Wywiad: Stefan Szczepłek

Kilka tygodni temu na rynku pojawiła się książka Stefana Szczepłka „Moja historia futbolu”. Z tej okazji postanowiliśmy porozmawiać z autorem o książce, o piłce nożnej, ale też i ogólnie o dziennikarstwie. Dowiedzieliśmy się między innymi, że dziennikarz Rzeczpospolitej ma w swojej kolekcji około 3000 książek, przekonaliśmy się co sądzi o Seppie Blatterze, oraz poznaliśmy historię pewnej wycieczki na stadion Legii między ślubem cywilnym a kościelnym.

Patryk Mirosławski w programie „As wywiadu” przedstawił Pana jako jedynego nieśmiertelnego dziennikarza w Polsce, bo kiedyś powiedział Pan, że nie umrze, dopóki Polska nie wygra z Niemcami.

Trafiłem nawet do demotywatorów. Powiedziałem, że nie umrę, dopóki Polska nie wygra z Niemcami i podpis był „no to mamy pierwszy przykład nieśmiertelności”. Teraz to już nieaktualne i chwała Bogu. Z drugiej strony po zwycięstwie dzwonili do mnie przyjaciele z pytaniem jak się czuje i zastanawiali się, czy telefon będzie w ogóle odpowiadał.

Moja historia futbolu – z tej okazji się spotykamy. Skąd pomysł na napisanie takiej książki?

Pomysł jest stary. Pochodzi z roku 2006, kiedy przed Mistrzostwami Świata w Niemczech Rzeczpospolita, w której pracowałem i pracuje nadal, drukowała co tydzień zeszyty przygotowujące kibiców do Mundialu. To była historia Mistrzostw Świata. Ja byłem koordynatorem tego projektu i jednym z najbardziej płodnych autorów. Cieszyło się to dużą popularnością, a nawet podnosiło nam sprzedaż. Wobec tego uznaliśmy, że może by to rozszerzyć i wydać w formie książkowej. Pomysł zrealizowaliśmy rok później. Książka wyszła w dwóch tomach – pierwszy tom „Świat”, drugi tom „Polska” – w listopadzie 2007 roku i wtedy pobiliśmy rekord aktualności można powiedzieć, dlatego że przygotowaliśmy się wówczas na awans Polaków do Euro, a książka wyszła na awans do Euro.

Jak długo trwały prace nad tą książką?

To zależy jak to liczyć. Jeśli chodzi o książkę, która ukazała się w 2015 roku, to traktuje jako nową. W niej jest jakieś 65 -75 procent książki starej, bo to jest historia, która się nie zmienia. Natomiast dopisanych jest ostatnich osiem lat w dwóch rozdziałach, gdzie poruszyliśmy rzeczy nowe, istotne dla futbolu – to po pierwsze. A po drugie, jak przejrzałem tamtą książkę, z której wcześniej byłem zadowolony, to po przeczytaniu na spokojnie byłem mniej zadowolony, bo znalazłem w niej błędy, o których nie wiedziałem. To jest typowe i pewnie w tej książce też są jakieś błędy, o których się dowiem, jak je wytkną czytelnicy. Każdy, kto książkę pisze, wie, że błędy są nieuniknione, bo one powstają w głowie autora. To często spotykany błąd, bo to jest tak, że jak coś sobie człowiek zakoduje przed laty, to do mnie nie dociera, że było inaczej, bo ja tak to zapamiętałem. W związku z tym człowiek niektórych rzeczy nie sprawdza, a powinno się sprawdzać wszystko. Jeśli chodzi o czas pracy nad książką, to ja w głowie mam takie rzeczy od 50 lat, więc mnie było o tyle łatwiej, że ja nie robiłem tego na siłę, ja po prostu przelałem na papier to, co ja lubię i to, czym się zajmuje przez całe zawodowe i jeszcze wcześniejsze życie.

