wybór. Gdybym został zawodnikiem Milanu, otrzymywałbym wynagrodzenie, 100 lirów miesięcznie i nie musiałbym pracować. Znacznie lepiej było jednak mieć coś do roboty. Istniało niebezpieczeństwo, że bezczynność zrujnuje moją pasję, tak było lepiej dla mnie i dla piłki.

Służba w marynarce i sukcesy w AC Venezia

Kiedy widmo wojny stawało się coraz bardziej wyraźne, dostał powołanie do wojska. Służbę odbywał w Królewskiej Marynarce Wojennej w bazie w Wenecji. Przez kilka miesięcy służył na niszczycielu Confienza, a po tym został oddelegowany do pracy w porcie. W Wenecji udało mu się ukończyć szkołę, którą musiał przerwać, żeby pomóc w utrzymaniu rodziny. Chciał mieć jakieś wykształcenie, które mogło być przydatne po zakończeniu kariery. Oprócz pracy w marinie nie przestawał też grać w piłkę. Bał się, że zostanie wysłany na pierwszy front działań zbrojnych, ale jego piłkarskie umiejętności pozwoliły mu przetrwać wojenną zawieruchę w miarę spokojnie. Wkrótce został zawodnikiem AC Venezia. Nie do końca wiadomo, jak do tego doszło, ale mówi się o dwóch wersjach. Według pierwszej zwrócił na siebie uwagę wysłanników klubu, którzy widzieli go w meczach w marynarce. Druga opcja mówi o tym, że Mazzolę polecić miał jeden z oficerów, który był kibicem klubu.

Kiedy pojawił się na testach, miał podobno grać na bosaka. Buty miał zostawić w domu, bo nie chciał ich zniszczyć. Po paru miesiącach spędzonych w drużynie rezerw, został oficjalnie zatrudniony 1 stycznia 1940 r. Debiut zaliczył cztery miesiące później w przegranym 0:1 meczu z Lazio. Miejsca w składzie nie oddał już do końca sezonu. Ustawiany na środku ataku, pomógł drużynie w utrzymaniu się w Serie A. Szybko dał się poznać jak gracz o dużych możliwościach. Venezia, która była beniaminkiem, ukończyła sezon na 10. miejscu. Mazzola spędzał dużo czasu na analizowaniu swojej gry. Chciał być coraz lepszy i poświęcał wiele godzin na naukę i próbę zrozumienia zawiłości calcio. Dzięki temu poprawił swoje ustawianie się w grze, przez co miał na nią większy wpływ. Był prawonożny, ale często odbijał piłkę o ścianę lewą nogą, tak, żeby ją jak najlepiej wyćwiczyć. W tamtych czasach mało kto przykładał do tego wagę. Przeciwnicy robili wszystko, żeby go zatrzymać, z łokciami i kopnięciami włącznie, ale z czasem nauczył się ignorować ból. Mimo stosunkowo niedużego (170 cm) wzrostu, dobrze i skutecznie grał głową. Piłki w jego czasach były dość ciężkie i szybko nasiąkały wodą, więc mało kto się na to decydował. Zarówno pod względem techniki, jak i w swoim profesjonalnym podejściu do zawodu był bardzo nowatorski. Niedługo, mimo młodego wieku, zaczął być porównywany do dwukrotnego mistrza świata –  Giuseppe Meazzy.

To właśnie w Wenecji Valentino po raz pierwszy spotkał Ezio Loika, z którym kilka lat później decydował o obliczu ofensywy Torino. Z początku nie przypadli sobie do gustu. Loik był spokojny i raczej wycofany, podczas gdy Mazzola bardziej impulsywny, przez co wydawał się nieco arogancki. Wkrótce jednak stworzyli duet, który cieszył się opinią najzdolniejszego w całych Włoszech. Fantastycznie czuli się razem na boisku i sprawiali wrażenie, jakby porozumiewali się telepatycznie. Oboje poprowadzili swój klub do największego sukcesu w historii – finał Pucharu Włoch, który odbył się 8 czerwca w Rzymie na Stadio Nazionale del PNF.  Tam, przy wsparciu kibiców, Roma prowadziła już 3:0, ale Mazzola z kolegami ostro wzięli się do roboty i odrobili straty. Jako że dogrywka nie przyniosła rozstrzygnięcia, konieczne było rozegranie dodatkowego meczu. Tym razem spotkanie rozegrano w Wenecji. Miejscowi, po bramce Loika wygrali 1:0. Rok później pokazali, że to nie był przypadek, zajmując 3. miejsce w Serie A.