Dzisiaj byłoby łatwiej, bo dostęp do informacji znacznie się zwiększył. Wszystko zmienił Internet.

W Internecie można znaleźć wszystko i to jest bardzo pomocne, ale jest też bardzo zdradliwe. Ja mam prawo uważać się nieskromnie za człowieka, który wie więcej niż przeciętny kibic i jak wchodzę do Internetu na jakąkolwiek stronę, to często widzę informację, które nie mają nic wspólnego z prawdą. Opieranie się na Internecie bywa zawodne i czasami jak ktoś pisze o czymś, co się wydarzyło sto lat temu, to nie ma żadnej możliwości, żeby to sprawdzić, więc tu jest kolejne prawdopodobieństwo popełnienia błędu. Ja najczęściej bazuje na literaturze angielskiej i widzę jak oni sami „kopią się po czole”, bo nie są w stanie ustalić pewnych rzeczy. Ale podobnie jest z książkami. W ciągu tych ośmiu lat bardzo się rozwinęła literatura piłkarska i zaczęło wychodzić dużo książek. Jakość tych książek bywa różna i nie wszystkiemu trzeba dawać wiarę. Przede wszystkim trzeba dotrzeć do źródeł i książka jest takim źródłem, ale ona także się na nich opiera i czasem jest tak, że po prostu wiem, że ten autor, którego ja znam jest niesolidny, nie weryfikuje źródeł, więc ja wiem, że on nie może napisać niczego, z czego ja mógłbym skorzystać.

Co do źródeł, to czytałem bibliografię w Pana książce i wyglądało to jak jakaś litania. Ile ma Pan książek w swojej bibliotece?

Nie liczyłem, ale myślę, że tak około 3000, z czego jakieś 15 procent to książki poświęcone olimpizmowi, albo innym dyscyplinom sportu. Zbieram to już 40-50 lat. Jest mi też łatwiej w związku z moim zawodem, bo posiadam książki, które nie trafiły do księgarni. To są jakieś monografię klubowe, jakieś wydawnictwa związków piłkarskich krajowych czy UEFA, czy FIFA. Poza tym dużo podróżuję dzięki zawodowi i z każdej podróży coś przywożę. Nowe rzeczy kupuję na Amazonie, a stare na pchlich targach. Znajduję tam takie książki jak biografię Billa Nicholsona czy Billy’ego Wrighta. I to się kupuje za jakieś dwa funty. Mało tego, ja mam też obstawione lumpeksy w Warszawie. Do lumpeksów się wchodzi po ciuchy, ale mało kto wie, że bywają tam też książki. Mam taki jeden sklep, w którym odkładają mi książki i w ciągu paru lat kupiłem tam około stu, głównie książek angielskich. I to są książki na wagę. Można tam na przykład kupić biografię Alana Balla za osiem złotych. Mam duszę kolekcjonera i w związku z tym jak patrzę na te swoje regały, na których wszystko jest metodycznie poukładane, to czerpię z tego przyjemność.

Niektóre z tych książek pewnie mają swoją historię, albo raczej duszę…

Miałem raz taki przypadek, kiedy pojechałem na finał Ligi Mistrzów do Berlina i poszedłem na taki swój jarmark, nic tam nie było. Nie nastawiałem się na nic szczególnego, więc nie czułem się rozczarowany. I na ostatnim stoisku było ze 30 pozycji piłkarskich, z których większość miałem, ale po pierwsze znalazłem tam wydania specjalne tygodnika Fuwo enerdowskiego i to były skarby kibica Oberligi z lat 80-tych. Ja patrzę, a tam między tymi książkami leży coś takiego starego i jak wyciągałem rękę po to, to zobaczyłem, że jakaś inna ręka też się w tym kierunku zbliża. Jakiś instynkt kazał mi przyspieszyć, wyjąłem tę książkę i okazało się, że jest to niegruby album wydany w 1954 roku po zdobyciu przez Niemców tytułu mistrza świata. A ten gość koło mnie okazał się jakimś Włochem, który też przyjechał na finał Ligi Mistrzów i też się doskonale znał na piłce.