Miałem szczęście widzieć niezwykły talent Valentino z bliska. Nie było bardziej wszechstronnego gracza we Włoszech. Ani przedtem, ani potem. – Amadeo Amadei – kapitan AS Roma, reprezentant kraju

AC Venezia ze swoim jednym Pucharem Włoch. Mazzola w dolnym rzędzie, drugi od prawej.
Źródło zdjęcia: it.wikipedia.org

Debiut w reprezentacji i transfer do Torino

Taki talent, poparty osiąganymi z klubem wynikami, nie mógł zostać niezauważony przez selekcjonera. Legendarny Vittorio Pozzo był pod wrażeniem umiejętności obu graczy Venezii i powołał ich na najbliższy mecz kadry narodowej. W Europie szalała wojna, w wielu krajach myślano o tym, żeby jakoś przeżyć ten koszmar, a gra w piłkę schodziła raczej na dalszy plan. Jednak nie we Włoszech. W 1942 r. kraj funkcjonował normalnie, a o działaniach wojennych czytano w gazetach. 5 kwietnia, w Genui, Włosi podejmowali reprezentację innego państwa osi – Chorwację. Pewnie wygrali 4:0, a debiut w niebieskich barwach zaliczył zarówno Mazzola, jak i Loik. Dwa tygodnie później, drużyna prowadzona przez Pozzo, podejmowała w Mediolanie Hiszpanię rządzoną przez generała Franco. Tutaj również rozprawili się szybko z rywalami, a Valentino otworzył wynik wygranego 4:0 spotkania. Od tego czasu był podstawowym zawodnikiem reprezentacji.

31 marca 1942 r. rozgrywano 38. kolejkę ligową. Venezia z Mazzolą w składzie, podejmowała u siebie Torino, które zajmowało fotel lidera. Turyńczycy zmierzali wtedy po scudetto, choć nad drugą w tabeli Romą mieli tylko punkt przewagi. Venezia jednak nie miała zamiaru kłaść się na boisku, postawiła twarde warunki gry i Il Granata przegrała 1:3. To w tym pojedynku zespół z Turynu pogrzebał swoje szanse na mistrzostwo. Prezydent Torino, Feruccio Novo, ostatecznie przekonał się do zatrudnienia Mazzoli i Loika. Miał podobno po meczu zejść do szatni i tam zawrzeć umowę, w myśl której, wspomniana dwójka przeniesie się do Turynu. Musiał działać szybko, bo oko na Mazzolę miał też Juventus, który miał być już nawet po słowie z Venezią. Ostatecznie jednak sam Mazzola wolał zostać zawodnikiem Byków, do czego przekonywał go sam Vittorio Pozzo. W ramach transakcji, prezes Novo zapłacił za nich 1 mln 200 tys. lirów, a do Venezii trafiło jeszcze w zamian dwóch graczy Torino – Walter Petron i Raúl Mezzadra. W ciągu swojego pobytu w mieście św. Marka, Valentino rozegrał dla Venezii 61 meczów i strzelił 12 bramek.

Rodzina

Jeszcze podczas gry w Wenecji poślubił 18- letnią Emilię Rinaldi, z którą miał dwóch synów. Ich ślub odbył się w rodzinnym Cassano d’Adda 16 marca 1942. Już w Turynie, 8 listopada 1942 na świat przyszedł Alessandro. Wśród kibiców znany jako Sandro, stał się później ikoną i legendą Interu Mediolan prowadzonego przez Helenio Herrerę. Urodzony 1 lutego 1945, Feruccio, imię otrzymał na cześć prezesa Torino. Też poszedł w ślady ojca i brata, ale nie osiągnął takich sukcesów jak oni, choć w trakcie swojej kariery zakładał opaskę kapitańską rzymskiego Lazio. Valentino z rodziną mieszkał w małym mieszkaniu przy Via Torcelli 66. Pracował w fabryce Fiata, dzięki czemu uniknął wysłania na front. Piłkarze Torino zarabiali dobrze, ale ich pensje nie były jakoś bardzo przesadzone w porównaniu do przeciętnych wynagrodzeń. Po wojnie Valentino prowadził sklep sportowy.

Gdy miałem 3-5 lat, ojciec przebierał mnie za maskotkę Torino, miałem piłkarskie buty i koszulkę z numerem „10”. Nie rozumiałem, czemu otacza go tylu ludzi, ale czułem po ich zachowaniu, że jest kimś ważnym. Mocno trzymałem go za rękę, bo wokół było tyle wielkich mężczyzn, których się bałem. Uścisk jego dłoni dawał mi siłę – Sandro Mazzola

Mazzola

Valentino ze swoim kilkuletnim synem Sandro.
Źródło zdjęcia: gazzetta.it

Mazzola, który uważał się za trochę samotnego człowieka, na pierwszym miejscu stawiał futbol. Swój profesjonalizm, którym imponował na boisku, starał się przekładać na wszystkie dziedziny życia. Był bardzo skrupulatny i wymagający, wręcz surowy. Wiele od siebie wymagał i równie dużo od osób ze swojego otoczenia. To właśnie te cechy jego charakteru były prawdopodobnie powodem rozpadu jego małżeństwa. Żona miała już dość dyscypliny, jaką zaprowadzał w domu i w 1946 r. się rozstali.

Początki w Turynie i wojenna zawierucha

Pierwszy mecz w barwach Torino, Valentino rozegrał 4 października 1942 r., kiedy to ulegli 0:1 Interowi. W kolejnym meczu również zanotowali porażkę – z Livorno, ale od 18 października rozpoczął się ich marsz po mistrzostwo. Wtedy to pokonali w derbach Turynu Juventus 5:2, a Mazzola zaliczył pierwsze trafienie dla klubu. Przez cały sezon w walce o tytuł liczył się tylko Inter, Livorno i Torino. Ostatni mecz sezonu Torino grało 25 kwietnia na wyjeździe z Bari. Na 5 minut przed końcem Mazzola trafił wreszcie do bramki rywali i był to gol dający Bykom upragnione scudetto. W swoim pierwszym sezonie zagrał we wszystkich meczach. Torino miało wtedy kapitalny atak, w którym oprócz Valentino grał jego przyjaciel z Venezii – Loik, były snajper Juventusu – Guglielmo Gabetto, Franco Ossola i były gracz Interu – Pietro Ferraris. Il Granata sezon zakończyła 30 maja. Mazzola pogrążył swój były klub, strzelając czwartą bramkę w finale Pucharu Włoch i ustalając wynik meczu na 4:0.

Mazzola

Grande Torino w sezonie 1942/43. Mazzola w górnym rzędzie, drugi od lewej.
Źródło zdjęcia: torinotoday.it

W kolejnym sezonie chcieli potwierdzić swój prymat, ale plany pokrzyżowali im alianci. 10 lipca wylądowali na Sycylii i tak odległa dotąd wojna, stała się czymś namacalnym. Rozgrywki Seria A zostały zawieszone na dwa lata. Dwa tygodnie później odsunięto Mussoliniego od władzy, a 8 września ogłoszono zawieszenie broni między Królestwem Włoch a aliantami. Na terenach środkowych i północnych Włoch, które były de facto pod okupacją niemiecką, po odbiciu Mussoliniego przez hitlerowców, utworzono Włoską Republikę Socjalną. To właśnie na jej terenach zorganizowano prowizoryczne rozgrywki ligowe. Zespoły rywalizowały w regionalnych grupach, a po kilkustopniowych eliminacjach, trzy najlepsze z nich spotkały się w turnieju finałowym w lipcu 1944 r. Torino zajęło w nim drugie miejsce, pokonując Venezię, a ustępując miejsca VV.F. Spezia, która zdobyła tytuł Campionato Alta Italia.