Ma Pan dużo książek angielskich, niemieckich, widziałem także w bibliografii książki hiszpańskie, włoskie… Ile Pan zna języków?

Językowo jestem słaby. Mówię po angielski, mówię po rosyjsku, mówiłem kiedyś po hiszpańsku i po bułgarsku, ale nie używam tych języków i w związku z tym hiszpański rozumiem, ale dopiero po trzecim dniu pobytu w Hiszpanii zaczynam w tym języku mówić. Ostatnio w biurze prasowym w Berlinie usiadł obok mnie Christo Stoiczkow, to zacząłem mówić po angielsku, bo zupełnie zapomniałem bułgarskiego.

Był Pan na wielu piłkarskich turniejach, w tym na kilku Mundialach. Ile ich było i od kiedy zaczęła się Pana przygoda z tymi turniejami?

Chciałbym zwrócić jedno zastrzeżenie. To, że byłem na iluś tam Mundialach, Mistrzostw Europy czy Afryki, czy na dwudziestu finałach europejskich, to nie ma większego znaczenia, bo ja w związku z tym nie jestem lepszy od tych ludzi, którzy na tych turniejach nie byli. To jest moje szczęście, że byłem, ale dziennikarza nie mierzy się liczbą przeżytych przez niego tego typu turniejów. No ale byłem i jest to spełnienie moich młodzieńczych marzeń, bo wtedy kiedy ja zaczynałem, było zupełnie inaczej. Dzisiaj w weekend można w telewizji obejrzeć 300 meczów, a myśmy czekali na jeden, bo była jedna telewizja i raz w roku transmitowała ona finał czegoś, co było początkiem Ligi Mistrzów. Wtedy marzyliśmy o tym, żeby zobaczyć na własne oczy taki stadion, bo u nas takich stadionów nie było. U nas stadiony były z bieżnią, a tam nie. Moje szczęście polegało na tym, że ja jestem rówieśnikiem wielkich piłkarzy z drużyny Kazimierza Górskiego. Ja rozpoczynałem pracę dziennikarza wtedy, kiedy oni zaczynali podbój świata. Byłem krótko w Sztandarze Młodych, ale w styczniu 1974 roku rozpocząłem pracę w Piłce Nożnej i sześć miesięcy później już pojechałem na Mistrzostwa Świata, tylko że jeszcze jako kibic z wycieczką Almaturu. Nie miałem akredytacji, bo byłem jeszcze gówniarzem, pojechali inni – starsi i to było absolutnie sprawiedliwie. Byłem jednak i widziałem na własne oczy. Czyli zaczęło się od 1974, potem 1986, 1994, 1998, 2002, 2006, czyli sześć Mundiali, wszystkie turnieje Mistrzostw Europy od 1980 roku, do tego 15 finałów Ligi Mistrzów, w tym Heysel – to też wielkie przeżycie być na czymś takim. Do tego jeszcze ileś tam finałów Pucharu Zdobywców Pucharów, Superpuchar, dwa turnieje Mistrzostw Afryki, Puchar Interkontynentalny w Tokio, ale to pewnie nie wszystko.

I poznał Pan w tym czasie wielu wspaniałych ludzi. Eusebio, George Best, wspomniany wcześniej Stoiczkow…

To są te przyjemności, jakie człowieka spotykają w związku z wyjazdami. Chociaż Eusebio poznałem w Warszawie. Polubił żubrówkę.

A jaki jest Sepp Blatter?

Jaki jest Sepp Blatter to wszyscy widzą, natomiast on dwukrotnie sprawił mi dużą przyjemność. W roku 2002, kiedy zbliżał się Mundial w Korei miałem w Pałacu Kultury swoją pierwszą wystawę piłkarską złożoną z tych moich rozmaitych zbiorów, zbiorów PZPN, osób prywatnych i paru klubów. On wtedy przyjechał na zaproszenie Michała Listkiewicza. Jeździł po Europie w ramach kampanii wyborczej i przyjechał też, by otworzyć tę wystawę. Najpierw chodził tak jak to się chodzi, a w pewnym momencie wyraził zainteresowanie, wziął mnie pod rękę i powiedział mi: „Ja myślałem, że to jest wystawa jak wszystkie inne, a to jest ciekawa wystawa”. Odpowiedziałem mu, żeby mi coś wysłał i rzeczywiście przysłał mi koszulkę sędziowską z napisem FIFA 2002. Może to nie jest szczególna atrakcja, ale pamiętał. Potem widziałem go w Seulu na kongresie FIFA, co było dla mnie bardzo pouczające. Kongres trwał dwa dni i pierwszego dnia Blattera nie było, więc wręcz wdeptali go w ziemie. A drugiego dnia to było jak kiedyś w Polsce na zebraniach PZPN. Wszystko widocznie odbywało się w nocy, a następnego dnia Blatter już nie miał przeciwników. Później był tu na półfinale Euro w 2012 roku na meczu Włochy – Niemcy i odsłaniał rano tablicę na domu, w którym mieszkał Kazimierz Górski. Miałem obiecane, że Blatter wpadnie też na wystawę, którą organizowałem w Pałacu Kultury. Ale przy odsłanianiu czas upłynął i jego asystenci powiedzieli, że nic z tego nie będzie. W końcu sam podszedłem do Blattera i powiedziałem „byłeś dziesięć lat temu na wystawie, chodź i teraz, zobacz co się zmieniło”, a on na to „Dobrze, ale na pięć minut”. Wsiedliśmy w te dwa jakieś takie prawie pancerne samochody, przejechaliśmy przez Warszawę, tylko on i ja i ta cała jego czteroosobowa świta i on oglądał tę wystawę przez pół godziny. Nie musiał tego robić, zrobił mi po prostu grzeczność. Więc ja go dobrze zachowam w pamięci, natomiast ja z nim nie robię interesów.

Spodziewał się Pan, że tak się skończy era Blattera?

Nie tyle się spodziewałem, co brałem to pod uwagę. Nie mam złudzeń, że to co robi to albo jeden wielki przekręt, albo coś na pograniczu przekrętu. Nie mam tych dokumentów, które poszły w świat, ale nie mam też złudzeń co do tego, że FIFA jest organizacją prawie że mafijną. Słyszę głosy obrońców Blattera, że on o wszystkim nie mógł wiedzieć. Może tak jest, tego nie wiem, ale to mało prawdopodobne.

Czytałem też o ustawiania meczów na mundialach, Declan Hill pisał o tym w książce „Przekręt”.

Tak, też parę rzeczy na ten temat czytałem. Natomiast ja się martwię jedną rzeczą. Nie bardzo widzę możliwości naprawy, bo moim zdaniem korupcja jest tak wszechobecna i dotyczy zarówno ludzi najwyżej postawionych, jak i tych w klasach niższych, że nie wydaje mi się, żeby ktoś krystalicznie uczciwy mógł zająć miejsce Blattera i zrobić z tym porządek.

Czy korupcja to największe zło futbolu?

Tak.

A w Polsce?

Też, ale moim zdaniem zmieniły się trochę formy. Korupcja ma związek z bukmacherką, to też jest nowa forma korupcji. I sprawa następna, to jest instytucja, która nazywa się agent zawodnika. Nie chcę powiedzieć, że są to ludzie z gruntu nieuczciwi, na pewno nie wszyscy, ale jest to grupa ludzi która ma ogromne możliwości i na ogół wykorzystuje je dla celów prywatnych, a nie dla dobra zawodników, których reprezentuje. Oczywiście nie uogólniam, bo dla mnie Cezary Kucharski jest wzorem agenta piłkarskiego. Nie wymienię nazwisk, ale znam paru agentów, którzy są szkodnikami.