Przeczytaj także: Duncan Edwards – piłkarski tytan, którego pokonała śmierć 

Po tym, jak działania wojenne przeniosły się na teren północnych Włoch, nie przeprowadzano żadnych oficjalnych rozgrywek. Zespoły co prawda trenowały i grały między sobą, ale wielu trenerów i zawodników bało się zwyczajnie o swoje życie. Był nim m.in. jeden z twórców Grande Torino Ergi Ebstein – Węgier żydowskiego pochodzenia, co tłumaczy jego obawy. W trakcie piłkarskiej kariery grał w swojej ojczyźnie, ale też we Włoszech i w Anglii, więc doświadczenie zebrał naprawdę spore. Jego filozofia gry opierała się na szybkich, oskrzydlających atakach i twardej, nieustępliwej obronie. Zaszczepił w piłkarzach Torino przekonanie, że jeśli ich przeciwnik jest przy piłce, to coś jest nie tak i trzeba mu ją odebrać. Kiedy już przejmowali piłkę, często otrzymywał ją Mazzola. Zawsze wiedział co z nią zrobić, czy podać, czy dośrodkować w pole karne, czy przeprowadzić indywidualną akcję. Naprawdę rzadko się mylił.

Mazzola

Valentino z Ergi Erbsteinem – jednym z twórców Grande Torino.
Źródło zdjęcia: forzaitalianfootball.com

Dominacja w lidze

Po wojnie rozgrywki ruszyły na nowo w całych Włoszech. Erbstein jako dyrektor techniczny, wraz z byłym zawodnikiem Torino na ławce trenerskiej Luigim Ferrerą, w pełni wykorzystali potencjał zawodników, jakich mieli do dyspozycji. Byki zdominowali powojenne rozgrywki. W pierwszym sezonie po wojnie rozgrywki prowadzono w dwóch grupach: północnej – Serie A Alta Italia i centralno-południowej – Serie mista A-B Centro-Sud. Tornio wygrało swoją, a później triumfowali w rundzie finałowej. Mazzola stawał się prawdziwym liderem. Choć rozstanie z żoną położyło się cieniem na jego wizerunku, to na boisku był wzorem. Jego kolega z drużyny Sauro Tomà wspominał:

Czuliśmy, że kapitan Mazzola czuwa nad nami. Był wspaniałym członkiem drużyny. Górował nad nami jako zawodnik i jako człowiek.

Mazzola z trofeum za zdobycie mistrzostwa w sezonie 1945/46.
Źródło zdjęcia: gazetta.it

Następny sezon był najlepszym w karierze Valentino. Z 29 bramkami zdobył koronę króla strzelców i poprowadził Torino do drugiego z rzędu scudetto. Tylko on i obrońca Aldo Ballarin zagrali we wszystkich meczach. Rok później Byki strzelili w lidze 125 bramek, co do dziś jest niepobitym rekordem, ale trzeba pamiętać, że w tamtym sezonie Serie A liczyło 21 drużyn. Wygrali aż 19 z 20 meczów na własnym stadionie, a w całych rozgrywkach zdobyli aż 65 punktów w 40 meczach. Zdominowali rozgrywki tak bardzo, że mało kto potrafił stawić im czoła. W szarych i ponurych powojennych czasach Turyńczycy dawali ludziom choć trochę powodów do optymizmu.

W latach 40. była u nas wielka bieda. Nie było nic. Grande Torino dawało ludziom nadzieję, trochę radości. Nie musieli myśleć o problemach dnia codziennego. To był wielki I wspaniały zespół, któremu kibicowano w całej Italii, Może tak jak teraz Juventusowi – Alberto Lovisolo z muzeum Grande Torino

Mazzola

Il Capitano wyprowadza swoją drużynę na boisko.
Źródło zdjęcia: forzaitalianfootball.com

Mazzola był wspaniałym dyrygentem zespołu i bożyszczem kibiców. Cieszył się wielką popularnością. Często wspomina się, że kiedy widział, że zespołowi nie idzie, że traci koncentrację, podwijał rękawy. Miał to być dla drużyny znak, że trzeba się wziąć do roboty i zacząć odrabiać straty. To było słynne quarto d’ora granata, czyli kwadrans, w którym Torino dominowało nad przeciwnikiem. Był tak wszechstronny, że w jednym z meczów stanął awaryjnie w bramce. Do końca meczu zachował czyste konto. Jego legenda wciąż rosła.