Pańskim konikiem jest historia. Jaką rolę Pana zdaniem odgrywa znajomość historii w dziennikarstwie?

Coraz mniejszą. Istotniejsze jest nie to, co było kiedyś, ale to co jest dzisiaj. A to co jest dzisiaj z różnych względów mnie mało interesuje, dlatego ja uciekam w historię. W czasach, kiedy to dziennikarstwo polega na wyścigach o każdą informację, a ta informacja żyje jeden dzień, to ja w tych wyścigach nie startuje nie tylko dlatego, że jestem za stary, ale to zwyczajnie nie leży w mojej naturze. To wszystko wiąże się z dziennikarstwem śledczym, a ja tego nie lubię. Jeśli dziś bardziej ludzi interesuje to, za jaką kwotę przeszedł piłkarz z klubu do klubu, czy to, że Arturo Vidal rozbił Ferrari, i ja to rozumiem, bo to jest wiadomość. to jakie ma znaczenie, że 50 lat temu coś tam się wydarzyło i jest właśnie rocznica. Żadne. Wraca się do tych wydarzeń tylko w przypadku zgonów kolejnych mistrzów świata, choć kiedy niedawno zmarł Zito, to chyba nikt o tym nie napisał.

Co w takim razie dzisiejszy dziennikarz, startujący do zawodu, powinien umieć, jaką powinien mieć wiedzę?

Zakłada Pan sytuację idealną – tak powinno być, ale chyba nie tylko w Polsce tak nie jest. Nie podam danych procentowo, ale pewnie dla 90 procent kibiców i też dziennikarzy, którzy zaczęli się zajmować piłką, ich historia zaczęła się w momencie, kiedy oni poszli na stadion i to co było wcześniej pewnie ich nie interesuje. Mnie zawsze to interesowało, chociaż ja nie jestem historykiem z wykształcenia, tylko politologiem. Myślę też, że może jestem naiwny, bo dobrze wiemy, że ogólny poziom wykształcenia w Polsce był dość niski. Ja przez pięć czy sześć lat wykładałem na jednej z uczelni przygotowującej do zawodu dziennikarza. Miałem zajęcia ze studentami drugiego roku i nazywało się to dziennikarskie gatunki sportowe, czy jakoś tak. Bardzo szybko się zorientowałem, i każda kolejna grupa to potwierdzała, że jak uczyć taką młodzież dziennikarstwa, skoro najpierw trzeba ją nauczyć historii, języka polskiego czy geografii. Z drugiej strony mamy młodych dziennikarzy 30-35 letnich, o których powiem zdecydowanie, że są wybitni jak Paweł Wilkowicz, Michał Kołodziejczyk, Piotr Żelazny, w Gazecie Wyborczej pojawił się Michał Zachodny, jest ich sporo. I to jest fajne. To nie to, że za moich czasów i tak dalej, bo za moich czasów było to samo, byli dobrzy i źli.

Ale kiedyś był legendarny Janusz Atlas, czy takich ludzi w dzisiejszych czasach też możemy odnaleźć?

Janusz Atlas był moim bliskim kolegą. Wie pan ile razy myśmy się kłócili? Tam takie „joby” latały i mówiło się nigdy więcej. To trwało dwa tygodnie, a potem mówiło się, że przecież my nie możemy się kłócić. Ale ten Janusz Atlas oprócz tego, że był świetnym dziennikarzem, a może nie oprócz tego, bo jedno z drugim się wiąże, to on przeczytał wszystkie książki, które trzeba było przeczytać, obejrzał wszystkie filmy, to był po prostu inteligentny gość z ogromną wiedzą w wielu dziedzinach. Ja uważam, że jeśli ktoś chce się zajmować piłką nożną, to jeśli zamiast czytania książek wszelkich będzie oglądał mecze na wideo i uczył się ich na pamięć to będzie więcej wiedział. Gówno prawda – nie będzie wiedział. Albo inaczej, będzie wiedział, ale mu to nic nie da, bo nie będzie się rozwijał.

Innym dziennikarzem, którego dobrze kojarzę, a którego można nazwać drugim naczelnym polskim historykiem piłkarskim jest Andrzej Gowarzewski. Z tego co wiem nie układa się między wami najlepiej.

W ogóle nie będę o nim mówił. Nie chcę mówić, bo to jest bardzo przyjemna rozmowa i nie chcę tego psuć. Gdybym zaczął mówić, mógłbym go postawić w bardzo niekorzystnej sytuacji, więc wolę nie mówić.

Mam też w pamięci Bohdana Tomaszewskiego, który dla mnie jest dziennikarską legendą, wzorem do naśladowania numer jeden, jeśli chodzi o komentatorów sportowych.

Zgadza się. Najpierw ja byłem nim zafascynowany. Kiedyś opisywałem w jakichś wspomnieniach, jak stanąłem obok niego na Stadionie Dziesięciolecia, on coś tam komentował, a ja stałem i słuchałem i rzeczywiście to było coś niezwykłego. A potem jak zacząłem już być troszeczkę mądrzejszy i jak on tak opowiadał o tych drzewach, myślałem sobie – no nie, co on tam w ogóle opowiada, nikogo to przecież nie interesuje. A później sam zacząłem tak mówić i pisać, bo uznałem, że czasami trzeba. Bo dziennikarstwo opiera się nie tylko na wiedzy, ale też na intuicji. Dlatego też uważam, że dziennikarstwa nie można się nauczyć na uczelni dziennikarskiej.

Czy dziennikarz powinien mieć fantazję?

Przede wszystkim powinien lubić to, o czym mówi lub pisze. Ja ten warunek spełniam, bo u mnie w domu sport był zawsze, przy jednoczesnym szacunku do wiedzy ogólnej i wychowania na jakimś tam poziomie. I to, że ja sam też grałem w piłkę, również bardzo mi pomogło. To jest nauka, bo ja znam to, o czym pisze nie tylko z trybun ale też z szatni. Coraz rzadziej ten warunek jest spełniany. Dzięki temu łatwiej mi to wszystko zrozumieć. Kazimierz Góski powiedział mi kiedyś dlaczego pozwolił mi wchodzić do szatni: „Bo widziałem, że Pan ma pasję i uznałem, że jak ja Pana wpuszczę posłuchać i potrenować, to Pan więcej zrozumie” i to były święte słowa. Dzisiaj się zamyka treningi, o odprawach nie mówiąc, a szkoda, bo może dziennikarze więcej by zrozumieli.

Czytuję regularnie Piłkę Nożną, w której Pan kiedyś pracował, oglądałem Copa America w TVP, gdzie Pan kiedyś był ekspertem i odnoszę wrażenie, że poziom dziennikarstwa sportowego spada. Zgadza się Pan z tym?

Ja bym tak nie powiedział, bo te nazwiska młodych chłopców, które wymieniłem wcześniej, świadczą o tym, że nie spada. Może kiedyś było więcej dziennikarzy, ale zawsze byli dobrzy i kiepscy. Ta pierdzielona komuna, z którą wszyscy walczyliśmy w moim pokoleniu, miała w sobie coś takiego, że z jednej strony wsadzano ludzi do więzienia, a z drugiej nie można było za bardzo obrazić trenera, sportowca. Jakoś tak mieliśmy to zakodowane. Mnie mój pierwszy naczelny – Stefan Grzegorczyk w Piłce Nożnej jak pozwoliłem sobie na osobistą uwagę na temat piłkarza, który spieprzył jakąś sytuację powiedział: „Możesz piłkarza skrytykować, ale nie możesz go obrażać za to, że przegrał mecz.” Dzisiaj takich zasad się chyba nie wpaja. Ponieważ ten wyścig trwa, to ludzie się prześcigają w wynajdowaniu informacji o rzeczach, które rzeczywiście nie zaistniały. Czasem na temat tych wymyślonych faktów pisze się komentarze i tego jest dużo, więcej jest takiej nagonki, napaści, niż tej strony merytorycznej. I może to sprawia wrażenie, że ten poziom rzeczywiście spada.