Był połową drużyny. Drugą część tworzyła reszta z nas – Mario Rigamonti – kolega z drużyny

On sam jednak wcale się nie wywyższał i uważał, że „futbol zawsze będzie grą dla jedenastu”. W 1949 r. pojawiły się jednak głosy, że Mazzola ma opuścić Torino. Miał zostać zawodnikiem Interu, chciał zakończyć karierę w swoich rodzinnych stronach. Klubowi koledzy jednak mieli udać się wtedy do prezesa klubu i poprosić go, żeby obniżył im ich pensje, a w zamian dał podwyżkę Valentino. Wszystko po to, żeby zatrzymać go w zespole.

Zarabiał dwa razy więcej niż jego koledzy, ale im to nie przeszkadzało, tłumaczyli, że jeśli Valentino jest zadowolony, to łatwiej im wygrać – prezes Feruccio Novo o zarobkach Mazzoli

Sukcesy Torino i Mazzoli napędzały też reprezentację. Pozzo maksymalnie chciał wykorzystać zgranie klubowych kolegów na korzyść drużyny narodowej. W 1947 r. w meczu z reprezentacją Węgier wystąpiło dziesięciu graczy Torino. Po nieudanych igrzyskach w Londynie Vittorio Pozzo przestał być trenerem reprezentacji. Mimo to Mazzola i jego koledzy nadal stanowili o jej sile. 27 lutego 1949 r., rozgrywali towarzyski mecz z Portugalią, w którym zwyciężyli 4:1. Po meczu, kapitan Portugalczyków, Fransisco Xico Ferreira, zapytał Mazzolę, kapitana Włochów, czy Torino nie przyleciałoby do Lizbony na towarzyski mecz z jego Benfiką. Mazzola zgodził się. Pod koniec lat 40. rozgrywki europejskie były jeszcze w sferze marzeń. Urzeczywistniły się one dopiero kilka lat później. Najlepsze drużyny kontynentu spotykały się jednak w takich meczach towarzyskich.

Mazzola w meczu z Węgrami, który wygrali 3:2.
Źródło zdjęcia: forzaitalianfootball.com

Torino pewnie zmierzało po 4. tytuł z rzędu. Po remisie 0:0 z Interem 30 kwietnia mieli nad nimi 4 punkty przewagi. Do końca pozostały tylko cztery kolejki, więc wydawało się, że nic nie odbierze Mazzoli i jego kolegom kolejnego scudetto. 3 maja był zaplanowany mecz z Benfiką. Jednak Mazzola wahał się czy lecieć. Bał się latania, ledwie dwa tygodnie wcześniej się ożenił po raz drugi, a poza tym nie najlepiej się czuł. Ostatecznie jednak poleciał.

Ojciec źle się czuł, nie zagrał w ostatnim meczu z Interem i nie wiedział jeszcze czy pojedzie, ale przypomniał sobie, że obiecał to przyjacielowi. Nie mógł go więc zawieść – Sandro Mazzola o wahaniach ojca

Mazzola i Ferreira witają się przed meczem w Lizbonie.
Źródło zdjęcia: maisfutebol.iol.pt

Sława Torino przekraczała granice kraju. Mieli opinię niepokonanej drużyny, absolutnie nie do powstrzymania. Byli jak dobrze naoliwiona maszyna do strzelania bramek. Sandro Mazzola, tak ich opisywał:

To byli świetni piłkarze, zespół młodych i starszych graczy, którzy żyli marzeniem o niezwyciężonej drużynie. Swoją niezwykłą siłę zawdzięczali determinacji zawodników i ich technice gry. To było wielkie Torino.

Superga

3 maja 1949 w Lizbonie, Benfica i Torino stworzyły znakomite widowisko. Jak na mecz towarzyski przystało, padło dużo bramek. Zespół z Lizbony wygrał 4:3. Wieczorem odbył się bankiet, a nazajutrz zawodnicy Torino wracali do domu. Sauro Tomà, jeden z dwóch zawodników, którzy nie polecieli do Lizbony, wspominał:

Czasem w pogodne dni z mojego domu widać wzgórze Superga. Wznosi się około 500 m nad ziemią, więc stale otaczają je chmury. Zwykle, w drodze powrotnej, widząc je, pakowaliśmy już prezenty dla dzieci i zbieraliśmy walizki. Widok domu z samolotu wywoływał wielki entuzjazm. Wtedy było pewnie tak samo. Jednak znienacka otoczyła ich mgła. Pilot nie widząc wzgórza, nie mógł go ominąć. Najpierw o ziemię uderzyło skrzydło, a potem cały samolot

Tyle zostało z samolotu, którym podróżowali piłkarze.
Źródło zdjęcia: corriere.it

Z katastrofy nie ocal nikt. Kiedy Ferreira dowiedział się o tragedii, był zdruzgotany. Spędził wiele bezsennych nocy, później wysyłał nawet pieniądze rodzinom ofiar. W jego pokoju z trofeami szczególne miejsce zajmowało czarno-białe zdjęcie Grande Torino. Ceremonia pogrzebowa, która odbyła się 6 maja, zgromadziła prawie milion osób.

Całą noc czuwałem nad nimi w Palazzo Madama. Nad trumnami pokrytymi kwiatami. Wobec rodzin zabitych czułem wstyd, unikałem kontaktu wzrokowego – Sauro Tomà

Ulice Turynu wypełniły się żałobnikami.
Źródło zdjęcia: corriere.it

Całe Włochy były pogrążone w żałobie. Sandro Mazzola, który miał wtedy sześć lat, nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, co się stało:

Nie od razu powiedzieli mi, co zaszło, może bojąc się mnie zszokować. Przeniesiono mnie do domu przyjaciół ojca na przedmieściach Turynu. Ponad 10 dni nic nie wiedziałem. Powoli zaczynało coś do mnie docierać. Tak pewnie było i lepiej. Mówili mi, że tata wyjechał na mecz, potem, że miał wypadek i w końcu zrozumiałem, że nie żyje

Po katastrofie włoska federacja zdecydowała, że przyzna tytuł Torino. Zdołało ono utrzymać przewagę w lidze. W meczach grali co prawda juniorzy, ale przeciwnicy w geście solidarności również wystawiali młodych piłkarzy.

Mazzola do dzisiaj zajmuje szczególne miejsce w historii nie tylko Torino, ale i całego włoskiego futbolu. W sercach kibiców obecny będzie zawsze. Kamil Glik w swojej autoryzowanej biografii tak opisywał pamięć o nim w klubie:

Każdy kibic Torino w swoim kalendarzyku ma zaznaczoną datę 4 maja. To jeden z najważniejszych dni w roku. Mazzola jest legendą nie tylko Torino, ale i całej włoskiej piłki. Kiedy nowi piłkarze, szczególnie ci z zagranicy, pojawiają się w zespole, szybko im się tłumaczy, kim był dla klubu i jak wielka była to postać

Valentino wyróżniał się dryblingiem, walecznością, znakomicie się ustawiał i ciągle był w ruchu. Wszechstronny i inteligentny. Wiedział, o co chodzi w taktyce. Swoimi umiejętnościami i podejściem do gry, o dekady wyprzedzał swoje czasy. W barwach Il Granata rozegrał 195 meczów i strzelił 118 bramek. Osoby, które miały przyjemność go oglądać i zawodnicy, którzy z nim grali, twierdzą, że lepszego piłkarza we włoskiej piłce nie było. Uzasadnione są twierdzenia, że z Il Capitano w składzie, Włosi odegraliby dużo większą rolę na brazylijskich mistrzostwach. Jednak na kolejny tytuł musieli czekać do 1982 r. Ich ówczesny trener, Enzo Bearzot pytany o Mazzolę powiedział:

Największym włoskim piłkarzem wszech czasów był Valentino Mazzola. Był człowiekiem, który cały zespół dźwigał na swoich barkach

 

BARTOSZ DWERNICKI

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTU

Źródła: 

thesefootballtimes.co/2016/02/25/valentino-mazzola-the-iron-man-of-il-grande-torino;

it.wikipedia.org/wiki/Valentino_Mazzola;

storiedicalcio.altervista.org/blog/valentino-mazzola.html;

treccani.it/enciclopedia/valentino-mazzola_(Dizionario-Biografico);

Michał Zichlarz – Kamil Glik. Liczy się charakter;

Bernard Morlino – Legendarne postacie futbolu

Bartosz Dwernicki
O Bartosz Dwernicki 28 artykułów
Pasjonat podróży i gór. Wielbiciel futbolu latynoskiego i afrykańskiego. Lubi zagłębiać się w piłkarskie historie zza żelaznej kurtyny. Od 20 lat kibic Borussi Dortmund i Realu Madryt