Ale przykład Copa America pokazuje, że starzy wyjadacze tego poziomu już nie trzymają. Przykład Dariusza Szpakowskiego i Tomasza Wołka pokazuje, że telewizja niszczy ich autorytety, a powinna je pielęgnować i pozwolić tym ludziom odejść.

To jest ostra ocena, ale nie mogę się do niej odnieść. Copa America jest w ogóle trudna. Żeby coś o tym powiedzieć, to trzeba siedzieć w tym na bieżąco. Ja mogłem pójść, bo miałem zaproszenie z telewizji na tę nocną transmisję, ale odmówiłem, bo nie jestem na bieżąco, więc nie pójdę tylko dlatego, żeby ktoś mnie widział w telewizji. Idę, jeśli mam coś do powiedzenia. Zresztą, dobra, telewizja weźmie młodych, ale to wszystko nie jest takie proste. Też zapewne Pan zna wielu kibiców, dziennikarzy, którzy mają ogromną wiedzę w jednym palcu, ale przekazanie tej wiedzy bywa ogromnym problemem. Przekazanie tej wiedzy w formie czy pisanej, czy mówionej jest ogromnym problemem, więc spełnienie tych warunków czy dziennikarza telewizyjnego, czy radiowego, czy piszącego jest bardzo trudne, a chodzi nie tylko o to, żeby napisać czy powiedzieć po polsku ale też interesująco.

Kończąc naszą rozmowę, zapytam o jedną rzecz. Niedawno przeszedł Pan na emeryturę, czy według Pana redaktorem jest się przez pewien czas, a dziennikarzem sportowym przez całe życie?

Dziennikarz sportowy to niekoniecznie, bo w pewnym okresie już się nie chce. Jestem obecnie na takim etapie, że cały czas coś robię i zastanawiam się, kiedy ja w końcu pojadę na te wakacje, ale już myślę, co będzie po wakacjach.

A na wakacjach pewnie i tak poszedłby Pan na jakiś mecz.

Zdarzało się. Ja w ogóle bardzo lubię, jak jeżdżę po Polsce i widzę, że gdzieś na jakimś wiejskim boisku jest jakiś mecz, to staje, żeby sobie pooglądać. Ja często chodzę na stadiony i uważam, że jak ktoś to lubi i ma zmysł obserwacyjny, czego dziś się wymaga od dziennikarza, to wszędzie coś takiego zobaczy. Ale też moją żonę coś powinno tknąć, jak ja między ślubem cywilnym a kościelnym potrafiłem pójść na mecz Legii, a obydwa były tego samego dnia, no to, że ta żona to wytrzymała… Mało tego, jak pojechaliśmy w podróż poślubną do Budapesztu z naszymi świadkami, to zabrałem wszystkich na mecz towarzyski Węgry – Austria na Nepstadionie. Świadek – przyjaciel był zachwycony, a dziewczyny – no wie Pan, mieliśmy po 20 lat…

Rozmawiał: Grzegorz Ignatowski

Grzegorz Ignatowski
O Grzegorz Ignatowski 111 artykułów
Fanatyk historii futbolu i związanych z nim ciekawostek. Pochłania wszystko od meczów ligi argentyńskiej Primera Division aż do ligi kostarykańskiej, o ile czas pozwala. Twierdzi, że oddycha futbolem i coś w tym jest, bo dzień bez piłki działa na niego jak brak świeżego powietrza.